niedziela, 17 czerwca 2018

Jaka matka, taka córka.

Pamiętam z wykładów prof. de Oedenberga o genetyce koni, że cechy charakteru dziedziczą się z prawdopodobieństwem wielokrotnie większym od cech fizycznych (takich, jak np. rączość w galopie czy jakość ruchu) i sięgającym nawet kilkudziesięciu procent (oczywiście ile dokładnie, tego już Wam nie napiszę - zapomniałem...). Uderzające potwierdzenie tej tezy zdobyłem doświadczalnie wczoraj.

Podawaliśmy naszym milusińskim pastę na odrobaczanie. Rutynowa czynność. W tym roku - mamy prawie dwumiesięczne opóźnienie w stosunku do zaplanowanego kalendarza (wstyd przyznać...) - tak nas "załatwiła" najpierw bardzo późna wiosna, a potem bardzo wczesne, upalne i suche lato (wiosny to właściwie w tym roku nie było, prawda..?), że cała "para", tak w sensie nakładu czasu i pracy, jak w sensie nakładu finansowego szła na zagospodarowywanie i ogradzanie kolejnych kwater pastwiskowych. Proces ten niemal dobiega końca - zostało nam ogrodzenie ostatniej kwatery na Wielkim Padoku. Więc się wzięliśmy, zebraliśmy i odrobaczamy.

Jak zawsze, kobyszczom podałem pastę "na wolności" - mimo, że teoretycznie moglibyśmy je w tym celu zamykać w boksach. Problem w tym, że póki co wszystkie naraz by się nie zmieściły, a trochę było szkoda czasu na wprowadzanie i wyprowadzanie ich partiami. Poza tym - w czterech przypadkach na sześć, nie jest to żaden zgoła problem, łyknęły wręcz z satysfakcją. Dawaliśmy, ze względu na wspomniane wyżej opóźnienie "po calaku", z górką, więc zacząłem od Buby (zwykle na niej kończyłem, bo spokojnie dawało się jej podać właściwą porcję z kilku tubek, a nie z jednej) i w niecałe 5 minut wszystkie już łyknęły - poza Szefową i jej córką, Mahvash.

Szefowa, która tak w ogóle jest ostoją, podporą i fundamentem naszego stada, tudzież w każdym kroku i ruchu emanuje niezachwianą siłą spokoju - po prostu nie lubi jak się jej gmera w paszczy. Zakładanie wędzidła jakoś idzie (zwłaszcza, odkąd Najlepsza z Żon przekupuje ją potem cząstka jabłka...), ale podanie pasty - zawsze zajmowało nam trochę czasu. O - nic dramatycznego..! Żadnego wierzgania, kopania, uciekania (ten koń nie ucieka przed niczym... nigdy!). Po prostu - NIE. Trzeba ją wziąć na uwiąz i chodzić tak długo, aż nareszcie da się uprzejmie przekonać i pozwoli wywalić zawartość tubki do paszczy. Znamy się od lat, odrobaczamy 3 - 4 razy do roku i za każdym razem - powtarza się ten sam rytuał. Z takim samym, ostatecznie pozytywnym skutkiem...

Do tej pory wiązałem to zjawisko z wydarzeniem z wczesnej młodości Melesugun: miała bowiem jako roczniaczka bodajże, usuwane zęby mądrości. Okazuje się - byłem w błędzie!

To, że Mahvash została mi na koniec, to był w sumie przypadek. Ot - zacząłem od Buby, a potem która mi pod rękę wpadła, tej pakowałem pastę do jamy ustnej. Omiid, najmłodsza - dostała swoją porcję jako jedna z pierwszych.

Wziąłem za kantar Mahvash i włożyłem tubkę w kącik pyska. Niestety - zapomniałem zdjąć koreczek. Bo może by się udało przez zaskoczenie. Drugi raz włożyć i wcisnąć zdołałem jakieś pół godziny później... A może i dłużej - nie miałem jakoś sposobności mierzyć czasu. Przy koniach, zresztą, czasu mierzyć nie należy...

Znaczy się:
  1. Niechęć Melesugun do gmerania w paszczy nie ma związku z jakąkolwiek traumą. To po prostu - dziedziczna cecha charakteru.
  2. Skoro Mahvash odziedziczyła po matce tę właśnie cechę - to zaczynam mieć nadzieję na to, że odziedziczyła także i nieustraszoność, łagodną pewność siebie i siłę spokoju. Jeśli tak, to będzie z niej pociecha w przyszłości..!
Jak zacząłem pisać ten tekst, Najlepsza z Żon zapytała mnie - czy to oznacza, że żadnej z nich nie chcę sprzedać..? No bo przecież wystawione na sprzedaż są. A - podobno - żaden hodowca nie pisze o swoich koniach, które chce sprzedać, takich strasznych rzeczy.

Jak dla mnie, to wczorajszy eksperyment, niezależnie od tego, że się zmęczyłem - bo chodziłem w kółko najpierw z córką, potem z matką - tak, owszem, to jest męczące, a jak ktoś by przy tym spanikował, zniecierpliwił się, stracił nad sobą panowanie, nie wiem jeszcze co zrobił, to może nawet i byłoby niebezpieczne (ja nie spanikowałem, nie zniecierpliwiłem się, nie straciłem nad sobą panowania - i ani przez moment nie czułem się zagrożony: bo niby czym..?); no więc jak dla mnie ów wczorajszy eksperyment, niezależnie od zmęczenia przyniósł same dobre wieści..!

Każdy kto zna Melesugun przyzna, że jest to klacz idealna. Nie tylko z uwagi na cechy fizyczne, ale bardziej nawet - z uwagi na charakter.

Przecież my na nią wsadzamy nawet początkujących jeźdźców... Na takiego wojennego konia..! I bardzo dobrze to funkcjonuje. Melesugun zajmuje się nimi jak opiekuńcza, cierpliwa i wyrozumiała nauczycielka.

Mam się nie cieszyć z myśli, że rośnie mi drugi taki koń..? Przecież to powód do świętowania, a nie do ukrywania faktów przed światem! Jeśli "świat" nie świętuje z nami - to jest to problem "świata", a nie nasz...

A podawanie pasty..?

No cóż: te 3 - 4 razy do roku - można to przecierpieć.

Poza tym - poprzedni raz podałem pastę Mahvash w przyczepie. Gdy zabierałem ją z Kurozwęk. Okiem nie mrugnęła. Znaczy się - następny raz JEDNAK wprowadzę ją po prostu do boksu... A i jej matkę może też..? Zobaczymy - jakoś tak na przełomie września i października...



Upał był wczoraj straszliwy. A my nie poprzestaliśmy na odrobaczaniu. Najlepsza z Żon zagruntowała ściany i podłogę toalety w nowym domu pod płytki (teraz kładzie "folię w płynie", korzystając z faktu, że Córa nareszcie, po całym poranku marudzenia wzięła i zasnęła...) - a potem razem poszliśmy na Wielki Padok i zaczęliśmy robić przecinkę pod ogrodzenie tej ostatniej kwatery.

Trochę mnie poniósł entuzjazm, bo kępę sosny, rosnącą na granicy, zamiast tylko ociosać od strony granicy - skasowałem. Ostatecznie i tak muszę to zrobić (zajmują zbyt wiele miejsca i zakwaszają naszą i tak kwaśną glebę...). Tylko niekoniecznie w tej chwili.

Ilość gałęzi do wyniesienia - przekroczyła wszelkie granice wyobraźni...

Nic dziwnego, że potem potrzebowaliśmy solidnego posiłku...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...