wtorek, 29 maja 2018

Margire

Od pewnego czasu staramy się wsiadać na Margire regularnie. Co przy naszym deficycie siły roboczej (to tak a propos tego, dlaczego nie mam 50 klaczy: a kto by to, za przeproszeniem, obrobił..? I nie, nie chodzi o pieniądze: nasz Pan Sołtys od kilku lat szuka pomocnika budowlanego, a to dużo częściej spotykana umiejętność niż jeździec, gotów jest zapłacić krotność średniej krajowej i zapewnić wikt i opierunek - i nic z tego: ludzi do pracy nie ma - chyba, że chodzi o pracę na stanowisku prezesa...) oznacza - raz w tygodniu.

Margire zajeżdżona była na Służewcu. W jakiejś zamierzchłej blogowej przeszłości zdawałem z jej postępów relacje. Tudzież informowałem o jej powrocie do domu. Już wtedy (a było to wiosną 2010 roku) brakowało rąk... no - łydek i tego co wyżej łydek też - do objeżdżania wszystkich koni regularnie. Chęci miałem dobre, ale skończyło się na odstawieniu jej od pracy na prawie sześć lat. 

Dopiero Najlepsza z Żon wsiadła na nią z powrotem - dwa lata temu. I od tej pory co jakiś czas próbujemy: raz jest dobrze (tak, jak ostatnio pisałem - trudno o wygodniejszego konia...), a raz - potrafi wpaść w niczym nie uzasadnioną panikę. Trzęsie się, potrafi się cofać nie zważając na przeszkody aż do wywrócenia się. Po czym, jak się ją spokojnie i zdecydowanie pojedzie - uspokaja się i znowu jest - bajecznie. Zresztą, o ile tylko się nie przewróci, to wysiedzenie tych cofnięć nie jest ani trochę trudne: tak wygodnie i pewnie się na niej siedzi...

Nie sposób powiązać tych ataków z jakimś konkretnym strachem. Np. dwa tygodnie temu spotkaliśmy w terenie krowę: Margire przeszła obok niej spokojnie - a ataku paniki dostała 50 metrów dalej.

Raczej nie chodzi o wagę jeźdźca. Prawdę powiedziawszy, moja waga była głównym powodem, dla którego tak długo na nią nie wsiadałem - jest najdrobniejsza z naszych klaczy, a ja swoje ważę. Ale gdyby o to chodziło, to raczej byłoby tym gorzej, im dłużej obciążam jej grzbiet - a tak wcale nie jest: jako się rzekło wyżej, starczy jechać spokojnie i pewnie, a Margire - rozluźnia się.

Rada w radę postanowiliśmy jeździć regularnie, co - przy wspomnianym wyżej deficycie siły jezdnej oznacza raz w tygodniu - przynajmniej do jesieni. Na razie wygląda na to, że mamy powolny, ale stały postęp. Albo będzie z niej jeszcze wierzchówka - albo pozostanie tylko matką stadną...

Krótka, komórkowa fotorelacja z ostatniej jazdy - w niedzielę:



2 komentarze:

  1. Timeo Danaos et dona ferentes. Obawiam sie Grekow- nawet jak niosą dary.
    Panie Jacku, ja dosc dobrze rozumiem ze kolka i gazy u koni-- tak jak i u ludzi to sprawa pierwszej rangi. Wspolpracowalem zarowno z konmi, kucami jak i z mulami w dlugich wyprawach--- ale odkąd zauwazylem, ze (ja nie jem siana- Swift) i ze konie ustepuja kucom w gorach i mulom w wytrzymalosci a poza tym ze mają jednak bardzo tępy wzrok to pomyslalem ze moze poda Pan wiecej ciekawych analiz filozoficznych- tak jak dawniej.
    Podobno tylko jedna samica mula na 30 jest plodna. Czy to nie jest granica normalnosci w ujeciu gatunkowym, ewolucyjnym?
    Jak to wyglada w Achaltekinach?
    jeszcze anonimowy ale ciagle zyczliwy:
    AlC IXH XAN

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma czasu na filozofię! Panie, kiedy..?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...