sobota, 26 maja 2018

Kochankowie spod brzozy, albo jesień patriarchy, czyli miłość stulatka

W efekcie panującej suszy (nic to, że rano była burza i zmoczyło mnie do gatek..! Kałuże znikają w oczach, a pięć milimetrów pod powierzchnią ziemia jest sucha jak pieprz - musiałoby tak padać tydzień, żeby zrobiło nam różnicę...) ruchem konika szachowego przerzucamy konie z padoku na padok. Co trochę odrośnie - wchodzi nowa ekipa, w trzy do siedmiu dni wyżera - i idzie w inne miejsce.

Roszady co kilka dni, najdalej co tydzień - dały nam w efekcie... romans!

Od wczoraj Starsi Panowie pasą się na Padoku Wiosennym (na którym stado żeńskie - wtedy jeszcze w całości, przed odsadzeniem matki od córki - chodziło sobie w kwietniu). To znaczy - powinni się paść. Bo się nie pasą. Nie dlatego, że nie ma trawy. Trawa jest. Tyle o ile, ale dla dwóch - jest.

Zawiozłem im dodatkowo siano. Leży od wczoraj nie ruszone...

Dlaczego..?

Ano - siwy Romeo wzdycha do swej karej Dulcymei. Czy tam innej Julii. Konkretnie to do Mahvash. Nie ważne, że on pod trzydziestkę (na ludzkie - setka...), a jej dopiero druga wiosna..:




Szefowa patrzy na to z wielkim niesmakiem. Nie udało mi się zrobić bardziej kompromitujących zdjęć (a tu już było szczypanie w szyjkę, dmuchanie do uszka...) - bo jak przyszedłem z aparatem (i z córką na ramieniu: to odpowiedź na pytanie, czy możemy mieć lepsze zdjęcia..? No - nie możemy. Nie ma kiedy ani jak... Zasadniczo to szliśmy poprawić ogrodzenie po tej porannej burzy...), Szefowa właśnie postanowiła zrobić z tym porządek:


No i teraz panna schnie z tęsknoty pod wiatą:


a kawaler, wspierany przez Wiernego Przyjaciela - moknie pod brzozą za płotem:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...