piątek, 27 kwietnia 2018

Dobrze jest!

Jak powszechnie wiadomo, kłopoty nie chadzają parami. One biegają całymi, dobrze zorganizowanymi gangami. I dobrze jest. Jak stwierdziła dziś rano Najlepsza z Żon: nie rozhartujemy się...

Zaczęło się od tego, że po korekcie uzębienia, nieco ponad tydzień temu, nasz senior, Tajger zwany "Tajem" - osowiał z deczka. Jakby oddawał przywództwo w Klubie młodszemu. Snuł się gdzieś na obrzeżach grupy, nie rozganiał towarzystwa, nawet przestał otwierać boksy, co poprzednio namiętnie czynił.



Nie skojarzyłem tego z kłopotami jelitowymi, bo nie miałem do tej pory takich doświadczeń: raz w życiu trafił mi się koń zapiaszczony (to dlatego tak obsesyjnie wybieram końskie kupy z Padoku Zimowego klaczy - żeby przynajmniej na jego piaszczystej części nie rosła słaba trawa, którą zimą wyrywałyby i zjadały z korzonkami - i z piaskiem...) i raz - kolka. Ale o przebiegu ostrym. A to jest raczej przewlekłe zatwardzenie. Że jest niefajnie spostrzegłem ostatecznie we wtorek wieczór, gdy delikwent nie zjadł kolacji.

W środę rano nie zjadł także śniadania. Znakiem tego - nie ma na co czekać. Jeszcze przed wyjazdem do pracy przeszedłem się z nim w ręku do torów kolejowych i z powrotem. Potem oprowadzały go Najlepsza z Żon razem z Weronika - z takim skutkiem, że puścił kilka bąków. Wszyscy panowie poszli na zieloną, świeżą trawkę - Tajger się ożywił, ale żeby defekował, tego Najlepsza z Żon nie zauważyła.

Trzeba na niego wsiąść i zestresować - stwierdziła. No to się zaofiarowałem: chłop twardo nosi, szkoda żoninego kręgosłupa! Po powrocie z pracy wskoczyłem szybko w bryczeski. Już go czyścimy i ubieramy, a tu... nie ma wody w stajni.

Biegnę najpierw do studzienki z "rozdzielnią" - wszystko w porządku. Biegnę do hydroforni: masakra! Do połowy hydroforni stoi woda, bezpiecznik mokry, wyłączył się. Załączyłem - leje się znad hydroforu. Wysadziło w powietrze całe orurowanie...

Na szczęście nasz Pan Sołtys przyjechał z pomocą - i już na wieczór prowizoryczne ujęcie wody mieliśmy. A wczoraj naprawił te rury - jak zwykle: szybko i sprawnie. O tyle mamy tylko w związku z tym złe przeczucia, że poprzednia przebudowa hydroforni była w pakiecie z nowym domem. Ten sam hydraulik to robił. Jak nam coś teraz w domu wystrzeli...

Ja tymczasem, skoro już miałem konia przygotowanego, przewiózłszy kawałek córę (nie da się nie przewieźć, mówię Wam...), ruszyłem przed siebie. W sam raz - w stronę ciężkich, granatowych, burzowych chmur zbierających się na horyzoncie!

Nie jest łatwo zestresować starego konia. Ostatecznie udało mi się to dopiero, gdyśmy pod te chmurzyska wjechali, zerwał się gwałtowny wiatr, wokół łopotały jakieś worki po nawozie i resztki zeszłorocznego ogrodzenia (zajechaliśmy kawał za rów odwadniający - przechodząc go brodem - na łąki ciągnące się w kierunku Bożego i Augustowa). Kupka poszła. Yeeee..!

Można wracać. Co najwyżej lekkim kłusikiem, bo żeby - mimo kupki - wrócił zwykły wigor i buńczuczność Starszego Pana, tego powiedzieć nie można. Ale, nie powiem - nie było źle. Nie wytrząsł mnie tak, jak się tego spodziewałem. Widoki po drodze - fajne. Mnóstwo dzikiej zwierzyny. Dwa duże i kilka mniejszych chmar saren. Bażant. Zajączek. Trasa, w sumie - ciekawa, trzeba tam kiedyś zastępem pojechać. I nawet jakoś specjalnie nie zmokłem. Chmury głównie straszyły, a mało z nich - tymczasem - padało.

Na miejscu okazało się, że Pan Sołtys już pojechał, ale przyjechał Miły Sąsiad - bronować kawał Pierwszego Padoku, zniszczony przez dziki, który nam jeszcze w zeszłym roku zaorał. Kobyszcza, przez których Padok Zimowy musiał przejechać, widząc wielki ciągnik z agregatem uprawowym - wpadły w takie bojowe podniecenie, że Najlepsza z Żon, z Weroniką na rękach, stała przy wejściu na Padok Wiosenny, gdzie je zamknęła i pilnowała, żeby nie staranowały bramy. Zmieniłem ją, jak tylko rozkulbaczyłem Tajgera i wyrzuciłem Klub Brydżowy na padok - ale całe staranie o żoniny kręgosłup - poszło w krzaki...

Potem pozostało jeszcze tylko ponapełniać beczki z wodą z prowizorycznego ujęcia - i dzień można było uznać za zakończony. Dzień jak co dzień. Jak to na gospodarstwie. Dobrze jest..!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...