poniedziałek, 25 grudnia 2017

Ciemna noc w jasności promienistej brodzi...

Nie nadrobię dwóch miesięcy jednym postem, zresztą nawet się nie staram. Nie obiecuję też, że będę pisywał częściej. Co prawda, wygląda na to, że znowu mamy internet (przez ponad pół roku praktycznie rzecz biorąc go nie mieliśmy - przestało działać i co zrobić..?) - ale wolnego czasu mi nie przybędzie...

Cóż mogę zatem zrobić? Wszystkiego dobrego Państwu życzę!

I spieszę donieść, że u nas, w zasadzie, wszystko doskonale i zmierza ku jeszcze lepszemu. W każdym razie co się ma chować, to się chowa zdrowo:


przynajmniej na ciele. Za umysły trochę trudniej wziąć nam odpowiedzialność (co chyba zrozumiałe?) - i stąd, jeśli się pojawiają trudności, to raczej za sprawą nie do końca poukładanych umysłów - o czym niżej.

Mój urodzinowy prezent, czyli mała Omiid ("Nadzieja") rośnie jak na drożdżach i coraz bardziej przypomina matkę:






Na tych zdjęciach jeszcze tego może nie widać, ale dziś nie zdołałem jej zrobić nowych z bliska, bo wolne miejsce na karcie się skończyło - zaczęła ciemnieć. Finalnie będzie zatem podobnej maści jak Osman Guli, jej matka. Jest przy tym przylepna i, przynajmniej póki co, doskonale zrównoważona. Do tego ruchliwa, ciekawska, wdzięczna. Jednym słowem - marzenie.

Nie do końca to samo można powiedzieć o jej starszym półbracie, wciąż zwanym roboczo "Rudym", vulgo "Goopim Rudym" - jakoś żadna przymiarka do "prawdziwego" imienia się nam nie udała, a kilka pomysłów mieliśmy.

Chłopak ma ze sobą poważny problem. Jest to z całą pewnością genetyczne: znamy go przecież od chwili narodzin. I na pewno nikt go tu nie lał, nie straszył, nie traumatyzował. Cóż z tego, kiedy on się panicznie boi ludzi! Od samego początku nie dawał się dotykać. W sierpniu, po całym dniu łażenia za nim (ponad 8 godzin...), udało mi się zarzucić mu na łeb lasso z uwiązu, a potem zapiąć - kantar i obróżkę.

Ale przez następne cztery miesiące sztuki tej nie udało się mi już powtórzyć (po części również dlatego, że raptem raz jeden jeszcze próbowałem - i po 9 godzinach uznałem swoją porażkę...). Już mu ten kantar zaczynał powoli wrastać w skórę... Dopiero w miniony czwartek Najlepsza z Żon przyczepiła mu podstępem, przy karmieniu, lonżę do kantaru - za czym, gdy wróciłem z pracy (mocno spóźniony, bo odbierałem samochód z warsztatu, musiałem się wracać - gdy tuż za Warszawą zapaliła się choinka ze wszystkich kontrolek - a i bez tego przedświąteczne drogi do luźnych nie należały, no - zeszło się...), zmieniliśmy mu kantar na większy i poluźniliśmy obróżkę.

Od tamtej pory chodzi z uwiązem doczepionym do kantara. Już się nawet do tego przyzwyczaił. A ja staram się go codziennie przytrzymywać choć przez chwilę. Albo się do nas przekona, albo zdechnie. Trudno. Nie ma miejsca na dzikie konie we współczesnej Polsce...

Tak w ogóle to kawał konia z niego - duży rośnie (już prawie dogonił o trzy lata starszą siostrę...), ramowy, dobrze zbudowany. Zrywny też jest:






Żeby tylko z głową doszedł do ładu, to i ciała nabierze...

Tymczasem - do zobaczenia przy jakimś innym święcie/dniu wolnym...






1 komentarz:

  1. oj tam konie. oj tam reszta. córcia śliczna a na dodatek ma osobistą ochronę.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...