niedziela, 30 kwietnia 2017

Relacja Najlepszej z Żon

Piątek, 21 kwietnia 2017 roku

Poszłam pod wiatę, zobaczyć jak się czuje Melesugun. Margire z Mahru stały przy południowej ścianie. Buba pod wiatą. Psy pobiegły za mną. Melesugun oparta zadem o ścianę przestępowała z nogi na nogę. Widząc mnie zastrzygła uszami. Skuliła je. Wypędziła wszystkich spod wiaty i zostałyśmy same. Podeszła, dotykając lekko nozdrzami mojego brzucha i patrząc na mnie oglądnęła się na swój brzuch. Boże! Obwąchała mi ręce. Łzy napłynęły mi do oczu... Nie mogę ci pomóc. Zawiedliśmy jako ludzie. Nie umieliśmy ci pomóc. Straciliśmy Krzywonoska... straciliśmy go!

Wszystko zaczęło się we środę. Od dwóch dni Melesugun miała bardzo wyraźne świeczki. Jacek chodził w nocy sprawdzić, czy rodzi. Zawsze rodziła niezauważana. Tym razem potrzebowała pomocy ludzi. We środę wyszłam około dziesiątej zobaczyć, co się dzieje. Margire u wyjścia na Pierwszy Padok. Mahru leżała koło kępy drzew. Osman Guli jakby na straży, od strony parku. Szefowa pod wiatą. Niespokojnie leżała. Nie chcąc jej spłoszyć podeszłam do Margire. Głaskałam, zaglądając znad grzbietu co się dzieje pod wiatą.

Melesugun mnie zauważyła, wstała - już myślałam, że odejdzie, ale ona tylko przeszła w inne miejsce i znów się położyła. Pomyślałam, że poinformuję męża i pójdę po aparat fotograficzny. Tak też zrobiłam.

Melesugun, teraz to wiem, dawała mi znać wcześniej, żebym pomogła, ale... pojęłam późno. Koło południa pojawił się pęcherz wypełniony płynem owodni. Nie było widać nóżek. Kilka razy wstała i położyła się. Byłam już bardzo blisko i widziałam, że jest mocno wypchnięty odbyt. Zdobyłam się na odwagę by uklęknąć tuż za Szefową i włożyć rękę w kanał rodny. Niestety, poza nóżkami, które nakierowałam do wyjścia, nie wyczułam główki. Ręka była wsunięta powyżej łokcia. Wydawało mi się, że to są stawy skokowe... i niestety, tak było.

Powiadomiony o tym Jacekj obdzwonił sąsiadów i doktora weterynarii. Poszłam po gorącą wodę, ręczniki, mydło. Przyjechał Marcin i razem z nim zaczęłam ciągnąć. Sama, więcej z obawy żeby niczego nie uszkodzić niż z niemocy, niewiele zdziałałam. Jest mi teraz niewygodnie, bo czuję jak zgniatam własne dziecko. Na szczęście dało się wyciągnąć Krzywonoska. Najciężej było przy klatce piersiowej.

Melesugun była bardzo dzielna i wiedziała, że potrzebuje pomocy, a nawet o nią prosiła. Wiem to teraz. W międzyczasie pękł pęcherz. Źrebaczek nie oddychał. Odciągnęłam go na słomę i zaczęłam wycierać ręcznikami. Od czasu do czasu dmuchałam w nozdrze. Uniosłam go nieco od mostka, by wypłynęły płyny z pyszczka i nozdrzy. Miał główkę przyciśniętą do jednego boku i po urodzeniu ciężko mu było się rozprostować. Jedno oczko było jakby cofnięte. W trakcie rozcierania zaczął oddychać. Takie szczęście! I pierwsze łzy.

Cały pyszczek był łukowaty, ganasze bardzo wąskie, uszka nierówno rozmieszczone i warga dolna opadła. Melesugun podeszła jeszcze w trakcie rozcierania i miałam wrażenie, że nie jest zadowolona. Jakby wiedziała, że coś nie tak, ale nie przeszkadzała mi w rozcieraniu.

Klęcząc, wycierałam nie tylko bok i szyję, ale i brzuszek i nóżki. Zimno było i jego pyszczek był bardzo chłodny. Niestety nóżki też miały znamiona przykurczów. Stawy skokowe przeprostowane, a pęciny nadmiernie przegięte odwrotnie do anatomicznej postawy.

Melesgun przyniosłam ciepłej wody z miodem. Skubała sianko i podchodząc do Krzywonoska wąchała jego nozdrza. Ożywiła się, gdy poczuła jego oddech i usłyszała ciche rżenie. Króciutkie, ale oznajmiające chęć życia. Próbowaliśmy podnieść Krzywonoska na ręczniku, ale był zbyt wiotki. Nie podnosił głowy.

Jacek wraz z sąsiadem podstawiając Krzywonoska pod wymię Melesugun, którą mogłam bez problemu utrzymać (zazwyczaj nie daje się dotknąć), zdoił ją i wraz ze łzami podawaliśmy maluszkowi siarę z butelki. Niestety, więcej spływało po policzkach niż było połykane. Wciąż wypadał języczek.

Co jakiś czas Melesugun trącała mnie i Krzywonoska, jakby chciała się spytać, jak idzie. Leżąc obok  źrebaczka by go ogrzać, zostałam dokładnie obwąchana przez Osman Guli, która zajęła pozycję ochroniarza. Czułam się jak członek stada. Wiem, że Melesugun nam zaufała, dała nam przyzwolenie, żebyśmy go obracali, rozcierali - tylko byśmy go uratowali. Pod koniec dnia zdawała się być zła, że jeszcze nie wstał. Wieczorem, już bardzo zmęczeni i z poczuciem, że zawiedliśmy zdecydowaliśmy, że jeżeli do rana się nie poprawi...

Boże! Nie wiedziałam, jak przeprosić Melesugun. Czułam, że nasza Kruszynka porusza się, gdy dotykam brzuchem Krzywonoska. Jego miękkiej sierści. Wpadłam w histerię. Zaczęłam prosić, by Matka Boża zabrała go do siebie. Nie rozumiem tego cierpienia! Nie rozumiem, czemu to małe i tak delikatne ciało nie może żyć. Zaczęłam się bać o naszą Córeczkę. Czy będzie zdrowa? Czy nie będzie cierpiała? Gdy to piszę porusza się, ma już mało miejsca...

Późno już było, gdy przyszło całe stado. Jacek chciał, żeby wróciła do chatki. Melesugun była zaniepokojona. Rozumiała, ale miała nadzieję. Ona wiedziała, że nie mogąc nic zrobić ma najwięcej wiary i w niej trwała. Tak ją zastał Jacek za każdym razem, gdy szedł pod wiatę.

Rano trzeba było podjąć tę bardzo trudną decyzję. Wyczerpany Krzywonosek spojrzał na mnie bardzo świadomie. Nie mogłam przestać płakać. Prosiłam, by nam wybaczyli. On i Melesugun. Jego serduszko przestało bić. Melesugun go obwąchała niespokojna. Pokazywała mi, że można ją zdoić. Będzie stała spokojnie. Będzie czuwała... a my go zabraliśmy!

Rżała niespokojnie. Pobiegła do stada, wróciła. Patrzyła nam na ręce. Trącała mnie. Szukała u mnie zrozumienia. Jej rozumne, piękne oczy wyrażały rozczarowanie, ból i prośbę. Jedyne, co mogłam jej dać to łzy i cierpienie niemocy...

Tymczasem dzisiaj, 30 kwietnia 2017:









niedziela, 23 kwietnia 2017

Gorycz i duma

Jak mi kiedyś powiedział Aleksandr Stiepanowicz: taki już los hodowcy... Cóż tu jednak po maksymach i mądrościach ludowych..? Boli..! Boli, bo zawiodłem. Owszem. Mam wiele na swoje wytłumaczenie. Ale Melesugun nic po moich tłumaczeniach - Krzywonoska nie ma. Zabrałem go. Wyniosłem spod wiaty i z Padoku Zimowego. I nie oddaję. A ona za każdym razem, gdy przychodzę - patrzy mi na ręce...

Ale od początku..!

We wtorek około południa Najlepsza z Żon zadzwoniła z wieścią, że widać świeczki. Pilnowaliśmy kobyły całą noc z wtorku na środę. Nic się nie wydarzyło. Ponieważ nic się nie wydarzyło, a byłem przekonany, że Melesugun będzie - jak zwykle - rodzić w nocy i w możliwie jak największej dyskrecji - no to pojechałem do pracy. Z nastawieniem, że będę jej pilnował kolejną noc - i że tym razem to już na pewno (bo świeczki istotnie imponujące były!).

Szczerze pisząc, upilnowanie Melesugun to by i tak był precedens. To jej piąta ciąża, a czwarty poród - i nigdy wcześniej nie to, że nie upilnowaliśmy. Nigdy wcześniej nawet po sobie nie pokazała, że ma zamiar rodzić..!

Około 11:40 Maria Magdalena zadzwoniła z wieścią, że się zaczyna!

Początkowo myślałem, że po prostu doświadczona kobyła chce jej pokazać, że poród to nic strasznego - i poradziłem zająć dobrą pozycję obserwacyjną, z aparatem fotograficznym w ręku:



Nawet wyraziłem się w sms-ie, że trochę jej zazdroszczę...

Ale bardzo szybko wypadki nabrały tempa.

Najpierw okazało się, że nóżki idą trochę za bardzo do góry, co grozi rozerwaniem prostnicy.

Najlepsza z Żon zdołała wsadzić dłoń do środka i naprowadzić nóżki na właściwy tor. Przy okazji namacała, że za nimi bynajmniej nie ma główki - a jak się pokazały kopytka, to było widać, że źrebię leży w macicy na plecach, a nie na brzuszku..!

Ponieważ nie było postępu, a Melesugun zdawała się tracić parcie, zadzwoniłem do weterynarza - i do M., naszego najbliższego sąsiada, który szczęśliwie był właśnie w domu. Sam się zwolniłem z pracy i pobiegłem na pociąg - ale do domu miałem dotrzeć za dwie godziny, więc mój udział w całej operacji i tak nie miał żadnego znaczenia.

Najlepszej z Żon, przy pomocy silnych dłoni sąsiada, udało się wyciągnąć Krzywonoska, rodzącego się pośladkowo i na grzbiecie, z przeprostowanymi tylnymi nogami. I reanimować go zaraz po urodzeniu, bo już słaby był. Jestem z niej niesamowicie dumny! Zwłaszcza, że do NASZEGO porodu zostały dni, a co najwyżej - tygodnie. Jeden, może dwa tygodnie.

Już po tym, jak dotarłem wreszcie do domu, sprowadziłem kolejne posiłki w postaci życzliwych i pomocnych sąsiadów. Radek, druh mój serdeczny, trzykrotnie zdoił siarę z obu strzyków Melesugun do butelki, którą próbowaliśmy karmić Krzywonoska. Nasz Pan Sołtys z synem, choć byli akurat w pracy, zjawili się pomóc przy próbie dostawiania go do wymienia.

Do późnej nocy na przemian masowaliśmy kłodę i (przeprostowane, wygięte w przeciwnym kierunku niż należy) nóżki Krzywonoska, wcierając w nie rozgrzewającą maść, spirytus jabłkowy i łzy oraz próbowaliśmy go podpierać przy próbach wstawania - co jakiś czas podając kolejne porcje siary z butelki.

Ponieważ Melesugun w międzyczasie zaczęła wykazywać objawy gorączkowe, wezwaliśmy kolejnego weterynarza (pan dr Żołyniak, który był jako pierwszy, stwierdził tylko, że źrebak na pewno nie przeżyje - i nawet nie obejrzał łożyska, nie mówiąc o klaczy; żeby nie płacić za sam tylko dojazd, Najlepsza z Żon dała mu zaszczepić nasze psy...), który z wielkim poświęceniem i empatią podjął próbę zbadania Melesugun (co nie było łatwe, bo była niespokojna - tyle dobrego, że udało się stwierdzić, iż przynajmniej końcowa część kanału rodnego jest cała, uszkodzeń nie ma...) i podał jej antybiotyk oraz środki przeciwzapalne z niewielką porcją oksytocyny dla przyspieszenia obkurczania macicy.

Klacz do samego końca, do rana, pozostała przy źrebięciu.

Skurcze mięśniowe - przede wszystkim skurcz szyi - dość szybko mu ustąpiły. Po siarze wlanej z butelki do pyszczka, zdołał nawet - przynajmniej do pewnego stopnia - opanować opadanie dolnej wargi i wypadanie języka z pyszczka. Tylko dlatego walczyliśmy tak długo!

Niestety, problem nie ograniczał się tylko do układu mięśniowego. Pomimo intensywnych prób machania nogami, nawet postawiony na mostku nie wykazywał najmniejszych śladów koordynacji ruchowej. Odruch ssania był bardzo słaby. Nie było żadnego postępu ani jak chodzi o koordynację ruchową, ani jak chodzi o przyswajanie pokarmów paszczą - przez kilkanaście godzin.

Nawet, gdyby podać mu kroplówkę, to co dalej..? Przy skurczu mięśni, to by miało sens - kupilibyśmy czas, a źrebię by się wzmocniło i w końcu wstało, nawet jeśli krzywo i niezgrabnie. Ale Krzywonosek miał także problem albo neurologiczny, albo kostny (albo oba naraz). Nie było sensu go dalej męczyć. Rano, na naszą prośbę, pan doktor go uśpił.

Resztę powinna opisać Magda. To ona brała czynniejszy udział w najważniejszych wydarzeniach ostatnich kilku dni i to ona nawiązała zupełnie specjalną więź z Melesugun. Jak matka z matką. Mam nadzieję, że to zrobi.

W tej chwili, wszystko wskazuje na to, że od strony czysto medycznej, z Melesugun jest już w miarę w porządku:


Oczywiście bolą ją wymiona. No i cierpi. Radek wczoraj pożyczył naszą przyczepę i jechał wzdłuż ogrodzenia. Biegła za nią i rżała - zwykle w przyczepie wywożę odsadki...

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Alleluja!

I do przodu, do przodu!







Przy czym godne odnotowania jest, iż jak już się Bubiszcze wstępnie wybiegało i rozluźniło to, choć ja z tym nie miałem nic wspólnego, a i na pewno nikt nigdy jej wcześniej tego nie uczył - w czasie przemarszów między jednym a drugim polem dostosowała swój krok do tempa osiąganego przez Najlepszą z Żon. Niezbyt imponującego - z przyczyn oczywistych. Matka rozumie matkę...

A skoro o matkach mowa, tracę cierpliwość do Melesugun. Miesiąc temu wyglądała, jakby miała się źrebić lada dzień: brzuch opadnięty, strzyki nabrane, tylko świeczki brak (ale świeczkę łatwo przeoczyć, to ostatnie godziny przed porodem...). Od tamtej pory nie tylko nic nie urodziła, ale i - wyraźnie nabrała animuszu. To i na nią wsiadłem. Na 20 minut (z komórkiem w ręku...) - ale wsiadłem:




W zeszłym roku przejażdżka (nieco dłuższa, to fakt...) pomogła "rozpakować się" Margire. Może i teraz pomoże..?

Inna rzecz, że niemożebnie zimno! Kran nam dziś w nocy zamarzł, musiałem rano rozmrażać. Może to i nie pora na porody..?


Co więcej u nas...? A to musicie Państwo wiedzieć więcej..? No dzieje się, dzieje...



Chrystus zmartwychwstał! Prawdziwie zmartwychwstał!

wtorek, 11 kwietnia 2017

Przygód ciąg dalszy

To były naprawdę intensywne dni. Jak by powiedział Bilbo Baggins: pozostaje tylko żałować, że połowa tych przygód nie była choć o połowę mniej dramatyczna, a druga połowa, nie zdarzyła się tylko w połowie. Czy jakoś tak. Nie mam nastroju na finezyjne gierki słowne - osobliwie o tej porze dnia i w towarzystwie Najlepszej z Żon, która nieco mnie rozprasza...

Zacznijmy od soboty. Udało się nam odzyskać bale, których zamierzamy użyć do wypełnienia ścian naszego domu - i nawet część pieniędzy. Bale tydzień wcześniej pojechały do obróbki, ale już widząc że Ojciec płaci z góry (a przecież tego się NIGDY nie robi!) miałem przeczucie, że nic z tego nie będzie - i pozostaje tylko radować się, że przygoda ta nie skończyła się gorzej...


Po tym, zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie wyczerpującym wstępie, nastąpiła, naturalną koleją rzeczy, niedziela. A w niedzielę... W niedzielę zabraliśmy się za przemeblowanie w stadzie!

Już dzień wcześniej na Padok Zimowy wjechała przyczepa:


Wyjechał jednak Julian, a nie Margire czy Buba. Julian wyjechał do szkoły. Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt się z dawna należał - kto to widział, żeby taki stary byk nic tylko się byczył, a wcale nie pracował, prawda..?

Już kiedy odstawiliśmy szczęśliwie Juliana na miejsce przeznaczenia zauważyliśmy, że w gruncie rzeczy to jesteśmy z zestawem niedaleko Kampinosu. I co za problem zabrać, w takim razie, do nas Mahru..? No to zabraliśmy. Jak to zwykle z Wrednymi Babskami bywa, integracja ze stadem trwa. I daleko jej do zakończenia...:


Wredne Babska okupują wiatę (tu w zestawie matczyno - ciotczynym...), a juniorka bytuje w okolicy, stopniowo zacieśniając orbitę wokół Stada:






Najzacieklej nowo przybyłą atakuje Buba:


Ale Szanowna Mamuśka także zachowuje rewolucyjną czujność - nawet w czasie zabiegów higienicznych:


Trwa to dwie pełne doby w chwili, gdy piszę te słowa. Spodziewam się, że do jako - takiej integracji stada powinno dojść do końca tygodnia. Jak dobrze pójdzie - po Rezurekcji wypuścimy towarzystwo na trawę...

Tymczasem wczoraj rano niebezpieczną przygodę przeżyła nasza kota. Dałem stadu śniadanie. Odpiąłem z łańcucha przy budzie Wigora i właśnie wyjąłem z beczki kość, którą miałem podzielić między wszystkie trzy psy, gdy kota wyłoniła się zza wiaty, nieco spóźniona z nocnej wracając wycieczki - i dość pewnym krokiem ruszyła w stronę chatki, spodziewając się zapewne dostać na strych w czasie, gdy psy będą zajęte. Niestety. Wigor ją zauważył a chartopodobny kundel Lord - doścignął. Nie to, żeby kota, przez trzy psy otoczona poprzestawała tylko na obronie. O nie! Powstał dziki kłąb futer, z kotą wczepioną wszystkimi pazurami w pysk charta. I ten kłąb przetaczał się raz w jedną, a raz w drugą stronę.

Zaiste! Gdyby generał Skrzynecki wykazał takiego ducha walki w 1831! Bo różnica masy na niekorzyść kota była nawet gorsza..!

Rzuciłem kością w środek toczącego się kłębu. Kot jest lekko poturbowany:


Lord przypomina teraz trochę buldoga. Tak mu pysk spuchł...

Przy tym wszystkim idzie na zmianę pogody:



Nie wiadomo, czy długo uda się kontynuować prace budowlane:


Po Świętach, w każdym razie, to już bym chciał, żeby Najlepsza z Żon mogła od pilnowania robotników odpocząć i skupić się na Dużo Ważniejszym Wydarzeniu, którego lada tydzień (jeszcze nie piszę, że lada dzień...) oczekujemy...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...