piątek, 16 września 2016

Jeden dzień z życia chłoporobotnika

Wstałem kilka minut po piątej rano. Spuściłem z łańcucha Wigora i wygłaskałem Lorda. Nakarmiłem konie i dolałem im wody. Uruchomiłem Wendi - ostatnio się zapowietrza i nie jest takie oczywiste, że odpali, a miałem ją odstawić do warsztatu 

Przyjechała ekipa budowlana. Wydałem jej materiały i narzędzia, omówiliśmy zadania. 

Zrobiłem kawy dla wszystkich. Przebrałem się w strój służbowy. Wsiedliśmy z Najlepszą z Żon do samochodów (wracać miałem pociągiem, Najlepsza z Żon zostawała potem w stolicy, Fabiunia miała zatem czekać na mnie na stacji w Warce). Niestety - Wendi dojechała tylko do przejazdu kolejowego i zgasła.

Po bezskutecznych próbach uruchomienia silnika wróciliśmy z Najlepszą z Żon Fabiunią do chatki po narzędzia. Zdjąłem marynarkę. Odkręciłem kolektor ssący od filtru powietrza. Najlepsza z Żon psiknęła zmywaczem uniwersalnym do kolektora w momencie, gdy uruchomiłem rozrusznik. Silnik zawył. Obroty skoczyły na moment ponad 5.000/min. Przestałem cokolwiek widzieć otoczony dymem wydobywającym się wprost z silnika. Puściłem pedał gazu - silnik zdechł.

Spróbowaliśmy jeszcze kilka razy, tylko z mniejszą ilością zmywacza - ale skutek był za każdym razem taki sam.

Zrozpaczony, poprosiłem Najlepszą z Żon, żeby cofnęła Fabiunię i na rozruszniku spróbowałem wjechać na wstecznym Wendi na pobocze, żeby nie tarasować drogi. O dziwo - silnik zaskoczył. Dźwięk miał bardzo brzydki, jak kaszel - ale pracował równo i nie gasł. Aż zmniejszyłem ssanie - na luzie było 1.300 obrotów (powinno być góra 1.000).

Przykręciłem kolektor do filtra. Wsiedliśmy z powrotem do samochodów i ruszyliśmy. Kaszląc i stukocząc dojechałem do stacji w Warce. Najlepsza z Żon zaparkowała Fabiunię i usiadła na miejscu pasażera. Odmówiliśmy poranną modlitwę i odśpiewaliśmy Godzinki. W tym czasie kaszel silnika i stukotanie zanikło, silnik pracował równo, turbina śpiewała, wskaźniki temperatury płynu chłodniczego i ciśnienia oleju stały jak przyspawane (temperatura była nawet ciut za niska...). Na wszelki wypadek starałem się jednak nie przekraczać 2.000 obrotów.*



Dojechaliśmy do warsztatu i zaparkowałem. Wysiadłem na miękkich nogach. Wypiliśmy po herbatce. Pogadaliśmy. Poszliśmy na przystanek. Kupiliśmy bilety w automacie. Dojechaliśmy tramwajem do metra. Na Świętokrzyskiej rozstaliśmy się. Dotarłem do pracy.

W przerwie na lunch spotkaliśmy się z Najlepszą z Żon, która akurat była w pobliżu i zjedliśmy w parku po ciasteczku.

Wróciłem do Warki pociągiem. Zabrałem Fabiunię. Tuż przed zmrokiem byłem w domu. Ekipa budowlana wykonała ustalone zadania i czekała na mnie. Omówiliśmy prace na dzień następny. Przebrałem się. Nakarmiłem konie. Dolałem im wody. Sporo czasu zajęło mi podłączenie z powrotem przedłużacza, który zasila pastuch elektryczny (rozpiąłem go rano, żeby ekipa mogła korzystać z elektrycznej wyrzynarki) - przedłużacz ma swoje lata i nie w każdym położeniu przewodzi prąd. W tym czasie kołował nade mną bardzo nisko i bardzo, ale to bardzo cicho spory ptak. Sądzę, że sowa. Ciemno już było, ale ten cichy, majestatyczny lot i rozpiętość skrzydeł (na długość mojego ramienia jak sądzę...) - robiły wspaniałe wrażenie.

Zapiąłem Wigora na łańcuch. Podzieliłem między niego i Lorda sporą kość. Umyłem się. Łóżka rano nie ścieliliśmy więc... sam nie pamiętam, kiedy zasnąłem? Ale było to bardzo szybko...

------------------------------
*mechanik twierdzi, że silnikowi nic się nie stało!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...