piątek, 14 października 2016

Bubo, nasza Bubo...

Wszystko zaczęło się od tego, że na stacji Warszawa - Powiśle, gdzie zwykle wsiadam w pociąg wiozący mnie w domowe pielesze zastałem wczoraj popołudniu dziki tłum. Którego obecność wyjaśnił komunikat: z powodu awarii rozjazdów na stacji Warszawa - Wschodnia, ruch pociągów na linii wschód - zachód jest wstrzymany. Czas trwania utrudnienia pozostaje nie znany.

Nie mieszkając powiadomiłem Najlepszą z Żon i częściowo per pedes, częściowo autobusem przemieściłem się na Warszawę - Zachodnią. Gdzie, ewentualnie mogłem też skorzystać z autobusu. Niestety - jedyny i najbliższy miał być dopiero o 20.30. Tymczasem zaś pokazały się jakieś pierwsze pociągi. Na razie tylko nadchodzące z kierunku zachodniego, które tamże zawracały.

Dopóki tych pociągów było niewiele, a tłum na peronach i pod peronami gęsty, wszystko wydawało się dość proste. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, gdy w krótkim czasie pociągów nadjechało więcej - ze wschodu (albo naprawili te rozjazdy, albo puścili pociągi czekające na Wschodnim objazdem...). Komunikaty nadawane przez megafony były sprzeczne z wyświetlanymi na tablicach poszczególnych peronów, te zaś - z informacjami z większych tablic w pobliżu tymczasowej hali dworca (gdzie w tej chwili i tak jest głównie McDonald: tablica ta zrobiła zresztą niejaką konkietę wśród oczekujących i kto wie, czy już nie krąży jako mem po fejsie: info, że Moskwa Białoruska ma 700 minut opóźnienia robiło wrażenie...). Konduktorzy szaleli, przeganiając ludzi jak owce po halach. Tłum miotał się tam i siam. Nikt nic nie wiedział.

W pewnym momencie na sąsiadujących peronach stały aż trzy pociągi jadące w odpowiadającym mi kierunku. Niestety! Postąpiłem, jak bym nigdy nie oglądał klasyki filmu polskiego:


Wsiadłem do tego, który przyjechał jako pierwszy. A przecież ten właśnie, siłą rzeczy, miał największe spóźnienie! Powinno było być dla mnie od początku jasne, że odjedzie jako ostatni...

W domu byłem około 22.30. Najlepsza z Żon uznała, że zabarłożyłem u kochanki. Powiedziałbym, gdyby to nie było takie smutne, parafrazując włoski (podobno?) dowcip, że Żona myślała, że jestem u kochanki, kochanka, że u Żony - a ja... kwitłem sobie w pociągu Kolei Mazowieckich. Sześć godzin w sumie. Jazda!

Z wymienianych w międzyczasie sms-ów dowiedziałem się, że Buba nie dojadła kolacji. Ale chwilowo nie przywiązałem do tego większej wagi. To się już zdarzało. Przypomniało mi to tylko, że powinienem na sobotę zorganizować odrobaczanie, co natychmiast zrobiłem, dzwoniąc do pani doktor. Z powodu późnej pory, zmęczenia i podłego nastroju, nie wymieniliśmy już dalszych informacji w tym temacie.

Poszedłem dawać śniadanie na z lekka miękkich nogach. Ciemno było, ale starczyło jedno spojrzenie na zwisające pod ogonem resztki łożyska - i wszystko stało się jasne. Buba poroniła.

Poroniła około pieciomiesięczny płód. Co znaczy, że przynajmniej nie przegapiliśmy właściwego terminu porodu - przez ostatni miesiąc zrobiła się bardzo gruba i pierwsza moja myśl, nader dręcząca i dotkliwa w czasie, gdy przez półtorej godziny łaziłem po Wielkim Padoku i szukałem, była taka, że źle ją obserwowaliśmy, urodziła co miała urodzić, a przez moje zaniedbanie źrebię padło (skoro go przy matce nie ma) - noc była bardzo zimna, ładnych kilka stopni poniżej zera!

W tej chwili jest już po antybiotyku i odklejaniu łożyska (jak zwykle: w ogóle, gdyby to był normalny poród, we właściwym terminie, a nie poronienie, rzecz by się tak łagodnie nie skończyła - Buba jak do tej pory ani razu nie urodziła sama, zawsze musiałem z niej źrebięta wyciągać...). Wnętrze macicy pełne było ropy. Być może badanie wymazu coś nam powie, a być może nie.

W tej chwili można tylko trzymać kciuki, modlić się - co kto preferuje - bo musimy czekać. Miejmy nadzieję, że ochwatu ani innych komplikacji nie będzie...
--------------------------------------

P.S.

Zdjęć nie ma i na razie nie będzie. Po raz pierwszy od 7 lat internet w T-Mobile (dawniej Era blueconnect...) tak się skiepścił, że w domu nawet skrzynki pocztowej otworzyć na ogół nie jestem w stanie, nie mówiąc już o bloggerze. Tak źle nie było nawet w 2009 roku, kiedy ów blueconnect po raz pierwszy instalowałem i, jak pewnie Państwo pamiętacie, nie raz narzekałem. Piszę z pracy i muszę już kończyć.

2 komentarze:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...