poniedziałek, 30 listopada 2015

Złamany ząb

Nazbierało się zdjęć. Tematów też się nazbierało. Czasu brak. Toteż w minioną sobotę, czekając aż zmięknie gotowana na kolację ciecierzyca, wrzuciłem przynajmniej zdjęcia. Chronologicznie i bez silenia się na dłuższe opisy, czasu było też niewiele - no i na koniec kliknąłem "Opublikuj" i nawet nie miałem kiedy sprawdzić, czy się aby naprawdę opublikowało... Jak widać - nie opublikowało się. Nadrabiam tedy...

Poniedziałkowy poranek, tydzień temu:





I ząb, w sobotę złamany:



ale balota dowiozłem


wszystko dla naszych milusińskich...


czwartek, 19 listopada 2015

Wszystkie kolory Jutrzenki

Owszem, mam pomysły na poważniejsze wpisy. Ale nie mam czasu. Nawet, kiedy cały dzień prawie leje - jak wczoraj - i niewiele da się zrobić. I tego "niewiele" na cały dzień starcza. Tedy trochę zdjęć jeno - w oczekiwaniu na Mistrza Jana, z którym dziś powinniśmy robić szalunki pod strop...:











niedziela, 8 listopada 2015

Wchodząc w słowo Eminencji...

Jego Eminencja Kazimierz kardynał Nycz powiedział w dzisiejszym kazaniu do sadowników i ogrodników zgromadzonych na I Dożynkach Sadowniczych i Ogrodniczych w Warce żeby nie dawali się zniewolić swojej własności, tylko umieli się dzielić - w razie potrzeby, także z niedostatku, a nie z tego, co mają w nadmiarze. Do czego przypowieść o wdowim groszu, dzisiaj właśnie odczytana, dobrą była niewątpliwie okazją.

Ponieważ jest to poniekąd mój feblik, pozwalam sobie na małe ad vocem - świadom, że pewnie niejeden raz już o tym pisałem. Pozwalam sobie tutaj, a nie na "teoretycznym" blogu dlatego, że rzecz jest jak najściślej związana z tym co robię na co dzień na ziemi i przy koniach.

Czy własność może zniewolić swojego właściciela? Na pewno tak! Czy powinniśmy być gotowi w każdej chwili ją porzucić, oddać komuś, zużyć na jakieś Wielkie Dzieło..?

A - to już zależy..! Zależy przede wszystkim od tego, jak ją traktujemy, czym dla nas jest. Jeśli ma to być tylko źródło łatwych przyjemności, łatwych bo kupowanych za pieniądze - być może i tak. Jeśli ma być nadużywana i niszczona lekkomyślnie (zgodnie zresztą ze starą rzymską definicją, wedle której tym się właśnie różni posiadanie od pełnej własności, że w tym drugim przypadku, właścicielowi przysługuje prawo "użycia i nadużycia", bo nikomu ze swojego postępowania wobec swojej własności sprawy nie zdaje...) - również. Ale czy zawsze..?

Osobiście uważam że nie tylko "czasowy posiadacz" (czyli na przykład dzierżawca, najemca, użytkownik...), ale i "bezwzględny właściciel" bynajmniej absolutnej władzy nad rzeczami i istotami które posiada nie sprawuje - i nie dlatego, że go w tej mierze jakiekolwiek przepisy prawa ograniczać winny (bo nie winny...), tylko dlatego, że się na kamieniu nie urodził i bez dziedzica (choćby i więzami krwi z nim nie związanego...) z tego świata nie zejdzie. Rzeczy trwałe, takie jak ziemia chociażby, trwalsze są znacznie od swoich - przejściowych z konieczności - właścicieli. A nawet rzeczy nietrwałe, takie jak bochenek chleba czy garnek soczewicy - nie mogą być traktowane lekko, ponieważ nie mamy ich nieograniczonego dostatku (gdybyśmy mieli, to by nie mogły być przedmiotem handlu i nie podlegałyby jakiejkolwiek "ekonomii", traktującej wyłącznie o gospodarowaniu NIEDOSTATKIEM - tak, jak do niedawna, dopóki paru cwaniaków nie wymyśliło "walki z globalnym ociepleniem", nikt nie handlował powietrzem...).

Własność to przede wszystkim obowiązek. Może to być obowiązek prosty: nie marnować. Chleba nie kupować w nadmiarze i nie wyrzucać potem tylko dlatego, że sczerstwiał. Jak się kupiło pół świnki to niezależnie od tego jak strasznym widokiem było dla nieprzyzwyczajonego świniobicie - zjeść pozyskane mięso ze smakiem i apetytem (bo to już jedyny przejaw szacunku, jakiego ubita świnka może oczekiwać od nabywcy swego mięsa...).

Może to też być obowiązek dużo bardziej złożony i, by tak rzec, "pozytywny". Czasem, jak sobie uświadomię odpowiedzialność jaka na mnie spoczywa z tytułu posiadania takich koni, jakie posiadam i ziemi na dokładkę - to mnie aż paraliżuje. Dziś się Marii Magdalenie poryczałem w samochodzie - ze wzruszenia. Bo to obowiązek wielki i zaszczytny na dodatek. Coś jak opieka nad klejnotami koronnymi, czy kustoszowanie w Muzeum Narodowym. Raczej nikt nie będzie "Szczerbca" używał jako rożna do szaszłyków, ani nie potnie "Bitwy pod Grunwaldem" na szmaty, żeby nią wypchać stracha na wróble, prawda..?


I nie jest to wcale żadna "mistyka"..! Takie symbole są po prostu bardzo ważne dla ogromnej rzeszy ludzi. W większości - martwych. Nie szanując ich, okazałoby się despekt wszystkim tym tłumom. W tym także, a nawet przede wszystkim takim, którzy się już o swoje uczucia i honor upomnieć w żaden sposób nie mogą. Co byłoby zwyczajnie niskie, tchórzliwe i niesmaczne...

Moje konie mogą sobie jeść trawę i pachnieć i wcale a wcale nie muszę mieć z nich żadnej bezpośredniej, doraźnej korzyści pieniężnej - i zaszczytem jest dla mnie, że mogę po nich obornik sprzątać. Szanując je, okazuję szacunek paru setkom pokoleń ludzi, którzy się ich przodkami posługiwali - w pokoju i (częściej...) na wojnie. Którzy razem z ich przodkami cierpieli i umierali. Mało..?

Grzeszy ciężko kto niszczy, wyjaławia, porzuca, uprawną ziemię - ziemię, w którą wsiąkł pot setek pokoleń pracowitych oraczy. Opłaca się, czy się nie opłaca - a cóż to ma w ogóle do rzeczy..? Nikt przecież nie każe zaraz chować pod szkłem, czy bodaj uprawiać czegokolwiek. Nie możesz - to zaleś, sprzedaj lub oddaj komuś, kto może. Ale porzucać..? Nasza ziemia została przez ludzi porzucona i okaleczona - jestem dumny, że już sporą część tej krzywdy zdołałem naprawić. I cieszę się każdą wsadzoną wraz z Marią Magdaleną rośliną. Czy wyrośnie, czy nie wyrośnie. Grunt, że sadząc ją, nawozimy i uprawiamy - kolejną lecząc w ten sposób ranę.

No cóż: utylitarystą, jak chyba wspominałem kilka razy, z pewnością nie jestem...

To jest w ogóle trochę osobne zagadnienie. Czy jest w ogóle możliwa jakaś "uniwersalna miara korzyści i satysfakcji"..? Czy taką miarą może być pieniądz..? Prawdę powiedziawszy pieniędzy to właściwie nie widzę powodu szanować - to przecież tylko abstrakcyjny symbol, sam w sobie komplenie nieużyteczny (ze szlachetnych kruszców można było przynajmniej zrobić ładne pierścionki czy kolczyki - papier nadaje się co najwyżej na podpałkę lub do wciągania białego proszku, a zapisy elektronicznego - zgoła do niczego...). Gromadzić pieniądze..? A po co..? Owszem - jak jest na oku jakaś rzecz do kupienia. Ale tak dla zasady? Toż to jakiś absurd..!

Gromadzić i hołubić można, a nawet należy - rzeczy. Jeśli traktuje się ich posiadanie jako nabywanie kolejnych obowiązków. Mam starą szafkę..? Powinienem ją odrestaurować. Kupiłem ciecierzycę - muszę coś z niej ugotować. I tak dalej i temu podobne.

Jasne, że każdy człowiek może unieść tylko pewną skończoną liczbę obowiązków. Dlatego nie ma sensu gromadzenie zbyt wielu lub zbyt wielkich rzeczy. Ale uniwersalnej miary tu nie ma! Jednego przerośnie już opieka nad kotem - inny z powodzeniem poradzi sobie z ogromnym latyfundium. Mogę mieć tylko nadzieję, że bliżej mi do tej drugiej kategorii...

Maria Magdalena dodała, gdy o tym rozmawialiśmy, że tak samo w ogóle powinno się traktować wszystkie zaszczyty - jako kolejne obowiązki. Ale tego nie zdążyłem przemyśleć, bo temat "zaszczytów", a osobliwie "władzy", jakoś mnie nie pasjonuje.

W każdym razie wydaje mi się że nie zawsze i nie w każdym przypadku gotowość do porzucenia własności jest rzeczywiście cnotą. A jeśli jest to właśnie ucieczka przed odpowiedzialnością..? Bo tak, z całą pewnością - im liczniejsze rzeczy/obowiązki, tym mniej "wolności" - rozumianej jako "dowolność" robienia lub nicnierobienia. Tak więc jest rzeczywiście własność pewnego rodzaju niewolą dla właściciela. Wie każdy, kto ma jakiego bądź zwierzaka...

środa, 4 listopada 2015

Radość życia, cz. 2

Słowo się rzekło i tak dalej - obiecałem rano, to wrzucam poranne zdjęcia koni z Bastkiem w roli psa pasterskiego:







I, również poranne, zdjęcie wróconej kilka dni wcześniej na farmy łono Sylwestry. Która głównie je:


Przyznaję że po pracy radość życia jest jednak nieco przytłumiona przez zmęczenie. Pozwolicie zatem Państwo, że już nie będę się rozwijał, tylko nakarmię wszystkie zwierzaki, umyję mdłe ciało (w chłodnej dość wodzie, bo jak na złość, zepsuł się właśnie podgrzewacz i nie tyle grzeje, co wonieje - palącą się izolacją: serwisant ma być w piątek do południa...) i przyjmę pozycję horyzontalną, której dość zdecydowanie domaga się ode mnie mój kręgosłup...

Radość życia cz.1

Poranek dziś mroźny:


i mały poczęstunek dla naszego Mistrza (murarskiego) Pana Jana, który wczoraj przygotowałem na dobry początek pracy i który pozostał w ogromnej większości nie spożyty (bo Pan Jan o siebie dba - ale smak pochwalił, z czego, jak mi wyjaśnił M., mam być dumny, bo to ekspert nie lada, także i w tych sprawach...), nieźle się zmroził:


a woda w beczce pokryła się lodem:


Mimo to i mimo panicznego już niemal pośpiechu (jest już pan Bogdan, którego musiałem wezwać dzisiaj na pomoc, bo i na trzy pary rąk nie dawaliśmy wczoraj rady: musimy z M. pojechać do Stromca po Włocha - to zresztą osobna historia, w poniedziałek tamtejszy majster powalił nas na ziemię ze śmiechu pytając, do czego właściwie służy pompa hydrauliczna, którą naprawił..? - zaraz będzie i pan Jan, raczej nie skończę tego wpisu przed wieczorem - dlaczego te komputery są tak rozpaczliwie powolne w porównaniu z ludzkim umysłem..?) - rozpiera mnie radość życia!

Tak wyglądał plac budowy w piątek:


a tak pół godziny temu:


Postęp nie jest może bardzo wielki, ale to dlatego, że połowę wczorajszego dnia straciliśmy na przygotowania i dowożenie różnych brakujących drobiażdżków: a to mufy do podłączenia betoniarki, a to drzwi, żeby już wiedzieć z góry, jaki mają mieć rozmiar itp. "Drobiażdżki" prawie podwoiły pieniężną wartość inwestycji!

Ale jak się już z tego szoku otrząsnąłem, to musiałem przyznać, że tak naprawdę jest to czysta, żywa radość! M., z moją czysto fizyczną pomocą, bardzo dobrze ulał płytę. Wszystkie kąty są idealnie proste, wymiary się zgadzają. Mamy bardzo dobre bloczki, świetną zaprawę, znakomitego majstra. Czyż budowa nie jest w tej sytuacji przyjemnością..?

A że robimy to po większej części ręcznie, chałupniczo, rzemieślniczo - i że druh mój serdeczny Radek z niejaką pogardą obśmiał nas widząc dzień wcześniej, że łopatami rozładowujemy piasek, zamiast wynająć wywrotkę..? To Radek żyje we własnym, sztucznym świecie, nie my!

Dziś też ręcznie wytniemy z karłowatych sosenek stemple, a nie będziemy składanych, stalowych kupować. Ot tak.

Kończę na razie. Musiałem włączyć samochód i nie słychać WS-ki pana Jana, ale pewnie już jest. Przekażę mu karteczkę z planem i jadę. Ciąg dalszy, koński i psi - wieczorem!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...