wtorek, 11 sierpnia 2015

Wieczerza w stylu paleo

Jak zwykle, wyszło przypadkiem. Chciałem już dzisiaj coś zjeść, bo wprawdzie bolesna przypadłość jelitowa, która mnie męczy już prawie tydzień bynajmniej nie przeszła, a do śmierci głodowej wciąż zostało mi wiele, wiele miesięcy (takie mam na sobie zapasy!), ale ewidentnie czułem dzisiaj, że mózg mi już gorzej pracuje.

Żeby było możliwie nieszkodliwie, planowałem sobie zrobić na wieczór kanapkę z masłem i szczypiorkiem. Cóż, kiedy chleb mi spleśniał!

Za to sąsiadka obdarowała tłustym i bardzo smacznym pasztetem z kaczki.* Efekt? Proszę bardzo, wieczerza w stylu paleo:


Pasztetu z samym tylko szczypiorkiem jakoś nie wypadało, dodałem więc pół garści pomidorków z ogródka.

Jak na razie czuję się doskonale (pomijając trawiący mnie cały dzień niepokój o Marię Magdalenę, która jeszcze do niedawna znaku życia nie dawała, a powinna już była dojść do końca dziennego etapu pielgrzymki... - ale tu właśnie update: jest, żyje, ma się dobrze..!). Co z tego będzie koniec końców - przekonamy się jutro rano.

W zeszłym tygodniu wpadłem w błędne koło. Leki na nerki powodują... dolegliwość jelitową. Leki na dolegliwość jelitową... przyspieszają tworzenie się kamieni nerkowych. Żeby się z tego zaklętego kręgu wyrwać, postanowiłem się przegłodzić. Co okazało się w wykonaniu dużo prostsze niż pierwotnie myślałem, bo przez te upały i tak kompletnie nie chce się człowiekowi jeść. Nieprawdaż..?

No tyle że skutki tej parodniowej głodówki są, jak chodzi o wspomnianą dolegliwość jelitową bynajmniej, póki co równie wątpliwe, jak wcześniej skutki leków... Przynajmniej mi się nie pogorszyło, do czego niewątpliwie by doszło, gdybym ładował w siebie żarcie przez ten czas..!

Kiedyśmy się w czasie pielgrzymki widzieli po raz pierwszy, w miniony czwartek, Maria Magdalena stwierdziła, że biorąc pod uwagę wszystko, co się ze mną działo poprzednio, oraz co mówiłem i pisałem - to Pan Bóg wyciął mi numer podobny jak niejakiemu Szawłowi pod Damaszkiem. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Z tą poprawką, że jego zsadził z siodła i oślepił - a mnie wsadził z powrotem w siodło i (mam nadzieję!) pozwolił przejrzeć na oczy. Ksiądz spowiednik w zasadzie podziela tę opinię...

Trzeba tylko o zdrowie zadbać. Tyle obowiązków czeka..!
--------------------------------------------------------------------------
*Jeśli ktoś z Państwa nabrał oskomy na pasztet z kaczki, albo i na co innego - byle też z kaczki - to kaczkę od sąsiadki, własnego chowu, około pięciokilową, wypatroszoną i oskubaną, wciąż jeszcze można kupić. Za 50 złotych. Cena jak z Pierdonki (tyle, że tam kaczki mają góra po 3 kilogramy...). Kilka takich kaczek sprzedałem w Radomiu i wszyscy bardzo chwalą. Z oczywistych względów oferta dotyczy tylko mieszkańców Warszawy lub Radomia i okolic. Adres e-mail podany w kolumnie po prawej.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Ona to lubi...

Boję się o Mirasgula. Co prawda Małe Złe znowu zrobiło sobie paskudną ranę na szyi - ale Złego, jak wiadomo, dyabli nie biorą. Tymczasem Mirasgul goni resztkami sił. Na oko sądząc - zszedł z wagi. No i, jak widać, już mu się nawet nie zawsze udaje trafić tam, gdzie trzeba:
 
video
 
Wszystko zaczęło się około dziesięciu dni temu. Najpierw Osman Guli (czyli Buba), a potem Margire (czyli Małe Złe) - dostały rui. I zaczęły chłopa męczyć.
 
W poprzednią niedzielę nie udało się nam z Marią Magdaleną wsiąść na konie, bo kobyły nie dały się od ogiera oderwać. Ogier zresztą też nie zamierzał ich wolno puścić. W konsekwencji ogrodzenie, atakowane z dwóch stron jednocześnie, zaczęło się chwiać niebezpiecznie. Musieliśmy wprowadzić dziewczyny z powrotem.
 
Buba chyba już odpuściła, ale Małe Złe, jak widać, nie ma najmniejszego zamiaru..! No cóż - Maria Magdalena twierdzi, że Mirasgul ma w Boskiej Woli dwie żony i kochankę. Żony statecznie pozwalają mu się kryć, podczas gdy kochanka bezwstydnie przejawia własną pod tym względem inicjatywę (co widać...). Ale, tak prawdę powiedziawszy, Buba wcale nie była dużo lepsza...
 
Teoretycznie powinienem założyć, że obie resorbowały płody i znowu są nieźrebne. To by nawet nie było takie złe - Bubę trzeba pilnować przed porodem, bo rodzi z trudem i wymaga pomocy. Łatwiej pilnować w lipcu, niż w kwietniu. Obfitość soków wydzielanych przez obie kobyły i gwałtowność ich namiętności dość silnym jest dowodem, że tak właśnie się stało.
 
Ale kto wie..? Jak chodzi o moje kobyły pewien jestem tylko tego, że nie czytały tej książki, wedle której źrebna kobyła to już nie może mieć po prostu ochoty na seks...


niedziela, 9 sierpnia 2015

Bastek, dobry pies


Siedzę sobie przed końputerem z gębą czerwoną i napuchniętą od policzkowania i próbuję (jeszcze, na razie..!) nie zasnąć. Co się stało..? Nie, nie - żadna sąsiedzka zwada. Macać przypadkiem przechodzących boskowolańską piaszczystą drogą piękności też nie próbowałem. Sam się spoliczkowałem. I to na kwaśne jabłko..!

Zaczęło się od tego, że gdyśmy z Marią Magdaleną słuchali rano Mszy pielgrzymiej, poczułem parcie na pęcherz - choć dobrze wiedziałem, że jest on pusty - oraz dyskomfort w okolicy prawej nerki. Oho! - pomyślałem sobie - jak nic dziś w nocy lub jutro do południa zejdzie. Kamyczek. Bodaj chyba siódmy w tym roku, a czwarty w serii..?


Do śniadania zażyłem tedy no-spę, a profilaktycznie - chciałem przejść z Marią Magdaleną przynajmniej pierwszy po Mszy odcinek drogi - także środek przeciwbólowy, któren otrzymałem byłem jeszcze w lutym, wybierając się na samotną, jednodniową delegację do Ljubljany (16 godzin w samolotach lub na lotniskach - pani doktor zlitowała się nade mną, bo to akurat w środku serii kamyczków było - i przepisała najsilniejsze, co tylko było pod ręką, a jeszcze nie jest opiatem...).

Dawka maksymalna to cztery proszki - i fakt faktem, wypróbowałem (lubo akurat nie podczas delegacji...), po czterech to nie tylko kamyczki można rodzić, ale i własnoręcznie ucinać sobie nogę tępym nożem - pod warunkiem jedynie, że się wybierze właściwą spośród tych, które skołowany do imentu mózg widzi w miejsce i obok realnych. To by była przesada! Po jednym z kolei właściwie nie było różnicy. Krakowskim targiem wziąłem dwa.

No i fakt - jak do tej pory działa. Nawet, w drodze powrotnej z trasy pielgrzymki, nie zajechałem na pogotowie w Białobrzegach, jak pierwotnie planowałem - bo po prostu nic nie czuję. Nie poczułem nawet tego, że mnie dżinsy obtarły (co odkryłem dopiero w wannie...). Nastraszyłem za to dokumentnie Marię Magdalenę, bo chyba nie wyglądałem za dobrze.

Wstyd mi. Wstyd mi zresztą w ogóle, że ona idzie - ciężki, za ciężki dźwigając "podręczny" plecak (bagaże właściwe jadą przed pielgrzymami samochodem, ale każdy coś tam jeszcze przy sobie ma, choćby na wodę...), gdy ja tu się byczę.

No cóż - zwierzaki trzeba poić i karmić. A jutro rano do pracy. O czym zresztą na końcu posta jeszcze wspomnę...

W przeciwieństwie do soboty, gdy wykonywałem dokładnie taki sam manewr (tylko bez prochów i policzkowania...), poszczęściło mi się z powrotem do miejsca startu, gdzie zostawiłem samochód. Już pierwszy przejeżdżający kierowca zatrzymał się - a potem nawet zmienił nieco planowaną trasę własnej jazdy, żeby mnie od razu na miejsce dostarczyć. Ludzie są dobrzy..!

Schody zaczęły się gdy ruszyłem. Wiadomo: gorąco, ciutkę się zmachałem maszerując w taki upał. No - organizm miał prawo domagać się odpoczynku. Ale żeby aż tak..? Wiem co piszę, bo nie raz już dobę i więcej za kółkiem przesiedziałem. To była taka senność, jaka kierowcę nachodzi gdzieś w okolicach dwudziestej godziny jazdy. Jedzie się, oczy są otwarte - i nagle okazuje się, że iluś zakrętów czy skrzyżowań po prostu się nie pamięta. A przejechane.

To co miałem zrobić..? Zacząłem się okładać. Z plaskacza. Pięścią. W jeden policzek. W drugi. Od dołu. Normalnie - na kwaśne jabłko się zbiłem. Ale dojechałem. Czego macie Państwo dowód, skoro moje wypociny czytacie!

A teraz już mi lepiej, ale wciąż boję się zasnąć. To nie jest naturalna ochota na sen, tylko działanie procha. Lepiej jeszcze troszeczkę przeczekać, nim się mu ulegnie. Dlatego piszę, choć doprawdy - może i nie powinienem..? Nie to, żebym nie miał czego opowiadać, mam, ależ mam - i to sporo. Raczej dlatego, że w tym stanie na pewno nic mądrego nie napiszę...

Wracając tedy do zwierząt, które poić i karmić trzeba (i dlatego tak niemęsko i nierycersko byczę się, gdy Maria Magdalena dźwiga ten swój stanowczo zbyt ciężki plecak do Częstochowy... - po prostu szmata nie narzeczony...) - na czas pielgrzymki przybył na farmę Bastek, dobry pies:


Lat bez mała siedemnaście - pasują do siebie z Sylwestrą. Bastek odżywa w Boskiej Woli. Patyczki trzeba mu rzucać. A jak się cieszy, jak tarza, jak wita. Normalnie - chyba dam się przekonać do psów!

Jutro zaś, Drodzy Parafianie, będzie to, co lubicie najbardziej. Czyli - dziki seks. Udokumentowałem przy pomocy telefonu jak Małe Złe gwałci Mirasgula. Teoretycznie mógłbym to przegrać na komputer i w domu - ale w pracy będzie o wiele łatwiej. Starczy kabelek wetknąć. Podczas gdy tutaj musiałbym wyciągnąć laptopa, połączyć się przez bluetooth - nie... 

Obiecałem Marii Magdalenie że do ślubu postaram się wszystkie złe cechy ujawnić - co do jednej. No to ujawniam! Zacząłem, jak widzicie, od lenistwa...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...