wtorek, 28 lipca 2015

Nawalnie

Zdjęcia robiłem w sobotę, ale dziś było wcale podobnie - nie dokładnie tak samo, osobliwie teraz, gdy nawałnica już przeszła i pokazało się słońce, którego w sobotę próżno by wypatrywać. Ale podobnie. Najpierw pojawiały się monumentalne i złowieszcze konstrukcje z chmur:



co nie robiło najmniejszego zresztą wrażenia na czterokopytnych! Wręcz przeciwnie, nasi milusińscy, cali w skowronkach że im wraże lotnictwo nareszcie nie dokucza, wychadzać zwykli w taką aurę na spokojny popas:


o to tylko dbając, żeby wiatr wiał od zadu. Czego może i ja powinienem się wreszcie nauczyć..?

Potem zrywa się wicher, od którego brzózki Lasku Centralnego prawie że kładą się na ziemi:


za czym gaśnie światło:


w pełnym, poniekąd, wymiarze, bo elektryczne też (i niekoniecznie potem tak od razu wraca...) - i można już tylko podziwiać, jak się rzeczywistość myje:


W sumie - nie narzekam. Szkód zauważalnych nie odnotowałem. A Wielki Padok pomału zaczyna się zielenić...

Okazało się tylko - w sobotę - że Genders burzy się boi..:


Gdzie jest teraz, to nawet nie wiem. Wbrew przewidywaniom, którymi się nawet telefonicznie podzieliłem z Marią Magdaleną, nawet święta pora kolacji nie spowodowała jego epifanii. Zniknął. Podobnie jak Krystyna.

Cóż - przynajmniej kocia kolacja była tania: jedna Sylwestra raczyła zaszczycić... W sobotę też wyszło niedrogo, bo Genders ze strachu nie jadł, a Sylwestra pożywiła się myszką przyniesioną przez Krystynę:


To na zakończenie jeszcze ze dwa co ciekawsze wzorki chmurne..:



poniedziałek, 27 lipca 2015

Człowiek bez honoru

Rzadko się zdarza, nawet na zawodach regionalnych, zobaczyć taki horror! Jeden człowiek - o ile to dumne miano może służyć takiemu indywiduum - zdołał nam zepsuć całe niedzielne popołudnie, kiedyśmy z Marią Magdaleną wpadli po sąsiedzku do "Sielanki".

Wobec takiego zachowania nie mogę milczeć. Jeśli moje nie-milczenie będzie miało konsekwencje w sądzie - tym lepiej. Jestem na to gotów, czekam wręcz takiej okazji!

Ogłaszam tedy wszem i wobec, że niejaki Michał Marcinkowski z KJ Welt Opypy to człowiek bez honoru, który nie powinien zbliżać się nie tylko do koni, ale do jakichkolwiek zwierząt, jadowitych gadów nie wyłączając. A jeśli już musi koniecznie uprawiać jakiś sport, niech to będzie boks lub inne mordobicie - dostanie po zębach raz czy drugi to sam poczuje, jak się muszą czuć jego konie.

Jasne, że z koniem, osobliwie z młodym, postępować należy stanowczo. Jak trzeba - to trudno: trzeba też użyć bacika, czy innej pomocy. O ile czemuś, jakiemuś celowi, taka stanowczość służy.

Po jaką jednak cholerę na ewidentnie młodych koniach, nie tyle zebranych, co ściśniętych w ręku jakimiś wielokrążkami nie tyle jechać co pełznąć ten parkur niby galopem, ale w tempie mocno zebranego kłusa:


- tak, że w konkursie klasy "N" koń jechany jako drugi już gdzieś w okolicach piątej czy szóstej przeszkody miał przekroczoną normę czasu i jasnym było, że żadnego zgoła wyniku nie osiągnie..?

Po kiego Dyabła rogatego piłować wędzidłem po końskiej szczęce na każdym zakręcie:


Fotografować ten monstrualny występ zacząłem dopiero podczas konkursu klasy "C", gdzie nie było to aż tak widoczne, ale jestem przekonany, że gdyby obecni na miejscu fotografowie poszukali na swoich kartach pamięci, to o wiele lepsze ujęcia znajdą!

Czemu miało to wszystko służyć? Dlaczego, skoro ani jeden, ani drugi koń "nie szedł" i jasnym było, że nic z tego nie będzie w sensie osiągniętego wyniku - jeździec nie miał dość sumienia i honoru, żeby się wycofać, tylko tłukł te biedne zwierzęta i psuł wszystkim wokół zabawę jadąc do końca..?


Jakim trzeba być bucem, żeby po tak tragicznie słabym występie w klasie "N" - mieć czelność wyjechać na chodzącym już prawie że na rzęsach koniu do trudniejszego konkursu klasy "C"..?

Proszę mi tu nie wyjeżdżać przypadkiem z tekstami, że chodziło o "naskakanie" konia, że następny konkurs pójdzie już lepiej.

Gówno, za przeproszeniem, prawda!

Pan Makowski, właściciel tych koni, dzięki występowi tego zawodnika stał się wczoraj popołudniu o kilka tysięcy złotych uboższy. Tyle będzie musiał wydać na odrobienie strat, jakie ta piramidalna fanfaronada uczyniła w psychice obu koni. Albo o tyle taniej będzie je musiał sprzedać...

W konkursie klasy "N" tuż po drugim występie - "przejazdem" nazwać tego nie sposób - rzeczonego Marcinkowskiego na co najmniej równie młodym koniu jechał pan Prasek. I jechał fenomenalnie! Nawet, gdy koń się mylił, ani na chwilę nie tracił zimnej krwi, własnym spokojem umiał opanować tremę i brak doświadczenia swojego partnera. I wyjechał w ten sposób drugie miejsce.

Pan Jończyk w obu konkursach jechał młode konie. Jechał je stanowczo, ale spokojnie, profesjonalnie - był w tym sens, cel i piękno.

Jeśli małej dziewczynce na wielkim koniu latają łydki i ręce, jeśli się kładzie na zadzie rozpaczliwie hamując przed przeszkodą to jest nieładne, bywa żałosne, ale też - nie oczekujemy zbyt wiele od małych dziewczynek. Nie wiem czego oczekuje od siebie rzeczony Marcinkowski - ale u mnie nawet gnoju po koniach by nie miał prawa się dotknąć. Widły, k..wa, też kosztują..!

To, co nam pokazał było okropnie brzydkie. I skrajnie nieetyczne. Komisja sędziowska lub komisarz zawodów powinni byli wyrzucić Marcinkowskiego z parkuru. Przepisy na to pozwalają. Nie trzeba ich zmieniać (ani tym bardziej "zaostrzać" - już 2500 lat temu Lao Zi zauważył, że im więcej praw, tym więcej przestępców...). Trzeba po prostu być człowiekiem. I jak się widzi coś takiego - reagować!

Miałem ogromną ochotę pójść na rozprężalnię, ściągnąć typka z konia - i sponiewierać. Maria Magdalena prawie że siłą mnie powstrzymała. Miała oczywiście rację: za własny ból zapewne zemściłby się na niewinnym zwierzęciu - a zdolności honorowej takie g...no w markowych bryczeskach przecież i tak nie posiada i szkoda sobie o nie brudzić buty..!

sobota, 25 lipca 2015

Telegrafem

Zdaję sobie sprawę, że Państwo możecie być zniecierpliwieni tak długim milczeniem. Cóż ja poradzę, biedny miś..? Na ogół nie miałem czasu a dziś, gdy czas mam, napełniające moje wątpia nieukrywanym dyskomfortem przesuwanie się drugiego (ewentualnie, odbywającego swoją podróż na raty...) w ciągu ostatnich 14 dni kamienia sprawia, że trudno mi się siedzi. Także przed końputerem. Ile zatem napiszę, tyle napiszę - i tak nie macie Państwo innego wyjścia, musicie mi wybaczyć...

Zaczniemy tedy od rzeczy smutnych, by zakończyć optymistycznie, a nawet wesoło.

W czwartek pochowaliśmy w Ż. panią Barbarę. Uroczystość ta, z natury skłaniająca do raczej niewesołych refleksji, tym była smutniejszą, że rodzina osoby, która nam podawała się za samotną i bezdomną, okazała się nie tylko jak najbardziej istniejąca i wcale liczna, ale w dodatku - niezmiernie wręcz sympatyczna..! Żeby od takich ludzi uciec, przed takimi ludźmi się izolować - musi stać się własny umysł najgorszym wrogiem człowieka. Okazuje się tym sposobem, że nic - ani liczne grono krewnych i przyjaciół, ani jakiekolwiek wysiłki zbudowania sobie bezpiecznego miejsca na tym świecie, praca, zasługi, uznanie: nic nie chroni człowieka przed samotnością, ucieczką, strachem...

Pani Barbara zasłabła nagle dokładnie tydzień temu, w minioną sobotę, po powrocie z targu. M., doświadczony pielęgniarz, przy pomocy kolegi, który akurat prasował mu seradelę, zdołał utrzymać tętno do przyjazdu karetki (co zresztą trochę trwało: pierwsza zepsuła się po drodze, dopiero druga dojechała...). Nie miało to już znaczenia dla samej pani Barbary, którą dotknął rozległy wylew, powodujący w konsekwencji śmierć mózgu - ale jej organy, zdaniem lekarzy zdrowe jak u kobiety o połowę młodszej, przydały się wielu ludziom. Do pochówku pozostała tylko niewielka urna z prochami. To akurat było piękne. Podobnie jak to, że w gruncie rzeczy, przynajmniej przez ostatni dni czy tygodnie życia, pani Barbara żyła mniej - więcej tak, jak to sobie jej chory umysł wykoncypował: na wsi, z dziećmi, ze zwierzętami. Sądzimy, że była szczęśliwa. Tak przynajmniej mówiła!

Dopiero kiedy jej zabrakło okazało się, jak bardzo była pożyteczną. Na pogrzeb pojechaliśmy wąską delegacją - żona M. i ja jedynie. Do dzieci nie udało się nikogo w trzech wsiach znaleźć, kto by miał czas z nimi posiedzieć, więc M. musiał zostać, robiąc za niańkę. Koniom też nikt by wody nie nalał w południe (Maria Magdalena akurat nie mogła przyjechać, zresztą i tak byśmy we czworo nie pojechali, ktoś zostać musiał...).

Ponieważ żona M. we wrześniu musi się położyć do szpitala, a Maria Magdalena zacznie, zapewne, nową pracę i będzie mogła odwiedzać mnie jeszcze rzadziej niż obecnie - powstaje pytanie, czy nie powinniśmy przypadkiem ogłosić wspólnie castingu na wakujący etat "pani Barbary"..?

Po tym, jak się trochę poruszałem sprzątając po wiatą i po fenomenalnych naleśnikach pani Alicji, mamy Marii Magdaleny, które dostałem wczoraj na drogę, dyskomfort w wątpiach nieco mi ustąpił, ale lada chwila na pewno powróci - śpieszę tedy dalej, wciąż w telegraficznym skrócie..!

Pani Barbara, kamienie, praca, susza i duchota - wszystko to zapewne nieźle by mnie zdołowało, gdyby nie kilka innych wydarzeń, do których poniekąd trochę mimochodem i bez wysiłku (a wydawało mi się, że cisnę jak szalony...) również doszło w ciągu ostatniego tygodnia.

Wiem już gdzie i jaki dom mam zbudować. Pozostaje mi tylko wykonać - nie pojmujecie, jakie to szczęście i komfort, gdy ma się tak jasno określone zadanie..!

Jest już nawet szafa, dla której, między innymi, dom ten będzie budowany.

Ale najbardziej mną wstrząsnęło, gdy wczoraj usłyszałem, że jeśli Mirasgul będzie bardzo brykał, to jednak zlecimy komuś jego zajazdkę... No bo jednak na kręgosłup trzeba uważać, żeby się potem nie okazało, że nosidełka z dzieckiem są za ciężkie... Naprawdę doceniam, jaka to ofiara - od kogoś, kto tak zaciekłą przejawiać zwykł ambicję gdy chodzi o konie..!

Na razie pp. M. mają nam udostępnić pluszowego misia. Jeśli z misiem Mirasgul się oswoi, to jest szansa, że i Marią Magdaleną nie będzie próbował rzucać do celu - zobaczymy, a jeśli czas i siły pozwolą, to oczywiście że zdam relację.

W minioną niedzielę byliśmy na wycieczce u koni Marii Magdaleny (tak powtarzam za każdym razem, ale po prostu bardzo mi się to imię podoba...) - i cyknąłem trochę zdjęć. Ale nie było czasu detalicznie się nimi zająć, jak ich bohaterka przyjedzie, to wspólnie zdecydujemy, czy coś pokazywać, czy nie.

Na razie, tradycyjnie, gdy nie mam czego pokazać, pokazuję koćkodana:


Skąd koćkodan, który od lat zwykł sypiać przy moim lewym boku wiedział, że tej nocy lepiej się przytulić do prawej nerki..?

To tyle, Drodzy Państwo na dzisiaj. Miłego łykendu życzę!

środa, 15 lipca 2015

Jeszcze pływam!

Choć sam nie wiem, jak to możliwe. Podgrzewacz do wody koniec końców wymieniłem na zapasowy. Przy latarce. Na "główny" jednak wciąż - choć wydawało mi się, że nie, a jednak - mam gwarancję. Będę walczył! Mimo, że jako "punkt serwisowy" Siemensa w Radomiu figuruje tylko warszawski numer telefonu...

Chciałem być dobry, bo z wulkanizatorem (zgodnie z przewidywaniami zresztą, pana Roberta stanowczo polecam!) poszło błyskawicznie i tanio, więc wywiązując się ze starej obietnicy (doznane dobro trzeba jak najszybciej komuś oddać, inaczej kwaśnieje...), połowę popołudnia oglądałem nawet dość ładne, choć malutkie gospodarstwo w sąsiedniej wsi. Przy okazji poznałem bardzo sympatycznych sąsiadów i kolejną "wiejską legendę" na swój temat. Rzekomo bowiem to z "Sielanki" aż do Dobieszyna konno jeżdżą - gdy ja jeżdżę (jak jeżdżę...). Poznałem też właściciela i kierowcę tego małego samochodziku, który przez pewien czas minionej zimy blokował mi najkrótszą drogę na stację!

Tymczasem siostra Dalii, która odwiedziła nas w miniony łykend, przysłała zdjęcia (oraz błogosławieństwo dla nas na nową drogę życia - a mówiłem, że nie ma się czym stresować...). Nie zająłem się gośćmi jak należy - i czwarta w tym roku kolka nerkowa (nietypowa w dodatku, bo rozłożyła mnie do stanu wijącej się z bólu ameby raptem w godzinę, gdy zwykle na to co najmniej doby potrzeba...) tłumaczy mnie tylko częściowo. Mam wyrzuty sumienia. Tym bardziej zatem - jeszcz raz za miłą wizytę dziękuję.

Proszę bardzo, pierwsze wspólne zdjęcie z Marią Magdaleną:


Niestety, Mirasgul w typowy dla siebie sposób praktycznie bez reszty przesłonił Najmilszego Gościa. I co zrobić..?

Figa, nowa ulubienica wszystkich na naszej farmie:


Z wyjątkiem Gendersa. Ale to jego problem...

Procedura startowa Ślicznego Włocha:


I dowód na to, że była skuteczna:


Na koniec wreszcie - kolacja naszych milusińskch:


Idę spać póki jeszcz widzę, gdzie łóżko stoi...

wtorek, 14 lipca 2015

Wieczornie

Przez ostatni tydzień zdarzyło się więcej niż dzieje się tu zwykle przez cały rok. Albo i przez lat kilka. Po prostu nie ma mowy, żebym dał radę to opisać - całkiem niezależnie od tego, czy potrafię sobie radzić z nieopowiedzianymi wrażeniami, czy nie potrafię. Bach..! Stało się.

Wcale, a wcale nie czuję się przy tym desperatem. Jestem mężczyzną dojrzałym. Jeszcze 50 lat temu powiedziano by wręcz, że - starym. Owszem, dzisiaj wszyscy udają młodzików i w ten czy inny sposób maskują swój wiek. Tym niemniej, ja po prostu nie mam na co czekać. Osobliwie, że nigdy nie byłem tak pewny swego jak tym razem (a generalnie to nie mam problemu z podejmowaniem decyzji...): lepszy wybór jest zwyczajnie niemożliwy..! Co przyzna każdy nieuprzedzony, kto tylko pozna Marię Magdalenę. Mój dobry przyjaciel Grześ, który zna nas oboje już pewien czas uważa wręcz, że szkoda tak porządnej dziewczyny dla takiego nygusa jak ja...

Ale dość o tym. Jak zauważył swego czasu bodajże Wittgenstein, czego nie da się opowiedzieć, o tym należy milczeć. Poprzestańmy zatem na dzisiejszym zachodzie słońca, który po prostu musiałem sfotografować, idąc dać koniowatym nieco spóźnioną kolację (dotarłem wprawdzie do domu na czas, ale tak lało, że mowy nie było o wysuwaniu nosa poza chatkę...):


Zasadniczo całe to spóźnienie przez to, że dziś znowu był dzień pełen przygód! Ale takich zwyczajnych. Jakich nigdy mi w Boskiej Woli nie brakowało.

Otóż  planowałem sobie dzisiaj pojechać do Radomia samochodem. Byłaby to co prawda niejaka rozrzutność - ale: umówiłem się do dentysty, własny środek transportu był nie do pogardzenia.

Ponieważ tak planowałem, to przepuściłem poranny pociąg, którym mogłem zdążyć do pracy. Gdy zaś wyszedłem z chatki odkryłem, że plany trzeba zweryfikować: Wendi nigdzie nie pojedzie. Ma kapcia w lewym zadnim kole. Którego to kapcia musiałem nabyć wracając poprzedniego wieczora od M., gdzie piliśmy pępkowe ku czci siedmiu nowo narodzonych świnek (pępkowe zresztą nieważne, M. pomylił się w określaniu płci noworodków, wszystkie toasty trzeba zatem od początku powtórzyć...). Tylko nie zauważyłem.

Nawet nie próbowałem zmieniać koła, tylko czem prędzej ruszyłem piechotą na stację. Nie pamiętając, że do następnego pociągu mam prawie dwie godziny... No ale nic - do pracy koniec końców dotarłem, u dentysty też byłem, tylko trochę później. Na wieczór zostało mi zmienić koło i zawieźć przebite do wulkanizatora. Mojego ulubionego zresztą - jak by kto z Państwa potrzebował w Warce oponę zmienić, nie ma jak u pana Roberta Sikorskiego na ulicy Piotra Wysockiego 6 (niedaleko Pierdonki).

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Dzięki temu, że wciąż ważę dobrze ponad 100 kg poluzowałem wprawdzie śruby łatwo - ale już zdjęcie koła i założenie dojazdu nie było takie proste. Wyciągniętego do maksimum podnośnika nie starczało, żeby coś podłożyć strasznie musiałbym kombinować, prościej było się podkopać:


Oby ten dojazd do jutra wieczór wytrzymał - bo jak widać, nieźle się pod dwiema tonami rasowego Patrola ugina..!

Nie wytrzyma, to też sobie poradzę - ale toczenie przed sobą koła, które mam od pana Roberta odebrać po powrocie z pracy nie bardzo mi się uśmiecha...

No to, w intencji wytrzymania dojazdu przez (wciąż!) niemal dobę, jeszcze raz zachód słońca:


Do czwartku w każdym razie Wendi będzie sprawna. Choćbym miał w tym celu glebę gryźć..!

Dlaczego do czwartku..? A, bo w czwartek pojadę odwiedzić moje kochanie w Warszawie.

Spać nie mogę. Objaw przemęczenia..? No cóż - jak to po urlopie...

wtorek, 7 lipca 2015

Prezent

Miałem nadzieję pochwalić się dziś rano Państwu ładnie przykrytym sianem. Cóż, kiedy kwadrans po piątej - surprise! - plandeka okazała się cała mokra od rosy. Muszę tedy poczekać z zakończeniem dzieła jeszcze z pół godzinki - póki rosa nie wyschnie, co by bez potrzeby nie moczyć siana:


Wczoraj w drodze z Kielc dogoniły nas przed Radomiem czarne, burzowe chmury - jak stwierdziła Maria Magdalena, wracające z weekendu w górach - dogoniły i przegoniły tak, że nic się nie dało zrobić. Na szczęście, ze wszystkich tych chmur wylał się ledwo co kropidlany pokropek i to taki od skąpego plebana - jak dojechaliśmy do Boskiej Woli było już całkiem sucho i tylko na wieczkach beczek pozostała woda świadcząca, że coś tam się skraplało. Siano w każdym razie było suche jak pieprz.

Wziąłem się tedy za zakładanie plandeki, którą tymczasem dostarczył kurier nie mieszkając, jak tylko zostałem sam - głównie po to, żeby się czymś zająć jak najprędzej.

Ponieważ wiało niemiłosiernie, to najpierw wrzuciłem spakowaną plandekę do góry i tam zacząłem ją rozwijać. Im więcej rozwinąłem, tym gorzej mi szło. Raz, że miejsca mało, a dwa - żagiel stawał się coraz to większy. Umordowałem się tak, że przestałem być do człowieka podobny, a efekt pozostał żałosny.

Teraz trzeba to ściągnąć, rozłożyć jak należy na ziemi - i dopiero wciągnąć z powrotem, już dobrze. Na koniec przycisnąć czymś z góry, a dół przywiązać do palet leżących pod sianem.

M. ofiarował się z pomocą, ale wczoraj, przy tym wietrze, to po prostu nie miało już sensu - a dziś, skoro dla odmiany nie wieje wcale, powinienem sobie sam poradzić. Potrzeba tylko odrobiny cierpliwości.

Na jutro obie prognozy pogody, z których rutynowo korzystam, zapowiadają lute burze i istny potop. Trzeba więc dziś sprawę plandeki stanowczo zakończyć - tudzież siano pozostałe na Wielkim Padoku przynajmniej na przyczepę załadować (rozładowanie może już poczekać...). Tym się będę zatem bawił, czekając na powrót Najmilszego Gościa. Te same prognozy zapowiadają zresztą od czwartku przyjemne ochłodzenie - będzie można znowu do pracy z końmi wrócić, bo przez ostatni tydzień już bez mała, choćbym i nie miał sianokosów i innych zajęć - nie dało się nic zrobić, bo byłby to czysty sadyzm z masochizmem pomieszany. Przynajmniej w dzień!

Tymczasem kotka Krystyna przyniosła mi prezent na pocieszenie:


Nie jestem pewien, czy przypadkiem nie był to zresztą drugi w ciągu tej doby, bo rano znalazłem pod oknem kępkę trawy, której CHYBA nie przeoczyłem sprzątając chatkę wieczorem..?

sobota, 4 lipca 2015

A liczba jego trzydzieści i trzy...

baloty zwiezione i ustawione:


bilansem ekonomicznym tego przedsięwzięcia zajmę się osobno, jak porozliczam wszystkie koszty. Od razu mogę powiedzieć, że z księgowego punktu widzenia nie miało to krzty sensu. Jeden balot będzie mnie zapewne kosztował coś około 150 złotych. A na tzw. "wolnym rynku" siano można spokojnie kupić po 30 złotych za belkę - bywa, że i z dowozem na miejsce, więc odpada problem stodoły (której, jak widać, nie mam...).

Ale za to miałem kupę frajdy, o..!

Poza tym, kiedyś, dawno temu, już to tłumaczyłem - skoszenie Wielkiego Padoku to podstawowa czynność organizująca obieg biomasy w naszym gospodarstwie. Teraz koniki to zjedzą, a częściowo zdepczą i zguanią (o czym zaraz obszerniej...), a potem wydalą. Ja to zbiorę i użyję do nawożenia ogródka, klombu wjazdowego albo "pustyni" (której już niewiele zostało...) - i w ten sposób nawozy, które wielkim kosztem i staraniem rozrzuciłem głównie właśnie na Wielkim Padoku, użyźnią cały teren gospodarstwa.

33 baloty to mniej - więcej tyle samo co dwa lata temu (kiedy bardzo kiepsko nawoziłem, bo nie było mnie stać...), zaś o 1/3 mniej niż rok temu (kiedy nawiozłem przyzwoicie, a warunki były znakomite). W sumie sądzę, że nie popełniłem jakichś większych  błędów (ale na pyliste wapno już się nie dam namówić - chyba, że kupię gdzieś "Kosa"...). Po prostu jest susza. Jeszcze nie było w tym roku  CIEPŁEGO deszczu. Jak padało, a padało bardzo mało, to zawsze z ochłodzeniem przy okazji.

Siano jest zieloniutkie, w całym gospodarstwie i nawet (jak się otworzy drzwi) w chatce czuć teraz przyjemny zapach (aż mnie to dziwi, bo przez ostatnie trzy dni czułem głównie smród ropy, spalin, oleju przekładniowego lejącego się z kosiarki i własnego potu, kiedy smażyłem się na skwarkę pod słonecznym młotem, jeżdżąc tyle godzin w kółko - doprawdy, współczesne sianokosy same w sobie przyjemnym doświadczeniem zapachowym nie są, dobrze że węch mam kiepski...).

Generalnie to mam z nim jeden problem. Dużo się go zmarnuje!

Nie, wcale nie dlatego, że stoi pod gołym niebem. Stoi pod gołym niebem, bo tak wyszło - opisywałem dlaczego. Ustawione jest na paletach, a jak tylko dotrze kurier z plandekami (kupiłem i zapłaciłem we wtorek, wysyłka rzekomo miała być w 24 godziny, a tymczasem w piątek dopiero dostałem na maila info od FedExu, że nadano przesyłkę...), to się je przykryje. Nic mu się nie powinno stać.

Zmarnuje się, bo samo w sobie jest króciutkie - więc łatwo się kruszy. W dodatku, czego nie wiedziałem, a nie wiedziałem, bo nie przyszło mi do głowy zapytać zawczasu (to jest tzw. "frycowe" właśnie...), ta prasa, która mi w tym roku prasowała, może używać tylko sznurka. No a sznurkiem... to się już rozlatuje..! A co będzie za pół roku..?

Ponieważ nie miałem wczoraj plandeki, nie mogłem go ustawić tak, jak planowałem, tuż przy wiacie - bo by koniowate całość od razu rozdrapały i jeszcze pochorowały się od takiej ilości wciąż słabo sfermentowanej świeżyzny.

Więc teraz trzeba to będzie te około 50 metrów ze stogu pod wiatę przewozić - i już tu nie mam dobrego pomysłu: wprawdzie Śliczny Włoch wyposażony jest w ładowacz czołowy i ma widły do balotów, ale odnoszę wrażenie że nawet, jeśli uda mi się go palić przez zimę (co nie wydaje mi się prawdopodobne, tak szczerze pisząc...), to większość tak potraktowanego siana po prostu zostanie po drodze. Powstanie gruba wykładzina sfilcowanego siana na ścieżce od stogu pod wiatę...

Pod wiatą zaś, kolejny problem: siana starcza na tym dłużej, im dłużej balot trzyma się w kupie (dlatego za cholerę nie umiałem zrozumieć po co sympatyczny pan Filip zdjął siatkę z balota, który ustawił tam pod moją nieobecność wiosną..?). A te - już po godzinie czy dwóch będą tylko kupką siana. Dowolnie deptaną, zguanianą, marnowaną.

Chyba będę musiał, wzorem przyjaciół ze Stajni Rajdowej Wilków, zainwestować w skrzyniopaletę.

Tylko najlepiej, gdyby ta skrzyniopaleta była na kółkach (albo chociaż na płozach...) tak, żebym mógł ją załadować już przy stogu - i w takiej postaci przeciągać na miejsce przeznaczenia..?

No nic - będzie czas, będzie i rada.

Na razie skoncentrujmy się na tym, że miałem frajdę!

Jak na początkującego traktorzystę, to jestem z siebie umiarkowanie zadowolony. Opanowałem nawet zawijanie na wałek - przed czym miałem tremę wiedząc, że nie jest to taka prosta sztuka. Że jednak Śliczny Włoch jest bardzo zwrotny:


to jak już pojąłem "od czego muchy zdychają", udawało mi się kręcić wałki wcale nie cieńsze od tych, wykonywanych przez M. (który odwalił tu gros roboty, co tu kryć...):


Nauka jest bezcenna! W przyszłym roku powinienem poradzić sobie z sianokosami łatwiej i bardziej samodzielnie. Co wcale nie znaczy, że będzie to miało więcej księgowego sensu (ale o tym kiedy indziej...).

Zostało jeszcze trochę prac czysto porządkowych na Wielkim Padoku (wyzbierać co grubsze kupy pozostałego siana luzem, naprawić całe ogrodzenie) - ale to może poczekać. Na razie prognoza pogody zapowiada upały po 34, 35 stopni (w cieniu!). Trzeba to będzie po prostu przetrwać. A jak już założę na siano plandekę - modlić się o deszcz...

piątek, 3 lipca 2015

Pani Barbara

Poranna rosa znika pod promieniami słońca, pranie się pierze, nim rosa wyschnie całkiem, mam czas wolny i na cóż innego mogę go zużyć, niż na zabawienie Państwa historyją zabawną lub pouczającą..?

No cóż - ta historia nie jest tak do końca zabawna. A czy będzie dla kogokolwiek pouczająca, trudno mi to w tej chwili przewidzieć. Przede wszystkim - jest po prostu trudna do opowiedzenia. Tak, żebyście Państwo nie odnieśli wrażenia, że nie szanuję Pani Barbary, że się z niej naigrywam, czy coś w tym rodzaju..! Będę się starał, ale czy mi się to uda..?

Wszystko zaczęło się pewnego pięknego, słonecznego (choć nie aż tak słonecznego i gorącego jak dziś!) majowego poranka. Jak co dzień dopiłem poranną kawę, zaspokoiłem emocjonalne potrzeby czarno - białego koćkodana (który rano i wieczorem zwykł wylegiwać mi się na kolanach, mrucząc przy tym obłędnie...), wyłączyłem końputer, odziałem się w strój służbowy, zamknąłem chatkę na klucz i wsiadłem do samochodu. Było mniej - więcej pół do siódmej.

Dopiero gdy zawróciłem samochód, parkujący normalnie przodem do chatki, dostrzegłem na skraju naszego podjazdu (zjazdu właściwie, bo gminna, piaszczysta droga jest wyżej, a do nas się zjeżdża lekko w dół...) postać. Najbardziej charakterystyczną cechą tej postaci był ogromny plecak - dużo większy od człowieka - i okulary.

Pomyślałem, że się ktoś zgubił - na grzyby zdecydowanie była jeszcze nie ta pora roku!

Podjechałem, opuściłem szybkę, postać odezwała się temi słowy: czy dałby mi pan pracę w gospodarstwie..?

Zamurowało mnie. Jako żywo, myślałem o tym, aby na jesieni znaleźć sobie kogoś do pomocy. Do tamtej pory wszystko zorganizowane było w ten sposób, że zaprzyjaźnieni sąsiedzi wpadali w środku dnia podlać koniom wody, dać im lunczyk i sprawdzić, czy wszystko w porządku - a pozostałe czynności pielęgnacyjno - gospodarskie, typu np. wywożenie nawozu spod wiaty, robiłem sam, po pracy. Jesienią, kiedy dni będą krótsze, taki tryb pracy straci sens. Jasne, że ktoś do pomocy by mi się przydał.

Ale, Dalibóg, ja się z tymi myślami nigdy publicznie nie uzewnętrzniłem, tyle że z sąsiadami o tym rozmawiałem! Ale ta pani, która już mi się przedstawiła jako pani Barbara, bynajmniej nie wyglądała na kogoś miejscowego. Po co by jej był plecak..?

Z tego zamurowania oczywiście nic mądrego nie przyszło mi do głowy. Odruchowo odłożyłem sprawę na czas po moim powrocie z pracy. Za czym daleko nawet nie odjechałem, a już naszły mnie wyrzuty sumienia.

Jak tak było można - starszą kobietę samą zostawić pod gołym niebem i nawet bez szklanki wody..?

Jasne, że nikt, kto z taką prośbą PRZYCHODZI do obcego człowieka, Bóg wie jak daleko od własnego domu - nie jest, bo nie może być, osobą życiowo poukładaną. Delikatnie rzecz ujmując. Z drugiej strony jednak, pani Barbara z pewnością nie wygląda groźnie.

Zacząłem kombinować, co by tu można zrobić..? Problemy jawiły się dwa. Po pierwsze - ile ja mogę pani Barbarze zapłacić..? Biorąc pod uwagę że wszystko, co jest u mnie realnie do zrobienia, to by nawet jedna czwarta etatu nie była?

Po drugie - gdzie ją zakwaterować..? Chatka jest dla pary: nie ma tu miejsca na żadną intymność.

Nim dojechałem do pracy, pomysł był gotowy. Uzgodniłem telefonicznie szczegóły (dostałem też dwa, niezależne od siebie raporty od sąsiadów - mimo, że mieszkam na odludziu! - że ktoś obcy, ubrany na zielono, kręci się po gospodarstwie! A jednak sąsiedzka samoobrona działa, a co..!). Kiedy wróciłem, a pani Barbara wciąż jeszcze na mnie czekała (po raportach sąsiadów i tak wiedziałem, że ją zastanę...), miałem dla niej gotową propozycję.

Zakwaterujemy ją u Radka, druha mego serdecznego. Który akurat nie ma w tej chwili żadnego stałego pomocnika i nie wiadomo, kiedy się jakiegoś dorobi (straszny problem z brakiem siły roboczej u nas na wsi jest...). Będzie tam pomagała przy krowach i w obejściu i to będzie jej główne zadanie. A do mnie przemieści się około południa, da koniom lunczyk, sprawdzi czy mają wodę, posprząta pod wiatą (konie już wtedy miały otwarty Pierwszy Padok, więc tego sprzątania to za wiele nie było - teraz to jest jedna taczka na 2 - 3 dni, a za miesiąc, jak pójdą na Wielki Padok, sprzątania praktycznie wcale nie będzie...) i ogarnie chatkę (Lepsza Połowa na codzienne sprzątanie potrzebowała około pół godziny: ja sobie naprawdę potrafię poradzić, o ile mi się chce i mam jakąś po temu motywację - no ale, skoro mogłem się tego problemu pozbyć..?). Jeśli jej się chce, może się też zająć ogródkiem - wszystko, co w tymże ogródku wyhoduje, będzie jej. Mnie to nic nie obchodzi. Dla mnie najważniejsze było, żeby przez kilka godzin, kiedy mnie nie ma, ktoś był i czuwał. Może sobie spać, myśleć, odpoczywać - to bez znaczenia, jak długo konie mają wodę i jest u nich czysto.

Zapłacić mogę tyle, ile zaoszczędzę, jeżdżąc do Radomia z powrotem pociągiem, a nie samochodem. Wychodziła z tego niewielka, ale zauważalna tygodniówka - właśnie coś około jednej czwartej minimalnej pensji. Dodatkowo zapewnię ubezpieczenie w KRUS (z czego do tej pory się nie wywiązałem, ale dlaczego - to niżej). Jeśli u Radka się sprawdzi, to i oni coś pewnie dorzucą. Na razie tam zapłatą będzie mieszkanie i wyżywienie.

Ustaliliśmy tygodniowy okres próbny (to był, zdaje się, wtorek, więc do niedzieli włącznie miała pracować tylko u Radka, a do mnie przemieszczać się - rowerem, to nie jest daleko, proszę sobie nie wyobrażać, że kazałem starszej pani jakieś potworne kilometry nabijać... - od następnego poniedziałku).

Zawiozłem ją do Radka i oczywiście trafiliśmy w samo oko cyklonu: jedna z jego krów dostała właśnie kolki.

Zostawiłem panią Barbarę masującą boki krowy na zmianę z Radkiem i jego małżonką - i odjechałem przekonany, że więcej o niej już nie usłyszę..! Jak sama zauważyła: to już nie było głębszego basenu w mieście..?

Ale pani Barbara twarda jest, nie dała się zniechęcić! Tydzień próbny (już i tak rozciągnięty do prawie dwóch tygodni) nieco się nam przedłużył. Koniec końców za mieszkanie i pracę u Radka trzeba było jednak jej podziękować. Ciągnikiem nie jeździ. Przy krowach coś tam podrepcze, ale taczki z paszą nie da rady ruszyć. Tyle, że dziećmi się dobrze zajmowała. Ogólnie - pracownikowi wypadałoby coś płacić, skoro pracuje, ale jak tu płacić, gdy efekt tej pracy jest przyzerowy..?

Ja byłem - i jestem - zadowolony. Co prawda pani Barbara rozpuściła moje koty jak dziadowskie bicze: nie dość, że wszystkie trzy na bezczelnego mieszkają teraz w chatce, to jeszcze nieustannie domagają się żarcia i uwagi. Zaczęła też oswajać szarego kocura, zostawiając mu żarcie w lesie - jeszcze chwila, a i on się zamelduje w chatce jako stały mieszkaniec!

Gdybym jej pozwolił robić przy koniach cokolwiek więcej od podlewania wody, sprzątania i dawania lunczyku, nieszczęście byłoby gotowe... Z czego ona, niestety, nie zdaje sobie sprawy i chyba jest na mnie trochę obrażona: mam wrażenie, że jej się wydawało, że będziemy toczyć długie debaty o wyższości powrotu do natury nad współczesną cywilizacją, podziwiać piękne konie i zachody słońca, itd., itp. No, niestety - życie jest prozaiczne, a niekiedy brutalne. Co tu kryć: pani Barbara dawno już nie jest w wieku, w którym wspólne podziwianie zachodów słońca mogłoby stanowić dla mnie jakąkolwiek atrakcję, a robić to tylko z uprzejmości - no nie mogłem. Nie mówiąc już o tym, że - czego chyba nie zrozumiała - główną pracę to ona ma w miejscu zakwaterowania, a nie u mnie!

Ale chatka czysta, konie wodę miały zawsze jak wracałem z pracy - czego tu jeszcze chcieć..?

Że żal mi było pani Barbary, to udało mi się wynegocjować przeniesienie jej do M. Nawet bliżej niż do Radka. Tyle co przez tory przejść. M. wprawdzie ma strasznie mały metraż - zwłaszcza jak na tak liczną rodzinę - ale obok stoi pusta chatka po jego rodzicach, tam się udało panią Barbarę zakwaterować.

No i mieszka tam do tej pory. Różne zbierając opinie - przez co wciąż nie dało się jej zatrudnić na stałe, to znaczy - ubezpieczyć w KRUS. Na razie mowy nie ma, żebym to zrobił - choć nie wykluczam, że jak skończy mi się urlop, to wróci i do pracy u mnie i do swojej tygodniówki. Ale to zależy od M, a głównie od jego żony, która musi zdecydować.


Mnie pani Barbara rozpuściła koty. Im - piątkę dzieci. Jest różnica, prawda..?

Samej jej zostawić na gospodarstwie, jak pokazało doświadczenie, nie sposób. Z dojeniem krowy sobie nie radzi (choć uparcie próbuje - ale krowa jednym machnięciem ogona odrzuca ją na metr...), a dzieci robią co chcą, to znaczy demolują otoczenie w promieniu kilometra. W dodatku odnoszę nieustannie wrażenie, że pp. M. trzymają u siebie panią Barbarę tylko ze względu na mnie. I w efekcie popadam we wzajemnie sprzeczne wyrzuty sumienia. Z jednej strony - żal mi pani Barbary, bo sytuację życiową ma nieciekawą (choroba, utrata mieszkania, brak perspektyw na jakąkolwiek pracę czy inne dochody...), a przyjeżdżając tu w ciemno wykazała się, koniec końców, wielką odwagą.

Z drugiej strony jednak - nie może być tak, żeby M. od ust sobie odejmował i znosił szkody w gospodarstwie tylko po to, żeby moje konie wodę w dzień miały.

Rozwiązaniem optymalnym byłoby, gdyby udało się panią Barbarę ulokować gdzieś, gdzie znajdzie pracę (i jakieś, bodaj minimalne dochody...) odpowiadającą jej możliwościom. Może ktoś z Państwa, P.T. Czytelników, a osobliwie przesiedleńców z miasta na wieś - ma potrzebę osoby do towarzystwa..?

Ja sobie od jesieni zatrudnię człowieka do sprzątania u koni (miejscowego, więc bez tych wszystkich kombinacji z kwaterą i bez podwójnych wyrzutów sumienia...) - zaś chatkę, po staremu, sam ogarnę. Teraz nawet mam motywację - kiedy przyjeżdża Najmilszy Gość :-) 

czwartek, 2 lipca 2015

Honor traktorzysty

polega na tym (jak mi parę lat temu wytłumaczył Radek, druh mój serdeczny), żeby na pokosie - oczywiście przejeżdżanym najszybciej, jak tylko się da, KONIECZNIE na szosowych biegach - nie zostawiać za sobą tzw. "żydów", czyli takich oto kępek nie skoszonej trawy:


Trochę "żydów" zostawiłem. Osobliwie tam, gdzie trawa marna była, bo nie chciało mi się tracić czasu na cofanie i poprawianie. Zwłaszcza, że jeździłem jednak na polowym biegu (fakt, że na "trójce"...) i, w konsekwencji, skoszenie Wielkiego Padoku zajęło mi ok. 16 motogodzin. Z tym, że wczoraj przez ponad 4 godziny pracowaliśmy na dwa ciągniki - M. zrobił obie "kieszenie", "prawą" i "lewą", gdzie trawa była tak gęsta, że Śliczny Włoch stawał w miejscu i dusił się pod obciążeniem, a jego "sześćdziesiątka" dawała radę, plus kawałek z tyłu i po prawej stronie.

Czy w kręgach zbliżonych do "Gaz. Wybu" moja oględność względem "żydów" zostanie mi poczytana za zasługę..?

Po prawdzie, to traktorzyści ścigają się w takich zawodach gdy mają po 12, może 15 lat (najwyżej). Potem to już im samo wychodzi. A ja mam lat 40 (za chwilę będzie 41...) - i pierwszy raz naprawdę kosiłem trawę...

Jak to zwykle bywa, nie obyło się bez przygód. Najpierw szlag trafił paski klinowe w kosiarce. Szczęście w nieszczęściu, że przed 17.00, to zdążyłem do jedynego w Warce sklepu, gdzie takowe da się nabyć.

Potem Śliczny Włoch zgasł (bo wjechałem w tak gęstą trawę, że go zatkało - z nowymi paskami..!) - i przez prawie pół godziny nie chciał odpalić. Już myślałem że po nim, ale cud nastąpił - i ruszył.

Nie chcąc kusić losu jeździłem póki tylko się dało. Podobno reflektory Ślicznego Włocha działają, ale że M. zjechał do domu ze dwie godziny wcześniej (dzisiaj od rana pracuje, musiał się wyspać...), nie miałem kogo zapytać jak je włączyć. A nie chciałem spowodować jakiejś katastrofy. Przed 22.00 mimo pełni księżyca zrobiło się za ciemno, żeby dalej jeździć. Tedy zostawiłem zestaw na pokosie. I trochę sobie tam postał..:


Było zjechać przed chatkę. Ale przełącznik załączający pompę hydrauliczną za nic nie chciał się mi wczoraj ruszyć. Dziś go przełączyłem jednym palcem, więc coś musiałem źle zrobić. A bez pompy nie byłem w stanie unieść kosiarki, więc i nie było jak z łąki zjeżdżać..!

Pierwszy przebłysk świadomości miałem około czwartej rano - ale byłem tak zmęczony, że nie dałem się ponieść entuzjazmowi i wyleżałem do piątej. Za czym spokojnie nakarmiłem konie, potem koty, dokonałem porannych ablucji, ogoliłem się, wypiłem kawę, sprawdziłem prognozę pogody (żadnych zmian!) - i już około szóstej byłem przy ciągniku.

Godzina mi zeszła na uzupełnieniu paliwa (Śliczny Włoch okazał się bardzo oszczędny: spaliłem może 2/3 tego, co M. mi prorokował, mając doświadczenia z "sześćdziesiątką"...) i wymianę noży w kosiarce. Jednego za cholerę nie udało mi się wyjąć i wymienić - M. zostawił mi swój klucz, ale co zrobić, gdy ten trzymacz jakiś krótki i za nic w świecie nie potrafię w niego trafić..? Potrzebny byłby klucz o wiele węższy - próbowałem śrubokrętem, ale gnie się i prędzej się złamie, niż odepchnie trzymacza...

Około siódmej zasiadłem w fotelu kierowcy i rozpocząłem procedurę startową. Procedura nie powiodła się. Podobnie jak druga, trzecia - i tak dalej...

Jedno z dwojga: albo wrażenie, jakie miałem już wczoraj, po pierwszych kłopotach z odpaleniem, że Ślicznemu Włochowi brak prądu jest słuszne (zepsuł się tedy alternator albo bateria), albo szlag trafił rozrusznik.

Ponieważ przy awarii rozrusznika nic już bym zrobić dzisiaj nie zdołał (poza wyjęciem tegoż rozrusznika i zawiezieniem go do warsztatu, ma się rozumieć...) założyłem że to prądowa sprawa. Pożyczyłem dwa przedłużacze w dodatku do własnego - i podłączyłem baterię pod prostownik:


Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to uspokoiło w kwestii rozrusznika - bo w sumie to ta bateria prądu dość jeszcze miała, jak pokazywał wskaźnik, ewidentnie mieszczący się na zielonym polu..:


I tak jednak na razie nic innego nie przyszło mi do głowy. Porobiłem tedy zdjęcia:


I poszedłem do chatki. Ledwo zasiadłem przed końputerem, a dobiegł mnie huk jakby wystrzału - od strony Wielkiego Padoku właśnie.

Akumulator wybuchł!

Wciąż aktualnym pozostało pytanie, czy wybuchł, bo go podłączyłem do prostownika nie odkręcając zaworków (on ma własny odpowietrznik, od owych zaworków całkiem niezależny - ale zawsze mogło go zatkać przecież...), a przyczyna problemów tkwiła jednak w rozruszniku - czy też wybuchł, bo był już tak zużyty, że to on właśnie sprawiał problemy.

Tak czy inaczej, trzeba go było wymienić. Właściwie, to trzeba było wymienić OBA akumulatory. W które standardowo wyposażony jest Śliczny Włoch. Nader ciepłolubny, bo wymagający co najmniej minuty grzania świecami nim raczy się odpalić.

Co mi się nie udało - w sklepie w Warce (poprosiłem o kartę stałego klienta - ale mi nie dali: twierdzą, że nie mają, a ja przecież i tak zaraz do nich wrócę...) był tylko jeden akumulator pasujący parametrami i wymiarami.

Był też komplet kabelków - bo stare klemy były już w takim stanie, że lepiej nie pytać..!

Swoją drogą JUŻ w tej chwili mam na Wielkim Padoku najdroższe siano w Europie. A może i na świecie. Jak się ta cała operacja zakończy to Wam napiszę, ile mnie kosztowała jedna belka...

Jak nie cierpię majsterkować, tak w dość rozsądnym czasie udało mi się wszystko poskładać do kupy (atrapa z przodu trzyma się na słowo honoru, ale to już nie moja wina - głównie na rdzę była przymocowana do reszty maski, a skąd niby miałem skombinować aż trzy brakujące, nowe śrubki..?). Była dziesiąta rano, gdy ponownie rozpocząłem Sekwencję Startową. Brrrruuum..! Jakiż to był rozkoszny dźwięk..!!!

Ruszyliśmy. Przedtem jeszcze (uprzątając narzędzia i przedłużacze) zadzwoniłem do Radka, druha mego serdecznego, żeby na 13.00 zajeżdżał roztrząsać, bo do tego czasu będę kończył.

Tak się też stało. Ostatecznie skończyłem przed 14.00 - a Radek chwilę po mnie (co poznaję po rozwalonych - tradycyjnie - słupkach przy bramie wjazdowej, jak JA wyjeżdżałem, to były całe, znakiem tego, mój przyjaciel musiał je zahaczyć...):


Nie widziałem już jego wyjazdu, bo zdążyłem się umyć i przebrać i pojechać z żoną M. po kurczaczki. Kwoka im histeryzuje, bo siadła na jajach, a tu same zbuki - i trzeba jej kurczaczków, żeby się uspokoiła. Kurczaczki zostały zakupione (biedne maleństwa, swoją drogą - ale przynajmniej ta dziesiątka będzie miała prawdziwą zastępczą mamę, czego nie można powiedzieć o tysiącach ich sióstr i braci...). A ja w tej chwili wypoczywam. Muszę się nawodnić, podnieść poziom cukru we krwi (tak już mi spadł, że zacząłem tracić panowanie nad własnymi członkami i trochę się poobijałem...), usunąć nadmiar kwasu mlekowego.

Jutro będzie wcale nie mniejszy zapie..rz..! Umówiłem już prasę. Przyjedzie na 15.00. Do tego czasu trzeba najpierw przewrócić siano - przynajmniej tam, gdzie jest go dużo (obie "kieszenie" i parę innych fragmentów...), a potem zawinąć na wałki...

Ale za to sobota, ale za to sobota... Będzie dla nas..!


środa, 1 lipca 2015

Bardziej złożone sianokosy

Jak to zwykle bywa, wszystko się wysypało w pięć minut po tym, jak wydawało się być dopięte na ostatni guzik. Skutkiem czego tegoroczne sianokosy będą precedensowe pod znacznie większą liczbą aspektów, niż to pierwotnie planowałem!

Nie mam stodoły dla mojego siana - stodołę Pana Jana jego spadkobiercy chcą albo sprzedać (ale ja im nie dam tyle pieniędzy, ile by chcieli - licząc robociznę majstra, który najpierw musiałby ją rozebrać, a potem z odzyskanego materiału złożyć u mnie na nowo, nieco mniejszą - byłaby to chyba najdroższa stodoła w okolicy...), albo rozebrać na opał. Po sąsiedzku jest bardzo piękne gospodarstwo ze stodołą krytą blachą. Cóż, kiedy jego właścicielka wątpi w sensowność porządkowania i remontowania chociażby wierzei, które faktycznie zaufania nie budzą.

Przejechałem się tedy jeszcze do Pana Sołtysa wypytać, czy by się inna stodoła nie znalazła. Skądinąd wiadomo, że dobre dwie trzecie takich budynków puste i nieużyteczne stoi, bo i do czegóż miałyby służyć, gdy w całej wsi raptem paru tylko sieje i zbiera jeszcze..? No i znalazła się - na poczekaniu. Uzgodniłem cenę, wróciłem do domu - chwilę potem zajechał za mną dopiero co pożegnany Pan Gospodarz, bo go Pani Gospodyni w d..ę kopnęła, dwa i pół raza więcej pieniędzy chce.

Mniejsza już o to ile dokładnie. Mniejsza o pośmiewisko jakie z tego biednego człowieka robi jego głupia żona, wysyłając go w takiej misji (aż mi się go żal zrobiło...: jak tu nie pić..? No jak..?). Jasne że się nie mogłem zgodzić. Dla zasady.

Radek, druh mój serdeczny, radzi ustawić baloty na europaletach, żeby nie dotykały gruntu i miały przewiew od spodu, a z wierzchu przykryć plandeką. Plandeki, dwie, udało mi się wczoraj zamówić (nerwowo było, bo - jak mi wyjaśniono - przelewy się "kolejkowały" i jakoś wolniej szły niż zwykle, a tym razem przed wypłatą praktycznie nic już nie miałem na koncie...). Za paletami też się rozejrzę. Grunt, że muszę to tak zrobić, żeby koniowate nie rozdrapały całości od razu (akurat najlepszy do tego celu placyk i tak jest wewnątrz Padoku Zimowego, skąd też i najbliżej będzie te kulki toczyć lub przewozić - jeśli Śliczny Włoch zimą odpali - pod wiatę). Dlatego pomyślałem o dwóch plandekach. Jedna od góry, klasycznie, od deszczu - i druga od dołu, głównie po to, żeby boki przed koniostanem bronić. Palety, o ile je zdobędę, będą musiały pójść NA dolną plandekę (inaczej przewiewu siano mieć nie będzie). Czy to się sprawdzi - zobaczymy. Siano jest tak naprawdę tanie jak woda. A nawet i tańsze. Jeśli się moje zmarnuje - nie będzie to powód do płaczu na dłużej niż przez jeden wpis..!

Kosić teoretycznie mieliśmy z M. Od dzisiaj. Ale M. po pierwsze skomplikowała się sytuacja życiowo - medyczna. Więc nie ma czasu. Po drugie zaś, przyznał w końcu, że mi swojej kosiarki nie pożyczy, bo nie wierzy, że mu ją w całości oddam. Będąc tak niedoświadczonym traktorzystą jakim jestem i mając tak skomplikowane zadanie w postaci pełnego drzew, kamieni i wykrotów Wielkiego Padoku do skoszenia.

No i ma rację. Zamiast tracić czas na szukanie kogoś, kto się w takim razie podejmie koszenia wykonałem ruch w macedońskim stylu - i kupiłem wczoraj kosiarkę. Tanio. Jak ją rozwalę, też nie będę nad tym płakał dłużej niż przez jeden wpis na blogu. Byleby tylko chociaż znaczna część trawy już leżała na pokosie nim to się stanie...

Jestem pewien, że jak dojdzie do prasowania (które, teoretycznie, też już mam uzgodnione - w cenie ze zwożeniem, więc nie będę  Ślicznego Włocha przeciążał na przód, czego trochę się bałem), to też coś się wysypie. Albo już wstępnie umówiony pan z prasą nie będzie miał czasu, albo coś mu się zepsuje. Zawsze tak jest! Stąd pomysł fejsbukowych znajomych, którzy parę dni temu kupili sobie własną prasę, powitałem z entuzjazmem. No ale - tego, obawiam się, w tym roku, a przynajmniej w tym miesiącu, nie przeskoczę.

Na razie jednak droga do celu wydaje się wytyczona. Urlop się zaczął. Od porządkowania sms-ów w telefonie, bo już mi co chwila buczał, że "pamięć podręczna pełna": koćkodany, rozpuszczone jak dziadowskie bicze (ale o tym opowiem przy okazji wpisu o Pani Barbarze...), standardowo obudziły mnie przed czwartą.

Wypuszczając Sylwestrę z chatki na kaku (okno otwarte, ale przecież my oknem wychodzić nie będziemy, okno jest dla plebsu...), znalazłem pod progiem cięgno, które widać w nocy podrzucił mi Radek (pożyczył je wcześniej razem z rozsiewaczem do nawozów). Nieźle musiałem być padnięty, skoro tego nie usłyszałem!

A to dlatego, że wczoraj, po powrocie z pracy (po drodze wymieniwszy książki w bibliotece oraz ostatnią pozostałą mi jeszcze walutę zagraniczną w kantorze - macedońskie posunięcia wymagają środków - a następnie obejrzawszy i zaklepawszy rzeczoną powyżej kosiarkę) i po przelonżowaniu całej CZWÓRKI czterokopytnych (a tak! Tatuś - in spe - też...), przyprowadziłem jeszcze z warsztatu w Grabowie Ślicznego Włocha:


Dobrze mi się nim jechało. Po raz pierwszy taki kawał drogi i po raz pierwszy - normalnie, na szosowych biegach. Ślimaki przydrożne pozostawiając jednak tym razem z tyłu.

No a teraz capluję w miejscu jak nerwowy dwulatek przed maszyną startową. Bo by się już biegło, robiło..! A tu - nie ma się co spieszyć. Najpierw trzeba przywieźć spod Radomia kosiarkę. Ponieważ raz już wiozłem tak kosiarkę Radkowi to sądzę, że POWINNA zmieścić mi się do przyczepy. Włożyć ją do środka nie będzie trudno - starczy podnieść na podnośniku, a potem wsunąć. Ale wyjąć to już jej sam nie wyjmę. Tak samo jak sam jej nie podłączę do ciągnika. Potrzebny jest M., a on będzie miał czas dopiero popołudniu.

Dlatego z kosiarką umówiłem się dopiero na jedenastą (a i to pewnie okaże się, że przyjadę z nią kupę za wcześnie). A do tego czasu, klasycznie - włączyłem pranie. Przejadę się na środowy targ do Warki. Kupię kobyłom kolejny worek "Klaczy" (na padokowe słodkie lizawki będą jednak musiały poczekać do następnej wypłaty...). Może kupię jakieś ludzkie jedzenie: czteromiesięczne jajka trzeba by chyba wreszcie wyrzucić z lodówki, co nie..? A chciałbym Najmilszemu Gościowi zrobić jajecznicę - jak przyjedzie, miejmy nadzieję, już w sobotę (akurat - o ile nie będzie dalszych poważnych katastrof, na sam Wielki Finał, czyli na prasowanie - jak sądzę...).

Tak, to będą precedensowe sianokosy. Takie - bardziej złożone niż do tej pory. Pewnie że łatwiej i w sumie taniej byłoby całość komuś zlecić i w ogóle o tych wszystkich szczegółach nie myśleć. Ba! Najtaniej to w ogóle byłoby olać tę marną trawę na Wielkim Padoku (jak mi zresztą Radek, wiecznie niesyt okazałych plonów radził) i całe siano kupować. No ale - tak się nie da. Trawę trzeba skosić, jest za wysoka, żeby konie chciały ją jeść. Nie na tak dużym obszarze..! Jak zostanie kawałek, kępka tu kępka tam - OK, tragedii nie będzie. Ale nie 10 ha... A skoro trzeba ją skosić, to przecież - nie będę wyrzucał. Od tej trawy zależy cały bilans biomasy w gospodarstwie...

Poza tym, tak sobie myślę: jak by tak wszystko tylko gotowe kupować albo zlecać komuś - to co to by było za życie..? I co ja bym tu właściwie miał do roboty..?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...