sobota, 30 maja 2015

Młode Yang

Całkiem niespodziewanie i niezamierzenie doszło na naszej farmie do kosmicznego przewrotu. Oto zmieniła się równowaga pomiędzy żeńskim a męskim, wilgotnym a suchym, ciemnym a jasnym (w tym akurat aspekcie, poniekąd odwrotnie niż w dwóch pierwszych...), negatywnym a pozytywnym. Jeszcze dwa i pół miesiąca temu dominował tu niepodzielnie pierwiastek żeński - yin

Mnie na ogół w ciągu dnia nie było w domu (zresztą, co tam ze mnie za "pierwiastek"... ja to jestem "stare yang" - odchodzące, zanikające, umniejszające się...) i jeśli przypadkiem nie nawiedził nas Szary (którego nie tak dawno udało mi się Państwu zaprezentować), były tu, wśród identyfikowalnych mieszkańców farmy (myszy i innych drobiazgów, których policzyć i nazwać nie sposób, nie licząc...), same tylko istoty żeńskie. Od Najmniejszego Złego zaczynając, a na babci Sylwestrze kończąc. Pełna gama odcieni yin - od wschodzącego, młodego, po odchodzące, stare.

Bardzo, ale to bardzo niedobra aura - stwierdziłby zapewne starożytny Chińczyk! Podatna na wpływ złowrogich mocy, bez równowagi, bez możliwości kontroli i regeneracji. Nic dziwnego, że źle to się skończyło...

Teraz Najmniejsze Złe wyjechało (udało mi się ustalić parę dni temu że żyje, ma się dobrze - a że wciąż nie dostałem umowy i numeru rachunku na który mam wpłacać należność za pensjonat, to po prostu przez zapomnienie... chyba ją, w związku z tym, nawiedzę - może w najbliższy czwartek? O ile, rzecz jasna, samochód będzie sprawny - o czym poniżej...). Odeszło zatem najsilniejsze, Młode Yin. Co prawda babcia Sylwestra ani myśli opuszczać ten łez padół, a w dodatku pojawiła się Pani Barbara (o której innym razem...), więc Stare Yin ma się dobrze - no ale jego moc jest mniejsza i równoważona przez przybytek Młodego Yang w osobach Mirasgula:


i Jajkożercy:




który, jak się właśnie wczoraj dowiedziałem, niestety będzie musiał swoje jajka jeszcze trochę ponosić - kastracja w tak młodym wieku (metryki urodzenia mu nie dali, ale na oko więcej jak kilka miesięcy nie ma...) jest, zdaniem Pani Doktor, niewskazana.

Skądinąd dowiedziałem się też, że Jajkożercę w jego poprzednim domu, u M., wołali "Gender" - bo starsze kocury, których jest tam dwa, używały go do nieprzyzwoitych zabaw, a on nie protestował. To też skądinąd typowe dla Młodego Yang! Które jest tak silne, że przekracza granice własnej natury. Wicie, rozumicie - chodzi o tą kropkę na środku każdego z pól:


Równowaga zatem została przywrócona. Powinniśmy oczekiwać urodzaju, dostatku i zdrowia. Amen.

Zdjęcia zrobiłem przed chwilą, korzystając z porannego światła - głównie dlatego, że wywabił mnie na zewnątrz odgłos paszczą. Stado przyszło sobie poplażować:


przy czym niektórzy ewidentnie mają problem z przestrzeganiem ładu, porządku i wyznaczonych granic (wiadomo, że za płotem zawsze smaczniejsze...):


co zresztą świadczy tylko o tym, że się nam poprawia:


i z nóżką, i z innymi przypadłościami.

A skoro już wyszedłem z chatki z aparatem w ręku, to cyknąłem także i kwiatki, pozostałe po Kwiatowym Zakątku Lepszej Połowy:



i truskawki (obawiam się, że grozi mi klęska urodzaju - co ja z tym zrobię w ogóle..?):


i pigwowce:


których grządkę Pani Barbara pracowicie wypieliła przez ostatnich kilka dni (pojęcia nie mam, co prawda, po co zostawiła okazały oset i parę innych chwastów - może ze względów estetycznych - ale nie ma to większego znaczenia...).

Tymczasem pierwsze pranie powoli się kończy. Za chwilę zatem będę mógł pojechać do Warki. W pierwszej kolejności z reklamacją do warsztatu samochodowego. Naprawdę nie pierwszy raz wymieniam klocki hamulcowe - i nie mam pretensji o to, że prawie nie ma hamowania, a pedał hamulca jest, jak to sam majster określił, "gumowaty". Przecież to jasne, że żadnemu mechanikowi nie chce się odpowietrzać układu hamulcowego, prawda..? Samo się odpowietrzy, byle użytkownik przeżył pierwsze 300 km, to po co się męczyć..?

Ale, do jasnej cholery, żeby z koła dym leciał - to już lekka przesada..! A to tylko jeden jedyny obiektywny objaw zakleszczenia hamulców: bo to, że moim zdaniem wóz zrobił się mułowaty, że spalił od cholery za dużo paliwa i że silnik osiągnął temperaturę jaka byłaby normalna w czasie wspinaczki z przyczepą dwukonną do przejścia granicznego Kudowa - Słone - to akurat mogą być moje subiektywne odczucia, tu się zgadzam.

niedziela, 24 maja 2015

Sen - mara

Błąd polegał zapewne na tym domowym obiadku u M., na który zostałem podstępem zwabiony wczoraj wieczorem. Nie tylko postąpiłem wbrew radom lekarza, który zaleca mi chudnięcie, ale też - obeżrawszy się na sam koniec dnia, oczywiście musiałem mieć sny. Taka by była interpretacja cyniczna. W interpretacje spirytualistyczne wdawać się nie zamierzam: nie jest może do końca tak, że żadnych, ale to żadnych spirytualiów wczoraj nie przyjmowałem (też wbrew zaleceniom...), ale po pierwsze to było wcześniej, a po drugie - naprawdę nie przegiąłem, bo ledwo umoczyłem dzioba. Dla zdrowotności..!

W każdym razie: pierwszy raz śniła mi się Lepsza Połowa. Sen był dziwny: obudziłem się z walącym sercem i nawet jak na moje zwyczaje i możliwości wcześnie, bo o 3.37 (i, oczywiście, już mi się nie udało zasnąć...). Sen nie był nieprzyjemny: obudziłem się w stanie, by tak rzec, gotowości do czynu.

Piję teraz drugą kawę. Pranie (trzecie w ten łykend: trzeba już było i pościel wyprać, a pech na tym tylko polega, że leje i trzeba w chatce suszyć, co dość drastycznie zmniejszyło dostępny metraż...) już się skończyło. Koszule wyprasowane. Co do tej nowej, kupionej w necie - jednak nie polecam. Oczywiście jest nowa i pasuje do mojego aktualnego rozmiaru, czego nie można powiedzieć o wszystkich starszych. Ale materiał marny. Kiepsko się prasuje. I zbiera kurz. W przyszłym miesiącu, jeśli nic się nie zmieni, zainwestuję chyba jednak w coś solidniejszego.

Jajkożerca na razie przetrwał serię głośnych i pewnie bolesnych konfrontacji z Krystyną. Wciąż siedzi pod przyczepą. Gdzie też i dostał śniadanie.

Udało mi się wczoraj dodzwonić do pana Bogdana. Skutkiem czego za chwilę podniosę dupsko i podjadę gdzieś do bankomatu. Spróbuję też kupić plastry na Małe Złe.

Tymczasem zaś - przejrzałem zdjęcia i filmiki, które spory kawał czasu temu przywiózł mi Przyjaciel z Warszawy.

Proszę bardzo - rok 2004, wynajmowane przez nas mieszkanie na ulicy Bagno w Warszawie (w tle oczywiście Pałac Kultury...):


Ślub naszego Przyjaciela w lipcu 2009 roku:


Ich pierwsza wizyta w Boskiej Woli, w listopadzie tego samego roku:




I lekcja jazdy konnej (z 2011 roku, z wiosny - jeszcze na Glusiu: też już nie żyje...) w kilku łatwych krokach. Lepsza Połowa głównie jako głos z offu:

video


Tych kroków jest oczywiście więcej, ale każdy kolejny filmik coraz to "cięższy" i powoli kończy mi się cierpliwość do ładowania. Może innym razem, jeśli będziecie Państwo zainteresowani..?

sobota, 23 maja 2015

Jajkożerca i inne nieszczęścia

Jak każdej prawdziwie epickiej opowieści, tak i tej dać mógłbym co najmniej kilka różnych wstępów. Nie postąpię jednak wzorem Zygmunta Krasińskiego, który pisząc "Nie-Boską Komedię" nie mógł się zdecydować i napisał aż dwa, tylko zacznę od czwartku.

W czwartek miałem jechać do pracy pociągiem. Czego już dawno nie robiłem. Ale nie ma wyjścia: z przedniego mostu Wendi leje się oliwa i smar, trzeba ją oszczędzać. Co zresztą jest w tej chwili nie najistotniejsze (tym sposobem pomijam jeden z potencjalnych prologów, którego akcja działaby się w środę rano pod Pierdonką na ulicy Zbrowskiego w Radomiu, gdzie zatrzymawszy się w celu zakupu spyży zauważyłem rzeczony wyciek - a zauważyłem go tylko dlatego, że zapomniałem dolać płynu chłodniczego, co miałem byłem zrobić, chcąc tego dnia popołudniu pożyczyć samochód przyjaciołom z Wilkowa i jakoś tak uważniej, skutkiem przypomnienia sobie o tym zapomnieniu, spojrzałem na samochód czego zwykle, przyznaję ze wstydem, nie czynię...).

Ponieważ miałem jechać do pracy pociągiem, czego już dawno nie czyniłem, musiałem wcześniej wyjść. Koleje Mazowieckie pasażerów zdążających do Radomia na godzinę 8.00 dowożą tam już o 7.05, odpowiednio wcześniej, rzecz jasna, zabierając ich ze stacji po drodze. Co też może nie należy do istoty opowieści (i kolejny prolog poszedł się kochać, tym razem taki, który rozważałby złowrogie skutki zmian rozkładu jazdy - a do ostatniej doszło jak raz w przeddzień śmierci Lepszej Połowy: Koleje Mazowieckie przyspieszyły mianowicie odjazd pociągu odwożącego z Radomia pasażerów kończących szychtę o 16.00 - skutkiem czego, chcąc na ten pociąg zdążyć, będę musiał się regularnie zrywać kwadrans wcześniej - o tyle jest to logiczne, że przecież idąc z dworca spacerkiem i robiąc po drodze zakupy spyży i tak jestem za biurkiem trzydzieści minut przed regulaminową godziną rozpoczęcia pracy, nieprawdaż..?).

W każdym razie do koni z porannym owsem wyszedłem o 4.30. I to już należy do istoty opowieści! Albowiem widok, który zastałem, zmroził mi krew w żyłach. Oto Małe Złe, z którego dwa dni wcześniej się nabijałem na Państwa użytek chwieje się na nogach, ledwo kuśtykając i całe drży. Nadludzkim wysiłkiem woli powstrzymałem się od wybrania numeru telefonu sympatycznej pani doktor z Dobieszyna od razu. 

Zrobiłem to godzinę później. Kiedy sytuacja nie wyglądała już tak dramatycznie. To znaczy Małe Złe dalej ledwo kuśtykało, ale już przynajmniej przestała się trząść. I wyraźnie znaczyła lewą przednią. Co było wielką ulgą: od kulawizny się nie umiera. Bo w pierwszej chwili to pomyślałem, że ochwat - tak się chwiała na nogach. W końcu jej babka ochwatowa była...

No i miała apetyt. Co u konia, u dziecka i u mężczyzny zawsze dobrze wróży.

W normalnych okolicznościach i tak bym wziął urlop na żądanie. Ale w miniony czwartek nie mogłem. Musiałem się pojawić w Radomiu przynajmniej rano. Uprzedziłem tylko Szefa, że zaraz po wykonaniu tego, co wykonać musiałem, zrywam się do domu. Co też zrobiłem.

Z panią doktor umówiłem się na 14.00. Nim dotarła w zasadzie wszystko było jasne: Małe Złe boleśnie się potłukło. Co zapewne pozostaje w niejakim związku z determinacją, z jaką usiłowała nakłonić Mirasgula do seksu. A trzęsła się, bo zmarzła (całą noc z środy na czwartek lało - a ona nie mogła biegać na rozgrzewkę, jak pozostałe...) - i, zapewne, miała też gorączkę. Daliśmy minimalną dawkę pyralginy (żeby się przypadkiem nie znieczuliła i nie zaczęła szaleć - lepiej, żeby ją bolało, to się przynajmniej oszczędza...). Wcierkę chłodzącą na początek miałem. Rozgrzewającą - kupiłem później.

Małe Złe dalej kuleje. I pewnie jeszcze z tydzień czy dwa tak zostanie. Na dodatek skaleczyła się w szyję i już trzeci raz rozdrapała świeżego strupa. W desperacji, po zdezynfekowaniu rany, przykleiłem plaster. Oczywiście do sierści się nie przykleił - ale załapał do grzywy. Co nasuwa mi podejrzenie, że jak kupię jutro długi plaster, taki do samodzielnego cięcia, to zdołam go przymocować:


A i tak będę musiał pojechać do jakiejś cywilizacji - o ile uda mi się dodzwonić do pana Bogdana, nestora miejscowych mechaników ciągnikowych i umówić się na odbiór Fiacika jutro - bo będę musiał poszukać bankomatu (pomysł, żeby po Fiacika jechać jutro zrodził się, gdyśmy już wyjechali z Warki, bankomaty zostawiając za plecami...).

Wracając na chwilę do czwartku, to po wyjeździe pani doktor zapakowałem się do Wendi i pojechałem  odstawić ją do warsztatu, który miał już mieć wszystkie części potrzebne do naprawy. Wróciłem pociągiem. Końmi w tym czasie zajmowała się Pani Barbara - ale o Pani Barbarze będzie osobna opowieść (i tak, tam będzie prolog rozgrywający się przed naszą chatką w miniony wtorek o 6.30 rano w chwili, gdy - niczego jeszcze zresztą nie podejrzewając - wyjeżdżałem sobie do pracy - ale na razie niech ten temat pozostanie nie dopowiedziany...).

W piątek natomiast, przespacerowałem się rano piechotką do stacji i pojechałem pociągiem do stolycy po różne dokumenty i sprawunki. Wrócić miałem do Warki pociągiem, a stamtąd już Wendi - po naprawie. Co udało się zdecydowanie częściowo. Dojechałem potwornie wyczerpany i spóźniony - z różnych względów, półgodzinnego, nieplanowanego opóźnienia pociągu Kolei Mazowieckich nie pomijając. A samochód odebrałem nie naprawiony - bo jednak, okazało się, że potrzeba innych i więcej części, niż to było pierwotnie zakładane...

Dziś rano, jak na sobotę przystało, zacząłem od prania. Potem zabrałem się na targ i zakupy. Kupiłem sześć pomidorów. Już są wsadzone - co, rzecz jasna, wymagało pierwej wypielenia większej części pomidorowej grządki:


Całej nie dałem rady. Po lekach czuję się naprawdę lepiej - nawet, jakiś czas temu, śniła mi się pewna dawna muza, a minionej nocy - najsympatyczniejsza koleżanka z pracy i były to... takie bardziej zaangażowane sny. Ale jednak do formy wciąż mi daleko. W dwóch trzecich wypełniania trzeciej taczki zbędnej biomasy usuwanej z przedmiotowej grządki - zaliczyłem Nagły Kryzys Energetyczny. Po prostu zasilanie mi się wyłączyło. I po paru czy parunastu minutach doszedłem do wniosku, że głupio tak siedzieć dupą na ziemi przy taczce i nic nie robić... I sobie poszedłem...

Ale to nie był koniec przygód, o nie..!

Zdołałem się jako - tako reanimować. Co głównie polegało na tym, że coś tam zeżarłem, coś tam wypiłem - i zaległem przy Doktorze Hausie. Gdy zadzwoniła żona M. z pytaniem czy mógłbym na chwilę wpaść..? Myśląc, że coś się stało, a mając już jedną czy dwie kreseczki na bateryjce z powrotem naładowane, zwlokłem się i pojechałem. Oczywiście był to podstęp obmyślony w celu nakarmienia mnie domowym obiadem - serdecznie dziękuję!

Wracając zabrałem ze sobą Jajkożercę:


Jajkożerca póki co siedzi a to pod samochodem, a to w krzakach przy szklarni - bliżej chatki nie dopuszcza go mocno wkurzona Krystyna:


Kolację dostał koło przyczepy w starej puszce po konserwie tyrolskiej - i coś tam zjadł. Wątpię, czy wszystko co dałem - bo pewnie Krystyna, gdy skończyła swoją porcję, natychmiast to zdrożne rozpasanie przerwała. Ale zjadł. Jak przetrwa choć parę dni - zorganizuje mu się... wycięcie jajeczek. To będzie mógł, ewentualnie, o ile koćkodany go wpuszczą, zaglądać do chatki. Na razie jest, by tak rzec, na okresie próbnym - z krótkim terminem wypowiedzenia.

Jajkożerca, jak sama nazwa wskazuje (imienia z tego nie będzie, ale na razie nie ma co wymyślaniem mu imienia głowy sobie zaprzątać: w końcu to tylko okres próbny...), zmuszony był udać się na emigrację z gospodarstwa M. gdyż... rozsmakował się w podbieranych kurom jajkach. Do wyboru był pieniek albo wyjazd do mnie. Przez aklamację stanęło na wyjeździe.

Podsumowując, sytuacja przedstawia się następująco:
- Małe Złe cierpi i jednocześnie wkurza się, bo przez nogę nie jest w stanie podejmować prób zmuszenia Mirasgula do seksu, co obie starsze koleżanki robią non stop:


- stado, ogólnie, zrobiło się też z tego powodu mało mobilne, bo Małe Złe działa jak kotwica - albo cały dzień tkwią pod wiatą (trzy taczki dzisiaj wywiozłem...), albo znowuż wcale tam nie przychodzą:


- Jajkożerca i Krystyna zajęci są ganianiem się
- a mnie, dzięki napisaniu powyższego tekstu, udało się dotrwać do 21.00 i będę mógł podjąć ostatnią, heroiczną próbę dodzwonienia się do pana Bogdana. Inaczej już bym co najmniej od pół godziny spał... Dobrej nocy Państwu życzę..!

wtorek, 19 maja 2015

Chłop górą

Koleżanki z pracy - jak zwykle sympatyczne - gdy im opowiedziałem dziś rano tę przygodę, zgodnie wyraziły przypuszczenie, że nasz ogier zachorował. No bo jak to - żeby chłop babie odmówił..?

Nic z tych rzeczy, Drogie Panie! Jeśli Mirasgul jest chory - to chciałbym chorować tak samo:


Prawda jest taka, że zapanował u nas patriarchat. Oraz purytanizm. Nie ma (jak się, prawdę powiedziawszy, spodziewałem, "trochę" już mój koński babiniec od tej strony znając...), że stare, doświadczone kobyły jeżdżą na młodziku jak chcą i kiedy chcą. Także wtedy, gdy dzieci z tego być żadną miarą nie może! Mając harem z trzech bab, Szef po prostu stosuje zasadę ekonomii sił i nie marnuje ich na błahe przyjemnostki.

Dowód? A proszę bardzo. Przylazło Małe Złe i mówi pokryj mnie, pokryj mnie, pokryj mnie...


Spadaj mała, przecież czuję, że udajesz...


Ale pokryj mnie, pokryj mnie, pokryj mnie...


Nie no, nie jesteś płodna, zjeżdżaj...


(tu wącha to, co Małemu Złemu w trakcie spod ogona po nogach poleciało - żeby nie było niejasności...)

I tak po kolei:


wszystkie zostały zdyskawlifikowane.

Rozumiem chłopa! Wam się wydaje, że nasienie to krasnoludki przynoszą..? To jest poważny wydatek energetyczny! Nie mówiąc już o emocjonalnej inwestycji. O! Jak chcecie bara - bara, to trzeba sobie zasłużyć. Babiniec widać nie zasługiwał...

A miałem te wszystkie opowieści o ogierach rządzących tabunami za patriarchalne mity jakichś leśnych dziadków... Człowiek całe życie się uczy - i głupi umiera... Dobrej nocy Państwu życzę! U nas przeszedł na razie niewielki opad - zdążyłem wsadzić tytoń (ozdobny rzecz jasna...) - i teraz zbiera się na burzę. Pewnie więc zaraz wyłączą mi prąd.

poniedziałek, 18 maja 2015

Mroczny przedmiot pożądania: podchody

Zrazu nieśmiało:


a nawet z przestrachem:


ale jednak...


kusi...


nęci...


pociąga...


Mroczny Przedmiot Pożądania...


Parówki drobiowe z Pierdonki! Dawno ich nie kupowałem, dzisiaj przywiozłem. Sylwestra naturalnie zwęszyła je od razu w plecaku i jedną musiałem natychmiast dać do miseczki. Nie zjadła do końca. Przyciągnęło to Szarego - kocura, który przychodzi do nas od czasu do czasu ze wsi już bodaj drugi, albo i trzeci rok. Jak na wiejskiego kota - to długie życie! Nigdy wcześniej nie dał się podejść tak blisko. Ale tajemna siła przyciągania parówek...


silniejsza jest od najgorszego strachu!


Jeden błyskawiczny ruch - i parówka uniesiona silnymi szczękami wiejskiego buraska - znika wraz z nim w oddali...

niedziela, 17 maja 2015

Kto rano wstaje...

ten, jak wiadomo, gówno się wyśpi. Ale też - ma szansę na niezwykłe widoki. Jak dzisiaj, kiedy to na naszej farmie gospodarz wstał przed swoim stadem: i Mirasgul dostał w efekcie śniadanie do łóżka, bo nawet wstać mu się nie chciało, taki był zaspany, gdy z porannym owsem przyszedłem. Było to bardzo zabawne. Niestety, jak to zwykle bywa, nawet komórka przy sobie nie miałem, aby zdarzenie uwiecznić.

Na pocieszenie, piątkowy jeszcze Mirasgul w trakcie przerwy między seksem a seksem:





Dzień wczorajszy miałem bardzo pracowity do połowy. To znaczy, tak samo jak dziś, wstałem wcześnie. Czyli jak zwykle. Odczekałem aż skończy się pierwsze pranie, załadowałem do pralki drugie i pojechałem do Warki. Na targu udało mi się nareszcie kupić spodnie do pracy - ogrodniczki, takie, jakie tu wszyscy noszą. Ciut za duże, ale niech tam - dam radę! 

Kupiłem też trochę roślinek do szklarni: pomidory, paprykę, melon (jeden, jeszcze nie wiadomo, czy się przyjął...) i bakłażany. Po co bakłażany, tego nie wiem - tamte poprzednie w zasadzie da się zjeść na surowo, bakłażana nie. Na pewno nie będę niczego z bakłażanów gotował. Było to zatem całkowicie irracjonalne. Ale w zeszłym roku udały się nam bakłażany w szklarni i Lepsza Połowa była bardzo z tego powodu szczęśliwa...

Ostrzygłem się, kupiłem gwoździe, które już mi się skończyły - i zrobiłem podstawowe zakupiki w Pierdonce. Jak zwykle, zapominając połowy rzeczy. Typu mydło, kocie żarcie (dobrze, że mam jeszcze jedną puszkę, do jutra koćkodany przeżyją...), kawa (tu już gorzej, piję właśnie drugą dziś i chyba ostatnią normalną, jutro rano będę skrobał dno puszki...).

Po powrocie ogarnąłem szklarnię, tj.: wyrwałem to, co zdążyło w środku wyrosnąć i zeszłoroczne łęty, nawiozłem nowej terra prety, przybiłem okno w miejsce wyrwanego przez jesienną wichurę, uzupełniłem braki w szkle folią (muszę kupić mocniejszą, ogrodniczą, to rzadziej będę ją zmieniał...), posadziłem i podlałem przywiezione roślinki. Większość, poza melonem, na pewno się już przyjęła, co najwyżej będą potrzebowały kijaszków na podpórki.

Potem wziąłem się za... hmm... inne czynności gospodarcze? W każdym razie wszystko jest przygotowane do gotowania. Tego i owego.

Na tym zeszło mi do popołudnia. Kierując się radami Lepszej Połowy zrobiłem sobie przerwę. No i jakoś mi się ta przerwa przedłużyła...

Dzisiaj też zacząłem z impetem, bo jako się rzekło, byłem na nogach przed moimi końmi. Idąc za ciosem wyprasowałem spodnie i koszule - powoli zaczynam przywykać do tej czynności i już tak nie boli jak przedtem.

I na tym się właściwie cały mój impet skończył. Wieje. Może nie bardzo porwiście, ale ogniska nie rozpalę. Ani gotować - ani płotu ogródka rozbierać (za dużo tego, żeby jakąś wielką kupę drewna składać, myślałem, że rozbiorę to przy okazji gotowania, zużywając od razu i stopniowo krótsze patyczki na potrzebny opał...). Od czasu do czasu pada. Też nie ulewnie - ale akurat w sam raz, żeby skutecznie mnie od wychodzenia na zewnątrz odstraszyć. Stado wciąż odpoczywa. Widać dwa tygodnie nieustannych sekscesów i konia zmęczy. Koćkodany leżą na kupie i bardzo inspirują. Sylwestra właśnie miała zły sen i obudziła się z miaukotem. 

No - dzień barowy po prostu. Jak co niedziela ostatnimi czasy! Tylko zawartość baru warto by było kiedyś uzupełnić, ale jak to zrobić - bez gotowania..?

Wygląda na to zatem, że spędzę tę niedzielę bardzo pracowicie przed końputerem: pojawiła się, o dziwo na moim ulubionym historycznym, a nie końskim forum, dyskusja na temat, który od lat mnie pasjonuje, może się rozwinie. Do wyboru mam jeszcze telewizor i książki. A za jakieś dwie godzinki pojadę do Radka, po personel, który muszę przeszkolić. Ale o tym na razie sza..! Dowiecie się Państwo w stosownym czasie, o ile pomysł wypali.

piątek, 15 maja 2015

Akt Wiary

Państwa oczekiwanie, że będę tryskał optymizmem i radością życia wydaje mi się nie tylko zdecydowanie na wyrost, ale wręcz - cokolwiek niestosowne w obecnej sytuacji. Chcecie czy nie, ale wpisujecie się w ten sposób w schemat, o którym dyskutowałem z moim przyjacielem Jackiem podczas wyprawy do Estonii. 

Otóż pierwotnie - od czasów niepamiętnych - śmierć budziła w ludziach żyjących przerażenie, skutkiem czego pochówki zmarłych odseparowane były od siedzib ludzi żyjących tak, aby między jednym a drugim światem istniała solidna bariera. Tak magiczna, jak i fizyczna. Zlokalizowane były te pochówki w różnych miejscach "odrębnych", "oddzielnych", przez samą naturę naznaczonych piętnem. U nas i jak się okazuje także u Żmudzinów, były to wzgórza - cośmy widzieli po drodze. U Germanów bagna. U Włochów katakumby pod miastami. Co kto lubi.

Chrześcijaństwo na pewien czas wywróciło ten odwieczny porządek rzeczy. Zgodnie z zasadą jedności Kościoła, na który składają się zarówno żywi, jak umarli, pochówki weszły między żyjących: do kościołów, w ich otoczenie. Chrześcijanin nie miał powodu bać się zmarłych - ani też śmierć nie powinna budzić w nim grozy. Po co ją zatem ukrywać i chować zmarłych gdzieś w miejscu odludnym a niedostępnym, jak to pierwej bywało..?

Czarna Śmierć z XIV wieku nieco zakłóciła tę harmonię żywych i umarłych (bo się nagle tych drugich bardzo wielu zrobiło i nie sposób ich było z poprzednim pietyzmem pośrodku żywych miast umieszczać...). Generalnie jednak trwało to sobie w najlepsze co najmniej do połowy wieku XVIII. Jacek twierdzi, że ostatnio na Kaszubach widział świeży grób przy kościele. Więc pewnie tu i tam trwa nadal.

Ogólnie jednak, jak to zwykle bywa, historia zatoczyła koło. Tyle że teraz to już nie groza i obawa przed złowrogim powrotem zmarłego, a zwykłe, psychiatrycznie łatwo wytłumaczalne wyparcie. Człowiek współczesny chce wierzyć w swoją - całkowicie doczesną - nieśmiertelność. Gdy go kostucha dopada demonstruje oburzenie i zawód. Podobnie zresztą, gdy ciało szwankować poczyna - tak, jakby ktoś gwarantował nam zdrowie i długie życie i się z tej gwarancji nie wywiązał! Na przykład rząd...

Tak nie jest, Drodzy Moi. Każdego czeka koniec jego - i to jest, w gruncie rzeczy, bardzo dobrze. Wieczne, a nawet tylko bardzo, bardzo długie życie - byłoby niewyobrażalną udręką. O czym kiedyś już chyba dyskutowałem, jak nie tu, to na innym blogu..?

No więc: jest do d..y. I nie ma co udawać, że nie jest. Tym niemniej donoszę uprzejmie, że w dniach ostatnich dokonałem przełomu. Nie jest to bardzo przełomowy przełom - ale jednak przełom.

Że pojechałem po ogiera:


to było siłą rozpędu. Nie mogłem zresztą zawrócić z tej drogi - bo musiałbym wymyślić całkiem inną, nową. A na to zdecydowanie nie miałem i nie mam sił!

Nawet to, że nowe buty sobie kupiłem, to jeszcze nic (choć proces ten był sam w sobie niezmiernie wręcz trudny...). Musiałem. Przyjętą konwencją jest, że nie chodzi się do biura boso lub w gumofilcach.

I to, że kupiłem drabinę oraz siatkę ogrodzeniową do ogródka:


to też nic takiego. Po starej drabinie strach już było chodzić, a siatkę łatwiej założyć, niż stare ogrodzenie z plecionych gałązek brzozowych naprawić.

Wczoraj jednak - kupiłem sobie przez internet dwie nowe koszule:


i marynarkę (która jeszcze nie przyszła). Dzisiaj zaś, przemieszczając się między jednym badaniem lekarskim a drugim, dodałem do tego jeszcze drobne zakupiki perfumeryjne (powonienie mam wprawdzie słabe, ale nawet ja w końcu zmuszony byłem przyznać że śmierdzę i dezodorant z Pierdonki nic na to nie pomaga).

Nie macie pojęcia ile mnie ten irracjonalny akt wiary kosztował! Akt wiary, bo dokonując tych sprawunków założyłem, że będzie przyszłość - i że ta przyszłość nie będzie gorsza od teraźniejszości, a może nawet i lepsza. Irracjonalnej, bo zakupy te (osobliwie marynarka...) sens mają tylko wtedy, gdy dalej będę pracował w Radomiu: a właśnie zrobiłem tam to, czego po mnie przez ostatnie półtora roku oczekiwano. Zgodnie tedy z dobrze sprawdzoną zasadą Murzyn zrobił swoje - Murzyn może odejść - powinienem się przygotować do rychłego wylotu...

Sympatyczne koleżanki z pracy zgodziły się ze mną w tej materii dodając, że koszule jak koszule - przydadzą się. Ale marynarka..? Ewentualnie do wyścielenia kojca dla kur, albo ocieplenia budy dla psa. Tyle, że ja ani kur, ani psa nie posiadam...

sobota, 9 maja 2015

Przy sobocie, po robocie...

popijam sobie drugie piwko, a tymczasem dwa prania już na sznurze schną:


koćkodan czarno - biały


kombinuje jak tu z końputera przeflancować się na moje kolana - choć wcale jej tego nie bronię, ale Lepsza Połowa broniła: koćkodan wie, że robi coś zakazanego, więc nie potrafi po prostu wleźć i się umościć, musi przy tym cały teatrzyk odstawić, jaka to ona nieszczęśliwa...

Byłem na targu, kupiłem jedenaście drzewek owocowych. To znaczy - myślałem, że kupiłem dwanaście, ale chytra baba z Warki już po raz drugi mnie oszwabiła. Oj, nie przyjmą się te drzewka coś czuję - no ale trudno i darmo, coś trzeba było z ogródkiem zrobić, a skoro Państwo macie mnie w dupie i moimi wytworami nic a nic nie jesteście zainteresowani, to bez sensu kręgosłupa przeciążał nie będę. Co nie jest już obsadzone krzaczorami, obsadzę drzewkami różnymi:


(na ogrodzenie nie ma co patrzeć, siatka plastikowa jest już zamówiona, będzie "jak u ludzi"...) - przyjmą się to OK, a nie przyjmą się, drugie dobrze - przynajmniej będę miał czyste sumienie. Zresztą zaś, wszystko w cholerę wyściółkuję na grubo:


Tylko muszę wybrać do zera ściółkę spod wiaty. Jeszcze rok temu zrobiłem to jednego dnia. Wyszło jakieś 60 czy 70 taczek. Teraz nie jestem już taki mocny. Metodą prób i błędów w zeszłym tygodniu ustaliłem sobie normę dzienną na 5 taczek - tyle jeszcze byłem w stanie. Że dziś sobota, to zacisnąłem zęby i wywiozłem 10. Jest różnica? Przedtem, czyli przedwczoraj jak raz:


I dziś - czyli łącznie 15 taczek na kupie mniej:


Przy okazji można się przekonać naocznie i doświadczalnie, że wyrażenie "leją po nogach" jest najzupełniej dosłowne i w rzeczy samej oddaje zachowanie podekscytowanych seksualnie samic, przynajmniej gatunku equus caballus:


Gdyby żyła Lepsza Połowa, to byśmy im dupy pod szlauchem umyli - to już jest doprawdy wstrętne, taka wielowarstwowa, zeschnięta maź pokrywająca całe zady od sromu aż po pęciny! Ale sam nie dam rady. Trudno. Zlały się, to muszą cierpieć. Jutro ma padać deszcz, może samo się zmyje?

Pojęcia nie mam, co aż tak bardzo odróżnia naszego nowego samca


od jego poprzednika - na którego zołzy nigdy aż tak nie reagowały..? Ech! Na mnie kobiety też nie reagują. Poczułem solidarność z biednym Gelshahem, który pierwszego bzykanka doprosił się dopiero po miesiącu solidnych grzmotów - a taki był poczciwy, że na ksywkę "Knedliczek" zasłużył. Jak Mirasgula poufale nazywać, Dalibóg nie wiem. To jest poważny Pan Koń, tu na poufałości nie ma miejsca. "Nazgul" byłoby najbliżej, ale co to za zdrobnienie..?

Wypieliłem truskawki:


Cztery i pół rządka po lewej to oryginalna rozsada, dalej są flance zeszłej jesieni nasadzone - około jednej trzeciej się nie przyjęło. Jakby nie ta folia, to bym nawet nie próbował ich pielić. A tak - wyszły tylko dwie taczki zbędnej biomasy do upchnięcia w dole (tym samym, który na "zielonych oszołomów" trzymam...).

Trzecią taczkę uzbierałem topinamburów. Z miejsca, z którego je jesienią z Lepszą Połową wykopaliśmy, zbierając wiadro dorodnych do konsumpcji (akurat się zepsuła, bo Lepsza Połowa nie miała jakoś nastroju je gotować...) i taczkę bulw, które nasadziłem na granicy działki z myślą, żeby powstał topinamburowy żywopłot. W starym miejscu, jako się rzekło, kolejną taczkę dzisiaj wyrwałem (optymistycznie zakładam, że jeszcze dwa takie pielenia i problem BYĆ MOŻE będzie rozwiązany - strasznie ekspansywny to chwast jest...):


Tymczasem żywopłotu jakoś nie widać:


Raptem kilka wątłych pędów:


Tu piachuder i tu piachuder (oryginalnie posadziliśmy te topinambury w najsłabszym punkcie ogródka...). O co chodzi..?

Po drodze mało co a wpadłbym do nory:


tudzież podziwiać mogłem rozkwit dzikiej jabłoni na skraju naszej "pustyni":


Last. but not least - odholowałem Fiacika do pana Bogdana, nestora miejscowych mechaników samochodowych, na dobrze zasłużony remont. Mam nadzieję, że pan Bogdan, jak obiecał, tak się i tego remontu podejmie - trzymajcie kciuki...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...