czwartek, 30 kwietnia 2015

Reisefieber

Zestaw przygotowany do drogi:


Jeśli coś jeszcze ma się zepsuć - niech się zepsuje jutro, a nie dopiero w sobotę lub w niedzielę! Jutro nie wyjeżdżamy daleko poza zagrodę, coś się jeszcze poradzi...

Bohaterka dnia jutrzejszego nic jeszcze (mam nadzieję...) nie przeczuwa:


Kleszcze ją dziś oblazły, jak mi doniesiono. Nic nowego, one od zawsze ją lubią! Pytanie tylko, gdzie ona na Padoku Zimowym znalazła chaszcze, na których mogła aż tyle kleszczy nabrać..?

Trawa też jeszcze nie przeczuwa, że już od jutra będzie deptana i zjadana. I rośnie sobie:



Nie umywa się do tego, co tu mieliśmy w pierwszym roku po zasiedleniu - ale wypuszczałem już konie na gorszą, nie ma co narzekać...

Tymczasem w ogródku rozkwitły pigwowce:


Na razie, poza tym, że część grządek częściowo wyściółkowałem, nie miałem ani chwili czasu na to, żeby się ogródkiem zająć. Abstrahując już od tego, jak bardzo bolą mnie plecy (myślałem że to przez krzywą taczkę, a to, okazuje się - starość...).

W ogóle to staram się postępować tak, jakby Lepsza Połowa wyjechała na jakąś szkołę letnią czy kurs językowy, jak to się jej dawnymi laty czasem zdarzało. Ale jest to z każdym dniem coraz trudniejsze. Koćkodan, jak pisałem wczoraj, ginie i schnie bez pieszczot - a mnie coraz trudniej przeżyć, gdy nikt mnie nie ruga za wnoszenie siana i brudu do chatki, czy wpuszczanie kotów... Co kto lubi, co kto lubi..!

środa, 29 kwietnia 2015

Bardzo długi poniedziałek

Doświadczenie dowodzi, że nasz koćkodan emeryt, Sylwestra, wytrzymuje bez przytulania i głaskania góra 10 godzin. Po tym czasie najpierw futro zaczyna tracić połysk i chore oczko ropieć, a potem - koćkodan szaleje. Ostatnio miałem wiele okazji do testowania wytrzymałości koćkodana na brak pieszczot przez wzgląd na ogrom robót polowych, któreśmy razem z Fiacikiem wykonali. Początek tego tygodnia był ich ciągiem dalszym!

Na poniedziałkowe popołudnie zapowiedział się M. z opryskiem na Wielki Padok. Po doświadczeniach z niedostateczną rozpuszczalnością Zestawu Młodego Chemika tym razem przygotowywałem miksturę w wiadrze, rozrabiając wszystko we wrzątku:


Daliśmy radę trzy takie wiaderka, każde w 400 litrach wody rozpuszczone wyrzucić na zdecydowanej większości powierzchni naszego głównego pastwiska - póki się filtr i dysze w opryskiwaczu nie zatkały.

Niestety, ale obawiam się, że łatwa rozpuszczalność jest dużo istotniejszą cechą dobrego oprysku, niż to się mogło pierwotnie wydawać. I chyba łatwiej, choć na pewno nie taniej byłoby mi tak, jak to zrobiłem w zeszłym roku, kupić granulowany Wap Mag z mikroelementami - taki Wap Mag dałoby się rozrzucić lejem, co oszczędziłoby mnóstwa czasu i kłopotów, w poprzednich odcinkach tego cyklu opisanych...

Kiedy rozrzucimy czwarte wiaderko, jak raz to na zdjęciu powyżej uwiecznione (dopiero przy ostatnim miałem chwilę oddechu gdy M. jeździł i rozpylał: wcześniej sprzątałem pod wiatą i przywiozłem - ostatnie - belki siana) tego na razie nie wiem.

W każdym razie trawa na Pierwszym Padoku, który w podobny sposób został potraktowany już trzy tygodnie temu jest, jak na nasze warunki i możliwości - zacna. Jestem zadowolony. Zdjęć dzisiaj nie pokażę, bo nie zdążyłem ich zrobić.

Na oprysku poniedziałek się nie zakończył. M. zostało sześć małych prosiaczków, które trzeba było sprzedać. Handel prosiaczkami odbywa się na ulicy przed placem targowym w Głowaczowie między 1.00 a 4.00 w nocy w każdy wtorek. A przedtem trzeba było jeszcze pojechać po małą przyczepkę na prosiaczki.

W efekcie koćkodan nie otrzymał potrzebnej jej do życia porcji pieszczot, ani nawet nie mógł ich braku skompensować przytulaniem się do mnie przez sen - bo prawie że nie spałem. Przynajmniej prosiaczki się sprzedały i nie za najgorszą cenę.

Poniedziałek zlał mi się dokumentnie z wtorkiem - i tylko dwa podpisy na liście obecności w pracy dowodzą, że to były dwa dni, a nie tylko jeden. Wtorkowe popołudnie nie wypadło wiele lepiej, bo z uwagi na termin wyjazdu Najmniejszego Złego koniecznie już musiałem stado odrobaczyć. Nie było to specjalnie trudne (niektóre z naszych koni mają własne zdanie, jak chodzi o przyjmowanie czegoś ze strzykawki dopaszczowo - ale fakt jest taki, że jak do tej pory zawsze mi się udawało i ten raz nie był wyjątkiem...), ale nim przywiozłem pastę, nim ją podałem - była już pora końskiej kolacji. No dobra - trochę wcześniejszej końskiej kolacji...

Tak więc zaległości w pieszczotach koćkodana zaczęliśmy nadrabiać dopiero minionej nocy. I jeszcze nie nadrobiliśmy, czego najlepszym dowodem jest obecność koćkodana na moich kolanach teraz - zignorowała świeże, tłuste mleczko które jej nalałem do miseczki, żeby sobie tu usiąść.

Zaraz zresztą nakarmię stado (na razie robali nie widziałem, ale to normalne - mają za to lekkie rozwolnienie, co też jest normalne...) i przyjmiemy wygodniejszą pozycję horyzontalną. Czego i Państwu życzę!

niedziela, 26 kwietnia 2015

Ogarnąłem

to wapno koniec końców. A w ramach ekspiacji za wczorajsze lenistwo jeszcze wypucowałem rano chatkę (mycie wanny było... no cóż... nieco przedwczesne..? mogę to robić znowu po tym, jak zmyłem z siebie wapienną skorupę...) i zutylizowałem, czyli spaliłem, zebrane przez zimę siatki po belkach siana.

Resztę niedzieli zamierzam spędzić jak prawdziwy Polak, czyli z piwem w ręku, koćkodanem na kolanach i przed telewizorem. No chyba, że będzie burza i stracimy odbiór - na razie pogrzmiewa tu i ówdzie dookoła.

Melduję przy okazji iż nieprawdą jest, jakoby jeżdżąc ciągnikiem pozbawionym było się kontaktu z przyrodą. Fiacik pali mało, to i spalin nie wydala, więc kwiecie kwitnące czuć wyraźnie gdy się koło niego przejeżdża. Osobliwie, że jeżdżąc wyłącznie na polowych biegach jeździ się baaardzo powoli, więc i mijanie takie bzu trwa. I trwa. W sumie - wolniej niż na piechotę...

Głośny to Fiacik jest, nie powiem - ale i tak dwa koziołki igrały sobie pociesznie nie dalej jak 30 metrów ode mnie, gdym to wapno po Wielkim Padoku sypał. A jak zjeżdżałem do domu, to wypatrzyłem parę dudków - o..!


Powinienem się zaopatrzyć w jakąś kamerkę z teleobiektywem, najlepiej taką, żeby dało się ją albo na głowę założyć, albo chociaż jedną ręką obsługiwać - nie sądzicie..?

Dobrej nocy Państwu życzę..!

sobota, 25 kwietnia 2015

Se pojeździłem, czyli jednak martyrologia.

Gdybym był przesądny (a kto powiedział, że nie jestem..?), to bym powiedział że wszystko przez pecha, nie od dziś prześladującego Radka, druha mego serdecznego. Oto bowiem wystarczyło, że zainteresował się moim ciągniczkiem i lejem, a to w kontekście rozsiania nawozu na polu przyległym do mojego Wielkiego Padoku - a oba jak raz wysiadły! I to tak, że w pierwszej chwili ogarnęła mnie panika i nie wiedziałem czy najpierw dzwonić do serwisu (lej w końcu na gwarancji...), czy siąść sobie w trawie i zapłakać...

Koniec końców awaria leja okazała się planowa i przewidziana: urwała się śruba zabezpieczająca przed przeciążeniem przekładni. Wstawiliśmy z M. nową i lej na chwilę znowu działał - na chwilę, bo ta też się zaraz urwała rzecz jasna.

Z ciągnikiem też nie jest tak źle, jak to się początkowo wydawało. Co prawda biegi szosowe po prostu nie działają - nie ma ich i koniec - ale cała reszta jest, mimo pozorów stwarzających odmienne wrażenie, w miarę w porządku i można pracować. Tak w każdym razie orzekł nestor miejscowych mechaników ciągnikowych, pan Bogdan - a ja słucham się starszych (niezależnie od pozorów stwarzających odmienne wrażenie...).

W związku z czym jutro z samego rana pożyczam w sąsiedniej wsi "Kosa", podczepiam go do ciągnika (do samochodu się nie da, bo to "Kos" bez dyszla jest) - i jadę z tym wapnem. Jak Pan Bóg przykazał, albowiem zgodnie z dekretem Konstantyna Wielkiego ustanawiającym niedzielę jako dzień wolny od pracy (jak mnie ostatnio oświecił mój przyjaciel Darek, a on w końcu oprócz habilitacji z historii ma też i licencjat katechety, więc wie co mówi...), rolnicy z święcenia Dnia Pańskiego są nie tylko zwolnieni, ale wręcz za rzecz zbożną i zalecaną uważa się, by tego dnia pracowali na chwałę Pana, gdyż grzechem byłoby marnowanie dobrej pogody którą wszak nie kto inny, jak sam Pan Bóg im zesłał, amen.

Nie no mógłbym dzisiaj. Mógłbym. Jeszcze ze cztery dobre godziny do zmroku. Tylko ręce mi się za bardzo trzęsą..! Siedział ktoś z Państwa na ciągniku który nagle staje dęba, przeraźliwie przy tym rycząc..? Nie..? Sami spróbujcie, a potem krytykujcie...

Na pocieszenie:




No dobra, starczy. Mimo wszystko jest to historyjka z morałem, więc nie będziemy przesadzać. A jaki to morał? Ano taki, że praw fizyki się nie oszuka. Im więcej im drobniejszych ciał, tym większy opór - sypkie wapno jest zbyt drobne, by dało się je rozrzucać rozrzutnikiem lejowym. Koniec, kropka, c.b.d.u.

piątek, 24 kwietnia 2015

Już tylko wapno

Superfosfat rozrzuciłem, więc tylko dwie tony wapna mi zostały na łykend:


To dwa razy więcej niż kiedykolwiek wcześniej rozrzucałem za jednym zamachem! A, niestety, lej jest do tego gorszy od "Kosa". Wapno ma tendencję do zbijania się w zwartą masą skutecznie zatykającą wyloty:


Ale nie ma co popadać w martyrologię, osobliwie przed czasem. Czytelnicy Fejsbóka wiedzą, że zacząłem dziś wcześnie i z wielkimi planami. Wszystko mi się udało!

Pan Robert przyjechał punkt ósma rano i dziewczynki mają świeżo zrobione pedicure. Jak zwykle, najmilsza i najgrzeczniejsza była Buba (w gorszych finansowo czasach sam ją robiłem, nawet nie przywiązując - starczyło rzucić uwiąz na koniowiąz i grzecznie stała czekając aż skończę...):



a najwięcej trudności sprawiła Margire, która od dawna ma problem z lewą zadnią. Problem czysto psychiczny, bo tak w ogóle to o problemach kopytowych to ja tylko czytałem - na żywo w życiu nie miałem okazji doświadczyć, wszystkie nasze to okazy zdrowia (małe ale twarde...), a i ścierać się mają gdzie na Padoku Zimowym. Problemu psychicznego zresztą Margire też nabawiła się nie u nas, a w czasie wychowu w wielkiej stadninie...


Najmniejsze Złe trochę wierzgało (to był jej drugi raz raptem...), ale szybko przypomniała sobie o co chodzi i było dobrze:


Na zdjęciu powyżej Najmniejsze Złe, które tymczasem prawie już dogoniło swoją matkę wzrostem, usiłuje ją ssać. Mleka nie ma (sprawdzaliśmy wielokrotnie), ale nawyk pozostał. Już niedługo. Dokładnie sześć dni. Potem się rozstaną na dłuuugo...

Pośrodku, również jak zwykle, wypadła Szefowa, która za to najładniej pozowała wieczorem, gdy robiłem zdjęcia:


Pedicure to był oczywiście dopiero początek. Jak tylko pan Robert pojechał wsiadłem w samochód i ruszyłem w objazd. Najpierw KRUS w Białobrzegach, potem ARiMR w Wojcieszynie (fakt, można wysłać pocztą, ale i tak jechałem, a to, że zawiozłem wniosek osobiście od razu się opłaciło, bo sympatyczna pani z kancelarii z punktu usunęła mi kilka błędów i dołożyła jedną potencjalną płatność...), Wydział Komunikacji, z rozpędu - Urząd Skarbowy, którego szczerze pisząc pierwotnie nie planowałem i chyba walnąłem się w konsekwencji w słupkach (ale to nic, sprawdzę sobie w poniedziałek i najwyżej wyślę korektę...) i na koniec - upadające (więc tanie i bez kolejek i tłumów, za to z wielkim, pustym parkingiem!) centrum handlowe w Jankach!

Kupiłem buty. Do pracy. Zimowe już mi się rozpadły - co spostrzegłem w pełnej dramatyzmu chwili, gdy miałem je właśnie założyć wychodząc na pociąg, od którego zaczynała się moja podróż do Szkocji. Z letnich, które na koniec poprzedniego sezonu Lepsza Połowa pracowicie posklejała, po pierwszym kontakcie z wiosennym deszczem zostaną mi same sznurowadła. Więc nie było wyjścia.

I teraz nie wiem - co było najtrudniejsze z tego dnia? Poranne prasowanie czy wybieranie butów..? Niewątpliwie przy butach spociłem się najbardziej, bardziej niż przy prasowaniu i o wiele bardziej niż przy superfosfacie - bez pomocy pani ekspedientki, która znalazła mi w tym budzącym paniczny lęk gąszczu etykiet i pudełek właściwy rozmiar, nic by z tego nie było...

Opcjonalnie rozejrzałem się też za marynarką i koszulami, ale nic nie znalazłem. Zastanawiam się, czy tego nie da się kupić w necie..? Spróbuję - jak trochę odpocznę. Czyli: po wapnie...

sobota, 18 kwietnia 2015

Wróciłem, wróciłem

jak zwykle po takim wyjeździe wyczerpany i chory. Tylko tym razem to jest chyba głównie choroba woli - robię, co muszę, ale nic więcej: na przykład teraz piję herbatę (z miodem i cytryną - cytrynę to jeszcze Lepsza Połowa kupowała - skończy się, będę pił bez...) bo za cholerę nie chciało mi się jechać po piwo...

Po prawdzie, to i za wiele zrobić się nie da. Słyszałem, że nieźle tu wiało pod moją nieobecność. Jak przyjechałem, było ładnie, no ale - trzeba było iść do pracy. Teraz, w łykend, pogoda zdecydowanie barowa (no i stąd ta herbata... - i koćkodan na kolanach...). Pada co prawda nie za wiele, ale często, jak na razie głównie grad (niezbyt wielki, ale gęsty) - tak, czy inaczej o dalszym ciągu rozrzucania nawozów na razie mowy być nie może. Raz jeden wybierałem lej zaklejony mokrym wapnem i dziękuję, o więcej nie proszę!

Tak więc wszystko co dzisiaj zrobiłem to gospodarska rutyna, czyli prasowanie koszul (odkładane zresztą od czwartku - dłużej czekać już się po prostu nie dało...) i sprzątanie chatki (która tak, czy inaczej, mimo wszystkich moich wysiłków nieuchronnie zmienia się w typowo starokawalerską norę...) oraz Padoku Zimowego. Akurat jest pora czochrania. Proszę bardzo, Najmniejsze Złe z ciocią:


aż kłaki lecą..!


albo i na ustach zostają..:


Wcześniej byłem, jak co sobotę, w Warce. Byłem, bo musiałem. Zajrzeć na targ: udało mi się kupić wkładki do gumiaków, ale już nie spodnie robocze, choć chciałem. Jak zwykle stoi co najmniej dwóch sprzedawców z ogrodniczkami, które wszyscy tu do prac fizycznych noszą, tak dzisiaj - nie znalazłem ani jednego. Typowe. Drabiny też nie kupiłem. Pan z drabinami podobno bywa tylko w środy.

Za to kupiłem cięgło do ciągnika (na razie Fiacik ma podłączone pożyczone od M.) i nową taczkę:


Poprzednią - praktycznie identyczną - Lepsza Połowa zafundowała sobie na urodziny jakieś cztery lata temu. Niestety parę dni po zakupie na taczkę wskoczyła kobyła, która wówczas stała u nas w pensjonacie. Bóg wie czemu. Taczka straciła od tego swoją pierwotną, symetryczną geometrię - i, niezależnie od faktu, że po tylu latach już ledwo trzymała się kupy, zawsze po pracy z nią bolały plecy - ręce trzeba było trzymać na różnej wysokości, pchając.

Jak to słusznie mawiają - "bliższa ciału koszula". Skoro teraz sam sprzątam, a nie robi tego Lepsza Połowa, to i nowe narzędzie sobie kupiłem - nieprawdaż..?

A serio, to kupiłem taczkę przy okazji - bo i tak pojechałem do Warki z przyczepą. Albowiem musiałem wreszcie zrobić przegląd. Dzieje tego przeglądu to zresztą dowód na wspaniałą koniunkturę w polskiej gospodarce obecnie!

Termin wypadał mi na 1 marca. Nie udało się go dotrzymać, bo nawet po naprawieniu budy, co w końcu wykonał mój dobry sąsiad, któremu ongiś przewoziłem krowy, w przyczepie nie do końca dobrze świeciły się światełka. Jednym słowem - masa gdzieś uciekała. Naprawa za 180 złotych. Od połowy marca, gdy odebrałem od sąsiada naprawioną budę, szukałem warsztatu, który by się tego podjął. Nikomu się nie chciało. Za takie marne pieniądze..? A jak w końcu udało mi się zrobić - w zeszły piątek, zużyłem na to pół drugiego dnia urlopu przed wyjazdem - to naprawa trwała siedem godzin zamiast jednej (pan mechanik nie uwierzył mi na słowo, że masa ucieka, więc najpierw rozłożył całą instalację elektryczną na czynniki pierwsze, oczywiście znajdując kilka mniej lub bardziej nie związanych z tematem usterek, co w niczym nie poprawiło ogólnej sytuacji...), a się nasłuchałem..!

W rezultacie nie zdążyłem przed wyjazdem zrobić połowy rzeczy, które planowałem - a przeglądu i tak nie zrobiłem, bo jedynego w całej Warce uprawnionego diagnosty akurat nie było, a ja już nie miałem czasu czekać.

No to musiałem pojechać dzisiaj. Przegląd jest. Zestaw jest właściwie gotowy do drogi:


"Właściwie" bo tymczasem zgubiłem dowód rejestracyjny od samochodu. Ale spoko! Już wszystko mam, starczy pojechać na Żoliborz po wtórnik. Kiedy ja to do cholery zrobię..?

Swoją drogą, mój samochód nigdy nie był tak czysty. Aż mi nieswojo. Jak go kupowałem to taki czysty nie był. Dziękuję, Filipie..!

Jeszcze się tylko pochwalę, jaki gość odwiedził nasze stoisko na targach:


Nie wiem co to za jeden był (Szkot? Anglik? Litwin może..? Przez ścianę mieliśmy stoisko z Wilna akurat...) - ale był strasznie przestraszony i pokorny. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego dziewczyny się go bały..?

czwartek, 9 kwietnia 2015

Śliczny Włoch daje radę

czego nie można powiedzieć o mnie: dzisiaj spocząłem na laurach i po rozsypaniu nawozu na Pierwszym Padoku (2,5 tony...) nie wziąłem się nie mieszkając za sypanie go na Padoku Wielkim. Usprawiedliwiam się, że musiałem wyczyścić lej, bo ostatnie dwa worki wapna okazały się mokre - bez szlauchu się nie obyło, teraz lej musi wyschnąć, a na pewno nie zdąży tego zrobić przed zachodem słońca:


Prawda że Fiacik wygląda jak zabaweczka..?

Pomysł z użyciem łyżki jako przeciwwagi nie sprawdził się. Łyżka utknęła w pryzmie terra prety:


i musi tam zostać aż nabiorę więcej wprawy jako traktorzysta.

Generalnie jeździ się Fiackiem bajkowo. Nie jest to może sport polecany dla kobiet w ciąży (osobliwie przy wapnie: z wapnem, jak wypraktykowałem, najlepiej jeździć w poprzek bruzd - których trochę na naszym padoku jest, w końcu był raptem raz jeden orany i wałowany - wtedy trzęsie lejem i lepiej się sypie...), ale robiłem w życiu gorsze rzeczy - mógłbym zostać traktorzystą!

Co innego podrzut workiem 50-kilowym do krawędzi leja. Która to krawędź nawet, jak się opuści całość na grunt znajduje się jak raz na wysokości mojej głowy. Na tę dyscyplinę czuję się nieco zbyt... zgrzybiały..?

W przerwie między podrzutami wciągnąłem kawał słoniny. Bez niczego. Taki miałem deficyt energetyczny!

Ech, a Lepsza Połowa biegałaby z kanapeczkami, z herbatką, z napojem chłodzącym... Łatwo człowiek przywyka do dobrego..!

Tak, jak ja rozdziewiczyłem niniejszym wczoraj otrzymany lej, tak M. zrobił to samo ze swoim opryskiwaczem. Wynik jest nieco poniżej oczekiwań. Opryskiwacz cieknie i zanim weźmiemy się za coś więcej musi przyjechać serwis i uszczelnić. A piekielna mikstura minerałów zaordynowana przez Permakulturnika okazała się nie-aż-tak-dobrze rozpuszczalna w wodzie. O dziwo - najgorzej rozpuszcza się boraks. Skądinąd: środek piorący, kupiłem go w firmie zaopatrującej pralnie chemiczne. Coś tam się opryskało, ale drugie tyle - zostało na sitku opryskiwacza.

Jutro w pierwszej kolejności jadę do Warki do warsztatu samochodowego: trzeba naprawić fotel kierowcy w Wendi (ile ja mogę siedzieć bokiem..?) i zrobić przegląd przyczepie - jeśli mam 2 maja jechać hen hen daleko po ogiera. Poza tym muszę wykonać parę drobnych sprawunków no i - ostrzyc się. Czego nie robiłem u fryzjera od lat 19. Strzygła mnie Lepsza Połowa...

Co prawda nie przewiduję snu na noc z piątku na sobotę (skoro mam być na Okęciu przed 5.00 rano, to jedyny pociąg i tak mam o 22:59...) - ale nie wygląda na to, żebym zdążył z rozrzuceniem wszystkich nawozów na Wielkim Padoku. Trudno. Zrobię, ile się da. Resztę - po powrocie.

Przy okazji całodniowego uwijania się w okolicy, w której przebywa nasze stado poczyniłem dwie obserwacje. Obserwacja pierwsza: ciężkie jest życie pięknego konia...


Nic tylko albo jesz - albo wylegujesz się w piasku i zażywasz kąpieli słonecznej. Normalnie - szychta jak na grubie..!

Obserwacja druga: nie ma konia nad tekińca! Inny by się płoszył na widok na ten przykład opryskiwacza (takie to pająkowate, rozłożyste, niecodzienne, czerwono - żółte...). A te..? Pobiły się, która ma wsiąść za kierownicę... I tylko dzięki temu udało się nam przemknąć bez szwanku!

Skończyło się drugie dzisiaj pranie. Wracam tedy do obowiązków domowych. W pierwszej kolejności biorąc się za prasowanie koszul...

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Życiowy kompromis

W toku południowej przerwy miałem niewąski dylemat: ładować dalej nawozy na przyczepę i przewozić na Pierwszy Padok  - czy odpuścić..? Nie odpuściłem! Twardym trzeba być. Nie miętkim!

Poszedłem na kompromis. Taki życiowy. Na Pierwszym Padoku leży sobie na razie te 1,3 tony soli potasowej, superfosfatu i saletrzaku które przerzuciłem tam rano (tu akurat w dalekim tle Matki i Córki):


Resztę, czyli 1,2 tony wapna - załadowałem na razie na przyczepę:


W ten sposób wykonałem tylko jeden obrót czterdziestoma workami, a nie dwa (załadunek bez rozładunku...), oszczędziłem rzeczone worki, które słabe są i już się zaczynają pruć (prosto z przyczepy będę wrzucał do leja, a tam - niech się prują...), no i - ocaliłem to wapno przed ewentualnym zamoknięciem.

Mam tylko nadzieję że kółka przyczepy wytrzymają. Ale to holenderska przyczepa. Konie KWPN chyba chude nie są..? 1,2 tony przez dwie doby - to jak dwa konie. A to dwukonna przyczepa. Powinny wytrzymać.

Poszedłem też na kompromis w kwestii zestawu upominkowego, który kompletowałem. Zrobiłem wszystko poza naklejeniem nalepek. Za krótkie paznokcie mam, żebym był w stanie to zrobić! Zlecę to komuś jutro...

Bezkompromisowo natomiast udało mi się podczepić do Fiata największą i najcięższą łyżkę:


Mam nadzieję, że silnik poradzi, a przynajmniej - nie przewróci mnie przez plecki po załadowaniu leja dzięki temu...

Co tu kryć Drodzy Państwo, co tu kryć: pogoda jest do bani, boli mnie chyba już wszystko co tylko boleć może, a życie bez Lepszej Połowy do tego stopnia pozbawione jest smaku, że zamiast wódki wodę mógłbym pić - z jednakowym skutkiem (minus ból głowy następnego dnia rano: odwykłem od sklepowych trunków... - co wypróbowałem właśnie). To chyba nie spodziewacie się, że będę Wam opowiadał jakie to piękne okoliczności przyrody mnie otoczają..?

sobota, 4 kwietnia 2015

Wieeelka Sobota

Babcia zwykła mawiać, że w sobotę często pada, bo Matka Boska pranie robi. Ja dzisiaj zrobiłem trzy:


Przy czym upranych w pierwszej kolejności (włączyłem pralkę jak tylko obmyłem grzeszne cielsko po nakarmieniu koni i kotów, czyli ok. 5.00 rano) koszul już nie widać, bo zdążyły wyschnąć gdy byłem na targu, a potem uwijałem się w obejściu, za czym wyprasowałem je i uwiesiłem w szafie.

Z tym prasowaniem, co tu kryć - bieda:


Nie no - nie prasuję na stole! Dobrze pamiętałem, że Lepsza Połowa używała do tego deski do prasowania. Odkrycie, gdzie ta deska jest zabunkrowana - zajęło mi trochę czasu. Ale się udało. Z pierwszego prasowania, trzy tygodnie temu, to nawet byłem w miarę zadowolony (albo było mi wszystko jedno, nie pamiętam...). Tyle tylko, że trudno było wyczuć, co lepiej nawilża prasowany materiał: woda z żelazka (swoją drogą nie odkryłem jeszcze, w jaki sposób tę wodę uzupełnić - Dyabli wiedzą gdzie do tego jest instrukcja obsługi, a boję się zepsuć...), czy pot z mojego czoła..?

Kłopot w tym, że z prasowania na prasowanie idzie mi coraz gorzej. A nie jestem informatykiem. Czy dziennikarzem. Marketingowcem jestem - nie mogę wyglądać jak Szwed, za przeproszeniem..! Miałem początkowo pomysł, żeby dokupić trochę garderoby. Ale jest on w praktyce równie trudny do zrealizowania, co wiele innych pomysłów wymagających czasu (nie mówiąc już o tym, że entuzjazmem nie pałam...). Pojęcia nie mam kiedy w końcu uda mi się wybrać do sklepu: to będzie musiało być w godzinach pracy - bo niby kiedy indziej..?

Jeszcze pal licho koszule - w ostateczności, jak się okaże że moja obuleworęczność wyklucza na dłuższą metę skuteczne wygładzanie fałdek, to zacznę znowu nosić krawat. Odpowiednio niedobrany - powinien skutecznie odwrócić uwagę od koszuli!

Gorzej z marynarką. Lepsza Połowa przy pomocy sobie tylko znanych czarów oraz żelazka była w stanie przywrócić mojej ciężko już spracowanej, ale wciąż ulubionej lnianej marynarce świeżość - lepiej, a co najważniejsze, z dużo mniejszą szkodą dla delikatnego materiału, niż pralnia chemiczna. W tej chwili marynarka wygląda jak worek. I to pełen kocich kłaków i kurzu.

Nie jest to na szczęście moja jedyna marynarka. Obawiam się jednak, że bez wizyty w sklepie tej kwestii na dłuższą metę rozwiązać się nie da. A potem trzeba będzie znaleźć w Radomiu przyzwoitą pralnię chemiczną zdolną do wykonania usługi w czasie krótszym od ośmiu godzin. Wypróbowałem jak na razie raz jeden tę w Galerii Słonecznej - ale Lepsza Połowa zrecenzowała wtedy efekt negatywnie...

Oczywiście nie samym praniem i prasowaniem gospodarstwo stoi. Jak co dwa tygodnie uzupełniłem podręczny zapas siana o dwie kolejne belki: 


Jak to się transportuje ze Stodoły Pana Jana, to kiedyś na filmiku pokazywałem - teraz doszła ta dodatkowa trudność, że trzeba najpierw wjechać na Padok Zimowy, a potem zeń wyjechać tak, żeby stado nie zdążyło prysnąć na wolność. Do tej pory wjazd zawsze mi otwierała i zamykała Lepsza Połowa. Ostatnim razem wziąłem ze sobą M. (który pomagał mi też z wytoczeniem belek ze stodoły - co nie jest takie proste...) - ale źle zamknął przy wyjeździe, dzięki czemu stado nawiało i miałem niepowtarzalną radochę je gonić i złapać.

Generalnie - trzeba po prostu bardzo szybko wjeżdżać i wyjeżdżać!

Oczywiście - posprzątałem pod wiatą i na całym Padoku Zimowym. O tym nawet nie warto wspominać.

Byłem też na targu, gdzie kupiłem marchewkę (niestety, to już nie nasza ulubiona marchewka - i chyba w ogóle ostatnia w tym sezonie...), len i ostropest dla Czterokopytnych - i jabłka: dla siebie. Przy diecie złożonej głównie z chińskich zupek i konserw tyrolskich - trzeba sobie znaleźć jakieś źródło witamin, inaczej szkorbut murowany. Pamiętam z czasów studenckich! Co prawda wtedy były raczej słoiczki od Matki niż konserwa tyrolska - ale zasada jest zasadą.

Zrobiłem zakupy - w wersji mocno skróconej i okrojonej w stosunku do tego, co robiła co tydzień Lepsza Połowa.

Po sprzątaniu i przywiezieniu siana - zamontowałem wreszcie kamery:


Tylko trzy, bo czwarta z powodów, które dla mnie są absolutnie niejasne, a każdego specjalistę zapewne pobudzą do skonstruowania bardzo kreatywnej teorii - nie daje się wpiąć w system. No cóż - przynajmniej wejście do chatki, ciągnik, przyczepa i podjazd - są w zasięgu:


Na koniec wreszcie wziąłem się za sprzątanie chatki. Lepsza Połowa rozłożyłaby to zapewne na raty - większość wykonując już w piątek. Też mogłem tak zrobić, Szef puścił nas wcześniej. Nie dałem rady: wszystko, co mi się wczoraj udało, to jedno pranie - inaczej dzisiaj miałbym do zrobienia cztery, a nie trzy.

Efekt moich wysiłków, jak sądzę, zasłużyłby u Lepszej Połowy na ocenę mierną w kategorii "sprzątanie codzienne". Do kategorii "sprzątania przedświątecznego" wcale a wcale się to nie łapie. Nie zrobiłem i nie zrobię nawet tego, co zawsze było moim właśnie zadaniem - wyciągnięcia, kratka po kratce, książek z naszego regału i wytarcia kurzy oraz mysich bobków, których tam z pewnością pełno:


Nic nie poradzę. Bolą mnie plecy, czarne plamy wirują przed oczami i nawet zdając tę relację nie wiem - bredzę, czy sam jestem czyjąś brednią..? To tak jak z motylem i Chuang Zi - jeśli wiecie, co mam na myśli.

W każdym razie przez krótką chwilę dominującym zapachem w chatce był zapach środka do czyszczenia mebli. Krótką - bo zmieniło się to natychmiast gdy, myjąc podłogę, sięgnąłem trochę za głęboko pod wannę: był tam bardzo już zastarzały i doskonale ukryty prezent od naszego koćkodana:


Wywietrzyłem i teraz niczego szczególnego już nie czuję. Ale zastrzegam że powonienie mam słabe i w ogóle mało co czuję nosem..! W szczególności nigdy, ale to nigdy nie udało mi się nosem wyczuć żadnego pisma...

Przynajmniej teraz już wiem dlaczego przed każdym większym sprzątaniem Lepsza Połowa kupowała nową szmatę do podłogi - mimo, że stara wcale nie wyglądała na zużytą...

A nasza chatka ma tylko 24 metry kwadratowe. Co by to było, gdybym zdołał wybudować ponad stumetrowy dom, na który mam projekt i pozwolenie na budowę..?

Teraz, jak mawiała Lepsza Połowa, nawet bym coś zjadł - gdyby mi ktoś podał. Bo samemu to nie mam sił niczego robić...

No cóż - rozpalę zaraz w piecu, bo właśnie stygnę po pracy i robi mi się zimno. Różnych trunków mi nie brakuje, przezornie nabyłem też prawie-że-gotowe przekąski rozmaite. Przytulimy się z koćkodanem i jakoś przetrwamy do jutra. Jutro M. ma chrzciny piątego dziecka (i drugiej córki) - będzie zabawa, będzie się działo.

Na środę wieczór zamówiłem sobie pana, który przywiezie nowiutki rozrzutnik do nawozów. Trochę ich do rozrzucenia w tym roku mam:


A do tego jeszcze - za radą i na odpowiedzialność Permakulturnika - zestaw Małego Chemika do rozrobienia jako oprysk:


Pasowałoby wziąć na czwartek i piątek urlop. To powinno zagwarantować, że przynajmniej Pierwszy Padok zostanie nawieziony i być może także opryskany. Bo czy zdążę w dwa dni wszystko, czyli 7,5 tony na dwa pastwiska + oprysk - trudno powiedzieć. Niestety, w nocy z piątku na sobotę wylatuję do Szkocji na targi. Ewentualny dalszy ciąg zatem, dopiero w drugiej połowie kwietnia. Dlatego właśnie nie mam wyboru i przynajmniej jeden dzień urlopu koniecznie muszę wziąć...

Z tego samego powodu w poniedziałek koniecznie muszę jeszcze raz uruchomić ciągnik - i przestawić go tak, żeby rozrzutnik dało się od razu podłączyć. A jak mi starczy zapału i sił, to i te nawozy, które przeznaczone są na Pierwszy Padok - dobrze byłoby przyczepą przerzucić tamże. Przecież nie będę, jak w poprzednich latach, przejeżdżał z każdym załadowanym lejem przez Padok Zimowy: kto mi tyle razy otworzy bramę i przypilnuje, żeby stado dyla nie dało..?

Po raz pierwszy odkąd kupiliśmy ziemię, nie zakopię w tym roku skorupek po jajkach ze święconki na przepędzie, co zgodnie ze starym, litewskim zwyczajem, miało było gwarantować płodność stada. Płodność by się przydała - ogier jest już kupiony, czeka tylko na mój przyjazd z transportem. Ale jajek w tym roku nie będzie...

czwartek, 2 kwietnia 2015

Zmiany

W sumie jak na razie największa zmiana w życiu naszej farmy to rozpanoszenie się kociarni w chatce (na co Lepsza Połowa nie pozwalała...):


przy czym koćkodanus emeritus ostatnie dwa dni robocze przesiedział w piwnicy naszego biura.


Zabierałem ją wczoraj i dzisiaj ze sobą do pracy - pogoda taka, że zdążyła się już podziębić, więc po drodze zaliczyliśmy weta, dostała zastrzyki i po dwóch dniach jest już zdrowa i pełna sił.

Czego nie można powiedzieć o mnie. Największy sukces dzisiejszego dnia to fakt, że udało mi się postawić do pionu nową belkę siana, którą wytoczyłem kobyłom. Ale nic więcej już dzisiaj zrobić nie zdołam. Dobrej nocy Państwu!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...