niedziela, 22 lutego 2015

W poszukiwaniu wiosny

Wiosna zaprawdę blisko! Już wczoraj widziałem pierwszą parę żurawi - a dzisiaj nawet udało się je Lepszej Połowie sfotografować:




a to podczas wycieczki na którą wybraliśmy się po dokonaniu poranego obrządku. Podobnie jak tydzień temu uwiecznialiśmy zabytki architektury wiejskiej (zdecydowanie NIE podlegające ochronie prawa, stąd czas ich jest policzony i krótki...):




Trafiła się nam nawet jedna strzecha (lubo zdecydowanie już nie zamieszkana):


Przejechaliśmy obok naszych ulubionych "wspólnotowych pastwisk":




pałacu w Trzebińcu:


no, "gargamel", ale na oko XIX-wieczny, więc niech już sobie będzie...

Odkryliśmy także kolejny cmentarz wojenny z 1915 roku:



by na koniec dotrzeć do miejsca, które parę lat temu nasz przyjaciel Zbyszek odwiedził metodą dużo bardziej honorową, bo konno - aż wstyd nam, że my samochodem (ślady po końskim nawozie wciąż tam są!) - do ujścia Radomki do Wisły:





a w drodze powrotnej potrząść się trochę po wertepach (ale spoko luz, nawet napędu na przód nie zapiąłem - do stacji kolejowej w Strzyżynie nie odważyłbym się teraz tak jechać...):


Wycieczka była poniekąd zamiast jutrzejszego targu w Skaryszewie. Raz, że nie jestem w stanie oderwać się od pracy. Dwa, że - ZNOWU - czuję się zbyt podle, aby w tak wielkim zgromadzeniu ludzkim uczestniczyć. Trudno powiedzieć, co mi bardziej zaszkodziło: śnieżyca i przemoczone nogi i głowa nad Bosforem, gdzie byłem w minionym tygodniu - czy jedno przedpołudnie z roznoszącymi podłapane od szkolnej dziatwy wirusy koleżankami w pracy w piątek... W każdym razie perspektywa, żeby mnie ktoś dobił i raz to wreszcie zakończył, wydaje się w tej chwili nader pociągająca...

A tak dobrze się, po powrocie znad Bosforu zaczęło! Od zabójstwa. Już pierwszej nocy w naszej chatce schwytałem w wannie myszonka (dałem mu na imię Albercik...), a ponieważ koćkodan czarno - biały nie wyraził zainteresowania uśmierceniem mojego jeńca - utłukłem go o kant wanny. Co jest zdecydowanie szybszym i chyba nawet bardziej humanitarnym sposobem od preferowanego przez Lepszą Połowę topienia. No i - nie ma ryzyka, że wypłynie. Dzisiejszej nocy, sądząc po śladach, w naszej wannie przez dłuższy czas bytował kolejny Albercik (albo Klementynka...) - ale, ululany przez uderzeniową dawkę paracetamolu, nawet tego nie dostrzegłem.

Na razie łykam kolejne porcje aspiryny i tylko patrzę, kiedy moja zaraza przejdzie i na Lepszą Połowę...

niedziela, 15 lutego 2015

Po drodze do Radomia, czyli o przemijaniu

W okolicach naszego gospodarstwa krajobraz wiejski wciąż jeszcze nie został zdominowany bez reszty przez peerelowskie, sześcienne klocki czy nowomodne gargamele - trafiają się, wcale często, nie tylko pojedyncze budynki, czy to mieszkalne, czy gospodarskie, ale i całe zabudowy o dawniejszych korzeniach. Z - powiedzmy - połowy zeszłego wieku. Czy nawet jeszcze z lat 60-tych. Kiedy wciąż jeszcze stosowane głównie tradycyjne materiały: drewno lub polny kamień (w zasadzie to najważniejszą nowinką techniczną względem zabudowy znanej ze skansenów jest w tym budownictwie eternit na dachach - oraz najrozmaitsze metody ociepleń zewnętrznych, od ordynarnej papy po taką supremę, jaką na własnej chatce mamy...),

Jest to oczywiście krajobraz skazany na rychłe zapomnienie: wprawdzie niejeden z takich domków znajduje szczęśliwych właścicieli w postaci świeżych przesiedleńców z miasta chociażby - ale w oryginale i tak nie da się tego utrzymać, ani wiedzieć kiedy robi się pastisz, a nie kontynuacja... Współcześnie zaś, zupełnie inaczej i z zupełnie czego innego się buduje - nawet jeśli z drewna, to pewnie że "po góralsku", nieprawdaż..?

Jadąc dzisiaj na zakupy do Radomia wzięliśmy aparat - licząc na to, że pogoda będzie taka sama jak wczoraj, czyli słoneczna. Ani zakupy się nam specjalnie nie udały, ani pogoda nie dopisała - ale kilka zdjątek dla Państwa Lepsza Połowa z samochodu po drodze cyknęła:






Spróbujemy jeszcze kiedyś przy lepszym może oświetleniu i większy mając zapas wolnego czasu. 

sobota, 14 lutego 2015

Zero litości

czyli wszystko, co tylko mi się pod obiektyw tego ranka nawinęło, wiele nie przebierając, a zaczynając od kociambrów (czyli od końca):


Niby się tulą do siebie, a w oczach samo zło! W istocie rzeczy, koćkodan czarno - biały, domowy, przejawia ostatnimi czasy albo pierwsze objawy starczej demencji (pora by już była na to najwyższa, swoją drogą...), albo - patologicznej zazdrości. Ilekroć bowiem czarna koleżanka, bytująca zwykle na zewnątrz (noce spędzająca zaś na strychu chatki) zdoła dostać się do środka - a próbuje nieustannie...


czatując pod drzwiami całe dnie - Sylwestra mści się na nas za to niedopatrzenie paskudząc gdzieś pod wanną albo obok kibelka. Raz nawet zdołała efekt paskudzenia pod szafę wepchnąć, przez co Lepsza Połowa dopiero po dłuższym czasie źródło zapachowego skarzenia odkryć zdołała.

Za radą Lepszej Połowy zacząłem na wszelki wypadek sprawdzać buty przed nałożeniem!

Tak naprawdę wypchnęła mnie tego ranka z aparatem za drzwi chatki właśnie Lepsza Połowa dostrzegłszy nie tak znowu częste nad Boską Wolą zjawisko skrzyżowania korytarzy powietrznych:


Jeszcze z południa na północ lub odwrotnie to dość często latają, ale ten z południowego wschodu na północny zachód lecący


to rzadkość. Bodaj czy to nie ten korytarz, którym malezyjski pechowiec nad Ukrainę leciał..?

Zresztą nie wiem - nie fascynują mnie takie rzeczy. Grunt, że ładnie na tle nieba wygląda:


Przy okazji, choć nieco później, gdy widniej się zrobiło - uwieczniłem też moje dzisiejsze "zadanie domowe". Mianowicie wczoraj, gdy Lepsza Połowa rozpaliła w Herculesie coś tąpnęło i huknęło w kominowej rurze, po czym kolanko przy piecyku zasypane zostało spadającymi z góry, płonącymi węglami.

Wygląda na to, że smoła, która od całkiem niedawnej przecież wymiany rur końcowych zdołała nagromadzić się tam gdzieś wysoko - wzięła, zapaliła się i spadła na dół. Kolorek, którego nabrała rurka, zdaje się na to wskazywać:



No i dobrze - cug będzie lepszy. Bo ostatnio mocno dychawicznie ciągnęło. Ale trzeba tam wleźć (wciągając w tym celu za sobą drabinę na dach wiaty na drewno), zajrzeć do środka i sprawdzić. Jak trzeba - przetkać. Za co biorę się dosłownie za momencik...

Skoro już biegałem wokół chatki z aparatem, to uwieczniłem też i postępy w glebotwórstwie. Skończyliśmy - głównie Lepsza Połowa, mnie wszak nie ma w dni powszednie w domu - wykładać świeże guano na "stary" ogródek pod laskiem:


i lecimy z grządkami ogródka zasadniczego:


potem przyjdzie pora na dyniowy klomb przy wjeździe na posesję (wciąż jest tam niewielki dołek do zasypania). A sprzątanie generalne będzie oczywiście, tradycyjnie, na "pustynię". Może tym razem już przy pomocy traktorka..?

Zero litości to zero litości. Naszym brudnym i leniwym koniom też nie podarowałem:





Jak to zwykle o tej porze roku bywa, ceną za bezchmurne niebo jest (niewielki) mrozek i szron:


ale ładnie jest, nie ma co narzekać...


niedziela, 8 lutego 2015

Chłop na traktorze

Nigdy nie byłem zwolennikiem pośpiechu w opanowywaniu nowych maszyn i technologii.* Lepiej poczekać aż się uleży, nabierze mocy urzędowej, oswoić się, przemyśleć, przespać z tematem (najlepiej wielokrotnie). Kto wie - może się problem sam rozwiąże..?

Tak postępując doczekałem pół roku temu w spokoju ducha aż smartfona, którego mi dali służbowo, a z którego ekranem dotykowym moje niezgrabne paluchy żadną miarą sobie nie radziły, wzięła ode mnie w zamian za starą, dobrą i sprawdzoną Nokię sympatyczna koleżanka z pracy.

Naszą poczciwą Wendi też uruchamialiśmy dobry miesiąc, nim ostatecznie pierwszy raz nią gdzieś pojechałem. I dobrze się stało, przyjaźnimy się już od ośmiu lat i z całą pewnością nie planuję zmieniać samochodu: może i mógłbym mieć nowszy - ale czy na pewno lepszy..?

Do uruchomienia nabytego już prawie dwa miesiące temu traktora też długo się nie zabierałem. Aż do dzisiaj. Nie zabierałem się po części z obawy - że nie będzie to takie łatwe. A majsterkowiczem przecież nie jestem...

Tymczasem, tadaaam:



starczyło zdjąć plandekę, pod którą Fiacik spoczywał przez te dwa miesiące (plandeka widoczna jest na pierwszym planie pierwszego zdjęcia), podłączyć na niespełna godzinę akumulator do prostownika (prostownik nabyliśmy wcześniej tego ranka na giełdzie w Słomczynie...), dolać paliwka (czekało w kanistrze też prawie dwa miesiące), dolać trochę oleju (z tym kłopot, muszę nabyć lepszy lejek, bodaj metalowy - żeby się lepki płyn gładko wlewał, bo przez ładowacz czołowy bezpośredniego dostępu do wlewu oleju po prostu nie ma...), zakręcić odkręcony kranik i wlać wiadro ciepłej wody do chłodnicy, a potem jeszcze tylko parę razy nacisnąć ręczną pompkę paliwa, przytrzymać włącznik świecy przez minutę jak w instrukcji stoi - i voila, działa!

Nie to, żebym miał zaraz w pole wyjeżdżać. Pole, chwalić Pana Boga, pod śniegiem (co widać przecież). Sprzętów do Fiacika nie mamy - tyle, co się da samym turem zrobić, a to niewiele. No i wolałbym, żeby jednak ktoś doświadczony wcześniej na niego okiem rzucił i pomajstrował może trochę, ot tak dla pewności. Nie podoba mi się na przykład, że cały spód silnika uwalany olejem, a bagnet praktycznie suchy jak sprawdzać. Gdzieś musi oliwa wypływać..!

Zrobiłem więc tylko kółko po naszej ujeżdżalni i zaparkowałem z powrotem pod chatką. Pamiętając, oczywiście, żeby wodę z chłodnicy spuścić i sprzęt ponownie plandeką nakryć. Tak naprawdę potrzebny będzie najwcześniej do rozrzucania nawozów (o ile uda się od kogoś pożyczyć rozrzutnik - "Kos", niestety, zepsuty i to chyba definitywnie...).

Ale i tak krzepiąca jest myśl, że jak by co - wsiadam i jadę. Bodaj po siano, które koniec końców, z braku przyczepy**, można i na widłach przywieźć, jak się inaczej nie da...

----------------------------------------------------------------------
*Co z tego, że maszyna 40-letnia..? Dla mnie osobiście to nowa technologia. Właśnie dlatego, że tak stara - bo nawet nasza "Białoruśka" nieboszczka nie była AŻ TAK... jak by to określić..? Analogowa. O - to jest dobre słowo: Fiacik jest analogowy do bólu. Świeca żarowa grzeje póty, póki się paluchem przycisk przyciska na ten przykład. Co jest w sumie nawet i fajne - przynajmniej nie ma się co popsuć, jak się okazuje...

**niestety, nasza przyczepa do przewozu koni, używana także do transportu siana czy drewna - wymaga koniecznie kapitalnego remontu. I chyba będę musiał z nią ostatecznie do warsztatu w Warce pojechać. Tutaj po prostu nikomu się nie chce...

sobota, 7 lutego 2015

Konie gniade

Pewnie się już żaliłem, tylko nie pamiętam kiedy i gdzie, ale wg polskich paszportów, WSZYSTKIE nasze konie są "gniade". I tak, koń - matka:


która w rzeczy samej jest maści jeleniej, w swoim polskim paszporcie od wielu już lat figuruje jako "jasnogniada":



natomiast koń - córka, którego maść sami możecie sobie Państwo ocenić:


już nawet owego niejasnego przymiotnika "jasno-" pozbawiona została i w paszporcie nowego wzoru figuruje jako po prostu gniada:


Biurokratyczny absurd jakich wiele. Przy całej życzliwości dla nas, sympatyczny kierownik miejscowego biura PZHK może do paszportu wpisywać tylko to, co wynika z przepisów i wytycznych. A że przepisy głupie..?

Takie życie proszę Państwa, takie życie. Już Lao Zi 2,5 tysiąca lat temu... ale co ja Wam będę oczywiste oczywistości opowiadał..!

poniedziałek, 2 lutego 2015

Dynamicznie

Jeśli myślicie, że łatwą rzeczą jest nakłonić achałtekińca do biegu i to jeszcze tak, żeby się przy tym elegancko prezentował - to, przynajmniej jak chodzi o nasze cztery egzemplarze, jesteście w błędzie. Trzeba się nabiegać bardziej chyba niż konie, żeby Ich Majestaty raczyły dupska ruszyć..!




Nareszcie...


ruszyły...




w końcu potem dają marchewkę, więc przez chwilę można poudawać, czyż nie..?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...