sobota, 31 stycznia 2015

Inny świat

Ponowa, którą pokazywałem Państwu poprzednio na zdjęciach Lepszej Połowy, zdążyła była oczywiście już stopnieć. Teraz mamy nową. Właśnie na nas spadła jak ciężka, puchowa kołdra tej nocy. Krajobraz na tyle, na ile udało mi się go uchwycić matrycą aparatu cyfrowego (wciąż, niestety, nie tak czułą jak moje własno oko...) w najbliższych okolicach chatki w porze końskiego śniadania (czyli o 5.00 rano...) wyglądał tak:






Są, oczywiście tu tacy, którzy dalej mają to gdzieś...:


Długiego trwania nowej ponowie nie wróżę - jest na tyle ciepło, że nawet kran pod wiatą tej nocy nie zamarzł i nie musiałem go rozmrażać. Dlatego spieszyłem z uwiecznianiem bo nie wiadomo, wiele tej bieli zostanie, gdy nasza dzienna gwiazda udzieli nam swego światła..? Ale spróbujemy i za dnia, w miarę możliwości - bo krajobraz jest iście bajkowy. Po prostu: inny świat!

Jak to wszystko stopnieje...

Parę dni temu jakiś naiwny obywatel usiłował przejechać zwykłą osobówką (na pruszkowskich numerach skądinąd) drogą, którą ja codziennie pokonuję na stację kolejową. Nawet nieźle mu szło - najniżej położony, najmiększy kawałek pokonał. Utknął dopiero na skarpie, w lokalnym, błotnistym dołku. W takim miejscu, że musiałem paredziesiąt metrów cofać (po ciemku, niemal po omacku, bo co za światło daje lampa cofania niby..?), nim udało mi się zawrócić i pojechać inną drogą.

Naiwny ów obywatel najwyraźniej nie posiadał telefonu komórkowego (albo nie znał numeru do nikogo, kto znałby kogoś z miejscowych...), bo go na miejscu zdarzenia nie było, gdy nadjechałem od stacji.

Na szczęście przez chwilę potem było w miarę zimno, to grunt po wierzchu trochę zamarzł i ktoś tego naiwnego obywatela wyciągnął z lokalnego, błotnistego dołka na skarpie. Bo inaczej, to by tu do lata został, najkrótszą drogę do stacji skutecznie mi blokując...

wtorek, 27 stycznia 2015

Fatum

Niepokalana biel kolejnej już w tym roku ponowy, która nawiedziła nas wczoraj po ponad tygodniu pluchy i roztopów, skusiła Lepszą Połowę do zabawy aparatem:


Niestety - i niech to będzie morał tego krótkiego wpisu - zawsze znajdzie się taki jeden, co krajobraz zapaskudzi...:


wtorek, 20 stycznia 2015

Duma starszego pana

Odstawiłem wczoraj Wendi do warsztatu w Warce na długo odkładany (jak co roku...) remont. Powstał problem: jak wrócić do domu..? Lepsza Połowa rzuciła pomysł, co bym zabrał ze sobą jej rower i wrócił rowerem. Zabrałem. Wróciłem. Wg Google Maps to 19 km. Przejechałem to w czasie nieco poniżej godziny. Żadna rewelacja. Ale - jak na starszego pana z pokaźnym brzuchem..? W nocy, w styczniu (fakt, że łagodnym - dopiero rano zaczął padać śnieg)?
 
Nic dziwnego, że jestem od wczoraj całkiem z siebie dumny. Od początku twierdzę, że fizycznie wszystko ze mną w porządku - a że stękam, kwękam to tylko przez te braki w mózgu...
 
 
Tymczasem pod wiatą Sodoma i Gomora. Chcąc zabezpieczyć ciągłość podaży siana w czasie remontu samochodu, przywiozłem w niedzielę ze stodoły aż dwa baloty. Niestety - jak koń stanie tuż przy belkach oddzielających magazynową część wiaty od części mieszkalnej i zaprze się ze wszystkich sił wyciągając szyję - sięga do tego, który został złożony bliżej.
 
Bardzo już go uszkodziły. Nie wiem, jak my to teraz wytoczymy na pozycję żerną. Tym bardziej, że stare siano, które oczywiście przestało koniostanowi smakować natychmiast w chwili, gdy poczuły świeże (a że jedno i drugie z tego samego pokosu, identyczne..? weź to dzieciom przetłumacz...), zdeptane, obsrane, zbite - utworzyło niemałą pryzmę akurat w miejscu, gdzie docelowo owa osłabiona już przez końskie szczęki belka (zwana też przez niektórych pieszczotliwie "kulką") stanąć winna.
 
Nie tej, ale poprzedniej nocy gościliśmy w chatce zewnętrzną kotę Krystynę w celu zmniejszenia pogłowia hasających po kuchni myszy. Które to przedsięwzięcie zakończyło się, jak prawie zawsze, pełnym powodzeniem: myszostan chatki został zmniejszony o jedną sztukę. Z tego co widzieliśmy...
 
Tak więc, ogólnie rzecz biorąc, nie brak powodów do zadowolenia. Nawet konieczność przespacerowania się na piechotę z chatki na stację i ze stacji do chatki - nie jest aż tak znowu straszna. Przynajmniej, póki za bardzo nie wieje i nie pada...

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Matka jest tylko jedna

i zawsze pewna!

Co oczywiście nie tak zupełnie do końca odpowiada prawdzie (pomyślcie tylko o matkach - surogatkach, albo chociaż o banalnych pomyłkach położnych, nie mówiąc już o romantycznej "zamianie za młodu"...). Tym niemniej, kiedy usłyszałem w słuchawce telefonu zatroskany głos przesympatycznego doktora Cholewińskiego, pytającego mnie, czy aby na pewno jestem pewien, że nie pomyliłem matek wysyłając próbki krwi do zbadania, bo tymina się nie zgadza - ani przez moment nie miałem wątpliwości, że to błąd po stronie badania.

Ostatecznie, gdybyśmy my tu mieli setki, no - dziesiątki przynajmniej - źrebiących się klaczy, to można by się było pomylić. Ale z trójką..? Co - tabor cygański za płotem przejeżdżał i źrebię podmienił nim zauważyłem..?

Pobraliśmy krew po raz drugi. Trochę to trwało, ale teraz nie ma już żadnych wątpliwości: matka jest matką...


A poza tym, bardzo pracowity dzień dzisiaj miałem. Pierwszy raz tej zimy musiałem załączyć w Wendi napęd na przód, żeby dostać się na stację kolejową. No ale tam to jest prawdziwy hardcore! Również przez bobry, które systematycznie podnoszą poziom wody w teoretycznie odwadniającym okolicę rowie, zatapiając pola i drogę.

Wróciłem też sporo później: poszedłem do biblioteki wymienić książki, więc i tak wracałem o godzinę późniejszym pociągiem, a ten na dodatek kilka razy czekał aż miną go jadące z opóźnieniem pociągi z Warszawy.

Wietrzysko, o którym pisałem wczoraj, właściwie przeszło. A przynajmniej - dużo jest znośniej. Co z tego, skoro i tak codziennie wyłączają nam prąd..?

niedziela, 11 stycznia 2015

Urywa wszystko

a nie tylko łeb, jak tydzień temu. Co prawda wichrzysko przegoniło dziś rano nareszcie chmury i nawet zdążyło osuszyć nieco grunt (który zresztą przy okazji zamarzł...):


ale też szkody nieporównanie większe. Jak wyszedłem z chatki o pierwszym brzasku zobaczyć, czy komin jeszcze stoi:


to przede wszystkim rzuciła się w oczy rozbita szyba - ewidentnie pochodząca z naszej szklarni, choć wiatr przeniósł ją dobre dziesięć metrów nim upadła na grunt:


ale chwilę twało nim doszedłem, skąd dokładnie się to akurat okno urwało:


Płotek broniący naszego ogródka leży w kilku miejscach:


podobnie jak co najmniej jeden słupek (z tej strony, którą widzimy... dalej na razie nie zaglądałem!) z ogrodzenia Wielkiego Padoku:


no i pokrywki od różnych beczek, tudzież worki i inne śmiecie - długo jeszcze będę pewnie zbierał.

Uderzenie wiatru przyszło dość nagle, wieczorem, około 21.00. Prawie natychmiast zgasło światło. Co jest skądinąd dość typowym zjawiskiem. Lepsza Połowa już była gotowa położyć się do łóżka, ale ja wieczorny prysznic brałem zimny (podgrzewacz jest przecież elektryczny) - i przy świeczce. O dziwo - spało mi się jak nigdy od bardzo dawna! Nawet jedno karmienie koćkodana (który był bardzo zestresowany hałasami dobiegającymi z zewnątrz i musiał ten stres zajeść...) przespałem. Ale światło, które włączyło się z powrotem o 1:37 dokładnie - i telewizor - to ja wyłączałem...

Kobyłom jakoś to nie przeszkadza, korzystają z kąpieli słonecznej i przewiędłej trawy Pierwszego Padoku:





To już naprawdę koniec sezonu pastwiskowego: dzisiaj je (po raz kolejny) odrobaczymy, a najdalej za dwa dni, brama na pastwisko zostanie zamknięta. Powinienem jeszcze wykosić, jeśli nie całość niedojadów (dopóki nie uruchomię Fiata i nie dokupię doń kosiarki, to nierealny pomysł), to przynajmniej wrotycz i jeżyny. No, dzisiaj to mi się raczej nie uda...

wtorek, 6 stycznia 2015

Ponowa

Lepsza Połowa twierdzi, że dzisiaj rano zimniej niż wczoraj. Obiektywnie ma rację. Niedużo wprawdzie, ale znowu trochę śniegu spadło:


i nawet kran pod wiatą zamarzł (ale odmroził się łatwo).

Subiektywnie to mnie było dziś cieplej niż wczoraj. Wczoraj gościliśmy na noc w chatce zewnętrzną kotkę, co by myszy trochę doprowadziła do kultury. Faktycznie - jedną złapała. I przyniosła do łóżka, jakże by inaczej. Po czym, jak już ją zjadła (wyrzucona na miejsce przy drzwiach, gdzie zwykle kocia miska stoi) - pozostawiając tylko podroby, które sprzątnąłem rano - mrucząc rozkosznie położyła się nam w nogach. Ściągając przy okazji ze mnie kołdrę. Której to kołdry nie udało mi się do samego rana odzyskać i zmarzłem nielicho.

W każdym razie teraz jest już w chatce cieplutko:


Skoro zaś spadł śnieg - który, szczęśliwie, długo się nie utrzyma (białe gówno to przyjemność tylko dla mieszczuchów, ja tam bym wcale na ciepłą i bezśnieżną zimę nie narzekał...) - to wypadało, jak co roku o tej porze, wyjść z chatki i poszukać świeżych tropów. Taka świecka tradycja, nieprawdaż..?

W pierwszej kolejności jednak, uwieczniłem żywy dowód na to, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Proszę bardzo, zdjęcie pod tytułem "niektórzy mają lepiej":


a przecież to czarny kot jest milszy, myszy łapie, mruczka, wdzięczy się, łasi, futro ma gęstsze, miększe i przyjemniejsze w dotyku, o czystość dba i w ogóle... - że nie potrafi spać z człowiekiem, kołdry z niego nie ściągając, no cóż - nauczy się przecież z czasem..! Ale nic z tego. Kumoterstwo rządzi! Czarno - biały darmozjad wygrzewa się przy piecu, wyleguje na własnej podusi, podjada trzy razy częściej od czarnej robotnicy, a nade wszystko - tolerowany jest tuż pod bokiem państwa mimo alergii Lepszej Połowy z jednego tylko powodu: był pierwszy. Zanim wykryta została rzeczona alergia...

Ale przejdźmy do adremu. Najpospolitszy trop w okolicy, jedyny zresztą, którego nigdy, ale to nigdy do tej pory nie pokazywałem. Koński:


nie do pomylenia z żadnym innym (bo na ten przykład ślady dzika zdarzało mi się mylić z tropem krowy... ale kto mógł przypuszczać, że tu aż tak wielkie odyńce się upasły..?!). Sztuka polega na stwierdzeniu jak świeży jest ten trop i - w którą stronę prowadzi. Akurat w tym przypadku jest to o tyle trudne, że Mahru, jak to źrebię, kopytka ma wciąż bardzo małe i prawie symetryczne. Strzałka ledwo - ledwo się zarysowuje, a i różnica w głębokości odcisku jest na razie minimalna. Im starszy koń, tym łatwiej rozpoznać w którą stronę szedł i jak dawno...

Ślady kota:


naprawdę mało czym różnią się od śladów psa czy lisa (lis lub pies mają tendencję do stawiania łapek jedna za drugą, kocie idą raczej dwoma torami - ale to wcale nie jest jakaś absolutna reguła, żaden kot, lis ani pies tej książki nie czytał..!). Jak bym nie wiedział, że to Krystyna, która biegła tuż przede mną, wcale bym nie był taki pewien.

Tego jednak też z niczym pomylić się nie da:


Zajączek. Niespiesznie sobie kicał. Im szybciej pomyka, tym większa odległość między śladem tylnych skoków (to te dwa równoległe do siebie z samego przodu), a przednich łapek (dwa mniejsze, stawiane jeden za drugim). W tym przypadku jedna z przednich łapek lokuje się niemal pomiędzy dwiema tylnymi. Naprawdę luzik!

A na tym kompletnie się nie znam:



jakieś ptoki.

Nie byłbym sobą, gdybym nie podjął kolejnej, heroicznej i z góry daremnej próby obfocenia także i stada. Na szczęście tym razem niektóre z naszych (brudnych i zblazowanych...) kobył nie do końca zajęte były skubaniem zwiędłej i zmrożonej trawy (odetniemy je od tej możliwości już za parę dni - ale na razie, skoro już w łykend ma być 8 stopni na plusie, nie ma to sensu...):


Bubiszcze po raz pierwszy


Bubiszcze po raz drugi


Piękny, Dzielny i Mądry (Ale Tylko Czasami) Koń Lepszej Połowy, czyli Szefowa Stada

No i, na koniec, te dwie, których żadne moje gwizdy, podskoki ani okrzyki od skubania nie oderwały:


niedziela, 4 stycznia 2015

Łeb urywa

ale kobyłom jakoś to nie przeszkadza korzystać z ostatnich już dni na pastwisku:


usiłowałem je fotografować czas jakiś i w rzeczy samej trochę zdjęć narobiłem - ale na żadnym, jak się okazało potem, ani jedna nie oderwała pyska od tej przewiędłej trawy. I to pomimo, że mają też pod wiatą do woli siana!

Jedyna zatem pociecha to z tych chmur wichrem pędzonych i różnokolorowych w przedwieczornym świetle. Jak twierdzi Lepsza Połowa - jak z obrazów El Greco:


Koćkodan czarny, zewnętrzny, widząc że idę na pastwisko poszedł za mną i przez chwilę udawał, że poluje na gryzonie:


Ale był to jeno źle odgrywany pozór, bo na progu chatki była z powrotem bodaj przede mną, usiłując za wszelką cenę wcisnąć się do środka. Jak było do przewidzenia, Lepsza Połowa nie zważając na swoją alergię uległa - i teraz wygrzewają się obie na podusi koćkodana czarno-białego, w jeden, łaciaty kłąb zwinięte...

sobota, 3 stycznia 2015

Gorgonops, czyli podróż za jeden uśmiech albo przygody bez końca

Gdyby to nie był 2 stycznia, tylko zwyklejszy dzień roboczy taki, w którym nie wiadomo co jeszcze (oprócz wcześniej zaplanowanych rzeczy) może się wydarzyć, obróciłbym się na pięcie i wrócił do samochodu natychmiast po tym, jak zawiadowczyni na naszej stacji ogłosiła, iż "pociąg Kolei Mazowieckich z Warszawy Wschodniej do Dobieszyna wjedzie na peron 2". Dobieszyn fajna wioska - ale jeszcze tak nie awansował, żeby pociągi w niej kończyły bieg!

Że jednak był to 2 stycznia - zdałem się na "zastępczą komunikację autobusową". Która to przewiozła mnie i tych parunastu innych desperatów... nie, nie! Nie do Radomia, gdzie zmierzaliśmy. Do Bartodziej. Tam z powrotem do pociągu. I potem już prościuteńko na radomski dworzec. Z zaledwie półgodzinnym opóźnieniem. Co, biorąc pod uwagę, że wedle nowego rozkładu docieram teraz do Radomia o 7.05, a pracę zaczynam o 8.00 oznaczało tylko tyle, że za biurkiem siadłem nie o 7.25, góra 7.30 jak normalnie - a faktycznie o 8.00...

Z powrotem było gorzej. Wprawdzie naprawiono już zerwaną sieć trakcyjną i pociągi kursowały - ale jak! Znowu dojechałem do owych fatalnych Bartodziej, gdzie najpierw potwornie coś zaskrzypiało w pociągowej instalacji nagłaśniającej, a potem ozwał się głos kierownika pociągu który oznajmił, iż "z powodu konieczności połączenia składów, nastąpi półgodzinna przerwa". Półgodzinna przerwa trwała półtorej godziny.

Ech! Kolejarzem być! Widać że panowie (i panie) szanują robotę, nie zrywają postronków, statecznie i pewnie zmierzają do celu. Jak, nie przymierzając, polskie Pendolino o szybkości przedwojennego osobowego... Oni mają 2 stycznia cały rok!

Dzień wcześniej nasz koćkodan zyskał nowy przydomek. Przez to, że się zdradził! Od dawna podejrzewaliśmy, że to nie jest żaden kot, tylko ufoludek w kamuflażu, Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego akurat u nas zajmujący posterunek obserwacyjny w celu monitorowania rozwoju ziemskiej cywilizacji (i budujący gdzieś w Tajnej Bazie rakietę - co doskonale tłumaczy notoryczne znikanie różnych drobnych narzędzi i materiałów - w każdym razie: lepiej niż moja galopująca skleroza, nieprawdaż..?). Koty tak długo nie żyją!

No i właśnie w Nowy Rok koćkodan się zdradził. Leżałem sobie akurat bezwładnie na podłodze i oglądałem "Animal Armageddon"


Leżałem bezwładnie na podłodze NIE dlatego, że miałem kaca - bo nie miałem. Sylwestrową noc spędziliśmy przykładnie we własnym łóżku. Lepsza Połowa spała, ja mniej - bo od tygodni cierpię na bezsenność. Co tylko ułatwiło mi doglądnięcie tuż przed północą stada. Bez większej potrzeby bo chyba jedna Buba w ogóle zauważyła, że gdzieś strzelają. Strzelali zresztą mniej niż rok temu - a rok temu strzelali mniej niż dwa lata temu (i tak dalej, i tak dalej - albo postępujący kryzys, albo okolica się cywilizuje...).

Leżałem bezwładnie na podłodze powalony przeziębieniem. Jakoś wolne dni źle na mnie pod tym względem wpływają...

Akurat leciał odcinek o wymieraniu permskim. No i koćkodan bardzo alergicznie zareagował na gorgonopsy...


No nie sądziliśmy, że ona siedzi tu już tak długo! Doprawdy, niezłe osiągnięcie inżynieryjne. Sądzę raczej, że przebywa (gdy nikt nie patrzy) w jakimś równoległym wszechświecie, w którym czas płynie inaczej - bo dorobienie sobie pamięci sięgającej 260 milionów lat do tyłu patrzy mi na nieposilne zadanie...

Oglądałem rzeczony "Animal Armageddon" w telewizorze, nie na końputerze - tylko dlatego, że rzutem na taśmę w przedostatni dzień roku, ponownie zresztą (z konieczności...) ryzykując przejazd do Radomia samochodem (ta skrzynia biegów to był w sumie ważniejszy niż 2 stycznia powód, dla którego wczoraj zdałem się jednak na Koleje Mazowieckie...), wymieniłem dekoder. Który dzień wcześniej zepsuł się był.

Jasne: wielu z Państwa na coś takiego wzruszyłoby ramionami i wyrzuciło telewizor (u nas zwany "pudłem") - jeszcze jeden cywilizacyjny balast mniej, jeszcze jeden krok na drodze do minimalizmu, nieprawdaż..?

Ale czy ja kiedykolwiek twierdziłem, że przeniosłem się na wieś z powodów filozoficznych..?

Bynajmniej! Ja się przeniosłem na wieś, bo zwyczajnie nie byłem w stanie inaczej utrzymać takiego stada koni - i tyle...

Pudło to mimo wszystko jakaś rozrywka - osobliwie kiedy już nie ma sił na nic poza bezwładnym leżeniem na podłodze chatki.

Nie byłbym sobą, gdyby owa wymiana zepsutego dekodera przebiegła gładko jak ślizg po zamarniętej kałuży. Co to, to nie! Przygodom nie ma końca!

Okazało się, że w punkcie wskazanym mi przez pana z infolinii sprawdzić działania dekodera się nie da. Znaczy - wróć! Najpierw to w ogóle bardzo długo tego punktu szukałem. Tak go wcisnęli między McDonald a KFC w centrum handlowym, że dwa razy przeszedłem obok, nim w końcu zauważyłem. A jak już zauważyłem to okazało się, że wprawdzie antena satelitarna na dachu jest. Że nawet kabel od punktu na dach jest - a to jakieś 15 metrów, bo punkt to wysepka na środku pasażu pod przezroczystą kopułą i z tej wysepki kabel sterczy w górę jak... no, nie będę pisał jak co. Ale kabel z anteną nie podłączony. O czym infolinia nie wie.

Na szczęście pani obsługująca punkt okazała się przesympatyczna. Poza tym, zbliżyło nas to, że jej firma jest z Warki. Jakby bardziej już "moje" strony, nieprawdaż?

Kłopotu było co niemiara, bo punkt działa ledwo od dwóch tygodni i pani co chwila musiała dzwonić do kogoś bardziej kumatego. Ale koniec końców się udało. Dzięki czemu dowiedzieliśmy się o alergii koćkodana na gorgonopsy. Strasznie to musiały być wredne bydlęta! Howgh.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...