czwartek, 3 grudnia 2015

Przygoda w lesie

Gdyby ten pociąg nie był taki nowoczesny! Ale był: siedzenia może nie aż lotnicze i nie aż autobusowe (z dobrych, dalekodystansowych autobusów...), ale jednak ciut wyższy standard niż twardy plastik większości składów Kolei Mazowieckich. Cieplutko. No i komunikaty głosowe informujące o każdej stacji...

Te komunikaty najbardziej mnie rozluźniły! W nocy nie bardzo widać gdzie się jest, bo większość tutejszych stacji i przystanków kolejowych słabo oświetlona. Trzeba wypatrywać, żeby swojej stacji nie przejechać. A skoro mówią..?

Obudziłem się słysząc komunikat "następna stacja - Dobieszyn". No i co zrobisz..? Nic nie zrobisz. Trzeba było wyciągać kulasy i przeć do przodu. To znaczy, tak na dobrą sprawę - wstecz! Dobrze, że dzięki M. poznałem fajny skrót. Nie tylko oszczędziłem połowę drogi, ale i uniknąłem poważniejszej szkody na reprezentacyjnym obuwiu: utwardzona droga gruntowa przez samiuśki środek Puszczy Stromieckiej okazała się suchsza od szosy.

Kolację zwierzakom wydałem z zaledwie półtoragodzinnym opóźnieniem w stosunku do opóźnienia z góry zaplanowanego. To znaczy około drugiej w nocy. Właściwie można ją potraktować jako wczesne śniadanie, prawda..?

A jak one wszystkie się cieszyły..! Tak się cieszyły, że aż mnie olśniło. W bardzo poważnej sprawie.

We wtorek, o ile dobrze pamiętam, zajechał do mnie agent nieruchomości. Poszukujący gruntu pod posadowienie kurzej fermy. Był wcześniej, informował mnie pan Jan, ale wtedy akurat mnie nie zastał.

No więc zajechał, wyłuszczył w czym rzecz - i zapytał co ja na to..?

Ponieważ wyznaję zasadę iż nie należy palić mostów bez potrzeby, a poza tym, byłem zwyczajnie ciekaw jego reakcji podałem jakąś cenę - z sufitu wziętą, bo podobny areał w tej okolicy nigdy nawet nie osiągnął połowy tej kwoty, średnia jest trzykrotnie niższa, a sam kupowałem pięć razy taniej. Z góry też zaznaczając, że sąsiedztwa kurzej fermy sobie nie życzę, w ogóle to nie mam potrzeby sprzedawać gruntu, a wręcz przeciwnie, dużo chętniej bym dokupił - więc jeśli mam sprzedać, to całość i to tak, żeby mieć czas na znalezienie czegoś innego (z założenia przecież lepszego, nie gorszego...) i przeprowadzkę z menażerią. Poza tym, skierowałem go do M., który akurat ma działeczkę na sprzedaż, a pieniędzy potrzebuje bardziej ode mnie.

Do M., jak się upewniłem jeszcze tego samego wieczora, facet nie dotarł. Już to powinno mi było dać do myślenia! Albo to nie jest ten sam człowiek, o którym ze dwa czy trzy miesiące wcześniej opowiadał mi Radek, druh mój serdeczny, że ziemi pod kurniki szuka - albo ówże Radkowi prawdy nie powiedział. Ze słów Radka wynikało bowiem, że człowieka interesuje działka 3 do 5 ha i że ma bardzo ograniczony budżet na zakup ziemi, więc więcej niż publikowana na stronie ARiMR przeciętna wojewódzka (i tak wyższa sporo od lokalnej przeciętnej...) nie da.

No ale nic. Nie spodziewałem się więcej o nim usłyszeć...

Tymczasem - zadzwonił. I wcale nie zaczął od stwierdzenia: proszę pana, ziemia może być, ale nie damy więcej niż połowę tego, co pan powiedział... Co pozwoliłoby mi z honorem i bez dalszych dyskusji wycofać się z rozmowy. O nie! On zaczął od: ale czy pan na pewno podtrzymuje tę ofertę..?

Na szczęście dalej już nie było tak różowo. Kurniki zbudują - albo nie zbudują. Zależy, czy władza pozwoli. Więc to by musiała być transakcja terminowa i warunkowa - ze skutkiem dopiero po uzyskaniu prawomocnego pozwolenia na budowę i innych niezbędnych kwitów. Rok nie wyjęty.

A przez ten rok ja bym siedział jak dureń - ani budowy kontynuować, ani czego innego szukać (bo nie wiadomo, czy pieniądze będą...), już nie mówiąc o tym, że właściwie to i ślub trzeba by chyba przełożyć: no bo jak w takich okolicznościach starać się o dziecko..? I dobrze jak skończy się na jednym roku, bo i dwóch i trzech równie dobrze można się spodziewać...

Uff! Ale też nie takie znowu wielkie "uff" - bo temat bynajmniej nie umarł. Za długo zajmuję się umowami żeby nie widzieć przynajmniej kilku możliwości wyjścia z impasu...

No i gonitwa myśli - nieunikniona. Aż dziwne, że w tym pociągu zasnąłem! Chyba bardziej z wyczerpania emocjonalnego, niż ze zwykłej senności...

Idąc sobie przez las rozważałem różne warianty. Sprzedaż ziemi i zakup nowego gospodarstwa miałyby w sobie pewną matematyczną elegancję: jednym pociągnięciem rozwiązywałoby się kilka problemów naraz - bo i (potencjalne!) sąsiedztwo norek i środki na inwestycję i (być może...) problemy zdrowotne koni. Oczywiście zakładając, że istotnie uda się znaleźć nie gorsze, nie takie samo, a lepsze gospodarstwo: albo większe, albo z dużo lepszą ziemią, z jakimiś budynkami (choćby do remontu), co najmniej tak samo lub lepiej ustawne (może w jednym kawałku, a nie w dwóch, drogą przedzielonych.?) no i koniecznie - w takiej samej, relatywnej głuszy (ale nie tak znowu daleko od linii kolejowej przede wszystkim...). Głusza, jak niedawno stwierdziliśmy, jest dobra dla dzieci. Co stanowi tylko jeden z powodów, dla których oboje lubimy głuszę...

Biorąc pod uwagę entuzjazm pana agenta, który pewnie już sporo wiosek w okolicy zjeździł - brzmi to wszystko nader nieprawdopodobnie! Gdyby takie gospodarstwo gdzieś było na sprzedaż, to by je pewnie już kupował, na moje się nie zasadzając, prawda..?

Maria Magdalena stwierdziła, że gdy Pan Bóg człowiekowi ścieżki wyprostuje, to zaraz zjawia się Przeciwnik i roztacza miraże. Boję się, że cała ta elegancja jest takim właśnie mirażem - bo sto tysięcy może być przeszkód, o które podobnie skomplikowany projekt się rozbije, a my zostaniemy z pustymi rękoma. Nie to, żeby puste ręce miały nas przerażać - dopóki mamy siebie. Nie po to jednak pisałem dopiero co o obowiązkach wobec ziemi, żeby dać się teraz tak łatwo tych obowiązków pozbawić...

No i właśnie, gdy nasz Król Julian, czyli Mirasgul tulił się do mnie po tej późnej kolacji (albo wczesnym śniadaniu...) olśniło mnie. Jest w okolicy podobnych do naszego gospodarstwa rozmiarów działka, na której kurniki mogą sobie stanąć - a nas to nic a nic nie obejdzie..!



Lubię takie przygody - które się dobrze kończą i które można potem opowiedzieć Państwu siedząc przed końputerem przy porannej kawie. A opowiadam tę przygodę nie bez dydaktycznego zacięcia. Dwa aż bowiem z niej wynikają morały:

1. Nowsze i wygodniejsze nie znaczy lepsze!

2. Bolesław Prus wielkim pisarzem był.

7 komentarzy:

  1. Przepraszam, jeśli mój komentarz wyda Ci bezczelny czy głupi, ale intryguje mnie to od dawna. Jesteś jednym z tych blogerów, których wynurzenia (zwłaszcza te w "filozoficznym" blogu) uwielbiałam czytać, aczkolwiek często się z nimi nie zgadzałam. No i trudno się było nie zachwycić Twoim hartem ducha, miłością do koni czy kulturą wypowiedzi. Jesteś jednym z nielicznych blogerów, których krytyka, nawet wyrażona w sposób niegrzeczny czy dosadny, była dla mnie zawsze do zniesienia. A to w przepełnionej chamstwem Sieci jednak rzadkość. Dlatego cokolwiek byś nie napisał, nie umiem Cię nie lubić. :)

    A jednak coś mnie zastanawia. Tylko czy mam prawo o to zahaczać? Twoje życia, Twoja sprawa. Skoro jednak pozwalasz sobie na tak daleko posunięty ekshibicjonizm, to i ja - wiedziona prymitywną ciekawością - muszę Cię o to zapytać.

    Czytam Cię od dawna i wydaje mi się, że się bardzo zmieniłeś. Rzecz w tym, że w lekturze "końskiego" bloga miałam kilkumiesięczne zaległości. I oto nagle przeczytałam, że wiedziesz życie z nową kobietą, że planujecie ślub i dzieci - Ty, tak sceptycznie się do tego odnoszący! Co jeszcze... Zawsze byłeś pracowity i oddany swojemu gospodarstwu, jednak wyczuwałam w Twoich postach nutkę pesymizmu czy może raczej delikatnej, podlanej czasami humorem rezygnacji. Teraz jakby wstąpiły w Ciebie nowe siły, ogromna porcja optymizmu i chęci do życia. Zniknął gdzieś dawny sarkazm i fatalistyczne podejście do świata, a pojawiły się ckliwość, radość i poczucie osadzenia w tradycji i naturalnym porządku życia. Tak przynajmniej Cię odbieram.

    Moje pytanie brzmi: kiedy to się stało? I - dlaczego? Jakby to delikatnie ująć... Zmiany w Twoim życiu osobistym (o którym sam pisałeś dość dużo, więc chyba nie jestem nadto bezczelna) nastąpiły tak szybko, wręcz błyskawicznie, jakbyś przeszłość się nie liczyła. Dlaczego wcześniej nie byłeś szczęśliwy? Czy pisałeś o tym, czy jednak pominąłeś ten temat jako nazbyt intymny?

    Przepraszam za wścibstwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydarzył się cud. I jak to cud - wymaga przemyślenia, nim zostanie stosownie opisany...

      Usuń
    2. Każdy ma prawo do szczęścia. Zmarłym się już nie pomoże a można i trzeba budować całkiem nowe życie.
      Miłość, rodzina, dzieci.

      Nie chciałabym być kiedyś tak zgorzkniała jak Ty, choć też jestem po przejściach...

      Usuń
    3. Nie uważam, aby Kira była zgorzkniała. Wręcz przeciwnie! Jeśli cokolwiek można jej zarzucić to co najwyżej bezwstydnie zadowoloną z siebie ignorancję - a to niemal przeciwieństwo zgorzknienia... Poza tym, nie ma się o co spierać. Obiecałem, że opiszę cud, który mnie spotkał i pewnie to zrobię - we właściwym czasie...

      Usuń
    4. @ Iza z Kidowa

      Bardzo prostacko rozumujesz. Nigdzie nie pisałam, że ludzie nie mają prawa do szczęścia. I nie uważam się za osobę zgorzkniałą. Co prawda ostatni tydzień był piekłem, jeśli chodzi o mój stan ducha i umysłu (teraz rozumiem, jakimi idiotami są ci, którzy nie przeżywszy depresji, paranoi i stanów lękowych, pieprzą coś o "wzięciu się w garść"), ale akurat TEN komentarz pisałam w chwili wytchnienia od mentalnych katuszy, kierując się żywą ciekawością, a przy tym bardzo się lękając, żeby pana Jacka nie urazić.


      @ Jacek Kobus

      No i musiałeś mi wbić szpilę. Jeśli nie chcesz, nie będę się odzywać. Może i jestem w wielu sprawach ignorantką, ale zawsze mile widzę oświecenie. Z kolei wielkie teoretyzowanie czy dorabianie do faktów określonej interpretacji jest na ogół obarczone ryzykiem totalnego oderwania od rzeczywistości. A zatem - czy kiedykolwiek sprzeczałam się z Tobą o fakty? Pamiętam jedynie kłótnię o rachunek prawdopodobieństwa, kiedy to wydała mi się absurdalna teoria, że można przez wieczność walić na oślep paluchami w klawiaturę i wyjdzie z tego nawet nie jednak historia, ale wszystkie historie świata. Musiałabym jednak o tym poczytać, żeby mój - w Twoim rozumieniu jakże mały - rozumek to ogarnął.

      Usuń
    5. Rachunek prawdopodobieństwa to faktycznie mało intuicyjna dziedzina matematyki i nie o to mi chodzi. Uważam jedynie, że kto z radosną pewnością siebie filozofuje o... szkodliwości filozofowania - ten w żadnym razie nie może być "człowiekiem zgorzkniałym". I tyle. Nie chciałem Waćpanny urazić (a może i chciałem - podświadomie - ale czy odpowiadamy za własną podświadomość..?). Piękny poranek dzisiaj, na więcej nie mam czasu...

      Usuń
    6. Filozofować można, ale traktować samą filozofię jako dziedzinę wiedzy, czyli POZNANIA - niepodobna. Zawsze twierdziłam, że świat poznaje się poprzez obserwację, nie zagłębianie się w siebie.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...