poniedziałek, 28 grudnia 2015

Kłopot stylistyczny

Ironia, autoironia, sarkazm to łatwe środki stylistyczne. Opowiadając o czymś w ten sposób, ujmuje się opowiadaną historię w cudzysłów, odrywa od żywego mięsa pospolitych zdarzeń, nadaje tej lekkości, która cechuje każdy na ogół dowcip - lekkości, która jest tożsama z płycizną, ale przez to właśnie - łatwa do przyjęcia dla Czytelnika i nie wymagająca odeń refleksji,  czy też, broń Panie Boże - rozrachunku z samym sobą. Ironia, autoironia i sarkazm to właściwe środki dla opisywania pospolitych, codziennych przygód, które się dobrze skończyły, jakkolwiek by to po drodze nie bolało.

Co innego, gdy autor staje twarzą w twarz z czymś, co pospolitą, codzienną przygodę z happy endem zdecydowanie przerasta. Czasem najprościej jest uciec w lakoniczność, to jest ograniczyć się do prostej relacji zdarzeń, ich emocjonalną interpretację pozostawiając Czytelnikowi. Trochę to jest chwyt nie fair, ale czytelnicy zwykle łatwo go akceptują, bo i dla nich bywa wygodny. Fakty każdy może sobie interpretować jak sam chce, interpretacji, która mogłaby uwierać tu czy tam - unikając.

I ta metoda jednak nie ma zastosowania do sytuacji, w której znalazł się Mojżesz stając przed płonącym  krzakiem, który się nie spalał i słysząc Głos. Dowcipkowanie o olejkach eterycznych, samozapłonach, czy zgoła omamach wywołanych uderzeniem w głowę (jak to zrobili skądinąd twórcy ostatniego holyłódzkiego hiciora o Mojżeszu, którego fragment jakoś mi przed Świętami przemknął przed oczami) nawet nie to, że jest nie na miejscu - takie dowcipkowanie po prostu nie oddaje istoty rzeczy, ono przeczy faktom, zamiast przydawać im blasku.

Sama sucha relacja to też za mało. Pan Bóg zwykł ze swoim stworzeniem postępować taktowanie i dyskretnie. Co oznacza również i to, że zwykle działa przez pośredników: świadków, na których spoczywa ciężar przekonywania ogółu. Świadek opowiadający, że widział to czy tamto i słyszał to lub owo, ale nie relacjonujący przekonania, jakie widziane czy słyszane w nim wzbudziło, jest mało użyteczny.

Pan Bóg, powtórzę, zwykł ze swoim stworzeniem postępować taktownie i dyskretnie. Ale jak już zapala ogniste krzaki, to nie pozostaje nic innego jak zdjąć gumiaki i upaść na twarz. I robić, co kazał. Niejaki Jonasz próbował inaczej - takoż Balaam - i co im z tego przyszło..?


Nie chciałbym, doprawdy, nasłuchać się od Buby tego, co Balaam od swojej oślicy usłyszał..!

Tak więc historia, o którą z właściwą sobie bystrością dopytywała się blogerka Kira jakiś czas temu, winna zostać opowiedziana. Tylko, że mam poważny kłopot stylistyczny - jak to zrobić..?

Byliśmy wczoraj z Marią Magdaleną świadkami bardzo wzruszającej ceremonii ślubnej. Ale teraz muszę już kończyć. Obiecałem pomóc sąsiadowi, a przedtem powinienem rozesłać cv do jeszcze kilku osób i skończyć naprawę ogrodzenia - a dzień krótki...

3 komentarze:

  1. "Z właściwą sobie bystrością" - sarkastycznie zauważył pan Kobus. Cóż, ciekawam wielce Twoich perypetii, ale nic na siłę. Nie wszystko nadaje się do opisania.

    OdpowiedzUsuń
  2. A może zwyczajnie, intuicyjnie i od serca?
    Bez cudzysłowów i figur. Może z wyjątkiem "Boskiej Woli", wiadoma rzecz.

    Pozdrawiam
    J.

    ps. brakuje mi zdjęć zimowych pastwisk ze stadem. Szansa jest?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...