niedziela, 8 listopada 2015

Wchodząc w słowo Eminencji...

Jego Eminencja Kazimierz kardynał Nycz powiedział w dzisiejszym kazaniu do sadowników i ogrodników zgromadzonych na I Dożynkach Sadowniczych i Ogrodniczych w Warce żeby nie dawali się zniewolić swojej własności, tylko umieli się dzielić - w razie potrzeby, także z niedostatku, a nie z tego, co mają w nadmiarze. Do czego przypowieść o wdowim groszu, dzisiaj właśnie odczytana, dobrą była niewątpliwie okazją.

Ponieważ jest to poniekąd mój feblik, pozwalam sobie na małe ad vocem - świadom, że pewnie niejeden raz już o tym pisałem. Pozwalam sobie tutaj, a nie na "teoretycznym" blogu dlatego, że rzecz jest jak najściślej związana z tym co robię na co dzień na ziemi i przy koniach.

Czy własność może zniewolić swojego właściciela? Na pewno tak! Czy powinniśmy być gotowi w każdej chwili ją porzucić, oddać komuś, zużyć na jakieś Wielkie Dzieło..?

A - to już zależy..! Zależy przede wszystkim od tego, jak ją traktujemy, czym dla nas jest. Jeśli ma to być tylko źródło łatwych przyjemności, łatwych bo kupowanych za pieniądze - być może i tak. Jeśli ma być nadużywana i niszczona lekkomyślnie (zgodnie zresztą ze starą rzymską definicją, wedle której tym się właśnie różni posiadanie od pełnej własności, że w tym drugim przypadku, właścicielowi przysługuje prawo "użycia i nadużycia", bo nikomu ze swojego postępowania wobec swojej własności sprawy nie zdaje...) - również. Ale czy zawsze..?

Osobiście uważam że nie tylko "czasowy posiadacz" (czyli na przykład dzierżawca, najemca, użytkownik...), ale i "bezwzględny właściciel" bynajmniej absolutnej władzy nad rzeczami i istotami które posiada nie sprawuje - i nie dlatego, że go w tej mierze jakiekolwiek przepisy prawa ograniczać winny (bo nie winny...), tylko dlatego, że się na kamieniu nie urodził i bez dziedzica (choćby i więzami krwi z nim nie związanego...) z tego świata nie zejdzie. Rzeczy trwałe, takie jak ziemia chociażby, trwalsze są znacznie od swoich - przejściowych z konieczności - właścicieli. A nawet rzeczy nietrwałe, takie jak bochenek chleba czy garnek soczewicy - nie mogą być traktowane lekko, ponieważ nie mamy ich nieograniczonego dostatku (gdybyśmy mieli, to by nie mogły być przedmiotem handlu i nie podlegałyby jakiejkolwiek "ekonomii", traktującej wyłącznie o gospodarowaniu NIEDOSTATKIEM - tak, jak do niedawna, dopóki paru cwaniaków nie wymyśliło "walki z globalnym ociepleniem", nikt nie handlował powietrzem...).

Własność to przede wszystkim obowiązek. Może to być obowiązek prosty: nie marnować. Chleba nie kupować w nadmiarze i nie wyrzucać potem tylko dlatego, że sczerstwiał. Jak się kupiło pół świnki to niezależnie od tego jak strasznym widokiem było dla nieprzyzwyczajonego świniobicie - zjeść pozyskane mięso ze smakiem i apetytem (bo to już jedyny przejaw szacunku, jakiego ubita świnka może oczekiwać od nabywcy swego mięsa...).

Może to też być obowiązek dużo bardziej złożony i, by tak rzec, "pozytywny". Czasem, jak sobie uświadomię odpowiedzialność jaka na mnie spoczywa z tytułu posiadania takich koni, jakie posiadam i ziemi na dokładkę - to mnie aż paraliżuje. Dziś się Marii Magdalenie poryczałem w samochodzie - ze wzruszenia. Bo to obowiązek wielki i zaszczytny na dodatek. Coś jak opieka nad klejnotami koronnymi, czy kustoszowanie w Muzeum Narodowym. Raczej nikt nie będzie "Szczerbca" używał jako rożna do szaszłyków, ani nie potnie "Bitwy pod Grunwaldem" na szmaty, żeby nią wypchać stracha na wróble, prawda..?


I nie jest to wcale żadna "mistyka"..! Takie symbole są po prostu bardzo ważne dla ogromnej rzeszy ludzi. W większości - martwych. Nie szanując ich, okazałoby się despekt wszystkim tym tłumom. W tym także, a nawet przede wszystkim takim, którzy się już o swoje uczucia i honor upomnieć w żaden sposób nie mogą. Co byłoby zwyczajnie niskie, tchórzliwe i niesmaczne...

Moje konie mogą sobie jeść trawę i pachnieć i wcale a wcale nie muszę mieć z nich żadnej bezpośredniej, doraźnej korzyści pieniężnej - i zaszczytem jest dla mnie, że mogę po nich obornik sprzątać. Szanując je, okazuję szacunek paru setkom pokoleń ludzi, którzy się ich przodkami posługiwali - w pokoju i (częściej...) na wojnie. Którzy razem z ich przodkami cierpieli i umierali. Mało..?

Grzeszy ciężko kto niszczy, wyjaławia, porzuca, uprawną ziemię - ziemię, w którą wsiąkł pot setek pokoleń pracowitych oraczy. Opłaca się, czy się nie opłaca - a cóż to ma w ogóle do rzeczy..? Nikt przecież nie każe zaraz chować pod szkłem, czy bodaj uprawiać czegokolwiek. Nie możesz - to zaleś, sprzedaj lub oddaj komuś, kto może. Ale porzucać..? Nasza ziemia została przez ludzi porzucona i okaleczona - jestem dumny, że już sporą część tej krzywdy zdołałem naprawić. I cieszę się każdą wsadzoną wraz z Marią Magdaleną rośliną. Czy wyrośnie, czy nie wyrośnie. Grunt, że sadząc ją, nawozimy i uprawiamy - kolejną lecząc w ten sposób ranę.

No cóż: utylitarystą, jak chyba wspominałem kilka razy, z pewnością nie jestem...

To jest w ogóle trochę osobne zagadnienie. Czy jest w ogóle możliwa jakaś "uniwersalna miara korzyści i satysfakcji"..? Czy taką miarą może być pieniądz..? Prawdę powiedziawszy pieniędzy to właściwie nie widzę powodu szanować - to przecież tylko abstrakcyjny symbol, sam w sobie komplenie nieużyteczny (ze szlachetnych kruszców można było przynajmniej zrobić ładne pierścionki czy kolczyki - papier nadaje się co najwyżej na podpałkę lub do wciągania białego proszku, a zapisy elektronicznego - zgoła do niczego...). Gromadzić pieniądze..? A po co..? Owszem - jak jest na oku jakaś rzecz do kupienia. Ale tak dla zasady? Toż to jakiś absurd..!

Gromadzić i hołubić można, a nawet należy - rzeczy. Jeśli traktuje się ich posiadanie jako nabywanie kolejnych obowiązków. Mam starą szafkę..? Powinienem ją odrestaurować. Kupiłem ciecierzycę - muszę coś z niej ugotować. I tak dalej i temu podobne.

Jasne, że każdy człowiek może unieść tylko pewną skończoną liczbę obowiązków. Dlatego nie ma sensu gromadzenie zbyt wielu lub zbyt wielkich rzeczy. Ale uniwersalnej miary tu nie ma! Jednego przerośnie już opieka nad kotem - inny z powodzeniem poradzi sobie z ogromnym latyfundium. Mogę mieć tylko nadzieję, że bliżej mi do tej drugiej kategorii...

Maria Magdalena dodała, gdy o tym rozmawialiśmy, że tak samo w ogóle powinno się traktować wszystkie zaszczyty - jako kolejne obowiązki. Ale tego nie zdążyłem przemyśleć, bo temat "zaszczytów", a osobliwie "władzy", jakoś mnie nie pasjonuje.

W każdym razie wydaje mi się że nie zawsze i nie w każdym przypadku gotowość do porzucenia własności jest rzeczywiście cnotą. A jeśli jest to właśnie ucieczka przed odpowiedzialnością..? Bo tak, z całą pewnością - im liczniejsze rzeczy/obowiązki, tym mniej "wolności" - rozumianej jako "dowolność" robienia lub nicnierobienia. Tak więc jest rzeczywiście własność pewnego rodzaju niewolą dla właściciela. Wie każdy, kto ma jakiego bądź zwierzaka...

30 komentarzy:

  1. Oddać to co niezbędne, to powiedzieć Najwyższemu -bierz, too i tak przecież jest Twoje.
    To przyznwnie, że nic prócz Niego nie ma znaczenia.
    To pełnia dziecięcego zaufania. Pełne powierzenie się Jemu.
    I najlepiej się na tym wychodzi. Odrzucjąc robi się miejsce na nowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod warunkiem, że nie jest to tylko wymówka, pozwalająca wyzwolić się z obowiązków, które człowieka przerosły. Także - obowiązków wobec rzeczy (które są tak naprawdę obowiązkami wobec innych ludzi - tyle, że w pewnym sensie "skamieniałymi", "zastygłymi w materialnej postaci").

      Usuń
    2. Kazimierz Nycz powinien przede wszystkim dać przykład i podzielić się ze społeczeństwem tymi wszystkimi dobrami, które jego firma podstępem i w wyniku zdradzieckiego układu konkordatowego ukradła państwu polskiemu. Powinien zrezygnować z finansowania religii, tego prania mózgów młodzieży, powinien oddać wszystkie budynki, ziemie i kosztowności. Nie robi tego, więc, mój drogi Jacku, po co te rozważania robiące z mózgu watę? Czy to od nadmiaru łykanych hostii? Jest mi tak bardzo przykro...

      Usuń
    3. Gdybyś umiał popatrzeć obiektywnie na to, co napisałeś w komentarzu, byłoby Ci wstyd tak ŁATWA jest to i bezwartościowa demagogia.

      Ale zostawmy to: mam KILKA pieców do postawienia. I naprawdę duuuży komin...

      Usuń
    4. @ Jacek Kobus

      Jeśli obowiązki nas przerastają, słusznie jest chyba zdjąć je ze swych barków, nie sądzisz?

      Usuń
    5. Zapewne. Ale czym tu się chwalić? Słabością..?

      Usuń
    6. Ani chwalić, ani wstydzić.

      Usuń
    7. Zapewne wiesz co to jest teologia w rozumieniu słownikowej definicji, która niestety ukrywa to, że teologia to sztuka tłumaczenia i nadawania wiarygodności rzeczom, zdarzeniom kompletnie irracjonalnym, absurdalnym i z dupy wyjętym. Ludzie, którzy są pochłonięci teologią, tym kształtowaniem frazesów o bogu, jego starej i synku na podstawie ewangelii tak dosłownych jak w zabawie w głuchy telefon, nie mieszczą się w głowie prozaiczne sprawy: kasy i władzy, jaką ten zbrodniczy kościół katolicki władać żąda. Kiedyś twoje posty były lekkie, wesołe, specyficzne, trochę nadąsane, ale spoko. Teraz tego się czytać nie da. Facepalm. To gadanie klechy na ambonie i bełkot dziedzica z Alzheimerem. Tu nie ma życia, nie ma radości, nie ma spontanu, nie ma szczerości. Zupełnie jak w destruktywnej religii katolickiej. Cenię ciebie Jacku, stąd te trudne słowa. A religii jakiejkolwiek nienawidzę i gardzę. Bo to gorsze niż narkotyki i weneryczne choroby.

      Usuń
    8. Zostawiam ten pożałowania godny komentarz tylko dlatego, że w klinicznie czystej formie pokazuje on, jak pozbawionym elementarnego poczucia przyzwoitości, realizmu oraz także HUMORU smutasem trzeba być, żeby sobie za punkt honoru obrać walkę z Panem Bogiem i Kościołem. Ale następne w tym tonie będę bez miłosierdzia kasował. Jak to już wiele razy przecież czyniłem - samowładnym dziedzicem z Alzheimerem to ja tu jestem akurat od zawsze!

      Usuń
    9. @ Kira

      Zapewne należymy do różnych pokoleń. Dla mnie kto porzuca swoje obowiązki i tchórzliwie ucieka, okazuje dowodnie, że jest człowiekiem małej wartości.

      Chciałabyś być leczona przez lekarza, który w pewnym momencie powie: "eeee, nie kochani, sorry - myślałem, że to tylko twarzowe białe wdzianko, stetoskop i tłumy panienek ale nie daję sobie rady, dość tego".

      Albo - żeby Twojego mienia strzegł tak myślący strażak lub policjant? Skąd gwarancja, że takowy obowiązki porzuci dopiero PO służbie, a nie w trakcie..?

      Wypełnianie obowiązków, obojętnie skąd się wzięły - z wyboru, z urodzenia, z nadania - to tytuł do chwały. Ich niewypełnianie - wprost przeciwnie. To chyba proste..?

      Usuń
    10. Bzdury pleciesz, Jacku. Oczywiście chodzi mi o komentarz skierowany do mnie.

      Nie dawałam sobie rady jako nauczycielka, więc porzuciłam ten zawód. I nie wstydzę się tego. A że według mojego ojca "każdy by sobie dał radę"? Cóż, właśnie dlatego mojemu ojcu sporo brakuje do prawdziwej mądrości. JA sobie rady nie dawałam - i odeszłam. Udawanie przed sobą, że wszystko jest OK, jest idiotyzmem. Jeszcze większym idiotyzmem jest traktowanie kulturowych wymysłów jak niepodważalnych dogmatów.

      Lekarz, który stwierdziłby, że się do tego zawodu nie nadaje i uczciwie zeń zrezygnował, większy zyskałby mój szacunek niźli ten, który mimo świadomości swej mierności kontynuowałby swoją karierę w białym kitlu. Warto próbować różnych rzeczy, szukać najlepszej drogi DLA SIEBIE. Kiepski lekarz może się okazać niezłym ogrodnikiem. Albo i nie. Warto żyć w prawdzie, zamiast się karmić złudzeniami, gdyż kiepsko wykonywane obowiązki nie są powodem do chluby.

      No ale Ty dorobiłeś już do tego całą ideologię. Nie przekonam Cię.

      Usuń
    11. Wolność wyboru zawodu, miejsca zamieszkania czy, ogólnie rzecz biorąc, tzw. "drogi życiowej" po prostu nie jest dla mnie zjawiskiem oczywistym ani naturalnym. Dlatego od początku pisałem Ci o "różnicy pokoleń"!

      Taka wolność istnieje w Polsce od raptem 25 lat - "na świecie" od mniej - więcej półwiecza (różnie w różnych krajach). W skali historycznej jest to eksperyment i doprawdy za wcześnie twierdzić, że tak już będzie po wiek wieków.

      Do tej pory ludzie musieli radzić sobie z obowiązkami, które kto inny dla nich wybrał. Ba! Ogromna większość przez całe życie żyła i dzieliła stół i łoże z człowiekiem, którego do dnia ślubu widzieli może raz, może dwa razy. I jakoś sobie radzili i bynajmniej my, takich ograniczeń nie cierpiąc, wcale nie wydajemy się szczęśliwsi z tego powodu.

      Faktem jest, że całkiem sporo świętych to tacy, którzy się woli rodzin sprzeciwili, inną widząc dla siebie drogę życiową niż posłuszeństwo - no ale, jak dla mnie, jako konserwatysty konsekwentnego, w Kościele jest co nieco za dużo tego rewolucyjnego fermentu momentami. O czym, poniekąd, jest komentowany tekst, prawda?

      Usuń
    12. Niewolnictwo też miało się znakomicie przez tysiące lat, a jednak oczywistym postępem moralnym było jego - przynajmniej oficjalne - zniesienie. Nie warto dorabiać ideologii do życiowych konieczności. Cieszę się, że DZISIAJ nie muszę robić tego, co było obowiązkiem kobiet przez tysiące lat. Ale Ty może wolisz inaczej. Może cieszysz się, będąc, niczym tylu mężczyzn przed Tobą, obarczony konkretną odpowiedzialnością za coś. Cóż, byt kształtuje świadomość, ale i świadomość kształtuje byt.

      Usuń
    13. Obawiam się, że podchodzisz do problemu jednostronnie. Tradycja nie tylko ogranicza (z zasady zabraniając zresztą rzeczy głupich i szkodliwych...), ale też - podpowiada i pomaga. O ileż łatwiej przemieścić dużą grupę ludzi przez wąskie drzwi gdy ustępują sobie zgodnie z wymogami etykiety, niż kiedy pchają się jeden przez drugiego, tratując nawzajem...

      Usuń
    14. Gdyby tradycja sprowadzała się do zasad zgodnego współżycia, nie byłoby problemu.

      Usuń
    15. W USA gdzie tej wolności kobiety maja wyjątkowo duzo, co czwarta przyjmuje psychotropy.

      Usuń
    16. Według Ciebie to wolność jest problemem? Bo moim zdaniem - zły tryb życia. Złe cele, złe metody działania, złe priorytety.

      Usuń
  2. Jacek! To jest dopiero mądry tekst. Z serca dziekuję. Uważam podobnie. A w ogóle, to wzruszyłam się.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszystkiego najlepszego...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale żeś manifest wygenerował. Oczywiście nie idzie się nie zgodzić z zawartymi tezami, choć osobiście uważam, że spora część rodaków robiąc ze Szczerbca szaszłyka grillowego w długi majowy weekend uznałaby to za wyraz uznania. No cóż, takie czasy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Niewątpliwie nie jesteśmy ani Faustyna ani padre Pio. :-) jesteśmy przywiązani do wszelkich dóbr jak .....o! Jak ja do fajek, asan do achałków. U mnie nałóg, u pana dobrowolnie przyjęty, niekonieczny i kultywowany obowiązek. Jedno i drugie poświęca swój trud na coś, co z perspektywy nieba jest zupełnie bez znaczenia. Jest szkodliwe. :) toż kasa mogła by pójść do skarbony. Tymczasem cóż, jesteśmy ostrzegani przed tymi w powłóczystych sukniach, zarządcami skarbony. I tu nie jeden Azor a stado poległo. Jak to rozgryźć? Bo gdzie w tym cesarskie i boskie? I jak pogodzić się z : kupujcie miłość ludzi nędzną mamoną?

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzielenie się, odrzucanie nadmiaru, unikanie zniewolenia własnością - nie jest bynajmniej odrzucaniem obowiązków! Rzeczy nas przytłaczają, grzmią minimaliści. I mają rację.

    A jeśli już decydujemy się czymś zająć, coś wziąć pod swoją pieczę, to skąd niby mamy wiedzieć, czy robimy to należycie? Cenną pamiątkę zamknąć w skrzyni na cztery spusty i wyjmować jedynie przy specjalnych okazjach, czy może cieszyć się nią na co dzień? Zachowywać czy używać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie jakoś nie przytłaczają. Może zatem minimaliści powinni oddać mi te rzeczy, które ICH przytłaczają..?

      A jeśli zdecydujemy się zostać rodzicami, to skąd niby mamy wiedzieć, czy robimy to należycie..?

      Pytanie jest i łatwe i trudne - zależy od okoliczności. Wielkość i siła Tradycji polega na tym właśnie, że pozwala płynnie i sprawnie ustalić, co jak należy robić. Ale trzeba w tym celu zdobyć się na to minimum pokory wystarczające, by nie uważać własnego umysłu za miarę wszechrzeczy...

      Usuń
    2. Wszystko, co ludzkie, jest zmienne, nietrwałe i subiektywne. Nieważne, czy poddasz się własnym autorskim wymysłom, czy uwierzysz w cudze. Bezwzględną wartość niesie tylko Absolut.

      Usuń
    3. Trudno się nie zgodzić z ostatnim zdaniem, ale Absolut - nader, skądinąd, roztropnie - konsekwentnie przejawia alergię na próby ujednoznacznienia Go przez doświadczenie. Kto wie zresztą, czy niemożność przeprowadzenia rozstrzygającego dowodu na istnienie Boga nie jest aby... najlepszym na Jego istnienie dowodem..!

      Tym niemniej użycie słowa "wymysł" to sztuczka erystyczna. "Wymysły" to miewa grymaszący przy kolacji bobas. Natomiast Tradycja o której od lat przecież niezmiennie TO SAMO piszę (a tylko wcześniej niekoniecznie jej... przestrzegałem..?) to coś całkiem zgoła odmiennego - jest to utrwalone i zobiektywizowane DOŚWIADCZENIE. Którego sens niekoniecznie musimy za każdym razem rozumieć bo jeszcze się taki nie urodził, który by w najdłuższym nawet życiu zdołał tyle doświadczeń zaznać, ile ich dowolna cząstka Tradycji przechowuje...

      Usuń
    4. Hmm, dziwne rzeczy piszesz. Moim zdaniem Tradycja nie opiera się na prawdzie, czyli na doświadczeniu czegoś, chłodnej tego doświadczenia analizie oraz wyciągnięciu logicznych wniosków. Opiera się na jednym, dwóch, góra paru wydarzeniach, które przez lata obrastają w patynę i zyskują rangę rytuału. Bezmyślne powielanie zachowań przodków skutkuje przyjemną świadomością bycia częścią wspólnoty, ale żeby prowadziło do mądrości - niekoniecznie.

      Usuń
    5. Jak w bardzo wielu innych przypadkach po prostu nie wiesz, o czym piszesz...

      Usuń
    6. Czy coś, co jest kultywowane, chociaż jest niezrozumiałe, może wynikać z czegoś innego niż emocje? Przywiązanie do rytuału, stadność? Czym dla Ciebie jest Tradycja?

      Usuń
    7. Czy rozumiesz teorię względności..? Tak? To szacun. Nie? To czy w takim razie Twoim zdaniem "wynika ona z emocji", skoro rozumie ją raptem kilka osób na całej planecie..?

      Naprawdę uważasz, że jesteś najmądrzejsza na świecie..?

      Usuń
    8. Ale my z niej nie korzystamy. A z Tradycji - owszem.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...