niedziela, 9 sierpnia 2015

Bastek, dobry pies


Siedzę sobie przed końputerem z gębą czerwoną i napuchniętą od policzkowania i próbuję (jeszcze, na razie..!) nie zasnąć. Co się stało..? Nie, nie - żadna sąsiedzka zwada. Macać przypadkiem przechodzących boskowolańską piaszczystą drogą piękności też nie próbowałem. Sam się spoliczkowałem. I to na kwaśne jabłko..!

Zaczęło się od tego, że gdyśmy z Marią Magdaleną słuchali rano Mszy pielgrzymiej, poczułem parcie na pęcherz - choć dobrze wiedziałem, że jest on pusty - oraz dyskomfort w okolicy prawej nerki. Oho! - pomyślałem sobie - jak nic dziś w nocy lub jutro do południa zejdzie. Kamyczek. Bodaj chyba siódmy w tym roku, a czwarty w serii..?


Do śniadania zażyłem tedy no-spę, a profilaktycznie - chciałem przejść z Marią Magdaleną przynajmniej pierwszy po Mszy odcinek drogi - także środek przeciwbólowy, któren otrzymałem byłem jeszcze w lutym, wybierając się na samotną, jednodniową delegację do Ljubljany (16 godzin w samolotach lub na lotniskach - pani doktor zlitowała się nade mną, bo to akurat w środku serii kamyczków było - i przepisała najsilniejsze, co tylko było pod ręką, a jeszcze nie jest opiatem...).

Dawka maksymalna to cztery proszki - i fakt faktem, wypróbowałem (lubo akurat nie podczas delegacji...), po czterech to nie tylko kamyczki można rodzić, ale i własnoręcznie ucinać sobie nogę tępym nożem - pod warunkiem jedynie, że się wybierze właściwą spośród tych, które skołowany do imentu mózg widzi w miejsce i obok realnych. To by była przesada! Po jednym z kolei właściwie nie było różnicy. Krakowskim targiem wziąłem dwa.

No i fakt - jak do tej pory działa. Nawet, w drodze powrotnej z trasy pielgrzymki, nie zajechałem na pogotowie w Białobrzegach, jak pierwotnie planowałem - bo po prostu nic nie czuję. Nie poczułem nawet tego, że mnie dżinsy obtarły (co odkryłem dopiero w wannie...). Nastraszyłem za to dokumentnie Marię Magdalenę, bo chyba nie wyglądałem za dobrze.

Wstyd mi. Wstyd mi zresztą w ogóle, że ona idzie - ciężki, za ciężki dźwigając "podręczny" plecak (bagaże właściwe jadą przed pielgrzymami samochodem, ale każdy coś tam jeszcze przy sobie ma, choćby na wodę...), gdy ja tu się byczę.

No cóż - zwierzaki trzeba poić i karmić. A jutro rano do pracy. O czym zresztą na końcu posta jeszcze wspomnę...

W przeciwieństwie do soboty, gdy wykonywałem dokładnie taki sam manewr (tylko bez prochów i policzkowania...), poszczęściło mi się z powrotem do miejsca startu, gdzie zostawiłem samochód. Już pierwszy przejeżdżający kierowca zatrzymał się - a potem nawet zmienił nieco planowaną trasę własnej jazdy, żeby mnie od razu na miejsce dostarczyć. Ludzie są dobrzy..!

Schody zaczęły się gdy ruszyłem. Wiadomo: gorąco, ciutkę się zmachałem maszerując w taki upał. No - organizm miał prawo domagać się odpoczynku. Ale żeby aż tak..? Wiem co piszę, bo nie raz już dobę i więcej za kółkiem przesiedziałem. To była taka senność, jaka kierowcę nachodzi gdzieś w okolicach dwudziestej godziny jazdy. Jedzie się, oczy są otwarte - i nagle okazuje się, że iluś zakrętów czy skrzyżowań po prostu się nie pamięta. A przejechane.

To co miałem zrobić..? Zacząłem się okładać. Z plaskacza. Pięścią. W jeden policzek. W drugi. Od dołu. Normalnie - na kwaśne jabłko się zbiłem. Ale dojechałem. Czego macie Państwo dowód, skoro moje wypociny czytacie!

A teraz już mi lepiej, ale wciąż boję się zasnąć. To nie jest naturalna ochota na sen, tylko działanie procha. Lepiej jeszcze troszeczkę przeczekać, nim się mu ulegnie. Dlatego piszę, choć doprawdy - może i nie powinienem..? Nie to, żebym nie miał czego opowiadać, mam, ależ mam - i to sporo. Raczej dlatego, że w tym stanie na pewno nic mądrego nie napiszę...

Wracając tedy do zwierząt, które poić i karmić trzeba (i dlatego tak niemęsko i nierycersko byczę się, gdy Maria Magdalena dźwiga ten swój stanowczo zbyt ciężki plecak do Częstochowy... - po prostu szmata nie narzeczony...) - na czas pielgrzymki przybył na farmę Bastek, dobry pies:


Lat bez mała siedemnaście - pasują do siebie z Sylwestrą. Bastek odżywa w Boskiej Woli. Patyczki trzeba mu rzucać. A jak się cieszy, jak tarza, jak wita. Normalnie - chyba dam się przekonać do psów!

Jutro zaś, Drodzy Parafianie, będzie to, co lubicie najbardziej. Czyli - dziki seks. Udokumentowałem przy pomocy telefonu jak Małe Złe gwałci Mirasgula. Teoretycznie mógłbym to przegrać na komputer i w domu - ale w pracy będzie o wiele łatwiej. Starczy kabelek wetknąć. Podczas gdy tutaj musiałbym wyciągnąć laptopa, połączyć się przez bluetooth - nie... 

Obiecałem Marii Magdalenie że do ślubu postaram się wszystkie złe cechy ujawnić - co do jednej. No to ujawniam! Zacząłem, jak widzicie, od lenistwa...

4 komentarze:

  1. Na taki pomysł by choć kawałek przejś nie wpadlam. A szkoda. Powodzenia. :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam ale znalazłam druga niefajną cechę-nadopiekuńczość :).
    Rozumiem że pył spod stóp ukochanej chciałbyś sprzątnąć, żeby sobie stópek nie ubrudziła ale no sorry,skoro ona sama,własnoręcznie zdecydowała ,że chce iść w taka pogodę,z takim plecakiem,na taka wyprawę-to okażże trochę szacunku dla Jej decyzji i nie umniejszaj Jej zasług w Niebiesiach.Generalnie fajnie jak się facet o nas zatroszczy,fajnie jak pomoże ale czasem,niektórym, bycie facetem myli się z byciem tatusiem.Granica jest cieniutka,więc uważaj ,żeby jej nieopatrznie nie przekroczyć ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Szok,poprostu szok! czytuję sobie tego bloga,autor ekscentryczny,ale wydaje się pozbierany i sensowny,a tu nagle wyłazi na wierzch,że gościu MA RELIGIĘ! Wrodzoną czy złapaną,ale ma i dlatego jest zgubiony na wieki,a szczególnie już jego rozum i inteligencja...Wyrazy ubolewania.Buh.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...