wtorek, 14 lipca 2015

Wieczornie

Przez ostatni tydzień zdarzyło się więcej niż dzieje się tu zwykle przez cały rok. Albo i przez lat kilka. Po prostu nie ma mowy, żebym dał radę to opisać - całkiem niezależnie od tego, czy potrafię sobie radzić z nieopowiedzianymi wrażeniami, czy nie potrafię. Bach..! Stało się.

Wcale, a wcale nie czuję się przy tym desperatem. Jestem mężczyzną dojrzałym. Jeszcze 50 lat temu powiedziano by wręcz, że - starym. Owszem, dzisiaj wszyscy udają młodzików i w ten czy inny sposób maskują swój wiek. Tym niemniej, ja po prostu nie mam na co czekać. Osobliwie, że nigdy nie byłem tak pewny swego jak tym razem (a generalnie to nie mam problemu z podejmowaniem decyzji...): lepszy wybór jest zwyczajnie niemożliwy..! Co przyzna każdy nieuprzedzony, kto tylko pozna Marię Magdalenę. Mój dobry przyjaciel Grześ, który zna nas oboje już pewien czas uważa wręcz, że szkoda tak porządnej dziewczyny dla takiego nygusa jak ja...

Ale dość o tym. Jak zauważył swego czasu bodajże Wittgenstein, czego nie da się opowiedzieć, o tym należy milczeć. Poprzestańmy zatem na dzisiejszym zachodzie słońca, który po prostu musiałem sfotografować, idąc dać koniowatym nieco spóźnioną kolację (dotarłem wprawdzie do domu na czas, ale tak lało, że mowy nie było o wysuwaniu nosa poza chatkę...):


Zasadniczo całe to spóźnienie przez to, że dziś znowu był dzień pełen przygód! Ale takich zwyczajnych. Jakich nigdy mi w Boskiej Woli nie brakowało.

Otóż  planowałem sobie dzisiaj pojechać do Radomia samochodem. Byłaby to co prawda niejaka rozrzutność - ale: umówiłem się do dentysty, własny środek transportu był nie do pogardzenia.

Ponieważ tak planowałem, to przepuściłem poranny pociąg, którym mogłem zdążyć do pracy. Gdy zaś wyszedłem z chatki odkryłem, że plany trzeba zweryfikować: Wendi nigdzie nie pojedzie. Ma kapcia w lewym zadnim kole. Którego to kapcia musiałem nabyć wracając poprzedniego wieczora od M., gdzie piliśmy pępkowe ku czci siedmiu nowo narodzonych świnek (pępkowe zresztą nieważne, M. pomylił się w określaniu płci noworodków, wszystkie toasty trzeba zatem od początku powtórzyć...). Tylko nie zauważyłem.

Nawet nie próbowałem zmieniać koła, tylko czem prędzej ruszyłem piechotą na stację. Nie pamiętając, że do następnego pociągu mam prawie dwie godziny... No ale nic - do pracy koniec końców dotarłem, u dentysty też byłem, tylko trochę później. Na wieczór zostało mi zmienić koło i zawieźć przebite do wulkanizatora. Mojego ulubionego zresztą - jak by kto z Państwa potrzebował w Warce oponę zmienić, nie ma jak u pana Roberta Sikorskiego na ulicy Piotra Wysockiego 6 (niedaleko Pierdonki).

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Dzięki temu, że wciąż ważę dobrze ponad 100 kg poluzowałem wprawdzie śruby łatwo - ale już zdjęcie koła i założenie dojazdu nie było takie proste. Wyciągniętego do maksimum podnośnika nie starczało, żeby coś podłożyć strasznie musiałbym kombinować, prościej było się podkopać:


Oby ten dojazd do jutra wieczór wytrzymał - bo jak widać, nieźle się pod dwiema tonami rasowego Patrola ugina..!

Nie wytrzyma, to też sobie poradzę - ale toczenie przed sobą koła, które mam od pana Roberta odebrać po powrocie z pracy nie bardzo mi się uśmiecha...

No to, w intencji wytrzymania dojazdu przez (wciąż!) niemal dobę, jeszcze raz zachód słońca:


Do czwartku w każdym razie Wendi będzie sprawna. Choćbym miał w tym celu glebę gryźć..!

Dlaczego do czwartku..? A, bo w czwartek pojadę odwiedzić moje kochanie w Warszawie.

Spać nie mogę. Objaw przemęczenia..? No cóż - jak to po urlopie...

3 komentarze:

  1. Ubytki, wszędzie ubytki! W zębach, w oponach...eh.
    A w Warszawie pada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ząb głupstwo, opona dziś będzie jak nowa, ale faktycznie - idzie seria. Padł podgrzewacz wody. Na razie wstawię zapasowy, słabszy, ale trzeba będzie do tego podejść bardziej fundamentalnie...

      Usuń
  2. Pozdro Jacek, Siła

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...