sobota, 25 lipca 2015

Telegrafem

Zdaję sobie sprawę, że Państwo możecie być zniecierpliwieni tak długim milczeniem. Cóż ja poradzę, biedny miś..? Na ogół nie miałem czasu a dziś, gdy czas mam, napełniające moje wątpia nieukrywanym dyskomfortem przesuwanie się drugiego (ewentualnie, odbywającego swoją podróż na raty...) w ciągu ostatnich 14 dni kamienia sprawia, że trudno mi się siedzi. Także przed końputerem. Ile zatem napiszę, tyle napiszę - i tak nie macie Państwo innego wyjścia, musicie mi wybaczyć...

Zaczniemy tedy od rzeczy smutnych, by zakończyć optymistycznie, a nawet wesoło.

W czwartek pochowaliśmy w Ż. panią Barbarę. Uroczystość ta, z natury skłaniająca do raczej niewesołych refleksji, tym była smutniejszą, że rodzina osoby, która nam podawała się za samotną i bezdomną, okazała się nie tylko jak najbardziej istniejąca i wcale liczna, ale w dodatku - niezmiernie wręcz sympatyczna..! Żeby od takich ludzi uciec, przed takimi ludźmi się izolować - musi stać się własny umysł najgorszym wrogiem człowieka. Okazuje się tym sposobem, że nic - ani liczne grono krewnych i przyjaciół, ani jakiekolwiek wysiłki zbudowania sobie bezpiecznego miejsca na tym świecie, praca, zasługi, uznanie: nic nie chroni człowieka przed samotnością, ucieczką, strachem...

Pani Barbara zasłabła nagle dokładnie tydzień temu, w minioną sobotę, po powrocie z targu. M., doświadczony pielęgniarz, przy pomocy kolegi, który akurat prasował mu seradelę, zdołał utrzymać tętno do przyjazdu karetki (co zresztą trochę trwało: pierwsza zepsuła się po drodze, dopiero druga dojechała...). Nie miało to już znaczenia dla samej pani Barbary, którą dotknął rozległy wylew, powodujący w konsekwencji śmierć mózgu - ale jej organy, zdaniem lekarzy zdrowe jak u kobiety o połowę młodszej, przydały się wielu ludziom. Do pochówku pozostała tylko niewielka urna z prochami. To akurat było piękne. Podobnie jak to, że w gruncie rzeczy, przynajmniej przez ostatni dni czy tygodnie życia, pani Barbara żyła mniej - więcej tak, jak to sobie jej chory umysł wykoncypował: na wsi, z dziećmi, ze zwierzętami. Sądzimy, że była szczęśliwa. Tak przynajmniej mówiła!

Dopiero kiedy jej zabrakło okazało się, jak bardzo była pożyteczną. Na pogrzeb pojechaliśmy wąską delegacją - żona M. i ja jedynie. Do dzieci nie udało się nikogo w trzech wsiach znaleźć, kto by miał czas z nimi posiedzieć, więc M. musiał zostać, robiąc za niańkę. Koniom też nikt by wody nie nalał w południe (Maria Magdalena akurat nie mogła przyjechać, zresztą i tak byśmy we czworo nie pojechali, ktoś zostać musiał...).

Ponieważ żona M. we wrześniu musi się położyć do szpitala, a Maria Magdalena zacznie, zapewne, nową pracę i będzie mogła odwiedzać mnie jeszcze rzadziej niż obecnie - powstaje pytanie, czy nie powinniśmy przypadkiem ogłosić wspólnie castingu na wakujący etat "pani Barbary"..?

Po tym, jak się trochę poruszałem sprzątając po wiatą i po fenomenalnych naleśnikach pani Alicji, mamy Marii Magdaleny, które dostałem wczoraj na drogę, dyskomfort w wątpiach nieco mi ustąpił, ale lada chwila na pewno powróci - śpieszę tedy dalej, wciąż w telegraficznym skrócie..!

Pani Barbara, kamienie, praca, susza i duchota - wszystko to zapewne nieźle by mnie zdołowało, gdyby nie kilka innych wydarzeń, do których poniekąd trochę mimochodem i bez wysiłku (a wydawało mi się, że cisnę jak szalony...) również doszło w ciągu ostatniego tygodnia.

Wiem już gdzie i jaki dom mam zbudować. Pozostaje mi tylko wykonać - nie pojmujecie, jakie to szczęście i komfort, gdy ma się tak jasno określone zadanie..!

Jest już nawet szafa, dla której, między innymi, dom ten będzie budowany.

Ale najbardziej mną wstrząsnęło, gdy wczoraj usłyszałem, że jeśli Mirasgul będzie bardzo brykał, to jednak zlecimy komuś jego zajazdkę... No bo jednak na kręgosłup trzeba uważać, żeby się potem nie okazało, że nosidełka z dzieckiem są za ciężkie... Naprawdę doceniam, jaka to ofiara - od kogoś, kto tak zaciekłą przejawiać zwykł ambicję gdy chodzi o konie..!

Na razie pp. M. mają nam udostępnić pluszowego misia. Jeśli z misiem Mirasgul się oswoi, to jest szansa, że i Marią Magdaleną nie będzie próbował rzucać do celu - zobaczymy, a jeśli czas i siły pozwolą, to oczywiście że zdam relację.

W minioną niedzielę byliśmy na wycieczce u koni Marii Magdaleny (tak powtarzam za każdym razem, ale po prostu bardzo mi się to imię podoba...) - i cyknąłem trochę zdjęć. Ale nie było czasu detalicznie się nimi zająć, jak ich bohaterka przyjedzie, to wspólnie zdecydujemy, czy coś pokazywać, czy nie.

Na razie, tradycyjnie, gdy nie mam czego pokazać, pokazuję koćkodana:


Skąd koćkodan, który od lat zwykł sypiać przy moim lewym boku wiedział, że tej nocy lepiej się przytulić do prawej nerki..?

To tyle, Drodzy Państwo na dzisiaj. Miłego łykendu życzę!

13 komentarzy:

  1. Jupi :)
    Marija Magdalena, dom, dziecko, nosidełko. Hasła z postu.
    Będzie młode??????
    O_O
    ło rety :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Będzie" to jednak czasownik na razie zdecydowanie nazbyt stanowczy. Implikuje o wiele więcej niż z samych tylko tych haseł wynika. Chcielibyśmy. Oczywiście - po ślubie!

      Usuń
  2. Mój kolega też się irracjonalnie zachowywał przez ostatnie 2 lata swojego życia, aż dostał wylewu. Może więc tętniak uciskający mózg tak czasem działa na człowieka...

    OdpowiedzUsuń
  3. Szybkiego powrotu do zdrowia, mosci panie Jacku

    OdpowiedzUsuń
  4. Mocno trzymam kciuki, żeby wszystko się pozytywne poukładało. Pozdrawiam Stała Czytelniczka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. No, no. Tempo rośnie. Pokażesz kiedyś więcej niż jedną rękę M.M.?

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten dom to jest w planach w Boskiej Woli?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomiędzy ogródkiem, a przepędem dla koni, w miejscu, gdzie pozostała ostatnia resztka po rozległych ongiś wyrobiskach, skąd ludność wybierała piasek...

      Usuń
    2. Nie będziecie musieli kopać dziury pod fundamenty! Podziękować ludności należałoby.

      Usuń
  7. Koniecznie należałoby podziękować ludności :-) :-) :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...