wtorek, 7 lipca 2015

Prezent

Miałem nadzieję pochwalić się dziś rano Państwu ładnie przykrytym sianem. Cóż, kiedy kwadrans po piątej - surprise! - plandeka okazała się cała mokra od rosy. Muszę tedy poczekać z zakończeniem dzieła jeszcze z pół godzinki - póki rosa nie wyschnie, co by bez potrzeby nie moczyć siana:


Wczoraj w drodze z Kielc dogoniły nas przed Radomiem czarne, burzowe chmury - jak stwierdziła Maria Magdalena, wracające z weekendu w górach - dogoniły i przegoniły tak, że nic się nie dało zrobić. Na szczęście, ze wszystkich tych chmur wylał się ledwo co kropidlany pokropek i to taki od skąpego plebana - jak dojechaliśmy do Boskiej Woli było już całkiem sucho i tylko na wieczkach beczek pozostała woda świadcząca, że coś tam się skraplało. Siano w każdym razie było suche jak pieprz.

Wziąłem się tedy za zakładanie plandeki, którą tymczasem dostarczył kurier nie mieszkając, jak tylko zostałem sam - głównie po to, żeby się czymś zająć jak najprędzej.

Ponieważ wiało niemiłosiernie, to najpierw wrzuciłem spakowaną plandekę do góry i tam zacząłem ją rozwijać. Im więcej rozwinąłem, tym gorzej mi szło. Raz, że miejsca mało, a dwa - żagiel stawał się coraz to większy. Umordowałem się tak, że przestałem być do człowieka podobny, a efekt pozostał żałosny.

Teraz trzeba to ściągnąć, rozłożyć jak należy na ziemi - i dopiero wciągnąć z powrotem, już dobrze. Na koniec przycisnąć czymś z góry, a dół przywiązać do palet leżących pod sianem.

M. ofiarował się z pomocą, ale wczoraj, przy tym wietrze, to po prostu nie miało już sensu - a dziś, skoro dla odmiany nie wieje wcale, powinienem sobie sam poradzić. Potrzeba tylko odrobiny cierpliwości.

Na jutro obie prognozy pogody, z których rutynowo korzystam, zapowiadają lute burze i istny potop. Trzeba więc dziś sprawę plandeki stanowczo zakończyć - tudzież siano pozostałe na Wielkim Padoku przynajmniej na przyczepę załadować (rozładowanie może już poczekać...). Tym się będę zatem bawił, czekając na powrót Najmilszego Gościa. Te same prognozy zapowiadają zresztą od czwartku przyjemne ochłodzenie - będzie można znowu do pracy z końmi wrócić, bo przez ostatni tydzień już bez mała, choćbym i nie miał sianokosów i innych zajęć - nie dało się nic zrobić, bo byłby to czysty sadyzm z masochizmem pomieszany. Przynajmniej w dzień!

Tymczasem kotka Krystyna przyniosła mi prezent na pocieszenie:


Nie jestem pewien, czy przypadkiem nie był to zresztą drugi w ciągu tej doby, bo rano znalazłem pod oknem kępkę trawy, której CHYBA nie przeoczyłem sprzątając chatkę wieczorem..?

3 komentarze:

  1. Hojna ta twoja Krystyna. Mój pieseczek zostawił mi do podziwiania głowę, jedną łapkę i ogon kuny. Resztę, podejrzewam, zjadł sam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdro, Jacuś. Ojczyzna, czyli filtry w Bardzo Ważnym Urzędzie, pozwala mi zaglądać na Twojego bloga, więc czytam.
    Trzym się - Siła

    OdpowiedzUsuń
  3. Moj kotek daje mi takie prezenty czesto niestety. Niech sie Pan cieszy , ze martwa, bo ja kilka razy "dostalam" taka nie calkiem martwa i sama musialam lapac ( od tego czasu zawsze go chwale jak mi przynosi prezenty, bo jak go zganilam to myslal pewnie ,ze chce troche zabawy z zywa mysza is takie mi przynosil do domu!). A dwa dni temu to przyniosl ptaszka, ktory mu nieortunnie wpadl pod sofe (akurat przysnelo mi sie na sofie), i nie mogl wyciagnac go a ja nie zauwaylam tego. Przez kilka dni potem obwachiwalam caly dom myslac, ze rury sciekowe popekaly.
    Kasia

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...