piątek, 3 lipca 2015

Pani Barbara

Poranna rosa znika pod promieniami słońca, pranie się pierze, nim rosa wyschnie całkiem, mam czas wolny i na cóż innego mogę go zużyć, niż na zabawienie Państwa historyją zabawną lub pouczającą..?

No cóż - ta historia nie jest tak do końca zabawna. A czy będzie dla kogokolwiek pouczająca, trudno mi to w tej chwili przewidzieć. Przede wszystkim - jest po prostu trudna do opowiedzenia. Tak, żebyście Państwo nie odnieśli wrażenia, że nie szanuję Pani Barbary, że się z niej naigrywam, czy coś w tym rodzaju..! Będę się starał, ale czy mi się to uda..?

Wszystko zaczęło się pewnego pięknego, słonecznego (choć nie aż tak słonecznego i gorącego jak dziś!) majowego poranka. Jak co dzień dopiłem poranną kawę, zaspokoiłem emocjonalne potrzeby czarno - białego koćkodana (który rano i wieczorem zwykł wylegiwać mi się na kolanach, mrucząc przy tym obłędnie...), wyłączyłem końputer, odziałem się w strój służbowy, zamknąłem chatkę na klucz i wsiadłem do samochodu. Było mniej - więcej pół do siódmej.

Dopiero gdy zawróciłem samochód, parkujący normalnie przodem do chatki, dostrzegłem na skraju naszego podjazdu (zjazdu właściwie, bo gminna, piaszczysta droga jest wyżej, a do nas się zjeżdża lekko w dół...) postać. Najbardziej charakterystyczną cechą tej postaci był ogromny plecak - dużo większy od człowieka - i okulary.

Pomyślałem, że się ktoś zgubił - na grzyby zdecydowanie była jeszcze nie ta pora roku!

Podjechałem, opuściłem szybkę, postać odezwała się temi słowy: czy dałby mi pan pracę w gospodarstwie..?

Zamurowało mnie. Jako żywo, myślałem o tym, aby na jesieni znaleźć sobie kogoś do pomocy. Do tamtej pory wszystko zorganizowane było w ten sposób, że zaprzyjaźnieni sąsiedzi wpadali w środku dnia podlać koniom wody, dać im lunczyk i sprawdzić, czy wszystko w porządku - a pozostałe czynności pielęgnacyjno - gospodarskie, typu np. wywożenie nawozu spod wiaty, robiłem sam, po pracy. Jesienią, kiedy dni będą krótsze, taki tryb pracy straci sens. Jasne, że ktoś do pomocy by mi się przydał.

Ale, Dalibóg, ja się z tymi myślami nigdy publicznie nie uzewnętrzniłem, tyle że z sąsiadami o tym rozmawiałem! Ale ta pani, która już mi się przedstawiła jako pani Barbara, bynajmniej nie wyglądała na kogoś miejscowego. Po co by jej był plecak..?

Z tego zamurowania oczywiście nic mądrego nie przyszło mi do głowy. Odruchowo odłożyłem sprawę na czas po moim powrocie z pracy. Za czym daleko nawet nie odjechałem, a już naszły mnie wyrzuty sumienia.

Jak tak było można - starszą kobietę samą zostawić pod gołym niebem i nawet bez szklanki wody..?

Jasne, że nikt, kto z taką prośbą PRZYCHODZI do obcego człowieka, Bóg wie jak daleko od własnego domu - nie jest, bo nie może być, osobą życiowo poukładaną. Delikatnie rzecz ujmując. Z drugiej strony jednak, pani Barbara z pewnością nie wygląda groźnie.

Zacząłem kombinować, co by tu można zrobić..? Problemy jawiły się dwa. Po pierwsze - ile ja mogę pani Barbarze zapłacić..? Biorąc pod uwagę że wszystko, co jest u mnie realnie do zrobienia, to by nawet jedna czwarta etatu nie była?

Po drugie - gdzie ją zakwaterować..? Chatka jest dla pary: nie ma tu miejsca na żadną intymność.

Nim dojechałem do pracy, pomysł był gotowy. Uzgodniłem telefonicznie szczegóły (dostałem też dwa, niezależne od siebie raporty od sąsiadów - mimo, że mieszkam na odludziu! - że ktoś obcy, ubrany na zielono, kręci się po gospodarstwie! A jednak sąsiedzka samoobrona działa, a co..!). Kiedy wróciłem, a pani Barbara wciąż jeszcze na mnie czekała (po raportach sąsiadów i tak wiedziałem, że ją zastanę...), miałem dla niej gotową propozycję.

Zakwaterujemy ją u Radka, druha mego serdecznego. Który akurat nie ma w tej chwili żadnego stałego pomocnika i nie wiadomo, kiedy się jakiegoś dorobi (straszny problem z brakiem siły roboczej u nas na wsi jest...). Będzie tam pomagała przy krowach i w obejściu i to będzie jej główne zadanie. A do mnie przemieści się około południa, da koniom lunczyk, sprawdzi czy mają wodę, posprząta pod wiatą (konie już wtedy miały otwarty Pierwszy Padok, więc tego sprzątania to za wiele nie było - teraz to jest jedna taczka na 2 - 3 dni, a za miesiąc, jak pójdą na Wielki Padok, sprzątania praktycznie wcale nie będzie...) i ogarnie chatkę (Lepsza Połowa na codzienne sprzątanie potrzebowała około pół godziny: ja sobie naprawdę potrafię poradzić, o ile mi się chce i mam jakąś po temu motywację - no ale, skoro mogłem się tego problemu pozbyć..?). Jeśli jej się chce, może się też zająć ogródkiem - wszystko, co w tymże ogródku wyhoduje, będzie jej. Mnie to nic nie obchodzi. Dla mnie najważniejsze było, żeby przez kilka godzin, kiedy mnie nie ma, ktoś był i czuwał. Może sobie spać, myśleć, odpoczywać - to bez znaczenia, jak długo konie mają wodę i jest u nich czysto.

Zapłacić mogę tyle, ile zaoszczędzę, jeżdżąc do Radomia z powrotem pociągiem, a nie samochodem. Wychodziła z tego niewielka, ale zauważalna tygodniówka - właśnie coś około jednej czwartej minimalnej pensji. Dodatkowo zapewnię ubezpieczenie w KRUS (z czego do tej pory się nie wywiązałem, ale dlaczego - to niżej). Jeśli u Radka się sprawdzi, to i oni coś pewnie dorzucą. Na razie tam zapłatą będzie mieszkanie i wyżywienie.

Ustaliliśmy tygodniowy okres próbny (to był, zdaje się, wtorek, więc do niedzieli włącznie miała pracować tylko u Radka, a do mnie przemieszczać się - rowerem, to nie jest daleko, proszę sobie nie wyobrażać, że kazałem starszej pani jakieś potworne kilometry nabijać... - od następnego poniedziałku).

Zawiozłem ją do Radka i oczywiście trafiliśmy w samo oko cyklonu: jedna z jego krów dostała właśnie kolki.

Zostawiłem panią Barbarę masującą boki krowy na zmianę z Radkiem i jego małżonką - i odjechałem przekonany, że więcej o niej już nie usłyszę..! Jak sama zauważyła: to już nie było głębszego basenu w mieście..?

Ale pani Barbara twarda jest, nie dała się zniechęcić! Tydzień próbny (już i tak rozciągnięty do prawie dwóch tygodni) nieco się nam przedłużył. Koniec końców za mieszkanie i pracę u Radka trzeba było jednak jej podziękować. Ciągnikiem nie jeździ. Przy krowach coś tam podrepcze, ale taczki z paszą nie da rady ruszyć. Tyle, że dziećmi się dobrze zajmowała. Ogólnie - pracownikowi wypadałoby coś płacić, skoro pracuje, ale jak tu płacić, gdy efekt tej pracy jest przyzerowy..?

Ja byłem - i jestem - zadowolony. Co prawda pani Barbara rozpuściła moje koty jak dziadowskie bicze: nie dość, że wszystkie trzy na bezczelnego mieszkają teraz w chatce, to jeszcze nieustannie domagają się żarcia i uwagi. Zaczęła też oswajać szarego kocura, zostawiając mu żarcie w lesie - jeszcze chwila, a i on się zamelduje w chatce jako stały mieszkaniec!

Gdybym jej pozwolił robić przy koniach cokolwiek więcej od podlewania wody, sprzątania i dawania lunczyku, nieszczęście byłoby gotowe... Z czego ona, niestety, nie zdaje sobie sprawy i chyba jest na mnie trochę obrażona: mam wrażenie, że jej się wydawało, że będziemy toczyć długie debaty o wyższości powrotu do natury nad współczesną cywilizacją, podziwiać piękne konie i zachody słońca, itd., itp. No, niestety - życie jest prozaiczne, a niekiedy brutalne. Co tu kryć: pani Barbara dawno już nie jest w wieku, w którym wspólne podziwianie zachodów słońca mogłoby stanowić dla mnie jakąkolwiek atrakcję, a robić to tylko z uprzejmości - no nie mogłem. Nie mówiąc już o tym, że - czego chyba nie zrozumiała - główną pracę to ona ma w miejscu zakwaterowania, a nie u mnie!

Ale chatka czysta, konie wodę miały zawsze jak wracałem z pracy - czego tu jeszcze chcieć..?

Że żal mi było pani Barbary, to udało mi się wynegocjować przeniesienie jej do M. Nawet bliżej niż do Radka. Tyle co przez tory przejść. M. wprawdzie ma strasznie mały metraż - zwłaszcza jak na tak liczną rodzinę - ale obok stoi pusta chatka po jego rodzicach, tam się udało panią Barbarę zakwaterować.

No i mieszka tam do tej pory. Różne zbierając opinie - przez co wciąż nie dało się jej zatrudnić na stałe, to znaczy - ubezpieczyć w KRUS. Na razie mowy nie ma, żebym to zrobił - choć nie wykluczam, że jak skończy mi się urlop, to wróci i do pracy u mnie i do swojej tygodniówki. Ale to zależy od M, a głównie od jego żony, która musi zdecydować.


Mnie pani Barbara rozpuściła koty. Im - piątkę dzieci. Jest różnica, prawda..?

Samej jej zostawić na gospodarstwie, jak pokazało doświadczenie, nie sposób. Z dojeniem krowy sobie nie radzi (choć uparcie próbuje - ale krowa jednym machnięciem ogona odrzuca ją na metr...), a dzieci robią co chcą, to znaczy demolują otoczenie w promieniu kilometra. W dodatku odnoszę nieustannie wrażenie, że pp. M. trzymają u siebie panią Barbarę tylko ze względu na mnie. I w efekcie popadam we wzajemnie sprzeczne wyrzuty sumienia. Z jednej strony - żal mi pani Barbary, bo sytuację życiową ma nieciekawą (choroba, utrata mieszkania, brak perspektyw na jakąkolwiek pracę czy inne dochody...), a przyjeżdżając tu w ciemno wykazała się, koniec końców, wielką odwagą.

Z drugiej strony jednak - nie może być tak, żeby M. od ust sobie odejmował i znosił szkody w gospodarstwie tylko po to, żeby moje konie wodę w dzień miały.

Rozwiązaniem optymalnym byłoby, gdyby udało się panią Barbarę ulokować gdzieś, gdzie znajdzie pracę (i jakieś, bodaj minimalne dochody...) odpowiadającą jej możliwościom. Może ktoś z Państwa, P.T. Czytelników, a osobliwie przesiedleńców z miasta na wieś - ma potrzebę osoby do towarzystwa..?

Ja sobie od jesieni zatrudnię człowieka do sprzątania u koni (miejscowego, więc bez tych wszystkich kombinacji z kwaterą i bez podwójnych wyrzutów sumienia...) - zaś chatkę, po staremu, sam ogarnę. Teraz nawet mam motywację - kiedy przyjeżdża Najmilszy Gość :-) 

2 komentarze:

  1. Wstrzymajcie sie chwilę. Znam fundację dla bezdomnych, gdzie będzie mogła zostać do końca życia. Tylko czy będzie chciała. Zapewnione mieszkanie, jedzenie. praca na potrzeby ośrodka

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani Barbara może ewentualnie spróbować we Wspólnocie Burego Misia, ksiądz Kuba dał już dom wielu ludziom. Mieszkają i pracują w tamtejszym gospodarstwie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...