wtorek, 28 lipca 2015

Nawalnie

Zdjęcia robiłem w sobotę, ale dziś było wcale podobnie - nie dokładnie tak samo, osobliwie teraz, gdy nawałnica już przeszła i pokazało się słońce, którego w sobotę próżno by wypatrywać. Ale podobnie. Najpierw pojawiały się monumentalne i złowieszcze konstrukcje z chmur:



co nie robiło najmniejszego zresztą wrażenia na czterokopytnych! Wręcz przeciwnie, nasi milusińscy, cali w skowronkach że im wraże lotnictwo nareszcie nie dokucza, wychadzać zwykli w taką aurę na spokojny popas:


o to tylko dbając, żeby wiatr wiał od zadu. Czego może i ja powinienem się wreszcie nauczyć..?

Potem zrywa się wicher, od którego brzózki Lasku Centralnego prawie że kładą się na ziemi:


za czym gaśnie światło:


w pełnym, poniekąd, wymiarze, bo elektryczne też (i niekoniecznie potem tak od razu wraca...) - i można już tylko podziwiać, jak się rzeczywistość myje:


W sumie - nie narzekam. Szkód zauważalnych nie odnotowałem. A Wielki Padok pomału zaczyna się zielenić...

Okazało się tylko - w sobotę - że Genders burzy się boi..:


Gdzie jest teraz, to nawet nie wiem. Wbrew przewidywaniom, którymi się nawet telefonicznie podzieliłem z Marią Magdaleną, nawet święta pora kolacji nie spowodowała jego epifanii. Zniknął. Podobnie jak Krystyna.

Cóż - przynajmniej kocia kolacja była tania: jedna Sylwestra raczyła zaszczycić... W sobotę też wyszło niedrogo, bo Genders ze strachu nie jadł, a Sylwestra pożywiła się myszką przyniesioną przez Krystynę:


To na zakończenie jeszcze ze dwa co ciekawsze wzorki chmurne..:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...