czwartek, 2 lipca 2015

Honor traktorzysty

polega na tym (jak mi parę lat temu wytłumaczył Radek, druh mój serdeczny), żeby na pokosie - oczywiście przejeżdżanym najszybciej, jak tylko się da, KONIECZNIE na szosowych biegach - nie zostawiać za sobą tzw. "żydów", czyli takich oto kępek nie skoszonej trawy:


Trochę "żydów" zostawiłem. Osobliwie tam, gdzie trawa marna była, bo nie chciało mi się tracić czasu na cofanie i poprawianie. Zwłaszcza, że jeździłem jednak na polowym biegu (fakt, że na "trójce"...) i, w konsekwencji, skoszenie Wielkiego Padoku zajęło mi ok. 16 motogodzin. Z tym, że wczoraj przez ponad 4 godziny pracowaliśmy na dwa ciągniki - M. zrobił obie "kieszenie", "prawą" i "lewą", gdzie trawa była tak gęsta, że Śliczny Włoch stawał w miejscu i dusił się pod obciążeniem, a jego "sześćdziesiątka" dawała radę, plus kawałek z tyłu i po prawej stronie.

Czy w kręgach zbliżonych do "Gaz. Wybu" moja oględność względem "żydów" zostanie mi poczytana za zasługę..?

Po prawdzie, to traktorzyści ścigają się w takich zawodach gdy mają po 12, może 15 lat (najwyżej). Potem to już im samo wychodzi. A ja mam lat 40 (za chwilę będzie 41...) - i pierwszy raz naprawdę kosiłem trawę...

Jak to zwykle bywa, nie obyło się bez przygód. Najpierw szlag trafił paski klinowe w kosiarce. Szczęście w nieszczęściu, że przed 17.00, to zdążyłem do jedynego w Warce sklepu, gdzie takowe da się nabyć.

Potem Śliczny Włoch zgasł (bo wjechałem w tak gęstą trawę, że go zatkało - z nowymi paskami..!) - i przez prawie pół godziny nie chciał odpalić. Już myślałem że po nim, ale cud nastąpił - i ruszył.

Nie chcąc kusić losu jeździłem póki tylko się dało. Podobno reflektory Ślicznego Włocha działają, ale że M. zjechał do domu ze dwie godziny wcześniej (dzisiaj od rana pracuje, musiał się wyspać...), nie miałem kogo zapytać jak je włączyć. A nie chciałem spowodować jakiejś katastrofy. Przed 22.00 mimo pełni księżyca zrobiło się za ciemno, żeby dalej jeździć. Tedy zostawiłem zestaw na pokosie. I trochę sobie tam postał..:


Było zjechać przed chatkę. Ale przełącznik załączający pompę hydrauliczną za nic nie chciał się mi wczoraj ruszyć. Dziś go przełączyłem jednym palcem, więc coś musiałem źle zrobić. A bez pompy nie byłem w stanie unieść kosiarki, więc i nie było jak z łąki zjeżdżać..!

Pierwszy przebłysk świadomości miałem około czwartej rano - ale byłem tak zmęczony, że nie dałem się ponieść entuzjazmowi i wyleżałem do piątej. Za czym spokojnie nakarmiłem konie, potem koty, dokonałem porannych ablucji, ogoliłem się, wypiłem kawę, sprawdziłem prognozę pogody (żadnych zmian!) - i już około szóstej byłem przy ciągniku.

Godzina mi zeszła na uzupełnieniu paliwa (Śliczny Włoch okazał się bardzo oszczędny: spaliłem może 2/3 tego, co M. mi prorokował, mając doświadczenia z "sześćdziesiątką"...) i wymianę noży w kosiarce. Jednego za cholerę nie udało mi się wyjąć i wymienić - M. zostawił mi swój klucz, ale co zrobić, gdy ten trzymacz jakiś krótki i za nic w świecie nie potrafię w niego trafić..? Potrzebny byłby klucz o wiele węższy - próbowałem śrubokrętem, ale gnie się i prędzej się złamie, niż odepchnie trzymacza...

Około siódmej zasiadłem w fotelu kierowcy i rozpocząłem procedurę startową. Procedura nie powiodła się. Podobnie jak druga, trzecia - i tak dalej...

Jedno z dwojga: albo wrażenie, jakie miałem już wczoraj, po pierwszych kłopotach z odpaleniem, że Ślicznemu Włochowi brak prądu jest słuszne (zepsuł się tedy alternator albo bateria), albo szlag trafił rozrusznik.

Ponieważ przy awarii rozrusznika nic już bym zrobić dzisiaj nie zdołał (poza wyjęciem tegoż rozrusznika i zawiezieniem go do warsztatu, ma się rozumieć...) założyłem że to prądowa sprawa. Pożyczyłem dwa przedłużacze w dodatku do własnego - i podłączyłem baterię pod prostownik:


Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to uspokoiło w kwestii rozrusznika - bo w sumie to ta bateria prądu dość jeszcze miała, jak pokazywał wskaźnik, ewidentnie mieszczący się na zielonym polu..:


I tak jednak na razie nic innego nie przyszło mi do głowy. Porobiłem tedy zdjęcia:


I poszedłem do chatki. Ledwo zasiadłem przed końputerem, a dobiegł mnie huk jakby wystrzału - od strony Wielkiego Padoku właśnie.

Akumulator wybuchł!

Wciąż aktualnym pozostało pytanie, czy wybuchł, bo go podłączyłem do prostownika nie odkręcając zaworków (on ma własny odpowietrznik, od owych zaworków całkiem niezależny - ale zawsze mogło go zatkać przecież...), a przyczyna problemów tkwiła jednak w rozruszniku - czy też wybuchł, bo był już tak zużyty, że to on właśnie sprawiał problemy.

Tak czy inaczej, trzeba go było wymienić. Właściwie, to trzeba było wymienić OBA akumulatory. W które standardowo wyposażony jest Śliczny Włoch. Nader ciepłolubny, bo wymagający co najmniej minuty grzania świecami nim raczy się odpalić.

Co mi się nie udało - w sklepie w Warce (poprosiłem o kartę stałego klienta - ale mi nie dali: twierdzą, że nie mają, a ja przecież i tak zaraz do nich wrócę...) był tylko jeden akumulator pasujący parametrami i wymiarami.

Był też komplet kabelków - bo stare klemy były już w takim stanie, że lepiej nie pytać..!

Swoją drogą JUŻ w tej chwili mam na Wielkim Padoku najdroższe siano w Europie. A może i na świecie. Jak się ta cała operacja zakończy to Wam napiszę, ile mnie kosztowała jedna belka...

Jak nie cierpię majsterkować, tak w dość rozsądnym czasie udało mi się wszystko poskładać do kupy (atrapa z przodu trzyma się na słowo honoru, ale to już nie moja wina - głównie na rdzę była przymocowana do reszty maski, a skąd niby miałem skombinować aż trzy brakujące, nowe śrubki..?). Była dziesiąta rano, gdy ponownie rozpocząłem Sekwencję Startową. Brrrruuum..! Jakiż to był rozkoszny dźwięk..!!!

Ruszyliśmy. Przedtem jeszcze (uprzątając narzędzia i przedłużacze) zadzwoniłem do Radka, druha mego serdecznego, żeby na 13.00 zajeżdżał roztrząsać, bo do tego czasu będę kończył.

Tak się też stało. Ostatecznie skończyłem przed 14.00 - a Radek chwilę po mnie (co poznaję po rozwalonych - tradycyjnie - słupkach przy bramie wjazdowej, jak JA wyjeżdżałem, to były całe, znakiem tego, mój przyjaciel musiał je zahaczyć...):


Nie widziałem już jego wyjazdu, bo zdążyłem się umyć i przebrać i pojechać z żoną M. po kurczaczki. Kwoka im histeryzuje, bo siadła na jajach, a tu same zbuki - i trzeba jej kurczaczków, żeby się uspokoiła. Kurczaczki zostały zakupione (biedne maleństwa, swoją drogą - ale przynajmniej ta dziesiątka będzie miała prawdziwą zastępczą mamę, czego nie można powiedzieć o tysiącach ich sióstr i braci...). A ja w tej chwili wypoczywam. Muszę się nawodnić, podnieść poziom cukru we krwi (tak już mi spadł, że zacząłem tracić panowanie nad własnymi członkami i trochę się poobijałem...), usunąć nadmiar kwasu mlekowego.

Jutro będzie wcale nie mniejszy zapie..rz..! Umówiłem już prasę. Przyjedzie na 15.00. Do tego czasu trzeba najpierw przewrócić siano - przynajmniej tam, gdzie jest go dużo (obie "kieszenie" i parę innych fragmentów...), a potem zawinąć na wałki...

Ale za to sobota, ale za to sobota... Będzie dla nas..!


2 komentarze:

  1. Gratuluję akcji... Fakt, że Włoch nie daje rady w niektórych miejscach ciąć Ci trawy, bo taka gęsta, to chyba dobrze o trawie (w niektórych miejscach) świadczy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie dobrze, trawa większego komplementu dostać nie mogła! Inna rzecz, że wałek powinien mieć wyższe obroty: coś jeszcze jest nie do końca w porządku z maszyną...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...