sobota, 27 czerwca 2015

Przygotowania

Snu naszych kobył:


strzeże ich Troskliwy Małżonek


I nie sposób ukryć, że ta robota całkiem mu się podoba. Na wypadek, gdyby ktoś z Państwa nie zauważył tego szczegółu, proszę bardzo - jeszcze raz:


Lepiej widać..? A przecież tłumaczyłem - zdrowy, normalny facet. Tylko z zasadami..!

Doskonale go rozumiem. Wątku tego "rozumienia" na razie nie będę rozwijał - właśnie dlatego, że też mam zasady (tyle, że... zmienne..? w zależności od potrzeb..?), szanuję osobę i przekonania i, choć to być może tylko jakiś kolejny zwid, złudzenie, ułuda i nieporozumienie - mimo wszystko zaczynam odczuwać coś na kształt nadziei... A że się przy okazji boję jak cholera..? Nie ten odważny, kto się niczego nie boi, tylko ten kto się boi, ale robi swoje...

No więc: robię swoje. To znaczy - przygotowuję się do (kolejnego już...) powrotu w siodło. Przygotowania uległy przy tym pewnemu przyspieszeniu. Skutkiem czego musiałem na gwałt uzupełnić braki w najbardziej zgoła podstawowej garderobie. Teoretycznie na strychu stoją moje robione na miarę oficerki - ale nie próbowałem ich ubierać od dobrych 15 lat i mimo, że stoją na prawidłach, raczej by mi się to nie udało. Prawidła pozostały - noga urosła. W szerz.

Tymczasem innych butów które dałbym radę włożyć w strzemiona - brak. Sztyblety rozpadły mi się dawno i jeszcze Lepsza Połowa je wyrzuciła. Ostatnie tenisówki, a raczej ich nędzne resztki spaliłem sam na poprzednim ognisku, bo podeszwa w jednym całkiem odpadła. W butach monterskich mógłbym jeździć tylko bez strzemion, bo się zwyczajnie w nich nie mieszczą, podobnie jak gumofilce, a półbutów do pracy szkoda. Pozostają klapki albo - jazda na bosaka. Za stary jestem na takie kozaczenie..!

Bryczesy teoretycznie mam, ale przy Najmilszym Gościu nie założę. Wstydzę się. Dziura zrobiła się w tak strategicznym miejscu, że ile by nie cerować - zawsze szew pęknie. Też zatem wypadałoby kupić nowe.

Co było zrobić..? Choć nie planowałem tego wcześniej, pojechałem wczoraj do Radomia samochodem licząc, że zaraz po pracy wszystkie te braki nadrobię w tamtejszym "Decathlonie". A, żeby mnie nie kusiło po powrocie, skoro ruchu siłą rzeczy będzie tego dnia mniej - to zalegającą wciąż w lodówce babkę z "Pierdonki" zabrałem dla koleżanek. Smakowała.

I na tym się skończyła łatwa część zadania. Okazało się bowiem, że radomski "Decathlon", rozmiarów zdecydowanie mniejszych od większości warszawskich, nie ma pełnej gamy produków. Między innymi - nie ma też męskiej garderoby jeździeckiej. Co jest, skądinąd, w pełni zrozumiałe - jak z czegoś rezygnować, to właśnie z tego. Mężczyzn, jeszcze dorosłych (juniorska kolekcja owszem jest na półce...), jeździ konno tyle co kot napłakał, szkoda dla nich regały tracić gdy miejsca brak.

Już się bałem, że jednak będę cerował, a potem modlił się, żeby nitka wytrzymała (bez cudu by się tu nie obeszło - a sprawa, skądinąd, na tyle banalna, że to chyba by już podpadało pod wzywanie imienia Pana Boga swego nadaremno...). Jak bym wcześniej wiedział, to bym sobie sprawdził w necie i pewnie znalazł ze dwa czy trzy sklepy jeździeckie, bo tyle na pewno w Radomiu ich jest. Ale nie wiedziałem, jechałem na pewniaka - i pamiętałem tylko o jednym. Już za miastem, przy "siódemce", obok "chińskiego centrum". Mały sklepik, raczej hobbystycznie prowadzony, drogi i z niewielkim asortymentem. Tyle, że łatwo go wypatrzyć.

Na szczęście - uprzejma pani właścicielka znalazła w szafie coś w co, z niejakim tylko trudem, zdołałem się wcisnąć. Jeszcze tylko musiałem znaleźć bankomat w Jedlińsku (przy małych zapewne obrotach faktycznie terminal do kart to zbędny wydatek...) i już - stałem się właścicielem całkiem ekskluzywnych, włoskich bryczesów. Nie pokażę jak na mnie wyglądają, bo raz, że mimo wszystko mam wrażenie że kuriozalnie (mężczyzna z senatorskim brzuchem w obcisłym stroju zawsze wygląda śmiesznie... a właściwie - to chyba w każdym stroju, prawda..?), a dwa - i tak nie mam lustra.

Rozwodzę się tak nad tymi trywialnymi w sumie zakupami - bo chcę Państwu dać wgląd w mój stan umysłowy. Któren jest w tej chwili pełen zamętu. Jak zwykle w kryzysowej sytuacji staram się więc rozłożyć czekające mnie zadanie na możliwie najmniejsze kroczki - i koncentrować się za każdym razem na wykonaniu najbliższego kroczku, o nastęnych za wiele nie myśląc!

Co też mi się nie udaje, bo jak mnie wczoraj około drugiej w nocy koćkodany wyrwały ze snu, tak już do rana nie zdołałem zmrużyć oka.

Po powrocie zastałem w chatce wciąż obecną (choć spóźniłem się ponad pół godziny względem tego, jak bym wracał pociągiem) i dziwnie markotną panią Barbarę. O której na pewno już opowiem w przyszłym tygodniu - pracuje u mnie jeszcze do wtorku, od środy idę na urlop i z tej okazji zmuszony jestem podziękować jej za współpracę (dlaczego dookładnie, to wjaśnię...). Dobra to zatem będzie okazja do podsumowania. Powiedziałem jej, że praca dobiegła końca. Gdyby ktoś z Państwa, osobliwie wśród innych przesiedleńców z miasta na wieś potrzebował osoby do pilnowania obejścia, dzieci, prostych prac domowych - to serdecznie panią Barbarę polecam. Referencje wystawię w postaci wpisu na blogu.

Wziąłem się zaraz za kobyły. Melesugun i Buba wciąż sztywne (zwłaszcza Melesugun...), ale mam wrażenie że z dnia na dzień coraz częściej się rozluźniają i idą "okrągle" (nie będę laikom wyjaśniał, co to znaczy, bo jednego wpisu na samo tylko to słowo byłoby mało...). Małe Złe wciąż znaczy na nogę, którą sobie potłukła miesiąc temu, więc poprzestałem na oprowadzaniu.

W przyczepie czekała na mnie pozostawiona przez pana Henia, naszego dzielnego listonosza, paczka. Z kredą pastewną. A pisałem, że przesyłka dojdzie szybciej, niż sklep obwoźny przyjedzie, ha..!


Sądząc po śladach, pyski były w kredzie maczane i ktoś coś tam dziamdział:


Póki co zatem, uznaję tę inwestycję za udaną.

Koćkodan się w tym momencie dziwnie na mnie spojrzał ze swojego gniazda, gdzie leży w tej chwili na koleżance. Dwa dni temu, kiedy mi wlazła na kolana w czasie, gdy obrabiałem zdjęcia, próbowałem zrobić sobie z nią selfie - ale mi się nie udało:



W zasadzie nie mam szczególnej potrzeby jechać dzisiaj na targ i zakupy w Warce. Zapasy które zrobiłem tydzień temu wciąż są mało naruszone. Żarcie koćkodanom kupiłem wczoraj po drodze. Ewentualnie, gdyby sąsiedzi chcieli - ale to zaraz ustalę, pranie zaczęło właśnie odwirowywać.

Tak czy inaczej jednak, wiele zajęć mnie dziś czeka. Jeśli się dodzwonię, to warto by przywieźć owies. Oczywiście z kobyłami trzeba popracować. Dziś czeka nas próba wyjścia poza ogrodzenie. Z każdą oddzielnie. Warto by trochę choć popielić ogródek. O ile znajdzie się na to czas i pogoda dopisze (ale rosa obfita jest - Lepsza Połowa powiedziałaby na pewno, że się w takim razie rozpogodzi...). No i najważniejsze - trzeba zacząć się umawiać na sianokosy, które chciałbym w drugiej połowie nadchodzącego tygodnia sfinalizować. A to może wymagać sporo jeżdżenia i dzwonienia...

3 komentarze:

  1. Dlaczego nie pisze już Pan w "Gallopie"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest pytanie do "Gallopu", a nie do mnie...

      Usuń
  2. Panie Jacku nie jeden Pan ma problem z usadowieniem swojego zadu na czterokopytnym. Dla mnie wciąż znajdą się obowiązki, ktore nie mogą czekać. Sprzątanie, szczotkowanie, nauka spokoju anielskiego przy rozczyszczaniu czy bezstresowy powrót na pastwiska przy stajni - a to problemy czasem nie do przejścia. Dlatego uznałam że spacer z uwiązem w ręku na dzien dzisiejszy jest wystarczająca formą kontaktu z moimi końmi. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...