piątek, 12 czerwca 2015

Mahru i arabki

Tadam, zawiozłem miesiąc temu (no - prawie sześć tygodni...) do Kurozwęk pisklę, wciąż w źrebięcym puchu - a znalazłem tam dzisiaj młodą pannę, bardzo już podobną do matki, tylko jeszcze smuklejszą i jeszcze jaśniejszą:





Dała mi do myślenia opowieść pani Katarzyny, która się kurozwęckim stadem zajmuje, o socjalizacji Mahru w stadzie. Otóż na pierwsze jej pojawienie się arabki zareagowały... paniką! Uciekały przed nią nastroszone i fukające. Czy to w ogóle koń? Co to za stwór jest..?

Dzięki temu obyło się bez ran. Normalnie klacze zachowują się wobec nowych w stadzie najpaskudniej jak tylko można sobie wyobrazić. W ogóle zresztą rywalizacja o pozycję w stadzie jest u koni dużo brutalniejsza wśród płci pięknej - ofiary śmiertelne wcale nie są rzadkie. Dlatego dołączanie nowej klaczy do stada to potwornie stresujący i bynajmniej nie prosty zabieg. A tu - samo poszło.

Nie pierwszy raz widzę, że wśród koni panuje rasizm. Moje tekinki w Krasnem, choć przybywały tam oddzielnie i wcale się wcześniej nie znały, też trzymały się razem, w trójkę - folblutki ostentacyjnie wręcz ignorując.

Tutaj zaszło zjawisko z tej samej parafii, tylko na odwrót - arabki ofukały i zignorowały Mahru, wcale nie próbując jej włączyć w stado, czy choćby się z nią bawić. Można to zrozumieć. Różni się od nich jak blondynka od Zulusów:






Bez fałszywej skromności i nie po raz pierwszy stwierdzam, że nie mam się czego wstydzić. Może i mam "konie deserowe" - ale jest to deser na najwyższym światowym poziomie, na trzy gwiazdki z trzech możliwych i łatwo drugich takich nie znajdziecie..!

Podróż tym razem przebiegła bez żadnych komunikacyjnych przygód i, przynajmniej jak o mnie chodzi, błyskawicznie - na trudnej, choć zapewne ważnej rozmowie. Korzystając z okazji chciałbym w tym miejscu raz jeszcze podkreślić, że nawet jak na faceta jestem wyjątkowo gruboskórną świnią i naprawdę mało przejmuję się jakimiś tam traumami - wrażliwszy człowiek na moim miejscu dawno byłby martwy, a przynajmniej - tarzałby się we własnych żygowinach, nie odejmując od ust butelki. A ja tylko straciłem smak na słodycze (kompletnie, od trzech miesięcy czekolady nie miałem w ustach, na widok ptasiego mleczka chwytają mnie torsje...) i nie potrafię się zmusić, żeby zrobić omlet. Czy inną jajecznicę. O zupie nie wspominając. Jak to jest "źle" - to skąd się w takim razie na świecie w ogóle biorą alkoholicy czy narkomani..? 

Nie zamierzam rejestrować się na portalu "sympatia.pl". Z kobietami nigdy sobie nie radziłem i jestem zwyczajnie za stary, żeby teraz pozować na amanta. Nie wiem, czy byłoby to bardziej śmieszne, czy bardziej żałosne. Lepsza Połowa trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno. Jak złota rybka biednemu rybakowi. Jak dżin z lampy Aladynowi. I ja ten skarb zmarnowałem. Doprawdy - byłoby szczytem bezczelności domagać się teraz drugiego w zamian...

Skorzystaliśmy z miejscowych, w Kurozwękach, atrakcji gastronomicznych przy okazji. Wyrobiłem w ten sposób tygodniową normę spożywania ciepłych posiłków (no dobra, dobra - w poniedziałek był grill u sąsiadów...). Też ciekawe doświadczenie: to pewnie jedyne miejsce w Polsce, gdzie bizona przyrządzają lepiej niż banalne kurczę, o odgrzewanej ogórkowej nie wspominając...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...