niedziela, 28 czerwca 2015

Kobyłka u płota

No bo słowo się rzekło - skoro się zwierzyłem, że przeżywam świat opisując go, to jakże miałbym nie opisać najmilszego od lat dnia, który właśnie się kończy wcale widowiskowym zachodem naszej dziennej gwiazdy (ale nie mam już sił biegać z aparatem, sorry...)?


Kłopot w tym, że nie wiem co napisać. Nie dlatego, żeby nie było nic do opisania. Zgoła wprost przeciwnie! Tyle się we mnie różnych kłębi myśli, że trudno coś najistotniejszego z tego chaosu wybrać. Chyba najkrócej rzecz ująłem na moim ulubionym końskim forum - dokąd odsyłam.

Jedna ze znajomych uważa, że to co robię, to ZUO. Bo jak tak można..? Kusić młode, ładne, zgrabne, mądre, dobre i niewinne dziewczę jakimiś tam końmi, hektarami, perspektywami..? Czym to się różni od zachowania panów w MOIM skądinąd wieku, kupujących sobie czarną skórę, czarnego harleya i czasem także karego konia do kompletu (punkt odhaczony...) - po to, aby rwać małolaty..? Innymi słowy - nie taki jestem znowu oryginalny, za jakiego chciałbym uchodzić...

Odpowiadam na ten zarzut, iż po pierwsze - nie mam innego wyjścia. Przecież nie będę uwodził moją ujmującą osobowością, apollińskim ciałem czy designerskim strojem. No ba..! Tak krawiec kraje, jak mu materii staje... (bez aluzji, bez aluzji proszę...).

Po drugie - akurat nie widzę, czego właściwie miałbym się wstydzić? Czy moje konie, moje gospodarstwo i moje perspektywy na przyszłość świadczą czy nie świadczą o mnie jako takim..? No chyba świadczą..? Coś tam umiem, do czegoś się nadaję. Mało to, czy wiele - nie mnie osądzać. Koniec końców, jak to mawiają Anglicy, attraction isn't a choice - towar został wystawiony, a czy ktoś go kupi..? Wciąż nie wiadomo...

No właśnie: nie wiadomo. Ale komplementów pod adresem Melesugun i (nawet) Bubiszcza, jednak się nasłuchałem. Nawet zdołałem się sam na OBIE wdrapać jako pierwszy. Na Melesugun wytrzymałem jakieś trzy minuty, na Bubie mniej niż minutę, za czym pod pretekstem, że siodło się zsuwa, czem prędzej się ewakuowałem - tak naprawdę zaczęło mnie dusić, a inhalator zostawiłem w chatce. Ale to dopiero początki - i ja sam się sobie dziwię, że mi chociaż na tyle formy starczyło (więc z czasem będzie lepiej...).

Małe Złe miało dzisiaj podarowane, przez wzgląd na kulawiznę. O ile jednak Najmilszy Gość nie zerwie po dniu dzisiejszym kontaktów i jeszcze tu zawita, to i tej kobyle nie podaruję: zawsze miałem opory sam na nią wsiadać, bo taka smukła, szczupła, drobna. Skoro jednak mamy wyścigowego (między innymi...) jeźdźca do dyspozycji, to i kobyła po wyścigowej, było nie było, zajazdce, pracować powinna. Wyobrażam sobie jej zdziwienie, no ale co zrobić - korona chyba z głowy nie spadnie..?

Z Mirasgulem poszło dobrze, a nawet trochę za dobrze - powinienem był interweniować i zakończyć sprawę na założeniu siodła (które przyjął bez protestu i właściwie bez reakcji...), przewieszanie się odkładając na zdecydowanie późniejszy termin. Z Bubą, którą sam zajeździłem (no i sam, w konsekwencji, winę ponoszę za jej wady jako konia wierzchowego: na przykład za to, że ustać w miejscu nie potrafi...), przewiesiłem się przez siodło po raz pierwszy po pół roku pracy z ziemi. Robienie tego na pierwszej sesji było zdecydowanie kozackim pomysłem. Na szczęście - nikomu nic się nie stało, poza paroma siniakami i jakąś opuchlizną tu i tam. Ale utrzymałem go tylko przy pierwszej próbie ucieczki - trzy kolejne już mu się udały. I teraz trzeba to będzie odrobić.

Attraction isn't a choice. Nie obrażę się gdy usłyszę, że stary piernik to zbyt niesmaczny dodatek do fajnych koni i nienajbrzydszego krajobrazu. Zdecydowanie jednak nie chcę słyszeć o strachu, o gwiazdce z nieba, co to nie wiadomo, czy jest realna (jakbym, za przeproszeniem, w bankowości albo w filmie robił, a nie w hodowli..?) i temu podobnych. Jak napisałem wczoraj, nie ten odważny, kto się wcale nie boi, tylko ten, kto mimo strachu robi swoje. Ale umrzeć ze strachu przed śmiercią to już nawet nie jest tchórzostwo - to zwykła głupota.

Dwadzieścia lat temu, jak raz tuż przed tym, nim poznałem Dalię postanowiłem sobie raz na zawsze, że w kontaktach z płcią przeciwną przestaję myśleć. Po prostu wyłączam mózg, zero, nul - żadnych refleksji, wątpliwości, przemyśleń. Pływać nie umiem, ale skoro trzeba skakać na główkę - to skaczę. Podziałało! Przeżyliśmy razem lat dziewiętnaście - i, niezależnie od tego, jak bardzo czułbym się winny (a jest po temu wiele powodów...), nie były to złe lata. Sto razy wolałbym, żebym to ja był martwy, a ona żyła. I gdyby żyła - chciałbym, żeby sobie kogoś znalazła i żeby nie zmarnowała tego, co nas kosztowało tyle potu, łez i krwi. Stało się inaczej. To, że sam sobie nie poradzę jest dość oczywiste. Co bynajmniej NIE znaczy, że jestem nieszczery, interesowny, że jaja sobie robię, czy temu podobne. Jaja to sobie robią w reality show typu "Rolnik szuka żony". Ja - po prostu skaczę na główkę. I mam gdzieś, czy woda jest dość głęboka...

3 komentarze:

  1. A kuś koniem kuś... Mało co robi tak dobrze na zdrowie jak młoda dziewczyna (chyba, że zaszkodzi, ale to wtedy przynajmniej w przyjemnych okolicznościach się odchodzi z tego świata).

    Co do ostatniego akapitu - bardzo trafnie. Problemem intelektualistów jest przeintelektualizowanie, zwłaszcza w sprawach sercowych. Trzymam kciuki za powodzenie!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...