czwartek, 4 czerwca 2015

Jak nie pojechałem do Kurozwęk

a miałem: żeby odwiedzić Najmniejsze Złe (czyli Mahru) i pobrać nareszcie dokumenty, bo już ponad miesiąc minął, a ja ani złocisza nie zapłaciłem - sympatyczna pani Katarzyna nie może jakoś zapamiętać, żeby mi to pocztą wysłać.

Ponieważ nic nie wyszło z bardziej romantycznej wersji tej wycieczki, chciałem też zabrać ze sobą Radka, druha mego serdecznego. Którego bardzo interesują hodowane po sąsiedzku krowy. A i chciał też, mam wrażenie, obskoczyć kilka adresów z ostatniego wydania "Anonsów", które zabrał ze sobą do samochodu.

Tyle tylko, że dojechaliśmy raptem do asfaltu drogi wojewódzkiej numer 731. I temperatura silnika osiągnęła dopuszczalne maksimum. Zatrzymałem się na awaryjnych i skoczyłem z baniakiem płynu chłodniczego myśląc, że stary już z chłodnicy wykapał. Blisko! Z tą tylko różnicą, że nie wykapał, tylko sikał całkiem imponującym strumieniem. Mowy nie było, żeby jechać dalej. Jutro też zresztą nigdzie nie pojadę - trzeba się tylko modlić, żeby wyspecjalizowany warsztat w Warce, zajmujący się regeneracją chłodnic, był czynny w długołykendowy piątek i żeby naprawił to od ręki.

W zasadzie to do pewnego momentu miałem wrażenie, że nie należało dziś w ogóle wstawać z łóżka. Od samego rana - wypadek za wypadkiem!

Usiadłem sobie przed końputrem po porannym obrządku z kawą. Przeciągnąłem się. I... wylądowałem grubym dupskiem na podłodze chatki! Krzesło się złamało.

Naprawiłem je oczywiście szarą taśmą:


A ponieważ poczułem się głupio z powodu obfitości mojego grubego dupska - ruszyłem je nie mieszkając pod wiatę, wybierać ściółkę. Do dziewiątej z minutami wybrałem prawie wszystko - musiałem zrobić przerwę i, oczywiście, po przerwie już do pracy nie wróciłem (ale tragedii nie ma, jutro rano skończę). Było za gorąco. No i czas mi się kończył.

Pierwotnie chciałem do Kurozwęk wyjechać po wydaniu stadu nieco tylko przyspieszonego lunczyku. Ale M. poprosił wczoraj, żeby popołudniem pomóc w zwózce siana. Skoro zaś wrócić musiałem wcześniej, to i wyjechać wcześniej należało.

Nie było łatwo wyciągnąć Radka, druha mego serdecznego z obory tak wcześnie, ale i to się na koniec udało - ze skutkiem, niestety, jak wyżej opisano.

Zmieniłem zdanie co do bilansu dnia dzisiejszego i zasadności jego rozpoczynania po tym, jak poznałem przesympatyczne kuzynki i ciotki Radka, które sholowały nas do siebie - przypadkiem akurat zatrzymaliśmy się (pierwej grawitacyjnie spuściwszy się z pagórka, na który ostatnim wysiłkiem Wendi zdążyła się wdrapać) jakieś 500 metrów od ich gospodarstwa. Dziewczyna na traktorze to jest to! A cztery dziewczyny to jeszcze lepiej...

Za godzinkę maszeruję do M. machać widłami. Potem pewnie będzie mały grill (wczoraj był grill u mnie, więc przynajmniej już nie pasożytuję, tylko się po sąsiedzku wymieniamy...). No a jutro - jutro przygód ciąg dalszy, to znaczy: walka z chłodnicą. Życzcie mi Państwo, powodzenia.

4 komentarze:

  1. Wzruszyłam się na widok szarej taśmy, bez której życie na tej planecie byłoby niemożliwe ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Z czego wynika legenda starych samochodów z lat 90-tych? Mój znajomy ma Land Rovera Discovery, też cały czas mówi, że nigdy go nie wymieni na nic nowego, bo nowe się psuje i jest do bani, po czym staje gdzieś w Polsce swoim złomem po czym go dumnie naprawia.

    Czy to przyzwyczajenie? Oszczędność? Jak to wytłumaczyć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie legenda, tylko twarde fakty. Koniec końców Patrolem można w ostateczności jechać i bez chłodnicy - tyle, że trochę to potrwa. Nowoczesny, komputerowo sterowany samochód w takiej sytuacji staje i pozostaje tylko modlić się w oczekiwaniu na przyjazd pomocy drogowej. Nie mówiąc już o tym, że tego nowoczesnego łajna nie naprawilibyśmy na podwórku u Radka ciotki - nawet by się nam chłodnicy pewnie wyjąć nie udało...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...