sobota, 6 czerwca 2015

Ciąg dalszy się dzieje


Poszedłem - tylko trochę później niż "za godzinkę". Operatora przyczepy samozbierającej trzeba było najpierw doprowadzić do stanu używalności. No i zbierał z łąki odleglejszej niż poprzednio. W sumie - zeszło się.

Parę minut po dwudziestej, więc już po regulaminowym czasie wydawania stadu kolacji, zabierając się do rozładunku drugiej połowy drugiej przyczepy (po przerwie na małe co nieco) zdecydowaliśmy rada w radę, że w sumie niegłupio byłoby, gdyby pani Barbara (o której opowiem kiedyś osobno...) przeszła się i dała owsa koniom.

Dwadzieścia minut później machanie widłami przerwał mi telefon: stada nie ma..!

Co było do przewidzenia. Na czym jak na czym, ale na zegarku to moje konie znają się znakomicie. I opóźnień nie tolerują.

Rzuciłem się oczywiście prawie biegiem do domu. Na wysokości Wielkiego Padoku wyhamowałem. No bo co innego miałem zrobić widząc, jak moje piękne, dzielne i mądre konie grzecznie się pasą... tam właśnie: w samym środku naszego głównego pastwiska. Dokąd weszły przez otwartą bramę, żeby nie było.

Naprawiłem prowizorycznie główną bramę Padoku Zimowego (z której zostały nędzne szczątki...), otworzyłem przepęd i wszyscy szybko i sprawnie znaleźli się w wyznaczonej strefie zamkniętej, chwilowo złożonej z Padoku Zimowego i Pierwszego Padoku. Na Wielki przyjdzie pora w jakiś miesiąc po sianokosach...

Była prawie 22.00 jak w końcu złożyłem grzeszne cielsko na łożu. Jak na mnie - to już nie "środek nocy", tylko prawie że następny ranek!

W ogóle machało mi się widłami nader miło i przyjemnie. Nie to, żeby ze mnie był zaraz jakiś super robotnik, ale szło. Ani razu nie sięgnąłem po inhalator, który przezornie miałem w kieszeni. Zupełnie inaczej niż w pracy, gdzie zwykłe (tyle że strome i krzywe...) schody na pierwsze piętro boleśnie mnie biją! Czyżbym już się nie nadawał do życia w mieście..?

Dobra forma była jednak tylko chwilowym złudzeniem. Kara przyszła zaraz następnego dnia, czyli wczoraj.

Jak tylko lekko obeschła najgorsza rosa - wziąłem się za permanentne naprawianie zniszconej bramy:


Na zdjęciu powyżej wciąż jeszcze jest zielonkawa, bo konie dopiero co przyszły z pastwiska. Teraz jest już biała - ogryzły całą korę.

Niestety, na naprawieniu bramy moje zaszczytne dokonania dnia wczorajszego w zasadzie się skończyły. Zaliczyłem kolejny już raz NKE, czyli Nagły Kryzys Energetyczny. I po prostu musiałem się położyć.

Leżałem tak sobie, gdy z letargu wyrwał mnie telefon od sympatycznej pani Marianny, u której stała moja Wendi: znajomy jej mechanik, na którego liczyła, odmówił podjęcia się naprawy. Trzeba zatem zrobić to samemu.

Umówiłem się z M., że pojedziemy tam ciągnikiem, co by móc przyholować samochód bliżej domu. A jak już do niego maszerowałem, to przyszło mi do głowy, że jeszcze szybciej będzie wymontować chłodnicę na miejscu i pojechać z nią do specjalistycznego warsztatu w Warce zaraz. Nawet, jeśli nic z tego nie wyjdzie, to przynajmniej od razu będzie wiadomo, na czym się stoi.

Zadzwoniłem tedy do Radka, druha mego serdecznego. Który skądinąd i tak chciał ze mną do Warki jechać - szuka kucyka dla dzieci i u pewnego sadownika takowego znalazł. Łatwo się zgodził. Nim dojechaliśmy ciągnikiem, trochę zresztą kołując, bo chyba niedokładnie wytłumaczyłem M., gdzie to jest - chłodnica była prawie wyjęta.

Pojechaliśmy, dostaliśmy nową chłodnicę, bo z tamtej starej to nie za bardzo było co zbierać, zapłaciłem. Objechaliśmy aż dwa miejsca występowania kucyków. Sukces polega na tym, że udało się wyperswadować Radkowi natychmiastowy zakup któregoś. I kucyka i Radka, a najbardziej to Radkowych dzieci, byłaby szkoda...

Przy okazji M. obejrzał rozrzutnik do nawozu i inne sprzęty - też przez Radka w pewnym miejscu pod Warką odkryte.

Jak byłem w wieku Radka, czyli te... naście lat temu to przez pewien czas opiekowałem się jako handlowiec w wielkiej korporacji ponad setką klientów jednocześnie. Miałem co robić! Ale jak bym miał przez tydzień tak biznesy prowadzić, jak to Radek, druh mój serdeczny na co dzień robi, nieustannie po dziesięć rzeczy naraz planując i wykonując - to bym chyba po tygodniu oszalał...

Było już wcale nie takie wczesne popołudnie, gdy dotarliśmy z powrotem z nową chłodnicą do obejścia pani Marianny. Jak to zwykle bywa, zamontowanie było nieco trudniejsze niż wyjęcie - ale dzięki mechanicznej smykałce Radka, udało się.

Tyle tylko, że okazało się, iż płyn chłodniczy leje się także z jednego z przewodów. Jak twierdzi Radek  - przewód się przetarł i jest dziura.

W drodze powrotnej do domu silnik nie trzymał temperatury. Trudno powiedzieć czy po prostu nie zdążyła się nowa chłodnica odpowietrzyć na tak krótkim odcinku - czy płynu ubywa zbyt szybko, żeby to w ogóle było możliwe, czy też jest jeszcze jakaś awaria. W każdym razie jechałem tak 500 metrów - i stawałem na parę minut, żeby temperatura znowu wróciła w granice przyzwoitości. A potem znowu. I tak kilka razy.

Żona M. zameldowała mi telefonicznie, że gdy była około 13.00 wydać koniom lunczyk, przed moją chatką parkowały dwa obce samochody i jakieś podejrzane typy podejrzanie się rozglądały. Pytała czy nie oddać pistoletu gazowego, który jej niedawno pożyczyłem w związku z podobnymi kłopotami. Odmówiłem. Mam siekierę. I nawet w stanie kryzysu energetycznego (a ten wcale mi nie przeszedł i wszystkie wyżej opisane czynności tym bardziej były bolesne...) operuję nią całkiem sprawnie. Tak sądzę. Zresztą, skoro typy nawiały na jej widok - to chyba zbyt dzielni nie są..?

Nic więcej wczoraj zrobić nie zdołałem. W szczególności, nie zdołałem zakończyć sprzątania pod wiatą.

Teraz kończy się pranie. Zaraz załaduję drugie. Doleję do chłodnicy zwykłej wody. Płyn mi się już skończył, a zresztą - szkoda, bo i tak wyleci. No i spróbuję się dotoczyć do Warki, do warsztatu, gdzie lepsi ode mnie znawcy to obejrzą.

Czy dojadę..? Czy uda się naprawić Wendi..? Czy skończę wybierać ściółkę pod wiatą..?

Wszystko to i jeszcze więcej - w następnym odcinku blogonoweli. Bądźcie Państwo z nami..!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...