niedziela, 28 czerwca 2015

Kobyłka u płota

No bo słowo się rzekło - skoro się zwierzyłem, że przeżywam świat opisując go, to jakże miałbym nie opisać najmilszego od lat dnia, który właśnie się kończy wcale widowiskowym zachodem naszej dziennej gwiazdy (ale nie mam już sił biegać z aparatem, sorry...)?


Kłopot w tym, że nie wiem co napisać. Nie dlatego, żeby nie było nic do opisania. Zgoła wprost przeciwnie! Tyle się we mnie różnych kłębi myśli, że trudno coś najistotniejszego z tego chaosu wybrać. Chyba najkrócej rzecz ująłem na moim ulubionym końskim forum - dokąd odsyłam.

Jedna ze znajomych uważa, że to co robię, to ZUO. Bo jak tak można..? Kusić młode, ładne, zgrabne, mądre, dobre i niewinne dziewczę jakimiś tam końmi, hektarami, perspektywami..? Czym to się różni od zachowania panów w MOIM skądinąd wieku, kupujących sobie czarną skórę, czarnego harleya i czasem także karego konia do kompletu (punkt odhaczony...) - po to, aby rwać małolaty..? Innymi słowy - nie taki jestem znowu oryginalny, za jakiego chciałbym uchodzić...

Odpowiadam na ten zarzut, iż po pierwsze - nie mam innego wyjścia. Przecież nie będę uwodził moją ujmującą osobowością, apollińskim ciałem czy designerskim strojem. No ba..! Tak krawiec kraje, jak mu materii staje... (bez aluzji, bez aluzji proszę...).

Po drugie - akurat nie widzę, czego właściwie miałbym się wstydzić? Czy moje konie, moje gospodarstwo i moje perspektywy na przyszłość świadczą czy nie świadczą o mnie jako takim..? No chyba świadczą..? Coś tam umiem, do czegoś się nadaję. Mało to, czy wiele - nie mnie osądzać. Koniec końców, jak to mawiają Anglicy, attraction isn't a choice - towar został wystawiony, a czy ktoś go kupi..? Wciąż nie wiadomo...

No właśnie: nie wiadomo. Ale komplementów pod adresem Melesugun i (nawet) Bubiszcza, jednak się nasłuchałem. Nawet zdołałem się sam na OBIE wdrapać jako pierwszy. Na Melesugun wytrzymałem jakieś trzy minuty, na Bubie mniej niż minutę, za czym pod pretekstem, że siodło się zsuwa, czem prędzej się ewakuowałem - tak naprawdę zaczęło mnie dusić, a inhalator zostawiłem w chatce. Ale to dopiero początki - i ja sam się sobie dziwię, że mi chociaż na tyle formy starczyło (więc z czasem będzie lepiej...).

Małe Złe miało dzisiaj podarowane, przez wzgląd na kulawiznę. O ile jednak Najmilszy Gość nie zerwie po dniu dzisiejszym kontaktów i jeszcze tu zawita, to i tej kobyle nie podaruję: zawsze miałem opory sam na nią wsiadać, bo taka smukła, szczupła, drobna. Skoro jednak mamy wyścigowego (między innymi...) jeźdźca do dyspozycji, to i kobyła po wyścigowej, było nie było, zajazdce, pracować powinna. Wyobrażam sobie jej zdziwienie, no ale co zrobić - korona chyba z głowy nie spadnie..?

Z Mirasgulem poszło dobrze, a nawet trochę za dobrze - powinienem był interweniować i zakończyć sprawę na założeniu siodła (które przyjął bez protestu i właściwie bez reakcji...), przewieszanie się odkładając na zdecydowanie późniejszy termin. Z Bubą, którą sam zajeździłem (no i sam, w konsekwencji, winę ponoszę za jej wady jako konia wierzchowego: na przykład za to, że ustać w miejscu nie potrafi...), przewiesiłem się przez siodło po raz pierwszy po pół roku pracy z ziemi. Robienie tego na pierwszej sesji było zdecydowanie kozackim pomysłem. Na szczęście - nikomu nic się nie stało, poza paroma siniakami i jakąś opuchlizną tu i tam. Ale utrzymałem go tylko przy pierwszej próbie ucieczki - trzy kolejne już mu się udały. I teraz trzeba to będzie odrobić.

Attraction isn't a choice. Nie obrażę się gdy usłyszę, że stary piernik to zbyt niesmaczny dodatek do fajnych koni i nienajbrzydszego krajobrazu. Zdecydowanie jednak nie chcę słyszeć o strachu, o gwiazdce z nieba, co to nie wiadomo, czy jest realna (jakbym, za przeproszeniem, w bankowości albo w filmie robił, a nie w hodowli..?) i temu podobnych. Jak napisałem wczoraj, nie ten odważny, kto się wcale nie boi, tylko ten, kto mimo strachu robi swoje. Ale umrzeć ze strachu przed śmiercią to już nawet nie jest tchórzostwo - to zwykła głupota.

Dwadzieścia lat temu, jak raz tuż przed tym, nim poznałem Dalię postanowiłem sobie raz na zawsze, że w kontaktach z płcią przeciwną przestaję myśleć. Po prostu wyłączam mózg, zero, nul - żadnych refleksji, wątpliwości, przemyśleń. Pływać nie umiem, ale skoro trzeba skakać na główkę - to skaczę. Podziałało! Przeżyliśmy razem lat dziewiętnaście - i, niezależnie od tego, jak bardzo czułbym się winny (a jest po temu wiele powodów...), nie były to złe lata. Sto razy wolałbym, żebym to ja był martwy, a ona żyła. I gdyby żyła - chciałbym, żeby sobie kogoś znalazła i żeby nie zmarnowała tego, co nas kosztowało tyle potu, łez i krwi. Stało się inaczej. To, że sam sobie nie poradzę jest dość oczywiste. Co bynajmniej NIE znaczy, że jestem nieszczery, interesowny, że jaja sobie robię, czy temu podobne. Jaja to sobie robią w reality show typu "Rolnik szuka żony". Ja - po prostu skaczę na główkę. I mam gdzieś, czy woda jest dość głęboka...

sobota, 27 czerwca 2015

Przygotowania

Snu naszych kobył:


strzeże ich Troskliwy Małżonek


I nie sposób ukryć, że ta robota całkiem mu się podoba. Na wypadek, gdyby ktoś z Państwa nie zauważył tego szczegółu, proszę bardzo - jeszcze raz:


Lepiej widać..? A przecież tłumaczyłem - zdrowy, normalny facet. Tylko z zasadami..!

Doskonale go rozumiem. Wątku tego "rozumienia" na razie nie będę rozwijał - właśnie dlatego, że też mam zasady (tyle, że... zmienne..? w zależności od potrzeb..?), szanuję osobę i przekonania i, choć to być może tylko jakiś kolejny zwid, złudzenie, ułuda i nieporozumienie - mimo wszystko zaczynam odczuwać coś na kształt nadziei... A że się przy okazji boję jak cholera..? Nie ten odważny, kto się niczego nie boi, tylko ten kto się boi, ale robi swoje...

No więc: robię swoje. To znaczy - przygotowuję się do (kolejnego już...) powrotu w siodło. Przygotowania uległy przy tym pewnemu przyspieszeniu. Skutkiem czego musiałem na gwałt uzupełnić braki w najbardziej zgoła podstawowej garderobie. Teoretycznie na strychu stoją moje robione na miarę oficerki - ale nie próbowałem ich ubierać od dobrych 15 lat i mimo, że stoją na prawidłach, raczej by mi się to nie udało. Prawidła pozostały - noga urosła. W szerz.

Tymczasem innych butów które dałbym radę włożyć w strzemiona - brak. Sztyblety rozpadły mi się dawno i jeszcze Lepsza Połowa je wyrzuciła. Ostatnie tenisówki, a raczej ich nędzne resztki spaliłem sam na poprzednim ognisku, bo podeszwa w jednym całkiem odpadła. W butach monterskich mógłbym jeździć tylko bez strzemion, bo się zwyczajnie w nich nie mieszczą, podobnie jak gumofilce, a półbutów do pracy szkoda. Pozostają klapki albo - jazda na bosaka. Za stary jestem na takie kozaczenie..!

Bryczesy teoretycznie mam, ale przy Najmilszym Gościu nie założę. Wstydzę się. Dziura zrobiła się w tak strategicznym miejscu, że ile by nie cerować - zawsze szew pęknie. Też zatem wypadałoby kupić nowe.

Co było zrobić..? Choć nie planowałem tego wcześniej, pojechałem wczoraj do Radomia samochodem licząc, że zaraz po pracy wszystkie te braki nadrobię w tamtejszym "Decathlonie". A, żeby mnie nie kusiło po powrocie, skoro ruchu siłą rzeczy będzie tego dnia mniej - to zalegającą wciąż w lodówce babkę z "Pierdonki" zabrałem dla koleżanek. Smakowała.

I na tym się skończyła łatwa część zadania. Okazało się bowiem, że radomski "Decathlon", rozmiarów zdecydowanie mniejszych od większości warszawskich, nie ma pełnej gamy produków. Między innymi - nie ma też męskiej garderoby jeździeckiej. Co jest, skądinąd, w pełni zrozumiałe - jak z czegoś rezygnować, to właśnie z tego. Mężczyzn, jeszcze dorosłych (juniorska kolekcja owszem jest na półce...), jeździ konno tyle co kot napłakał, szkoda dla nich regały tracić gdy miejsca brak.

Już się bałem, że jednak będę cerował, a potem modlił się, żeby nitka wytrzymała (bez cudu by się tu nie obeszło - a sprawa, skądinąd, na tyle banalna, że to chyba by już podpadało pod wzywanie imienia Pana Boga swego nadaremno...). Jak bym wcześniej wiedział, to bym sobie sprawdził w necie i pewnie znalazł ze dwa czy trzy sklepy jeździeckie, bo tyle na pewno w Radomiu ich jest. Ale nie wiedziałem, jechałem na pewniaka - i pamiętałem tylko o jednym. Już za miastem, przy "siódemce", obok "chińskiego centrum". Mały sklepik, raczej hobbystycznie prowadzony, drogi i z niewielkim asortymentem. Tyle, że łatwo go wypatrzyć.

Na szczęście - uprzejma pani właścicielka znalazła w szafie coś w co, z niejakim tylko trudem, zdołałem się wcisnąć. Jeszcze tylko musiałem znaleźć bankomat w Jedlińsku (przy małych zapewne obrotach faktycznie terminal do kart to zbędny wydatek...) i już - stałem się właścicielem całkiem ekskluzywnych, włoskich bryczesów. Nie pokażę jak na mnie wyglądają, bo raz, że mimo wszystko mam wrażenie że kuriozalnie (mężczyzna z senatorskim brzuchem w obcisłym stroju zawsze wygląda śmiesznie... a właściwie - to chyba w każdym stroju, prawda..?), a dwa - i tak nie mam lustra.

Rozwodzę się tak nad tymi trywialnymi w sumie zakupami - bo chcę Państwu dać wgląd w mój stan umysłowy. Któren jest w tej chwili pełen zamętu. Jak zwykle w kryzysowej sytuacji staram się więc rozłożyć czekające mnie zadanie na możliwie najmniejsze kroczki - i koncentrować się za każdym razem na wykonaniu najbliższego kroczku, o nastęnych za wiele nie myśląc!

Co też mi się nie udaje, bo jak mnie wczoraj około drugiej w nocy koćkodany wyrwały ze snu, tak już do rana nie zdołałem zmrużyć oka.

Po powrocie zastałem w chatce wciąż obecną (choć spóźniłem się ponad pół godziny względem tego, jak bym wracał pociągiem) i dziwnie markotną panią Barbarę. O której na pewno już opowiem w przyszłym tygodniu - pracuje u mnie jeszcze do wtorku, od środy idę na urlop i z tej okazji zmuszony jestem podziękować jej za współpracę (dlaczego dookładnie, to wjaśnię...). Dobra to zatem będzie okazja do podsumowania. Powiedziałem jej, że praca dobiegła końca. Gdyby ktoś z Państwa, osobliwie wśród innych przesiedleńców z miasta na wieś potrzebował osoby do pilnowania obejścia, dzieci, prostych prac domowych - to serdecznie panią Barbarę polecam. Referencje wystawię w postaci wpisu na blogu.

Wziąłem się zaraz za kobyły. Melesugun i Buba wciąż sztywne (zwłaszcza Melesugun...), ale mam wrażenie że z dnia na dzień coraz częściej się rozluźniają i idą "okrągle" (nie będę laikom wyjaśniał, co to znaczy, bo jednego wpisu na samo tylko to słowo byłoby mało...). Małe Złe wciąż znaczy na nogę, którą sobie potłukła miesiąc temu, więc poprzestałem na oprowadzaniu.

W przyczepie czekała na mnie pozostawiona przez pana Henia, naszego dzielnego listonosza, paczka. Z kredą pastewną. A pisałem, że przesyłka dojdzie szybciej, niż sklep obwoźny przyjedzie, ha..!


Sądząc po śladach, pyski były w kredzie maczane i ktoś coś tam dziamdział:


Póki co zatem, uznaję tę inwestycję za udaną.

Koćkodan się w tym momencie dziwnie na mnie spojrzał ze swojego gniazda, gdzie leży w tej chwili na koleżance. Dwa dni temu, kiedy mi wlazła na kolana w czasie, gdy obrabiałem zdjęcia, próbowałem zrobić sobie z nią selfie - ale mi się nie udało:



W zasadzie nie mam szczególnej potrzeby jechać dzisiaj na targ i zakupy w Warce. Zapasy które zrobiłem tydzień temu wciąż są mało naruszone. Żarcie koćkodanom kupiłem wczoraj po drodze. Ewentualnie, gdyby sąsiedzi chcieli - ale to zaraz ustalę, pranie zaczęło właśnie odwirowywać.

Tak czy inaczej jednak, wiele zajęć mnie dziś czeka. Jeśli się dodzwonię, to warto by przywieźć owies. Oczywiście z kobyłami trzeba popracować. Dziś czeka nas próba wyjścia poza ogrodzenie. Z każdą oddzielnie. Warto by trochę choć popielić ogródek. O ile znajdzie się na to czas i pogoda dopisze (ale rosa obfita jest - Lepsza Połowa powiedziałaby na pewno, że się w takim razie rozpogodzi...). No i najważniejsze - trzeba zacząć się umawiać na sianokosy, które chciałbym w drugiej połowie nadchodzącego tygodnia sfinalizować. A to może wymagać sporo jeżdżenia i dzwonienia...

czwartek, 25 czerwca 2015

Zachód świętojański

We wtorek, kiedy powoli zapadała najkrótsza noc w roku, wywabiły mnie z chatki takie oto widoki:












Wiem, za dużo tego, żeby wciąż robiło wrażenie. Po jednym trzeba by wrzucać. Wierzcie mi jednak - wybrałem raptem jedno na dziesięć zrobionych zdjęć... A i, jak widać, zajęło mi to całe dwa dni: dopiero dziś bowiem, miałem czas się tym zająć!

Oprócz widoczków, cyknąłem też trochę zdjęć koniowatym. Jak zwykle:








I stąd bierze się zagadka: co takiego właściwie robi Mirasgul, co go w tak doskonały (jak widać powyżej...) nastrój wprawia..?

Na początku myślałem, że podgryza korzonki. Co jego baby robią (szczególnie zimą...) nader często. Ale nie! On, proszę Państwa LIZAŁ tę ziemię!

Tak mną to wstrząsnęło, że zaraz następnego ranka kupiłem kredę pastewną (z minerałami i witaminami). Przesyłka jest już w drodze. Co prawda wczoraj wieczorem dowiedziałem się, że w każdy poniedziałek takie suplementy da się tu kupić, bo wsie sąsiednie odwiedza sklep obwoźny - ale mniemam, że przesyłka dotrze w podobnym czasie, jeśli nie szybciej.

Zaraz idę je nakarmić i chyba kładę się spać. Nie macie Państwo pojęcia jaki jestem zmęczony. Ale też - na tyle, na ile to możliwe - szczęśliwy. Znowu pracuję z kobyłami. Dokładnie tak, jak zapowiadałem w poniedziałek, zacząłem od lonżowani na lonży, na środku Padoku Zimowego. A Małe Złe to w ogóle na razie tylko oprowadzam - po kółeczku wokół rzeczonego Padoku Zimowego na lewą i na prawą nóżkę. W końcu - dopiero co przestała kuleć!

Niezależnie od tego, jak się ta historia skończy (a może się skończyć... bardzo różnie! I bardzo ciekawie... choć skłamałbym twierdząc, że się nie boję - i nie, nie o kobyły akurat chodzi z tym strachem...), już to samo, jest wielkim postępem i sprawia mi mnóstwo radości. Być może zaś, choć przecież ja tego w żadnym razie wiedzieć nie mogę - gotów jestem i na coś o wiele większego... Ale o tym, na razie, sza..!

W pracy bardzo gorąco. Z wielu powodów. Niemiłych, miłych, nieśmiesznych i śmiesznych też. W każdym razie poudawać przez chwilę pijanego, żeby móc bezkarnie powiedzieć parę słów szczerej prawdy - bezcenne... Za wszystko inne zapłacisz: wrzodami żołądka, czy innymi przypadłościami. Dobrej Państwu nocy życzę.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Spieprzaj dziadu

głośno, wyraźnie i bez niedomówień powiedzieli mi dzisiaj moi podopieczni:



Gdy tylko spróbowałem zabrać choć jedno z nich na lonżownik (w sumie Mirasgul sam tam wlazł jako pierwszy i nawet zrobiliśmy ze dwa kółka kłusikiem, ale że nie o niego mi dzisiaj chodziło, to zaraz wyprosiłem i próbowałem zaprosić jego żony...).

Za pierwszym razem Melesugun staranowała wejście, nawet nie siląc się na próby jego skakania. Zrobiłem nowe:


Gdy próbowałem ją zaprowadzić tam po raz drugi, najpierw Mirasgul zerwał przęsło ogrodzenia, bo nie trafił w szeroko otwartą bramę między Padokiem Zimowym a Małym Padoczkiem. Jak to facet. Wiadomo - taki nigdy nie pyta o drogę, więc zawsze błądzi...

Naprawiłem:


Ale gdy Małe Złe zabrało się za demontaż zewnętrznego ogrodzenia Małego Padoczku, a reszta stada korzystając z faktu, że odwróciło to moją uwagę, najbezczelniej dała dyla w podskokach i hołubcach - odpuściłem.

Na razie tak się nie da. Trzeba by chyba zacząć od lonżowania na lonży (wiem, to nie najlepsze dla kręgosłupa - ale co zrobić..?) i bodaj czy nie wewnątrz ogrodzenia, przy stadzie. Ostatecznie - źrebiąt nie ma, nic się w lonżę nie zaplącze. A potem się wyjdzie na zewnątrz i zrobi to samo. A dopiero potem będzie można zaryzykować przyprowadzenie którejś na lonżownik - gdzie wszystkie ogrodzenia po kolei delikatne i, jak widać, na rapt nieodporne.

Wróciłem do domu spocony jak szczur i na miękkich nogach. Nie na tyle jednak, by nie zabrać aparatu i powyższych zdjęć nie zrobić. Co tylko tym bardziej dowodzi, że w gruncie rzeczy już mi się poprawia. Trzeba tylko czasu i systematycznych ćwiczeń.

Końputer mi świruje - coś jest nie tak z transferem danych. Ale nie mam pojęcia co konkretnie. Tyle, że na ten przykład każde zdjęcie musiałem oddzielnie ładować, specjalnie w tym celu otwierając posta w funkcji edycji, bo jak próbowałem jedno po drugim - nie pokazywały się. Mimo że wyzerowałem Safari.

W stadzie poruszenie

Ot tak tylko wyjrzałem z chatki zobaczyć, co tam milusińscy porabiają. A że milusińscy biegali przy płocie i porżywali - to poszedłem zobaczyć, o co chodzi.
 
 
 
Dopiero potem, jadąc do wsi, gdzie czekał na mnie Najmilszy Gość, żeby mu wskazać drogę na farmę, zauważyłem na piasku ślady kopyt i wozu. Musiała jakaś szkapina wóz ciągnąć. Czego nie usłyszałem - jak przejeżdżają ciągniki czy samochody, a jestem akurat w domu, to dość często wychodzę sprawdzić co to (bo też ruch na naszej piaszczystej drodze to zawsze poniekąd nadzwyczajne wydarzenie...), no ale wóz konny cichszy jest - a rżenia nie było słychać w chatce przez wiatr przeciwny.
 


sobota, 20 czerwca 2015

Kopytkowo i melancholijnie

Nawet pani Barbara (o której kiedyś, być może, opowiem - a może nie..? I co mi zrobicie, a..?) zauważyła, że kopytka, osobliwie Szefowej, wymagają już interwencji. Nie tylko przyrosły przez minione siedem tygodni, ale i poczęły się już ukruszać i pękać. Co - zgadzam się w pełni z panią Barbarą - jest także alarmem witaminowym lub mineralnym. A pewnie jednym i drugim. Uboga ta nasza mazowiecka ziemia jest!

Niestety, nasza ulubiona lizawka Equilla skończyła się, a producent zaprzestał dostarczania jej przynajmniej do sklepu (internetowego), w którym zawsze ją kupowałem. Próbowałem miesiąc temu znaleźć jakiś surogat, ale w Polsce mi się to nie udało. Stanowczo przestrzegam przed niejakim Michałem Bosągiem ze "Sklepu jeździeckiego Bergo". Nie tylko jest to wyjątkowy palant z patologicznie przerośniętym ego, pozbawiony krzty profesjonalizmu (obraża się zamiast zrobić coś, co jest jego psim obowiązkiem jako sprzedawcy - tzn.: sprawdzić skład oferowanego produktu...). Jest to, niestety, także pospolity złodziej. Pieniądze dostał, towaru nie przysłał. A miał na to miesiąc... 

O 122 złote do sądu nie pójdę, ale wyrazić swojego zdania na ten temat nikt nie ma prawa mi zabronić, co niniejszym (bez przyjemności, wolałbym nie mieć do tego powodu...) czynię, amen. Mam potwiedzenie przelewu, a na poczcie łatwo można sprawdzić, że jak dotąd przynajmniej, żadna przesyłka od pana czy też od pani Bosąg do mnie nie wyszła - zaznaczam, z góry wiedząc, że moja opinia wcześniej czy później trafi do jej przedmiotu, czyli do państwa Bosągów, a państwo Bosągowie na pewno nie poczują się winni i skruszeni, tylko wprost przeciwnie - będą miotać próżne groźby w nadziei że się przestraszę, wpis skasuję i może jeszcze przeproszę za rzekome "pomówienie". Nic z tych rzeczy, Drodzy Państwo. Gówno możecie mi zrobić. Było się nie obrażać (demonstrując przy okazji brak znajomości języka polskiego, bo jako żywo, żadnych "słów uważanych powszechnie za obraźliwe" jako pierwszy nie użyłem... - korespondencja na użytek dowodowy też jest zachowana), tylko zrobić swoje, albo chociaż - odesłać pieniądze, skoro już postanowiliście, że tego klienta nie obsługujemy.

Kupię dzisiaj babom (i chłopu też, przecież mu nie pożałuję...) na targu najpospolitsze i najlepsze, bo jedyne lokalnie dostępne musli o wymownej nazwie "Klacz". O czymś bardziej zaawansowanym pomyślimy za dwa tygodnie, po wypłacie.

Tymczasem zaś, wczoraj nawiedził nas kowal - i wykonaliśmy babińcowi pedicure. Tylko babińcowi, bo Mirasgul ma swoją panią kowal i - przynajmniej na razie - strugany będzie uczenie, naturalnie i w innym niż jego żony rytmie. Oczywiście wczoraj zdjęć nie robiłem - bo musiałbym mieć do tego trzecią, albo i czwartą rękę. Zdjęcia poszedłem zrobić przed chwilą. Połowa towarzystwa właśnie plażowała:


czego, nie mając teleobiektywu pokazać Państwu nie jestem w stanie - bo co to za zdjęcie z takiej perspektywy:


moje nadejście oczywiście spowodowało ruch wśród plażowiczów. Tylko Mirasgul wyleżał na tyle długo, bym zdążył się zbliżyć, ale i on powstał, wykonując potem małe przeciąganko:


Za czym przyszła pora na buzi - buzi:


Skłamałbym twierdząc, że mu nie zazdroszczę. Ale o tym niżej. Na razie przejdźmy do adremu, czyli do kopytek. Wczoraj wieczorem ostruganych:



(to akurat kopytka Buby, a konkretnie lewe przednie kopytko - kopytka Melesugun jakoś tak zgrabnie ująć mi się nie udało, choć próbowałem):


z miejsca także potraktowałem wszystkie dwanaście kopytek maścią dziegciową z biotyną:


co zamierzam powtórzyć jeszcze dziś i jutro wieczorem. Pan Robert widząc te zabiegi stwierdził, cytuję: no to teraz są wyszykowane dla ogiera - pedicure i jeszcze lakier na paznokcie. Tipsów im nie przykleiłem. No nie pomyślałem! A i ogier komplementu się doczekał, co z satysfakcją również cytuję: nie taki ostatni...

Struganie poszło nam gładko. Być może dlatego, że Małe Złe, które zwykle ma przy tym swoje humory:


zapas złośliwości wyczerpało, ku nieukrywanej uciesze pana Roberta, wymykając się dobry kwadrans moim próbom schwytania na padoku. Jak zawsze jednak, koniec końców przecież i to mi się udało!

Tyle, że zgłodniałem po tym ganianiu i po wszystkim wziąłem się za czyszczenie lodówki z zapasów. Dość jeszcze wczoraj wieczorem znacznych, bo prawie nic nie zjadłem przez tydzień z tego, co w ubiegłą sobotę z Pierdonki przywiozłem. Już w trakcie tego czyszczenia wiedzałem, że źle robię - ale cóż: szmata nie silna wola, nie powstrzymałem się.

Oczywiście, że zasnąłem w efekcie parę minut po 20.00. Zapomniawszy wziąć leków. I oczywiście że miałem głupie sny. Po czym rano pozostało mi głównie uczucie melancholijnej rezygnacji. Ech, gdyby tak jeszcze raz w życiu - jak Mirasgul, bodaj przywitać się czule... Ta fantazja nigdy się nie spełni. Może i dobrze. Przynajmniej nie ma ryzyka roczarowania. 

Poniekąd jednak, gdyby nie takie atawistyczne odruchy, to chyba bym dał sobie spokój z tym jeżdżeniem do Radomia. Siedzenie za biurkiem zdecydowanie mi nie służy na zdrowie. Finansowo teraz, po sprowadzeniu ogiera, na dłuższą metę dałbym sobie radę i bez pensji. Potrzeby mam niewielkie, a żadnych większych inwestycji nie planuję. Tyle, że jadąc tam, mogę mieć nadzieję zobaczyć wdzięczną sylwetkę najsympatyczniejszej z koleżanek, albo chociaż usłyszeć jej głos w słuchawce...

środa, 17 czerwca 2015

Udany dzień

przede wszystkim zaczął się bardzo wcześnie: około drugiej w nocy obudził mnie ból głowy i aktywność koćkodanów, które teraz kotłują się w chatce we trójkę, a kiedy Sylwestrze nie chce się wychodzić na zewnątrz na kaku, pozostałe dwa tym większy podnoszą raban. Nim spacyfikowałem kotostan i nim zaczął działać zażyty proch, była trzecia: nie było sensu głęboko zasypiać...

Cokolwiek zatem napiszę poniżej, jest skutkiem omamów jakie mój sterany wiekiem i bezsennością mózg ma święte prawo produkować, o..! Tudzież piwa, które kupiłem sobie wczoraj, ale zapomniałem (!!!) je nawet otworzyć - teraz w samą porę wpadło mi w ręce...

Zgodnie z wczorajszym postanowieniem, skoro musiałem być w Radomiu samochodem, to w zamian odbyłem spacer po włościach po powrocie. Zaraz za progiem trafiłem na prawdziwą inspirację do fizycznego wysiłku i wytrwałej pracy nad sobą:


pod wiatą nie było wiele lepiej - zblazowanie, ruja i porubstwo..:



Ogr i bez sznurka za mną chodzi - chyba, że znajdzie patyczek do zabawy..:



Lonżownik czeka na pacjentów:


Trzmiel trzmieli:




zwierzyna parzystokopytna zostawia tropy (jak byłem młodym i niedoświadczonym wieśmakiem to myślałem, że komuś uciekła jałówka - teraz już wiem, że takie dziki na genetycznie zmodyfikowanej kukurydzy rosną...):


ogrodzenie Wielkiego Padoku, na którego najdalszy koniec w mojej wędrówce dotarłem nawet w miarę się trzyma:


a czarno - biały koćkodan oczywiście wypatruje swojego ukochanego pana (czyli mnie - jak by ktoś nie skojarzył...):


Przynajmniej zwierzętom nie przeszkadza moja tłusta powierzchowność i męczący sposób bycia, ech...

Ale - nie ma co narzekać! Spotkanie, z powodu którego pojechałem do Radomia samochodem przebiegło lepiej niż ktokolwiek (włącznie ze mną...) mógł przypuszczać. Co najważniejsze, pierwszy raz udało mi się przewieźć samochodem najsympatyczniejszą ze wszystkich koleżanek. Ofukała wprawdzie Wendi, że niby brudna (akurat nie jest to prawda: sprzątałem samochód ledwo w piątek, nawet zakurzyć się jeszcze nie zdążył, a przebarwienia na siedzeniu to po prostu wytarta tapicerka, a nie żadne plamy), ale biorąc pod uwagę fakt, że przez ostatnie półtora roku nie zgadzała się wsiadać do JAKIEGOKOLWIEK samochodu, który ja miałbym prowadzić (nawet, jeśli miałby to być nowiutki i czyściutki jak spod igły samochód służbowy...) twierdząc, że jako matka ma po co żyć i z idiotą - desperatem jeździć nie będzie, to chyba pewien postęp nastąpił, prawda..? Że nie miała dziś żadnego innego wyboru..? A to tylko dowodzi mojego sprytu...

To oczywiście absurdalny atawizm jest - ale co ja poradzę, że mnie to cieszy..? No co..? Nie będę przecież udawał smutniejszego niż jestem. To i tak tylko krótki przebłysk i rzadki wyjątek od ogólnie dojmującego poczucia bycia nikomu do niczego niepotrzebnym, chodzącym workiem na łatwo przyswajalny nawóz organiczny...

No dobra - dość tego dobrego. Ponapawamy się sukcesem kiedy indziej. Teraz trzeba iść nakarmić konie i chyba, w niezadługiej perspektywie, lec spać. To już nie te lata, gdy można było i 48 godzin na nogach spędzić - i nic.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...