sobota, 9 maja 2015

Przy sobocie, po robocie...

popijam sobie drugie piwko, a tymczasem dwa prania już na sznurze schną:


koćkodan czarno - biały


kombinuje jak tu z końputera przeflancować się na moje kolana - choć wcale jej tego nie bronię, ale Lepsza Połowa broniła: koćkodan wie, że robi coś zakazanego, więc nie potrafi po prostu wleźć i się umościć, musi przy tym cały teatrzyk odstawić, jaka to ona nieszczęśliwa...

Byłem na targu, kupiłem jedenaście drzewek owocowych. To znaczy - myślałem, że kupiłem dwanaście, ale chytra baba z Warki już po raz drugi mnie oszwabiła. Oj, nie przyjmą się te drzewka coś czuję - no ale trudno i darmo, coś trzeba było z ogródkiem zrobić, a skoro Państwo macie mnie w dupie i moimi wytworami nic a nic nie jesteście zainteresowani, to bez sensu kręgosłupa przeciążał nie będę. Co nie jest już obsadzone krzaczorami, obsadzę drzewkami różnymi:


(na ogrodzenie nie ma co patrzeć, siatka plastikowa jest już zamówiona, będzie "jak u ludzi"...) - przyjmą się to OK, a nie przyjmą się, drugie dobrze - przynajmniej będę miał czyste sumienie. Zresztą zaś, wszystko w cholerę wyściółkuję na grubo:


Tylko muszę wybrać do zera ściółkę spod wiaty. Jeszcze rok temu zrobiłem to jednego dnia. Wyszło jakieś 60 czy 70 taczek. Teraz nie jestem już taki mocny. Metodą prób i błędów w zeszłym tygodniu ustaliłem sobie normę dzienną na 5 taczek - tyle jeszcze byłem w stanie. Że dziś sobota, to zacisnąłem zęby i wywiozłem 10. Jest różnica? Przedtem, czyli przedwczoraj jak raz:


I dziś - czyli łącznie 15 taczek na kupie mniej:


Przy okazji można się przekonać naocznie i doświadczalnie, że wyrażenie "leją po nogach" jest najzupełniej dosłowne i w rzeczy samej oddaje zachowanie podekscytowanych seksualnie samic, przynajmniej gatunku equus caballus:


Gdyby żyła Lepsza Połowa, to byśmy im dupy pod szlauchem umyli - to już jest doprawdy wstrętne, taka wielowarstwowa, zeschnięta maź pokrywająca całe zady od sromu aż po pęciny! Ale sam nie dam rady. Trudno. Zlały się, to muszą cierpieć. Jutro ma padać deszcz, może samo się zmyje?

Pojęcia nie mam, co aż tak bardzo odróżnia naszego nowego samca


od jego poprzednika - na którego zołzy nigdy aż tak nie reagowały..? Ech! Na mnie kobiety też nie reagują. Poczułem solidarność z biednym Gelshahem, który pierwszego bzykanka doprosił się dopiero po miesiącu solidnych grzmotów - a taki był poczciwy, że na ksywkę "Knedliczek" zasłużył. Jak Mirasgula poufale nazywać, Dalibóg nie wiem. To jest poważny Pan Koń, tu na poufałości nie ma miejsca. "Nazgul" byłoby najbliżej, ale co to za zdrobnienie..?

Wypieliłem truskawki:


Cztery i pół rządka po lewej to oryginalna rozsada, dalej są flance zeszłej jesieni nasadzone - około jednej trzeciej się nie przyjęło. Jakby nie ta folia, to bym nawet nie próbował ich pielić. A tak - wyszły tylko dwie taczki zbędnej biomasy do upchnięcia w dole (tym samym, który na "zielonych oszołomów" trzymam...).

Trzecią taczkę uzbierałem topinamburów. Z miejsca, z którego je jesienią z Lepszą Połową wykopaliśmy, zbierając wiadro dorodnych do konsumpcji (akurat się zepsuła, bo Lepsza Połowa nie miała jakoś nastroju je gotować...) i taczkę bulw, które nasadziłem na granicy działki z myślą, żeby powstał topinamburowy żywopłot. W starym miejscu, jako się rzekło, kolejną taczkę dzisiaj wyrwałem (optymistycznie zakładam, że jeszcze dwa takie pielenia i problem BYĆ MOŻE będzie rozwiązany - strasznie ekspansywny to chwast jest...):


Tymczasem żywopłotu jakoś nie widać:


Raptem kilka wątłych pędów:


Tu piachuder i tu piachuder (oryginalnie posadziliśmy te topinambury w najsłabszym punkcie ogródka...). O co chodzi..?

Po drodze mało co a wpadłbym do nory:


tudzież podziwiać mogłem rozkwit dzikiej jabłoni na skraju naszej "pustyni":


Last. but not least - odholowałem Fiacika do pana Bogdana, nestora miejscowych mechaników samochodowych, na dobrze zasłużony remont. Mam nadzieję, że pan Bogdan, jak obiecał, tak się i tego remontu podejmie - trzymajcie kciuki...

3 komentarze:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...