niedziela, 17 maja 2015

Kto rano wstaje...

ten, jak wiadomo, gówno się wyśpi. Ale też - ma szansę na niezwykłe widoki. Jak dzisiaj, kiedy to na naszej farmie gospodarz wstał przed swoim stadem: i Mirasgul dostał w efekcie śniadanie do łóżka, bo nawet wstać mu się nie chciało, taki był zaspany, gdy z porannym owsem przyszedłem. Było to bardzo zabawne. Niestety, jak to zwykle bywa, nawet komórka przy sobie nie miałem, aby zdarzenie uwiecznić.

Na pocieszenie, piątkowy jeszcze Mirasgul w trakcie przerwy między seksem a seksem:





Dzień wczorajszy miałem bardzo pracowity do połowy. To znaczy, tak samo jak dziś, wstałem wcześnie. Czyli jak zwykle. Odczekałem aż skończy się pierwsze pranie, załadowałem do pralki drugie i pojechałem do Warki. Na targu udało mi się nareszcie kupić spodnie do pracy - ogrodniczki, takie, jakie tu wszyscy noszą. Ciut za duże, ale niech tam - dam radę! 

Kupiłem też trochę roślinek do szklarni: pomidory, paprykę, melon (jeden, jeszcze nie wiadomo, czy się przyjął...) i bakłażany. Po co bakłażany, tego nie wiem - tamte poprzednie w zasadzie da się zjeść na surowo, bakłażana nie. Na pewno nie będę niczego z bakłażanów gotował. Było to zatem całkowicie irracjonalne. Ale w zeszłym roku udały się nam bakłażany w szklarni i Lepsza Połowa była bardzo z tego powodu szczęśliwa...

Ostrzygłem się, kupiłem gwoździe, które już mi się skończyły - i zrobiłem podstawowe zakupiki w Pierdonce. Jak zwykle, zapominając połowy rzeczy. Typu mydło, kocie żarcie (dobrze, że mam jeszcze jedną puszkę, do jutra koćkodany przeżyją...), kawa (tu już gorzej, piję właśnie drugą dziś i chyba ostatnią normalną, jutro rano będę skrobał dno puszki...).

Po powrocie ogarnąłem szklarnię, tj.: wyrwałem to, co zdążyło w środku wyrosnąć i zeszłoroczne łęty, nawiozłem nowej terra prety, przybiłem okno w miejsce wyrwanego przez jesienną wichurę, uzupełniłem braki w szkle folią (muszę kupić mocniejszą, ogrodniczą, to rzadziej będę ją zmieniał...), posadziłem i podlałem przywiezione roślinki. Większość, poza melonem, na pewno się już przyjęła, co najwyżej będą potrzebowały kijaszków na podpórki.

Potem wziąłem się za... hmm... inne czynności gospodarcze? W każdym razie wszystko jest przygotowane do gotowania. Tego i owego.

Na tym zeszło mi do popołudnia. Kierując się radami Lepszej Połowy zrobiłem sobie przerwę. No i jakoś mi się ta przerwa przedłużyła...

Dzisiaj też zacząłem z impetem, bo jako się rzekło, byłem na nogach przed moimi końmi. Idąc za ciosem wyprasowałem spodnie i koszule - powoli zaczynam przywykać do tej czynności i już tak nie boli jak przedtem.

I na tym się właściwie cały mój impet skończył. Wieje. Może nie bardzo porwiście, ale ogniska nie rozpalę. Ani gotować - ani płotu ogródka rozbierać (za dużo tego, żeby jakąś wielką kupę drewna składać, myślałem, że rozbiorę to przy okazji gotowania, zużywając od razu i stopniowo krótsze patyczki na potrzebny opał...). Od czasu do czasu pada. Też nie ulewnie - ale akurat w sam raz, żeby skutecznie mnie od wychodzenia na zewnątrz odstraszyć. Stado wciąż odpoczywa. Widać dwa tygodnie nieustannych sekscesów i konia zmęczy. Koćkodany leżą na kupie i bardzo inspirują. Sylwestra właśnie miała zły sen i obudziła się z miaukotem. 

No - dzień barowy po prostu. Jak co niedziela ostatnimi czasy! Tylko zawartość baru warto by było kiedyś uzupełnić, ale jak to zrobić - bez gotowania..?

Wygląda na to zatem, że spędzę tę niedzielę bardzo pracowicie przed końputerem: pojawiła się, o dziwo na moim ulubionym historycznym, a nie końskim forum, dyskusja na temat, który od lat mnie pasjonuje, może się rozwinie. Do wyboru mam jeszcze telewizor i książki. A za jakieś dwie godzinki pojadę do Radka, po personel, który muszę przeszkolić. Ale o tym na razie sza..! Dowiecie się Państwo w stosownym czasie, o ile pomysł wypali.

8 komentarzy:

  1. Panie Jacku bardzo latwo baklazana upiec - dzisiejsze odmiany nie maja goryczki, wiec wystarczy go umyc, odkroic koncowki posmarowac koncentratem pomidorowym, posolic, mozna dodac czosnek (np. sproszkowany) i pieprz - i do piekarnika na okolo godzinke. To naprawde jest bardzo proste i nie zajmuje czasu - tak jakby wsadzic gotowe danie do piekarnika.
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mamy piekarnika, a dania gotowe (kupuję tylko wtedy, gdy w Pierdonce jest na jakieś przecena, bo kończy mu się termin ważności...) też zjadam na zimno. Raz próbowałem użyć mikrofalówki, ale w sumie - za dużo z tym było roboty, żeby mi się chciało...

      Usuń
  2. żeby nie zapomnieć co kupić najlepiej położyć na widoku plik karteczek np.samoprzylepnych i dopisywać na bieżąco-kończy się kawa:2 kawy (żeby była na zaś),kończy się olej,cukier,papier toaletowy,kocie żarełko,makaron itd. -tak samo.chociaż ja wolę dokupić nie jak się kończy ,tylko jak otwieram ostatnie opakowanie czegoś .jedyna trudność, to nie zapomnieć tej kartki jak się idzie do sklepu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuszna koncepcja. Z tym, że ja naprawdę używam bardzo mało produktów (żadne tam oleje, żadne cukry, żadne makarony...) - i skoro nawet o tym nie pamiętam, to bardo wątpię, bym zdołał nie zapomnieć karteczki. Starość...

      Usuń
  3. A może zapisywanie w komórce-zwykle o telefonie się pamięta.Ja bez listy to się nie ruszam nawet do wsiowego sklepu,bo inaczej to zawsze czegoś zapomnę-a przecież stara tak bardzo nie jestem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawiązałbym sobie supełek na chusteczce, ale od lat używam tylko jednorazowych...

      Usuń
    2. trening nie-zapominania o zapisanych produktach najlepiej zacząć zimą,kiedy bez kawy nie da się funkcjonować (niby rano a ciemno jak cholera),a i tyłka się liściem nie podetrze.no i kociątka potrzebują więcej karmy,bo jak zimno to zawsze bardziej się chce jeść,a myszy się na polu złapać nie da.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...