sobota, 23 maja 2015

Jajkożerca i inne nieszczęścia

Jak każdej prawdziwie epickiej opowieści, tak i tej dać mógłbym co najmniej kilka różnych wstępów. Nie postąpię jednak wzorem Zygmunta Krasińskiego, który pisząc "Nie-Boską Komedię" nie mógł się zdecydować i napisał aż dwa, tylko zacznę od czwartku.

W czwartek miałem jechać do pracy pociągiem. Czego już dawno nie robiłem. Ale nie ma wyjścia: z przedniego mostu Wendi leje się oliwa i smar, trzeba ją oszczędzać. Co zresztą jest w tej chwili nie najistotniejsze (tym sposobem pomijam jeden z potencjalnych prologów, którego akcja działaby się w środę rano pod Pierdonką na ulicy Zbrowskiego w Radomiu, gdzie zatrzymawszy się w celu zakupu spyży zauważyłem rzeczony wyciek - a zauważyłem go tylko dlatego, że zapomniałem dolać płynu chłodniczego, co miałem byłem zrobić, chcąc tego dnia popołudniu pożyczyć samochód przyjaciołom z Wilkowa i jakoś tak uważniej, skutkiem przypomnienia sobie o tym zapomnieniu, spojrzałem na samochód czego zwykle, przyznaję ze wstydem, nie czynię...).

Ponieważ miałem jechać do pracy pociągiem, czego już dawno nie czyniłem, musiałem wcześniej wyjść. Koleje Mazowieckie pasażerów zdążających do Radomia na godzinę 8.00 dowożą tam już o 7.05, odpowiednio wcześniej, rzecz jasna, zabierając ich ze stacji po drodze. Co też może nie należy do istoty opowieści (i kolejny prolog poszedł się kochać, tym razem taki, który rozważałby złowrogie skutki zmian rozkładu jazdy - a do ostatniej doszło jak raz w przeddzień śmierci Lepszej Połowy: Koleje Mazowieckie przyspieszyły mianowicie odjazd pociągu odwożącego z Radomia pasażerów kończących szychtę o 16.00 - skutkiem czego, chcąc na ten pociąg zdążyć, będę musiał się regularnie zrywać kwadrans wcześniej - o tyle jest to logiczne, że przecież idąc z dworca spacerkiem i robiąc po drodze zakupy spyży i tak jestem za biurkiem trzydzieści minut przed regulaminową godziną rozpoczęcia pracy, nieprawdaż..?).

W każdym razie do koni z porannym owsem wyszedłem o 4.30. I to już należy do istoty opowieści! Albowiem widok, który zastałem, zmroził mi krew w żyłach. Oto Małe Złe, z którego dwa dni wcześniej się nabijałem na Państwa użytek chwieje się na nogach, ledwo kuśtykając i całe drży. Nadludzkim wysiłkiem woli powstrzymałem się od wybrania numeru telefonu sympatycznej pani doktor z Dobieszyna od razu. 

Zrobiłem to godzinę później. Kiedy sytuacja nie wyglądała już tak dramatycznie. To znaczy Małe Złe dalej ledwo kuśtykało, ale już przynajmniej przestała się trząść. I wyraźnie znaczyła lewą przednią. Co było wielką ulgą: od kulawizny się nie umiera. Bo w pierwszej chwili to pomyślałem, że ochwat - tak się chwiała na nogach. W końcu jej babka ochwatowa była...

No i miała apetyt. Co u konia, u dziecka i u mężczyzny zawsze dobrze wróży.

W normalnych okolicznościach i tak bym wziął urlop na żądanie. Ale w miniony czwartek nie mogłem. Musiałem się pojawić w Radomiu przynajmniej rano. Uprzedziłem tylko Szefa, że zaraz po wykonaniu tego, co wykonać musiałem, zrywam się do domu. Co też zrobiłem.

Z panią doktor umówiłem się na 14.00. Nim dotarła w zasadzie wszystko było jasne: Małe Złe boleśnie się potłukło. Co zapewne pozostaje w niejakim związku z determinacją, z jaką usiłowała nakłonić Mirasgula do seksu. A trzęsła się, bo zmarzła (całą noc z środy na czwartek lało - a ona nie mogła biegać na rozgrzewkę, jak pozostałe...) - i, zapewne, miała też gorączkę. Daliśmy minimalną dawkę pyralginy (żeby się przypadkiem nie znieczuliła i nie zaczęła szaleć - lepiej, żeby ją bolało, to się przynajmniej oszczędza...). Wcierkę chłodzącą na początek miałem. Rozgrzewającą - kupiłem później.

Małe Złe dalej kuleje. I pewnie jeszcze z tydzień czy dwa tak zostanie. Na dodatek skaleczyła się w szyję i już trzeci raz rozdrapała świeżego strupa. W desperacji, po zdezynfekowaniu rany, przykleiłem plaster. Oczywiście do sierści się nie przykleił - ale załapał do grzywy. Co nasuwa mi podejrzenie, że jak kupię jutro długi plaster, taki do samodzielnego cięcia, to zdołam go przymocować:


A i tak będę musiał pojechać do jakiejś cywilizacji - o ile uda mi się dodzwonić do pana Bogdana, nestora miejscowych mechaników ciągnikowych i umówić się na odbiór Fiacika jutro - bo będę musiał poszukać bankomatu (pomysł, żeby po Fiacika jechać jutro zrodził się, gdyśmy już wyjechali z Warki, bankomaty zostawiając za plecami...).

Wracając na chwilę do czwartku, to po wyjeździe pani doktor zapakowałem się do Wendi i pojechałem  odstawić ją do warsztatu, który miał już mieć wszystkie części potrzebne do naprawy. Wróciłem pociągiem. Końmi w tym czasie zajmowała się Pani Barbara - ale o Pani Barbarze będzie osobna opowieść (i tak, tam będzie prolog rozgrywający się przed naszą chatką w miniony wtorek o 6.30 rano w chwili, gdy - niczego jeszcze zresztą nie podejrzewając - wyjeżdżałem sobie do pracy - ale na razie niech ten temat pozostanie nie dopowiedziany...).

W piątek natomiast, przespacerowałem się rano piechotką do stacji i pojechałem pociągiem do stolycy po różne dokumenty i sprawunki. Wrócić miałem do Warki pociągiem, a stamtąd już Wendi - po naprawie. Co udało się zdecydowanie częściowo. Dojechałem potwornie wyczerpany i spóźniony - z różnych względów, półgodzinnego, nieplanowanego opóźnienia pociągu Kolei Mazowieckich nie pomijając. A samochód odebrałem nie naprawiony - bo jednak, okazało się, że potrzeba innych i więcej części, niż to było pierwotnie zakładane...

Dziś rano, jak na sobotę przystało, zacząłem od prania. Potem zabrałem się na targ i zakupy. Kupiłem sześć pomidorów. Już są wsadzone - co, rzecz jasna, wymagało pierwej wypielenia większej części pomidorowej grządki:


Całej nie dałem rady. Po lekach czuję się naprawdę lepiej - nawet, jakiś czas temu, śniła mi się pewna dawna muza, a minionej nocy - najsympatyczniejsza koleżanka z pracy i były to... takie bardziej zaangażowane sny. Ale jednak do formy wciąż mi daleko. W dwóch trzecich wypełniania trzeciej taczki zbędnej biomasy usuwanej z przedmiotowej grządki - zaliczyłem Nagły Kryzys Energetyczny. Po prostu zasilanie mi się wyłączyło. I po paru czy parunastu minutach doszedłem do wniosku, że głupio tak siedzieć dupą na ziemi przy taczce i nic nie robić... I sobie poszedłem...

Ale to nie był koniec przygód, o nie..!

Zdołałem się jako - tako reanimować. Co głównie polegało na tym, że coś tam zeżarłem, coś tam wypiłem - i zaległem przy Doktorze Hausie. Gdy zadzwoniła żona M. z pytaniem czy mógłbym na chwilę wpaść..? Myśląc, że coś się stało, a mając już jedną czy dwie kreseczki na bateryjce z powrotem naładowane, zwlokłem się i pojechałem. Oczywiście był to podstęp obmyślony w celu nakarmienia mnie domowym obiadem - serdecznie dziękuję!

Wracając zabrałem ze sobą Jajkożercę:


Jajkożerca póki co siedzi a to pod samochodem, a to w krzakach przy szklarni - bliżej chatki nie dopuszcza go mocno wkurzona Krystyna:


Kolację dostał koło przyczepy w starej puszce po konserwie tyrolskiej - i coś tam zjadł. Wątpię, czy wszystko co dałem - bo pewnie Krystyna, gdy skończyła swoją porcję, natychmiast to zdrożne rozpasanie przerwała. Ale zjadł. Jak przetrwa choć parę dni - zorganizuje mu się... wycięcie jajeczek. To będzie mógł, ewentualnie, o ile koćkodany go wpuszczą, zaglądać do chatki. Na razie jest, by tak rzec, na okresie próbnym - z krótkim terminem wypowiedzenia.

Jajkożerca, jak sama nazwa wskazuje (imienia z tego nie będzie, ale na razie nie ma co wymyślaniem mu imienia głowy sobie zaprzątać: w końcu to tylko okres próbny...), zmuszony był udać się na emigrację z gospodarstwa M. gdyż... rozsmakował się w podbieranych kurom jajkach. Do wyboru był pieniek albo wyjazd do mnie. Przez aklamację stanęło na wyjeździe.

Podsumowując, sytuacja przedstawia się następująco:
- Małe Złe cierpi i jednocześnie wkurza się, bo przez nogę nie jest w stanie podejmować prób zmuszenia Mirasgula do seksu, co obie starsze koleżanki robią non stop:


- stado, ogólnie, zrobiło się też z tego powodu mało mobilne, bo Małe Złe działa jak kotwica - albo cały dzień tkwią pod wiatą (trzy taczki dzisiaj wywiozłem...), albo znowuż wcale tam nie przychodzą:


- Jajkożerca i Krystyna zajęci są ganianiem się
- a mnie, dzięki napisaniu powyższego tekstu, udało się dotrwać do 21.00 i będę mógł podjąć ostatnią, heroiczną próbę dodzwonienia się do pana Bogdana. Inaczej już bym co najmniej od pół godziny spał... Dobrej nocy Państwu życzę..!

4 komentarze:

  1. Nie ma to jak namolna kobyła. A u nas już się okazało, że w pierwszym z czterech, jak do tej pory, przypadków, miał rację nie ogier - lecz ja...

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurcze,przepraszam ,że najpierw same krzyżyki......jak napisałam normalny ,spontaniczny pean na Twoją Jacku cześć (a tak JACKU ,bo mam 6 dziesiąt wiosenek i przypadkiem pewnie mogłabym być Twoją mamą:) to mi zżarło -stąd krzyżyki.......aaa ,to już Google przyjęły. Ja poczułam potrzebę przestać juz anonimowo podczytywać ,bo średnio sie z tym czułam A czytam Twoje wpisy w KONIACH od ....chyba 2 lat i Twój styl pisania uwielbiam !!!--pewnie to banał,bo wszyscy Ci to mówią/piszą:).Mam ....chciałoby sie napisać podobny ,ale........ee ,do pięt Twojemu nie sięga.....tego się człek nie nauczy ,to trzeba się z tym czymś urodzić. Nie będę rozdrapywać już ran po stracie Twojej PANI (cały dzień o tym myślałam przeczytawszy wpis TAMTEN)--trzymaj sie Jacku tak dzielnie (mam syna latek 33-jest daaaleko ,do Teksasu go wywiało ,dugiego do Gdańska,ale wszystkich chłopaków kocham ,bo to jakby moje synki:))--nie wiem ,czy fakt ,ze masz tyle Ludzi wokół ,którzy uwazaja Ciebie za wyjątkowego człowieka...czy daje Ci jakąś siłę ..?---to niech daje--życzę Ci tego z całego serca i trzymam kciuki za Ciebie i to Twoje gospodarstwo --WYTRWAJ I WRACAJ DO ZDROWIA. Przepraszam ,jeśli jajkas literówka,ale ja juz dawno powinnam ....no własnie przyziemnie--mojemu Chłopu wyprasowac koszule ,bo na Komunię do miasta jedziemy ....łee ,a potem nudne siedzenie za stołem....brr.. Buziaki. Lucyna ze wsi Józefina (sześc domów nasz 6a:) 40 km od Łodzi .

    OdpowiedzUsuń
  3. Sliczny ten jajkozerca, troche podobny do mojego Kumpla.
    Kasia

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...