sobota, 4 kwietnia 2015

Wieeelka Sobota

Babcia zwykła mawiać, że w sobotę często pada, bo Matka Boska pranie robi. Ja dzisiaj zrobiłem trzy:


Przy czym upranych w pierwszej kolejności (włączyłem pralkę jak tylko obmyłem grzeszne cielsko po nakarmieniu koni i kotów, czyli ok. 5.00 rano) koszul już nie widać, bo zdążyły wyschnąć gdy byłem na targu, a potem uwijałem się w obejściu, za czym wyprasowałem je i uwiesiłem w szafie.

Z tym prasowaniem, co tu kryć - bieda:


Nie no - nie prasuję na stole! Dobrze pamiętałem, że Lepsza Połowa używała do tego deski do prasowania. Odkrycie, gdzie ta deska jest zabunkrowana - zajęło mi trochę czasu. Ale się udało. Z pierwszego prasowania, trzy tygodnie temu, to nawet byłem w miarę zadowolony (albo było mi wszystko jedno, nie pamiętam...). Tyle tylko, że trudno było wyczuć, co lepiej nawilża prasowany materiał: woda z żelazka (swoją drogą nie odkryłem jeszcze, w jaki sposób tę wodę uzupełnić - Dyabli wiedzą gdzie do tego jest instrukcja obsługi, a boję się zepsuć...), czy pot z mojego czoła..?

Kłopot w tym, że z prasowania na prasowanie idzie mi coraz gorzej. A nie jestem informatykiem. Czy dziennikarzem. Marketingowcem jestem - nie mogę wyglądać jak Szwed, za przeproszeniem..! Miałem początkowo pomysł, żeby dokupić trochę garderoby. Ale jest on w praktyce równie trudny do zrealizowania, co wiele innych pomysłów wymagających czasu (nie mówiąc już o tym, że entuzjazmem nie pałam...). Pojęcia nie mam kiedy w końcu uda mi się wybrać do sklepu: to będzie musiało być w godzinach pracy - bo niby kiedy indziej..?

Jeszcze pal licho koszule - w ostateczności, jak się okaże że moja obuleworęczność wyklucza na dłuższą metę skuteczne wygładzanie fałdek, to zacznę znowu nosić krawat. Odpowiednio niedobrany - powinien skutecznie odwrócić uwagę od koszuli!

Gorzej z marynarką. Lepsza Połowa przy pomocy sobie tylko znanych czarów oraz żelazka była w stanie przywrócić mojej ciężko już spracowanej, ale wciąż ulubionej lnianej marynarce świeżość - lepiej, a co najważniejsze, z dużo mniejszą szkodą dla delikatnego materiału, niż pralnia chemiczna. W tej chwili marynarka wygląda jak worek. I to pełen kocich kłaków i kurzu.

Nie jest to na szczęście moja jedyna marynarka. Obawiam się jednak, że bez wizyty w sklepie tej kwestii na dłuższą metę rozwiązać się nie da. A potem trzeba będzie znaleźć w Radomiu przyzwoitą pralnię chemiczną zdolną do wykonania usługi w czasie krótszym od ośmiu godzin. Wypróbowałem jak na razie raz jeden tę w Galerii Słonecznej - ale Lepsza Połowa zrecenzowała wtedy efekt negatywnie...

Oczywiście nie samym praniem i prasowaniem gospodarstwo stoi. Jak co dwa tygodnie uzupełniłem podręczny zapas siana o dwie kolejne belki: 


Jak to się transportuje ze Stodoły Pana Jana, to kiedyś na filmiku pokazywałem - teraz doszła ta dodatkowa trudność, że trzeba najpierw wjechać na Padok Zimowy, a potem zeń wyjechać tak, żeby stado nie zdążyło prysnąć na wolność. Do tej pory wjazd zawsze mi otwierała i zamykała Lepsza Połowa. Ostatnim razem wziąłem ze sobą M. (który pomagał mi też z wytoczeniem belek ze stodoły - co nie jest takie proste...) - ale źle zamknął przy wyjeździe, dzięki czemu stado nawiało i miałem niepowtarzalną radochę je gonić i złapać.

Generalnie - trzeba po prostu bardzo szybko wjeżdżać i wyjeżdżać!

Oczywiście - posprzątałem pod wiatą i na całym Padoku Zimowym. O tym nawet nie warto wspominać.

Byłem też na targu, gdzie kupiłem marchewkę (niestety, to już nie nasza ulubiona marchewka - i chyba w ogóle ostatnia w tym sezonie...), len i ostropest dla Czterokopytnych - i jabłka: dla siebie. Przy diecie złożonej głównie z chińskich zupek i konserw tyrolskich - trzeba sobie znaleźć jakieś źródło witamin, inaczej szkorbut murowany. Pamiętam z czasów studenckich! Co prawda wtedy były raczej słoiczki od Matki niż konserwa tyrolska - ale zasada jest zasadą.

Zrobiłem zakupy - w wersji mocno skróconej i okrojonej w stosunku do tego, co robiła co tydzień Lepsza Połowa.

Po sprzątaniu i przywiezieniu siana - zamontowałem wreszcie kamery:


Tylko trzy, bo czwarta z powodów, które dla mnie są absolutnie niejasne, a każdego specjalistę zapewne pobudzą do skonstruowania bardzo kreatywnej teorii - nie daje się wpiąć w system. No cóż - przynajmniej wejście do chatki, ciągnik, przyczepa i podjazd - są w zasięgu:


Na koniec wreszcie wziąłem się za sprzątanie chatki. Lepsza Połowa rozłożyłaby to zapewne na raty - większość wykonując już w piątek. Też mogłem tak zrobić, Szef puścił nas wcześniej. Nie dałem rady: wszystko, co mi się wczoraj udało, to jedno pranie - inaczej dzisiaj miałbym do zrobienia cztery, a nie trzy.

Efekt moich wysiłków, jak sądzę, zasłużyłby u Lepszej Połowy na ocenę mierną w kategorii "sprzątanie codzienne". Do kategorii "sprzątania przedświątecznego" wcale a wcale się to nie łapie. Nie zrobiłem i nie zrobię nawet tego, co zawsze było moim właśnie zadaniem - wyciągnięcia, kratka po kratce, książek z naszego regału i wytarcia kurzy oraz mysich bobków, których tam z pewnością pełno:


Nic nie poradzę. Bolą mnie plecy, czarne plamy wirują przed oczami i nawet zdając tę relację nie wiem - bredzę, czy sam jestem czyjąś brednią..? To tak jak z motylem i Chuang Zi - jeśli wiecie, co mam na myśli.

W każdym razie przez krótką chwilę dominującym zapachem w chatce był zapach środka do czyszczenia mebli. Krótką - bo zmieniło się to natychmiast gdy, myjąc podłogę, sięgnąłem trochę za głęboko pod wannę: był tam bardzo już zastarzały i doskonale ukryty prezent od naszego koćkodana:


Wywietrzyłem i teraz niczego szczególnego już nie czuję. Ale zastrzegam że powonienie mam słabe i w ogóle mało co czuję nosem..! W szczególności nigdy, ale to nigdy nie udało mi się nosem wyczuć żadnego pisma...

Przynajmniej teraz już wiem dlaczego przed każdym większym sprzątaniem Lepsza Połowa kupowała nową szmatę do podłogi - mimo, że stara wcale nie wyglądała na zużytą...

A nasza chatka ma tylko 24 metry kwadratowe. Co by to było, gdybym zdołał wybudować ponad stumetrowy dom, na który mam projekt i pozwolenie na budowę..?

Teraz, jak mawiała Lepsza Połowa, nawet bym coś zjadł - gdyby mi ktoś podał. Bo samemu to nie mam sił niczego robić...

No cóż - rozpalę zaraz w piecu, bo właśnie stygnę po pracy i robi mi się zimno. Różnych trunków mi nie brakuje, przezornie nabyłem też prawie-że-gotowe przekąski rozmaite. Przytulimy się z koćkodanem i jakoś przetrwamy do jutra. Jutro M. ma chrzciny piątego dziecka (i drugiej córki) - będzie zabawa, będzie się działo.

Na środę wieczór zamówiłem sobie pana, który przywiezie nowiutki rozrzutnik do nawozów. Trochę ich do rozrzucenia w tym roku mam:


A do tego jeszcze - za radą i na odpowiedzialność Permakulturnika - zestaw Małego Chemika do rozrobienia jako oprysk:


Pasowałoby wziąć na czwartek i piątek urlop. To powinno zagwarantować, że przynajmniej Pierwszy Padok zostanie nawieziony i być może także opryskany. Bo czy zdążę w dwa dni wszystko, czyli 7,5 tony na dwa pastwiska + oprysk - trudno powiedzieć. Niestety, w nocy z piątku na sobotę wylatuję do Szkocji na targi. Ewentualny dalszy ciąg zatem, dopiero w drugiej połowie kwietnia. Dlatego właśnie nie mam wyboru i przynajmniej jeden dzień urlopu koniecznie muszę wziąć...

Z tego samego powodu w poniedziałek koniecznie muszę jeszcze raz uruchomić ciągnik - i przestawić go tak, żeby rozrzutnik dało się od razu podłączyć. A jak mi starczy zapału i sił, to i te nawozy, które przeznaczone są na Pierwszy Padok - dobrze byłoby przyczepą przerzucić tamże. Przecież nie będę, jak w poprzednich latach, przejeżdżał z każdym załadowanym lejem przez Padok Zimowy: kto mi tyle razy otworzy bramę i przypilnuje, żeby stado dyla nie dało..?

Po raz pierwszy odkąd kupiliśmy ziemię, nie zakopię w tym roku skorupek po jajkach ze święconki na przepędzie, co zgodnie ze starym, litewskim zwyczajem, miało było gwarantować płodność stada. Płodność by się przydała - ogier jest już kupiony, czeka tylko na mój przyjazd z transportem. Ale jajek w tym roku nie będzie...

14 komentarzy:

  1. A propos i exilibris prasowania...
    Gdy kiedyś, na szczęście przez krótki moment, musiałem w koszulach do pracy chodzić szybko wymyśliłem, żeby prasować tylko przód i to nie cały... Resztę ukrywałem pod marynarką czy swetrem...
    Ale to był jeden z powodów, żeby miejsce pracy zmienić i wrócić do ulubionego stroju, czyli T-shirt a w chłodniejsze dni bluza z kapturem dodatkowo.

    Yeti

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie miałem lepszej pracy. Miałem lepiej płatne. Ale lepszej - nie miałem. A jeśli miałem pracę - to właściwie zawsze takie, które wymagały koszuli i marynarki...

      Usuń
    2. Mnie, na moje nieszczęście (?), nigdy nie interesowały na dłuższą metę miejsca pracy z dress codem...
      Stąd wolę sympatyczne, niekoniecznie kosmicznie płatne, gdzie liczy się działanie a nie ostrość kantów w spodniach czy klasa spinek przy koszuli.

      PS Może dlatego od dobry kilku lat jestem "na swoim" i nikt mi po pagonach nie skacze, że na grzbiecie np zaangażowany T-shirt...

      Usuń
    3. To nie jest tak, że obowiązuje mnie jakiś ścisły "dress code". Ale rozumiem i przyjmuję wymóg, że skoro jestem mordą firmy, to ta morda nie może być nieogolona i w łachmanach - bo takie jest "społeczne oczekiwanie", a skoro robię to, co umiem i nawet trochę lubię, to w ramach koniecznego kompromisu mogę takie "oczekiwanie" na minimalnym doprawdy poziomie spełnić. Od bezkompromisowości mam bloga!

      Usuń
  2. Z pewnością znajdziesz ten otwór do dolewania wody ( destylowanej?) Swiątecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znalazłem. Ale widzisz - nie wiedziałem, że woda ma być destylowana. Hmm... to w sumie nie problem? Też pozdrawiam!

      Usuń
    2. Na pewno nie jest to duży problem.:-)

      Usuń
    3. Kup lepiej wodę zdemineralizowaną. Woda na Mazowszu jest z tego co pamiętam dość twarda. Narzekałeś kiedyś na problemu z grzałką...

      Usuń
  3. Szanowny Panie Jacku! Z uwagą całą nasza 3- osobową rodziną śledzimy pańskie zmagania z materia która zwie się życiem.
    Po wielu miesiącach obserwacji (a może 2-latach?) zastanawiamy się czy sposób życia jaki Pan sobie wybrał jest dla Pana dobry. Może coś należałoby zmienić, zwłaszcza w sprawie koni które jak na razie nie dały Panu żadnej materialnej korzyści.Zaharowuje się Pan od rana do nocy, teraz jeszcze dodatkowo normalna praca i jak tu to wszystko pogodzić w pojedynkę.Czytamy także blogi innych kamikadze którzy postanowili zostać rolnikami czy hodowcami i zamieszkać na wsi.Niektórym wychodzi to tak jak Panu czyli nie za dobrze.Może nadzieja na lepsze jutro trzyma ich przy takim sposobie życia.Polecam ciekawy blog niejakiej Pani Indianki z Mazur Garbatych co także zmaga się z podobnymi do pańskich problemami i także w pojedynkę choć czasami namówi kogoś do pomocy w swoim gospodarstwie.Indianka także nie mając pojęcia o życiu na wsi wybrała sielskość.Ale" wsi wesoła, wsi spokojna "to trudna przeszkoda.Z drugiej strony dobrze że są tacy odważni co pognali za swoim marzeniem nie do spełnienia.My internauci mamy ciekawą lekturę która piszecie dla nas. Może napisze Pan jak widzi swoje życie w dalszej perspektywie i czy nie nachodzi Pana myśl żeby rzucić to wszystko i wrócić do cywilizacji? Wierni czytelnicy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aleś się uczepił...

      Usuń
    2. Jakoś mnie nie dziwi, że te konie są solą w oku. Polecam w szczególności film Jerzego Stuhra "Duże zwierzę". Wypisz wymaluj morał pasuje!

      A kolejne takie dywagacje będę bez miłosierdzia kasował. W ramach blogowej bezkompromisowości, na którą MOGĘ sobie pozwolić - co by więc miało mnie przed tym powstrzymać, a..?

      Usuń
    3. No, nie mogę.
      Czemu takie trujące jadem wpisy?
      Nie znam Jacka ani sytuacji, lecz te uszczypliwe komentarze są moim zdaniem nie na miejscu.
      Zwłaszcza w tej chwili.
      Wesołych świąt.

      Usuń
    4. Jak pisał ostatnio Jacek: to nie konie są dla gospodarki, ale gospodarka dla nich. Może i ja za mały bolek jestem, żeby zrozumieć, ale tyle do mnie dotarło. ;)

      A propos, u nas też wczoraj chrzciny: trzecie dziecko i druga córka.
      Pozdrawiamy serdecznie,

      Justyna &co.

      Usuń
    5. Polecam ciekawy blog niejakiej Pani Indianki z Mazur Garbatych co także zmaga się z podobnymi do pańskich problemami.. żartujesz,prawda?Ciekawy blog? Napisz,że blog jest o pracy na wsi -hahaha.Dostrzegasz gdzies owoce jej pracy-oprócz spraw jakie się przeciwko niej toczą?Nie przysło ci do głowy,dlaczego tam jest taka rozpierducha,nie dostrzegasz stanu technicznego budynków i wiecznych kłopotów finansowych autorki?Ciekawy blog...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...