środa, 29 kwietnia 2015

Bardzo długi poniedziałek

Doświadczenie dowodzi, że nasz koćkodan emeryt, Sylwestra, wytrzymuje bez przytulania i głaskania góra 10 godzin. Po tym czasie najpierw futro zaczyna tracić połysk i chore oczko ropieć, a potem - koćkodan szaleje. Ostatnio miałem wiele okazji do testowania wytrzymałości koćkodana na brak pieszczot przez wzgląd na ogrom robót polowych, któreśmy razem z Fiacikiem wykonali. Początek tego tygodnia był ich ciągiem dalszym!

Na poniedziałkowe popołudnie zapowiedział się M. z opryskiem na Wielki Padok. Po doświadczeniach z niedostateczną rozpuszczalnością Zestawu Młodego Chemika tym razem przygotowywałem miksturę w wiadrze, rozrabiając wszystko we wrzątku:


Daliśmy radę trzy takie wiaderka, każde w 400 litrach wody rozpuszczone wyrzucić na zdecydowanej większości powierzchni naszego głównego pastwiska - póki się filtr i dysze w opryskiwaczu nie zatkały.

Niestety, ale obawiam się, że łatwa rozpuszczalność jest dużo istotniejszą cechą dobrego oprysku, niż to się mogło pierwotnie wydawać. I chyba łatwiej, choć na pewno nie taniej byłoby mi tak, jak to zrobiłem w zeszłym roku, kupić granulowany Wap Mag z mikroelementami - taki Wap Mag dałoby się rozrzucić lejem, co oszczędziłoby mnóstwa czasu i kłopotów, w poprzednich odcinkach tego cyklu opisanych...

Kiedy rozrzucimy czwarte wiaderko, jak raz to na zdjęciu powyżej uwiecznione (dopiero przy ostatnim miałem chwilę oddechu gdy M. jeździł i rozpylał: wcześniej sprzątałem pod wiatą i przywiozłem - ostatnie - belki siana) tego na razie nie wiem.

W każdym razie trawa na Pierwszym Padoku, który w podobny sposób został potraktowany już trzy tygodnie temu jest, jak na nasze warunki i możliwości - zacna. Jestem zadowolony. Zdjęć dzisiaj nie pokażę, bo nie zdążyłem ich zrobić.

Na oprysku poniedziałek się nie zakończył. M. zostało sześć małych prosiaczków, które trzeba było sprzedać. Handel prosiaczkami odbywa się na ulicy przed placem targowym w Głowaczowie między 1.00 a 4.00 w nocy w każdy wtorek. A przedtem trzeba było jeszcze pojechać po małą przyczepkę na prosiaczki.

W efekcie koćkodan nie otrzymał potrzebnej jej do życia porcji pieszczot, ani nawet nie mógł ich braku skompensować przytulaniem się do mnie przez sen - bo prawie że nie spałem. Przynajmniej prosiaczki się sprzedały i nie za najgorszą cenę.

Poniedziałek zlał mi się dokumentnie z wtorkiem - i tylko dwa podpisy na liście obecności w pracy dowodzą, że to były dwa dni, a nie tylko jeden. Wtorkowe popołudnie nie wypadło wiele lepiej, bo z uwagi na termin wyjazdu Najmniejszego Złego koniecznie już musiałem stado odrobaczyć. Nie było to specjalnie trudne (niektóre z naszych koni mają własne zdanie, jak chodzi o przyjmowanie czegoś ze strzykawki dopaszczowo - ale fakt jest taki, że jak do tej pory zawsze mi się udawało i ten raz nie był wyjątkiem...), ale nim przywiozłem pastę, nim ją podałem - była już pora końskiej kolacji. No dobra - trochę wcześniejszej końskiej kolacji...

Tak więc zaległości w pieszczotach koćkodana zaczęliśmy nadrabiać dopiero minionej nocy. I jeszcze nie nadrobiliśmy, czego najlepszym dowodem jest obecność koćkodana na moich kolanach teraz - zignorowała świeże, tłuste mleczko które jej nalałem do miseczki, żeby sobie tu usiąść.

Zaraz zresztą nakarmię stado (na razie robali nie widziałem, ale to normalne - mają za to lekkie rozwolnienie, co też jest normalne...) i przyjmiemy wygodniejszą pozycję horyzontalną. Czego i Państwu życzę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...