sobota, 14 lutego 2015

Zero litości

czyli wszystko, co tylko mi się pod obiektyw tego ranka nawinęło, wiele nie przebierając, a zaczynając od kociambrów (czyli od końca):


Niby się tulą do siebie, a w oczach samo zło! W istocie rzeczy, koćkodan czarno - biały, domowy, przejawia ostatnimi czasy albo pierwsze objawy starczej demencji (pora by już była na to najwyższa, swoją drogą...), albo - patologicznej zazdrości. Ilekroć bowiem czarna koleżanka, bytująca zwykle na zewnątrz (noce spędzająca zaś na strychu chatki) zdoła dostać się do środka - a próbuje nieustannie...


czatując pod drzwiami całe dnie - Sylwestra mści się na nas za to niedopatrzenie paskudząc gdzieś pod wanną albo obok kibelka. Raz nawet zdołała efekt paskudzenia pod szafę wepchnąć, przez co Lepsza Połowa dopiero po dłuższym czasie źródło zapachowego skarzenia odkryć zdołała.

Za radą Lepszej Połowy zacząłem na wszelki wypadek sprawdzać buty przed nałożeniem!

Tak naprawdę wypchnęła mnie tego ranka z aparatem za drzwi chatki właśnie Lepsza Połowa dostrzegłszy nie tak znowu częste nad Boską Wolą zjawisko skrzyżowania korytarzy powietrznych:


Jeszcze z południa na północ lub odwrotnie to dość często latają, ale ten z południowego wschodu na północny zachód lecący


to rzadkość. Bodaj czy to nie ten korytarz, którym malezyjski pechowiec nad Ukrainę leciał..?

Zresztą nie wiem - nie fascynują mnie takie rzeczy. Grunt, że ładnie na tle nieba wygląda:


Przy okazji, choć nieco później, gdy widniej się zrobiło - uwieczniłem też moje dzisiejsze "zadanie domowe". Mianowicie wczoraj, gdy Lepsza Połowa rozpaliła w Herculesie coś tąpnęło i huknęło w kominowej rurze, po czym kolanko przy piecyku zasypane zostało spadającymi z góry, płonącymi węglami.

Wygląda na to, że smoła, która od całkiem niedawnej przecież wymiany rur końcowych zdołała nagromadzić się tam gdzieś wysoko - wzięła, zapaliła się i spadła na dół. Kolorek, którego nabrała rurka, zdaje się na to wskazywać:



No i dobrze - cug będzie lepszy. Bo ostatnio mocno dychawicznie ciągnęło. Ale trzeba tam wleźć (wciągając w tym celu za sobą drabinę na dach wiaty na drewno), zajrzeć do środka i sprawdzić. Jak trzeba - przetkać. Za co biorę się dosłownie za momencik...

Skoro już biegałem wokół chatki z aparatem, to uwieczniłem też i postępy w glebotwórstwie. Skończyliśmy - głównie Lepsza Połowa, mnie wszak nie ma w dni powszednie w domu - wykładać świeże guano na "stary" ogródek pod laskiem:


i lecimy z grządkami ogródka zasadniczego:


potem przyjdzie pora na dyniowy klomb przy wjeździe na posesję (wciąż jest tam niewielki dołek do zasypania). A sprzątanie generalne będzie oczywiście, tradycyjnie, na "pustynię". Może tym razem już przy pomocy traktorka..?

Zero litości to zero litości. Naszym brudnym i leniwym koniom też nie podarowałem:





Jak to zwykle o tej porze roku bywa, ceną za bezchmurne niebo jest (niewielki) mrozek i szron:


ale ładnie jest, nie ma co narzekać...


2 komentarze:

  1. Krystyna obawia się o przyszłość. Nie oszukujmy się lepiej mieć już nie będzie,a gorzej być przecież zawsze może. Jej zniechęcenie jest więc w pełni uzasadnione. Jej oczy rzeczywiście wyglądają jak samo zło.

    Co do tego korytarza... czy czasami samoloty do Smoleńska tym samym szlakiem nie leciały ;-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...