sobota, 3 stycznia 2015

Gorgonops, czyli podróż za jeden uśmiech albo przygody bez końca

Gdyby to nie był 2 stycznia, tylko zwyklejszy dzień roboczy taki, w którym nie wiadomo co jeszcze (oprócz wcześniej zaplanowanych rzeczy) może się wydarzyć, obróciłbym się na pięcie i wrócił do samochodu natychmiast po tym, jak zawiadowczyni na naszej stacji ogłosiła, iż "pociąg Kolei Mazowieckich z Warszawy Wschodniej do Dobieszyna wjedzie na peron 2". Dobieszyn fajna wioska - ale jeszcze tak nie awansował, żeby pociągi w niej kończyły bieg!

Że jednak był to 2 stycznia - zdałem się na "zastępczą komunikację autobusową". Która to przewiozła mnie i tych parunastu innych desperatów... nie, nie! Nie do Radomia, gdzie zmierzaliśmy. Do Bartodziej. Tam z powrotem do pociągu. I potem już prościuteńko na radomski dworzec. Z zaledwie półgodzinnym opóźnieniem. Co, biorąc pod uwagę, że wedle nowego rozkładu docieram teraz do Radomia o 7.05, a pracę zaczynam o 8.00 oznaczało tylko tyle, że za biurkiem siadłem nie o 7.25, góra 7.30 jak normalnie - a faktycznie o 8.00...

Z powrotem było gorzej. Wprawdzie naprawiono już zerwaną sieć trakcyjną i pociągi kursowały - ale jak! Znowu dojechałem do owych fatalnych Bartodziej, gdzie najpierw potwornie coś zaskrzypiało w pociągowej instalacji nagłaśniającej, a potem ozwał się głos kierownika pociągu który oznajmił, iż "z powodu konieczności połączenia składów, nastąpi półgodzinna przerwa". Półgodzinna przerwa trwała półtorej godziny.

Ech! Kolejarzem być! Widać że panowie (i panie) szanują robotę, nie zrywają postronków, statecznie i pewnie zmierzają do celu. Jak, nie przymierzając, polskie Pendolino o szybkości przedwojennego osobowego... Oni mają 2 stycznia cały rok!

Dzień wcześniej nasz koćkodan zyskał nowy przydomek. Przez to, że się zdradził! Od dawna podejrzewaliśmy, że to nie jest żaden kot, tylko ufoludek w kamuflażu, Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego akurat u nas zajmujący posterunek obserwacyjny w celu monitorowania rozwoju ziemskiej cywilizacji (i budujący gdzieś w Tajnej Bazie rakietę - co doskonale tłumaczy notoryczne znikanie różnych drobnych narzędzi i materiałów - w każdym razie: lepiej niż moja galopująca skleroza, nieprawdaż..?). Koty tak długo nie żyją!

No i właśnie w Nowy Rok koćkodan się zdradził. Leżałem sobie akurat bezwładnie na podłodze i oglądałem "Animal Armageddon"


Leżałem bezwładnie na podłodze NIE dlatego, że miałem kaca - bo nie miałem. Sylwestrową noc spędziliśmy przykładnie we własnym łóżku. Lepsza Połowa spała, ja mniej - bo od tygodni cierpię na bezsenność. Co tylko ułatwiło mi doglądnięcie tuż przed północą stada. Bez większej potrzeby bo chyba jedna Buba w ogóle zauważyła, że gdzieś strzelają. Strzelali zresztą mniej niż rok temu - a rok temu strzelali mniej niż dwa lata temu (i tak dalej, i tak dalej - albo postępujący kryzys, albo okolica się cywilizuje...).

Leżałem bezwładnie na podłodze powalony przeziębieniem. Jakoś wolne dni źle na mnie pod tym względem wpływają...

Akurat leciał odcinek o wymieraniu permskim. No i koćkodan bardzo alergicznie zareagował na gorgonopsy...


No nie sądziliśmy, że ona siedzi tu już tak długo! Doprawdy, niezłe osiągnięcie inżynieryjne. Sądzę raczej, że przebywa (gdy nikt nie patrzy) w jakimś równoległym wszechświecie, w którym czas płynie inaczej - bo dorobienie sobie pamięci sięgającej 260 milionów lat do tyłu patrzy mi na nieposilne zadanie...

Oglądałem rzeczony "Animal Armageddon" w telewizorze, nie na końputerze - tylko dlatego, że rzutem na taśmę w przedostatni dzień roku, ponownie zresztą (z konieczności...) ryzykując przejazd do Radomia samochodem (ta skrzynia biegów to był w sumie ważniejszy niż 2 stycznia powód, dla którego wczoraj zdałem się jednak na Koleje Mazowieckie...), wymieniłem dekoder. Który dzień wcześniej zepsuł się był.

Jasne: wielu z Państwa na coś takiego wzruszyłoby ramionami i wyrzuciło telewizor (u nas zwany "pudłem") - jeszcze jeden cywilizacyjny balast mniej, jeszcze jeden krok na drodze do minimalizmu, nieprawdaż..?

Ale czy ja kiedykolwiek twierdziłem, że przeniosłem się na wieś z powodów filozoficznych..?

Bynajmniej! Ja się przeniosłem na wieś, bo zwyczajnie nie byłem w stanie inaczej utrzymać takiego stada koni - i tyle...

Pudło to mimo wszystko jakaś rozrywka - osobliwie kiedy już nie ma sił na nic poza bezwładnym leżeniem na podłodze chatki.

Nie byłbym sobą, gdyby owa wymiana zepsutego dekodera przebiegła gładko jak ślizg po zamarniętej kałuży. Co to, to nie! Przygodom nie ma końca!

Okazało się, że w punkcie wskazanym mi przez pana z infolinii sprawdzić działania dekodera się nie da. Znaczy - wróć! Najpierw to w ogóle bardzo długo tego punktu szukałem. Tak go wcisnęli między McDonald a KFC w centrum handlowym, że dwa razy przeszedłem obok, nim w końcu zauważyłem. A jak już zauważyłem to okazało się, że wprawdzie antena satelitarna na dachu jest. Że nawet kabel od punktu na dach jest - a to jakieś 15 metrów, bo punkt to wysepka na środku pasażu pod przezroczystą kopułą i z tej wysepki kabel sterczy w górę jak... no, nie będę pisał jak co. Ale kabel z anteną nie podłączony. O czym infolinia nie wie.

Na szczęście pani obsługująca punkt okazała się przesympatyczna. Poza tym, zbliżyło nas to, że jej firma jest z Warki. Jakby bardziej już "moje" strony, nieprawdaż?

Kłopotu było co niemiara, bo punkt działa ledwo od dwóch tygodni i pani co chwila musiała dzwonić do kogoś bardziej kumatego. Ale koniec końców się udało. Dzięki czemu dowiedzieliśmy się o alergii koćkodana na gorgonopsy. Strasznie to musiały być wredne bydlęta! Howgh.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...