poniedziałek, 28 grudnia 2015

Kłopot stylistyczny

Ironia, autoironia, sarkazm to łatwe środki stylistyczne. Opowiadając o czymś w ten sposób, ujmuje się opowiadaną historię w cudzysłów, odrywa od żywego mięsa pospolitych zdarzeń, nadaje tej lekkości, która cechuje każdy na ogół dowcip - lekkości, która jest tożsama z płycizną, ale przez to właśnie - łatwa do przyjęcia dla Czytelnika i nie wymagająca odeń refleksji,  czy też, broń Panie Boże - rozrachunku z samym sobą. Ironia, autoironia i sarkazm to właściwe środki dla opisywania pospolitych, codziennych przygód, które się dobrze skończyły, jakkolwiek by to po drodze nie bolało.

Co innego, gdy autor staje twarzą w twarz z czymś, co pospolitą, codzienną przygodę z happy endem zdecydowanie przerasta. Czasem najprościej jest uciec w lakoniczność, to jest ograniczyć się do prostej relacji zdarzeń, ich emocjonalną interpretację pozostawiając Czytelnikowi. Trochę to jest chwyt nie fair, ale czytelnicy zwykle łatwo go akceptują, bo i dla nich bywa wygodny. Fakty każdy może sobie interpretować jak sam chce, interpretacji, która mogłaby uwierać tu czy tam - unikając.

I ta metoda jednak nie ma zastosowania do sytuacji, w której znalazł się Mojżesz stając przed płonącym  krzakiem, który się nie spalał i słysząc Głos. Dowcipkowanie o olejkach eterycznych, samozapłonach, czy zgoła omamach wywołanych uderzeniem w głowę (jak to zrobili skądinąd twórcy ostatniego holyłódzkiego hiciora o Mojżeszu, którego fragment jakoś mi przed Świętami przemknął przed oczami) nawet nie to, że jest nie na miejscu - takie dowcipkowanie po prostu nie oddaje istoty rzeczy, ono przeczy faktom, zamiast przydawać im blasku.

Sama sucha relacja to też za mało. Pan Bóg zwykł ze swoim stworzeniem postępować taktowanie i dyskretnie. Co oznacza również i to, że zwykle działa przez pośredników: świadków, na których spoczywa ciężar przekonywania ogółu. Świadek opowiadający, że widział to czy tamto i słyszał to lub owo, ale nie relacjonujący przekonania, jakie widziane czy słyszane w nim wzbudziło, jest mało użyteczny.

Pan Bóg, powtórzę, zwykł ze swoim stworzeniem postępować taktownie i dyskretnie. Ale jak już zapala ogniste krzaki, to nie pozostaje nic innego jak zdjąć gumiaki i upaść na twarz. I robić, co kazał. Niejaki Jonasz próbował inaczej - takoż Balaam - i co im z tego przyszło..?


Nie chciałbym, doprawdy, nasłuchać się od Buby tego, co Balaam od swojej oślicy usłyszał..!

Tak więc historia, o którą z właściwą sobie bystrością dopytywała się blogerka Kira jakiś czas temu, winna zostać opowiedziana. Tylko, że mam poważny kłopot stylistyczny - jak to zrobić..?

Byliśmy wczoraj z Marią Magdaleną świadkami bardzo wzruszającej ceremonii ślubnej. Ale teraz muszę już kończyć. Obiecałem pomóc sąsiadowi, a przedtem powinienem rozesłać cv do jeszcze kilku osób i skończyć naprawę ogrodzenia - a dzień krótki...

wtorek, 15 grudnia 2015

Selfie ze smołą

Około południa w Boskiej Woli zaczął padać śnieg. Krajobraz jest w tej chwili - pierwszy raz tej zimy -   iście bajkowy. Niestety, nie zdążyłem uwiecznić go na matrycy cyfrowej mojego aparatu. Kiedy skończyliśmy z M. rozciąganie folii (ostatni etap zewnętrznego uszczelnienia i ocieplenia piwnicy...) było już za ciemno na jakiekolwiek plenerowe fotografie. Poza tym spieszyłem się po owies (którego zresztą, koniec końców nie przywiozłem: pan mi tłumaczył przez telefon, dlaczego go nie ma w domu i dlaczego nie ma przygotowanego owsa, ale nie do  końca zrozumiałem przez hałas silnika i zły odbiór - grunt, że umówiliśmy się na jutro...).

Ponieważ jednak aparat leżał w zasięgu ręki gdy przeglądałem się w lustrze poszukując asfaltowych plam na fizjonomii, uwieczniłem to, co zobaczyłem:


Pokazuję głównie po to, aby zadać kłam. Plotkom, jakobym na ten przykład "zatrudniał firmę wykonawczą". Albo zgoła "miał pieniądze" (bo tylko ten, kto ma pieniądze, może coś zbudować, taaa..?).

Nie, proszę Państwa. Jak do tej pory nie było jeszcze na tej budowie takiej rzeczy, której bym się sam nie dotknął. Oczywiście pierwsze miejsce i większą zasługę oddając bardziej doświadczonym sąsiadom i przyjaciołom. Jak M., bez którego nie wykarczowałbym terenu, nie zalał płyty fundamentowej i stropu, a teraz - nie dokończył ocieplenia. Czy jak Mistrz Jan, który wzniósł ściany.

Producent tego kleju do wodoodpornego styropianu zaleca użycie benzyny ekstrakcyjnej do usuwania podobnych plam z fizjonomii i innych części ciała. Osobiście używam druciaka kuchennego z pastą BHP - schodzi. Może nie za pierwszym myciem, ale po trzech czy czterech już mało co widać...

Klejenie na szczęście właśnie się skończyło. Jutro spróbujemy odpalić Włocha i pozgarniać trochę ziemi. Czy będę miał czas na uwiecznianie bajkowej ponowy nie wiem, ale obawiam się, że wątpię. Czas, rzecz jasna, nie stoi w miejscu i nieopowiedziane przygody się gromadzą - ale co zrobić..?

wtorek, 8 grudnia 2015

Pocięte niebo i inne fotki

W kolejności chronologicznej, od zeszłego czwartku zaczynając - i bez opisu, bo nie starczy na to czasu. Muszę podjechać z M. do lekarza, a potem - robota woła...












poniedziałek, 7 grudnia 2015

Problem z imigrantami

Jesienna imigracja jest zjawiskiem normalnym. Wiele już razy opisywałem konflikt jaki w związku z tym wybuchał między nami, jako zasiedziałymi mieszkańcami, a bezczelnymi przybyszami. W tym roku jednak, można już mówić o regularnej wojnie. Czegoś takiego jak w Boskiej Woli mieszkam, nie pamiętam.

Komando napastników składa się (w tej chwili) z trzech lub czterech osobników. Pierwotnie było ich czterech lub pięciu, ale jednego poprzedniej nocy ubiliśmy. Jak twierdzi Maria Magdalena, której przypadkiem zdarzyło się spojrzeć w oczy jednego z nich - to fanatycy. Zdolni do wszystkiego!

Mimo, że wokół wciąż panuje obfitość pożywienia (nie wymawiając, sami trzymamy tuż obok chatki pękaty worek z owsem i dwa z końskim musli - jeden nawet nie otwarty jeszcze...), ci dżihadyści uparli się dobierać do naszych zapasów: chleba, mąki, kocich i psich chrupków, nawet masła i przypraw (rozbebeszyli woreczek z czarnuszką...). Robią to chyba przez czystą złośliwość, toż do owsa nawet wspinać się nie trzeba, a tu - nie tylko wspinaczka po kablach, pudełkach, po ścianie, nie tylko przegryzanie grubych, kartonowych opakowań, ale i - ryzyko schwytania.

Robią to dla adrenaliny? Dla idei? W poszukiwaniu nowych wrażeń smakowych? Z czystej złośliwości? Czy ciśnienie populacyjne tak duże, że do owsa dopchać się nie sposób..? Ale gdyby ten ostatni motyw wchodził w grę, to by przecież we wnętrzu chatki grasowały osobniki najsłabsze i najgłupsze - jak te, które w poprzednich latach topiły się w pralce, nie potrafiły wydostać z wanny czy z kosza na śmieci...

Wszystko mamy już popakowane w plastik lub w szkło. A i to nie przerwało conocnych, głośnych bardzo eksploracji terenu.

W sobotę wieczorem zastawiłem pułapkę. Jeden napastnik zginął. Cóż, kiedy dziś w nocy, jego kumple z zemsty nie tylko tak sprytnie wybrali z pułapki przynętę (koci chrupek), że nie zadziałała i nic się żadnemu z nich nie stało:


ale i zrzucili z pułeczki maselnicę, kompletnie niszcząc jej wieczko z przezroczystek plastiku tak, że ostała się nam jedno podstawka:


i ślady napastników:


Skoro chcą eskalacji - będą ją mieli! Dziś wieczór po raz pierwszy w historii użyję broni chemicznej. Zaopatrzyłem się w zaprzyjaźnionym sklepie ogrodniczym w Warce w trutkę...

Niestety, na tym muszę kończyć. Pranie się właśnie skończyło, pora biec do zajęć!

piątek, 4 grudnia 2015

I jak tu nie wierzyć w teorie spiskowe..?

Ledwo co opublikowałem wczoraj relację z moich nocnych przygód i charakterystycznych dla "sklerotycznego dziedzica" lęków o ziemię  - a licznik odwiedzin skoczył do nadprzestrzeni. Ki licho..?



Wykres dzienny nie pozostawia wątpliwości:


1290 odwiedzin pomiędzy 10:00 a 11:00. Przy czym źródłem tych odwiedzin były głównie Niemcy:


Na godziny rozebrać się tego nie da, ale 1557 odwiedzin z Niemiec w ciągu jednego dnia podczas gdy w skali całego tygodnia było ich 1800 dość jednoznacznie wskazuje, że cały ten pik między 10:00 a 11:00 zawdzięczam Wielkiemu Bratu zza Odry.

I to dosłownie "Wielkiemu Bratu" bo to prawie na pewno był boot śledzący, który wychwycił jakieś słowa kluczowe w moim ostatnim tekście, interesujące z punktu widzenia jego twórców (że to był boot o tym świadczy zarówno nienaturalnie ostry kształt krzywej - przy ruchu "naturalnym" nawet, jeśli szybko rośnie, to potem nie tak szybko z powrotem spada - no i brak komentarzy: średnio wypada mi jeden komentarz na ok. 100 odwiedzin, a tu co..?).

Nie to, żebym był zdziwiony! Z punktu widzenia interesów niemieckich na pewno warto wiedzieć - a, w razie potrzeby, także reagować - gdy w przestrzeni polskojęzycznego internetu pojawiają się hasła potencjalnie antyniemieckie.

O, na przykład takie:


Co nie..?

Skądinąd "na złodzieju czapka gore" i jeśli niemiecki boot wyszukuje haseł odnoszących się do wykupu ziemi (bo chyba nie do wygody podróżowania Kolejami Mazowieckimi..?), no to - proszę Państwa - jak tu nie wierzyć w teorie spiskowe..?

Poniekąd, coś takiego mogło wyjść tylko w tak niszowym i tak mało popularnym blogu jak mój - gdzie indziej wachnięcia typu "1000 w górę, 1000 w dół" ukryłyby się w tłoku... No i ten boot to zbyt inteligentny nie był, skoro zwykłe statystyki Google go wychwytują...

To, proszę Państwa, bynajmniej jeszcze nie koniec!

Otóż próbowaliśmy od pewnego czasu pomóc naszym sąsiadom i przyjaciołom, pp. M, w rozprowadzeniu niewielkiej nadwyżki produkcji rolnej w mieście. Spotkała nas całkowita, totalna, bezapelacyjna, beznadziejna porażka!

Nie dlatego, że produktom pp. M. czegoś brakowało. Choć oczywiście domowego wyrobu biały ser nie jest taki jak ze sklepu, itp., itd. Główny problem polegał na niemożności rozdystrybuowania tej - niewielkiej podkreślam - nadwyżki. Fizycznej niemożności. No bo jak tu rozprowadzić 20-kilowe wiadro kiszonej kapusty, skoro każda z warszawskich pań domu bierze nie więcej niż po pół kilograma..? Jak rozprowadzić półtuszę wieprzową, skoro nie ma chętnych na więcej niż 15 deka wędliny lub mięsa..?

Trzeba by mieć sklep - do którego przyjdzie w ciągu dnia 50 czy 100 takich pań. Rozwożenie po domach nie ma krzty sensu - bo nawet, gdyby to się kalkulowało (a nie kalkuluje się w żaden sposób...), to po prostu nie ma czasu na to, żeby odwiedzić 50 czy 100 domów! Już pomijając problem, skąd tyle chętnych do zakupu pań wziąć..?

Nie jest to pierwsza tego rodzaju porażka w mojej karierze wieśmaka. Właściwie powinienem był to przewidzieć. Oczywiście, że żadna z tych pań nie wystawiła nas (a głównie Marii Magdaleny, która się utargała tego wiadra kapusty jak górnik przodowy węgla...) ze złej woli. One raz, że są przyzwyczajone do powszechnej i nie podlegającej dyskusji obfitości dóbr (po co więc miałyby robić sobie kłopot - i ponosić KOSZT - magazynowania czegoś ponad bieżące potrzeby..?), a dwa - że na ogół nie mają GDZIE przechować więcej niż tygodniowego zapasu żywności.

Jakeśmy przyglądali onegdaj przedwczoraj z Marią Magdaleną projekty domów w katalogu, to "spiżarnia", nieodmiennie w postaci malutkiej wnęki, pojawia się w domach powyżej 80 m2 powierzchni użytkowej. A co mówić o miejskich mieszkaniach..?

Wszystko to oczywiście doskonale daje się wytłumaczyć wygodą i postępem. Ale czy czegoś to jednak Państwu nie przypomina..?

czwartek, 3 grudnia 2015

Przygoda w lesie

Gdyby ten pociąg nie był taki nowoczesny! Ale był: siedzenia może nie aż lotnicze i nie aż autobusowe (z dobrych, dalekodystansowych autobusów...), ale jednak ciut wyższy standard niż twardy plastik większości składów Kolei Mazowieckich. Cieplutko. No i komunikaty głosowe informujące o każdej stacji...

Te komunikaty najbardziej mnie rozluźniły! W nocy nie bardzo widać gdzie się jest, bo większość tutejszych stacji i przystanków kolejowych słabo oświetlona. Trzeba wypatrywać, żeby swojej stacji nie przejechać. A skoro mówią..?

Obudziłem się słysząc komunikat "następna stacja - Dobieszyn". No i co zrobisz..? Nic nie zrobisz. Trzeba było wyciągać kulasy i przeć do przodu. To znaczy, tak na dobrą sprawę - wstecz! Dobrze, że dzięki M. poznałem fajny skrót. Nie tylko oszczędziłem połowę drogi, ale i uniknąłem poważniejszej szkody na reprezentacyjnym obuwiu: utwardzona droga gruntowa przez samiuśki środek Puszczy Stromieckiej okazała się suchsza od szosy.

Kolację zwierzakom wydałem z zaledwie półtoragodzinnym opóźnieniem w stosunku do opóźnienia z góry zaplanowanego. To znaczy około drugiej w nocy. Właściwie można ją potraktować jako wczesne śniadanie, prawda..?

A jak one wszystkie się cieszyły..! Tak się cieszyły, że aż mnie olśniło. W bardzo poważnej sprawie.

We wtorek, o ile dobrze pamiętam, zajechał do mnie agent nieruchomości. Poszukujący gruntu pod posadowienie kurzej fermy. Był wcześniej, informował mnie pan Jan, ale wtedy akurat mnie nie zastał.

No więc zajechał, wyłuszczył w czym rzecz - i zapytał co ja na to..?

Ponieważ wyznaję zasadę iż nie należy palić mostów bez potrzeby, a poza tym, byłem zwyczajnie ciekaw jego reakcji podałem jakąś cenę - z sufitu wziętą, bo podobny areał w tej okolicy nigdy nawet nie osiągnął połowy tej kwoty, średnia jest trzykrotnie niższa, a sam kupowałem pięć razy taniej. Z góry też zaznaczając, że sąsiedztwa kurzej fermy sobie nie życzę, w ogóle to nie mam potrzeby sprzedawać gruntu, a wręcz przeciwnie, dużo chętniej bym dokupił - więc jeśli mam sprzedać, to całość i to tak, żeby mieć czas na znalezienie czegoś innego (z założenia przecież lepszego, nie gorszego...) i przeprowadzkę z menażerią. Poza tym, skierowałem go do M., który akurat ma działeczkę na sprzedaż, a pieniędzy potrzebuje bardziej ode mnie.

Do M., jak się upewniłem jeszcze tego samego wieczora, facet nie dotarł. Już to powinno mi było dać do myślenia! Albo to nie jest ten sam człowiek, o którym ze dwa czy trzy miesiące wcześniej opowiadał mi Radek, druh mój serdeczny, że ziemi pod kurniki szuka - albo ówże Radkowi prawdy nie powiedział. Ze słów Radka wynikało bowiem, że człowieka interesuje działka 3 do 5 ha i że ma bardzo ograniczony budżet na zakup ziemi, więc więcej niż publikowana na stronie ARiMR przeciętna wojewódzka (i tak wyższa sporo od lokalnej przeciętnej...) nie da.

No ale nic. Nie spodziewałem się więcej o nim usłyszeć...

Tymczasem - zadzwonił. I wcale nie zaczął od stwierdzenia: proszę pana, ziemia może być, ale nie damy więcej niż połowę tego, co pan powiedział... Co pozwoliłoby mi z honorem i bez dalszych dyskusji wycofać się z rozmowy. O nie! On zaczął od: ale czy pan na pewno podtrzymuje tę ofertę..?

Na szczęście dalej już nie było tak różowo. Kurniki zbudują - albo nie zbudują. Zależy, czy władza pozwoli. Więc to by musiała być transakcja terminowa i warunkowa - ze skutkiem dopiero po uzyskaniu prawomocnego pozwolenia na budowę i innych niezbędnych kwitów. Rok nie wyjęty.

A przez ten rok ja bym siedział jak dureń - ani budowy kontynuować, ani czego innego szukać (bo nie wiadomo, czy pieniądze będą...), już nie mówiąc o tym, że właściwie to i ślub trzeba by chyba przełożyć: no bo jak w takich okolicznościach starać się o dziecko..? I dobrze jak skończy się na jednym roku, bo i dwóch i trzech równie dobrze można się spodziewać...

Uff! Ale też nie takie znowu wielkie "uff" - bo temat bynajmniej nie umarł. Za długo zajmuję się umowami żeby nie widzieć przynajmniej kilku możliwości wyjścia z impasu...

No i gonitwa myśli - nieunikniona. Aż dziwne, że w tym pociągu zasnąłem! Chyba bardziej z wyczerpania emocjonalnego, niż ze zwykłej senności...

Idąc sobie przez las rozważałem różne warianty. Sprzedaż ziemi i zakup nowego gospodarstwa miałyby w sobie pewną matematyczną elegancję: jednym pociągnięciem rozwiązywałoby się kilka problemów naraz - bo i (potencjalne!) sąsiedztwo norek i środki na inwestycję i (być może...) problemy zdrowotne koni. Oczywiście zakładając, że istotnie uda się znaleźć nie gorsze, nie takie samo, a lepsze gospodarstwo: albo większe, albo z dużo lepszą ziemią, z jakimiś budynkami (choćby do remontu), co najmniej tak samo lub lepiej ustawne (może w jednym kawałku, a nie w dwóch, drogą przedzielonych.?) no i koniecznie - w takiej samej, relatywnej głuszy (ale nie tak znowu daleko od linii kolejowej przede wszystkim...). Głusza, jak niedawno stwierdziliśmy, jest dobra dla dzieci. Co stanowi tylko jeden z powodów, dla których oboje lubimy głuszę...

Biorąc pod uwagę entuzjazm pana agenta, który pewnie już sporo wiosek w okolicy zjeździł - brzmi to wszystko nader nieprawdopodobnie! Gdyby takie gospodarstwo gdzieś było na sprzedaż, to by je pewnie już kupował, na moje się nie zasadzając, prawda..?

Maria Magdalena stwierdziła, że gdy Pan Bóg człowiekowi ścieżki wyprostuje, to zaraz zjawia się Przeciwnik i roztacza miraże. Boję się, że cała ta elegancja jest takim właśnie mirażem - bo sto tysięcy może być przeszkód, o które podobnie skomplikowany projekt się rozbije, a my zostaniemy z pustymi rękoma. Nie to, żeby puste ręce miały nas przerażać - dopóki mamy siebie. Nie po to jednak pisałem dopiero co o obowiązkach wobec ziemi, żeby dać się teraz tak łatwo tych obowiązków pozbawić...

No i właśnie, gdy nasz Król Julian, czyli Mirasgul tulił się do mnie po tej późnej kolacji (albo wczesnym śniadaniu...) olśniło mnie. Jest w okolicy podobnych do naszego gospodarstwa rozmiarów działka, na której kurniki mogą sobie stanąć - a nas to nic a nic nie obejdzie..!



Lubię takie przygody - które się dobrze kończą i które można potem opowiedzieć Państwu siedząc przed końputerem przy porannej kawie. A opowiadam tę przygodę nie bez dydaktycznego zacięcia. Dwa aż bowiem z niej wynikają morały:

1. Nowsze i wygodniejsze nie znaczy lepsze!

2. Bolesław Prus wielkim pisarzem był.

wtorek, 1 grudnia 2015

Rozważny i romantyczna

Czy taki znowu jestem rozważny, to można mieć wątpliwości. Zwłaszcza po tym, co się stało wczoraj! No bo idę tu sobie cały zadowolony:


I nawet nie przyszło mi do głowy wpakować te paki styropianu do piwnicy (gdzie, tymczasem, jak się Państwo zaraz przekonacie, jest już - dzięki ciężkiej pracy Marii Magdaleny - całkiem czysto i sucho).

Inna rzecz - kilka wietrznych dni już w tym miejscu przeleżały i nic się im nie stało. W sumie to czekałem tylko na odrobinę słońca, żeby zacząć ocieplenie przyklejać... Nie przewidziałem tego, co nadeszło z zachodu wczoraj rano:


Potem przez trzy kwadranse było za ciemno jak na możliwości matrycy cyfrowej mojego Cannona. Padał grad - POZIOMO. Grzmiało i błyskało. Kilka razy "mrugnęło" światło w chatce. Kiedy wynurzyłem się na zewnątrz po tym katakliźmie, nad Boską Wolą wisiał już tylko ogon burzowej chmury:


a styropian zbierałem z krzaków po drugiej stronie Wielkiego Padoku! Oczywiście rozpakowały się i w konsekwencji w części porozpadały paki z tym droższym styropianem, wodoodpornym - a paka zwykłego styropianu przeleciała sobie całą drogę w całości i bez widocznej szkody.

Wieje nadal, choć już nie tak gwałtownie. I pada, ale nie grad, tylko zwykła mżawka. Jak mi donosi Maria Magdalena, na Żoliborzu padał nawet śnieg. No tak - w końcu to na północ od Boskiej Woli, prawda..?

Taki zadowolony byłem nie dlatego, że budowa dobrze (w zasadzie) idzie. Po prostu szedłem sobie w stronę mojej Przyszłej Żony, którą - biorąc pod uwagę to, co przeczytałem wczoraj na fejsie i za Jej zgodą - mam zamiar się Państwu właśnie pochwalić:


Proszę Państwa, gospodyni na naszym nowym tarasie:


Taras jest zdecydowanie in spe, bo mu jeszcze do ukończenia brakuje, a brakuje - ale gospodyni bynajmniej! W piątek odebraliśmy od jubilera obrączki. Przy czym mojej bez pomocy Marii Magdaleny, ludwika i jeszcze kilku przyjaciół nie da się zdjąć (i tak ma być..!). Podobno trzeba je jeszcze wodą pokropić - no ale to już ostatnie szlify, coś jak lakierowanie poręczy tarasu..?

Już w niedzielę pogoda zaczęła się pogarszać po bardzo słonecznym i pięknym przedpołudniu - stąd sesja fotograficzna, którą sobie zrobiliśmy po powrocie z Mszy Świętej w Warce była z konieczności krótka. Ale jeszcze wiele takich sesji przed nami! Nic mi się w życiu tak nie udało jak Żona. Jak się udało, to zresztą też na opisanie nie tylko zasługuje, ale wręcz opisania wymaga - jako świadectwo cudu. Jeśli ja tego nie opiszę, to kamienie wołać będą.  Zbieram się do tego zadania od pewnego czasu i pewnie jeszcze trochę mi to zajmie: musisz mi, Kochanie i Wy, Drodzy Czyelnicy, to opóźnienie wybaczyć - ale też pośpiech to wskazany jest tylko przy łapaniu myszy, n'est pas? 

Więc tylko kilka zdjęć z krótkiej, ale - moim zdaniem - bardzo udanej sesji.



Wejście do piwnicy naszego nowego domu.


Tu będzie -  jak to określa M. - "zakład przetwórstwa owoców, warzyw i runa leśnego", czyli moja... bimbrownia.


Tutaj kotłownia z piecem c.o.


A tu królestwo Marii Magdaleny (stąd poważna mina!): piwnica na zapasy, przetwory i "przydasie".


Z Figą. Niestety, większość starych cegiełek, z których miała być ułożona posadzka werandy przed głównym wejściem się zużyła - kupiłem za mało nowych i zabrakło na komin...



Na koniec: kobiety na traktory!

Stare cegiełki i kafelki, swoją drogą, znaleźliśmy chwilę potem podczas spaceru w obfitości. Ktoś wyrzucił:


Musimy je tylko pozbierać i przetransportować...

I to by było na tyle dzisiaj - troszkę się przejaśnia, więc czas się brać do roboty. Mam nadzieję że dużo dłużej to mi już przerwy od pracy za biurkiem nie zostało, więc im więcej zaległości przydomowych nadrobię, tym lżej będzie zimą.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Złamany ząb

Nazbierało się zdjęć. Tematów też się nazbierało. Czasu brak. Toteż w minioną sobotę, czekając aż zmięknie gotowana na kolację ciecierzyca, wrzuciłem przynajmniej zdjęcia. Chronologicznie i bez silenia się na dłuższe opisy, czasu było też niewiele - no i na koniec kliknąłem "Opublikuj" i nawet nie miałem kiedy sprawdzić, czy się aby naprawdę opublikowało... Jak widać - nie opublikowało się. Nadrabiam tedy...

Poniedziałkowy poranek, tydzień temu:





I ząb, w sobotę złamany:



ale balota dowiozłem


wszystko dla naszych milusińskich...


czwartek, 19 listopada 2015

Wszystkie kolory Jutrzenki

Owszem, mam pomysły na poważniejsze wpisy. Ale nie mam czasu. Nawet, kiedy cały dzień prawie leje - jak wczoraj - i niewiele da się zrobić. I tego "niewiele" na cały dzień starcza. Tedy trochę zdjęć jeno - w oczekiwaniu na Mistrza Jana, z którym dziś powinniśmy robić szalunki pod strop...:











Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...