niedziela, 30 listopada 2014

Zawrót głowy...

Jak się zapewne Państwo domyślacie, układałem sobie dzisiejszy tekst w głowie od tygodnia i miałem go już dobrze wycyzelowany. Zaczynać się miał był od enigmatycznego zdania: Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie mi jeszcze kiedyś jeździć fiatem...


Miał był, ale się nie zaczyna, bo zdarzyło się to, nad czym skądinąd też od tygodnia medytowałem. Nasz śliczny Fiat315 wjechał na lawetę (z tą lawetą to zresztą dłuższa historia i ta Państwa nie minie...) - ale zjechać z niej w Boskiej Woli już nie zdołał, Pan Sołtys musiał nas zholować. Ergo: nie mogę z sensem pisać, że jeżdżę fiatem - bo co najwyżej jestem nim holowany!


Nic wielkiego się nie stało (jak sądzę...) - ale po kolei.

Zacząć należy od tego, że mamy w Polsce jakąś szaloną wręcz koniunkturę. "Czarny piątek" czy inne takie!

Skąd taki wniosek..? Ano stąd, że prawie nie sposób wypożyczyć lawety. Wszystkie "są w Niemczech". Dopiero w Radomiu, więc niezupełnie po drodze (nasz wspaniały fiat mieszkał wcześniej tuż pod Czarnolasem, w majątku pana Jana Kochanowskiego, służąc głównie obsłudze czterech sympatycznych małopolaków), znalazłem wypożyczalnię, która lawetę miała.

Lawetę miała, ale już np. pasy do mocowania ładunku - nooo... panie dzieju... takie sobie...

W efekcie musiałem się wznieść na wyżyny całej mojej sztuki, z której jestem zresztą nieodmiennie dumny, żeby dojechać i ciągnika po drodze nie zgubić. Co też i zajęło odpowiednio dużo czasu.

Potem nie zdołałem go zapalić. Bateria padła. Muszę wymienić oba akumulatory i kupić prostownik, co zresztą dawno temu trzeba było zrobić.

Jak już stanął przed chatką (pamiętałem, żeby spuścić płyn z bloku i chłodnicy...), odwiozłem lawetę z powrotem do Radomia i wróciłem - to był późny wieczór i mnie się ciemno przed oczami robiło. Tudzież tytułowe zawroty głowy (które zresztą od kilku tygodni prześladują mnie raz po raz...) nie pozwoliły na żadne zdawanie pisemnej relacji tak od razu...

A dzisiaj wstałem godzinę wcześniej, żeby przywieźć sąsiadowi dwie duńskie jałówki aż zza Łomży, gdzie ma siedzibę ich importer. Na szczęście to akurat była wycieczka prosta, miła i szybka - ale i tak zawroty głowy mnie nie minęły.

W sumie, jak do tej pory przejechałem w ten łykend ok. 700 kilometrów, w 90% z ciężkimi ładunkami - i spaliłem 80 litrów ropy. Nieźle jak na 24-letniego diesla, nieprawdaż..?

W drodze powrotnej z jałówkami pojawiły się jakieś dziwne szmery i trzaski gdzieś pod maską Wendi. Przy zwiększaniu obrotów. Jakby się pasek klinowy o coś tarł albo łożysko zacierało.

Następny przystanek zatem: warsztat pana Tomka w sąsiedniej wsi...

niedziela, 23 listopada 2014

Kobieca strona mojej natury...

Kupiłem dzisiaj ciągnik.

Jaki?

Czerwony...


Nie nie, to nie jest fragment występu kabaretowego..!

Mimo wszystko, sądzę, że postąpiłem racjonalnie...

Nadludzkim wysiłkiem woli powstrzymałem się bowiem od kupienia w to miejsce tego niebieskiego cacuszka:


Cudo, prawda..? Z 1961 roku! I wciąż jest do kupienia, do czego serdecznie Państwa namawiam: takie maszyny się nie starzeją... Kobieca strona mojej natury wyła wręcz z bólu, gdy ją przekonywałem, że brak podnośnika z tyłu i ładowacza z przodu oraz niestandardowe umiejscowienie wałka napędu to jednak są poważne wady...

Nie powinienem w sumie się chwalić, bo nabytek jeszcze do mnie nie przyjechał i mogę zapeszyć tym sposobem. Zatem, żeby przesądom stało się za dość - żadnych szczegółów! Szczegóły będą za tydzień. Nie odpowiadam na pytania i komentarze dopóki maszyna nie stanie przed chatką.

Nie sądzę zresztą, żebym przez następne 5 dni miał czas na pisanie czegokolwiek... A i za następny łykend też ręczyć nie mogę: praca, praca, praca... No i chory jestem na dodatek.

sobota, 22 listopada 2014

I znowu świnie

Na okoliczność złej pogody jesiennej, udostępniliśmy stadu ponownie Pierwszy Padok - gdzieśmy od paru miesięcy nawet i nie chodzili, bo nie było po co. Ważne, że ma on bezpośrednie połączenie z Padokiem Zimowym, na którym stoi wiata, więc jak jest deszczowa i wietrzna noc, to sensownym wydało się przestawienie koni tamże, co by mogły się schronić (co oczywiście olały, bo mając 4 ha odrosłej już trawy, ani na moment nie zaszły się schronić - sądząc po braku śladów...).

Lepsza Połowa, która wzięła na siebie ciężar sprawdzenia ogrodzeń, popadła w szok, gdy zobaczyła skutki świńskiego świń świńtuszenia:





A wszystko to na najlepszym kawałku ziemi, jedynym gdzie - według mapy - mamy ziemię klasy IVb. I gdzie rosła sobie była najfajniejsza trawa.

I nie bez związku z faktem, że przy zbiorze kukurydzy z sąsiedniego pola, sieczkarnia rozsypała resztki także i po naszej stronie płotu:...


środa, 12 listopada 2014

Żry, rży i jedzie..!

To nieprawda, że jechałem z misją samobójczą. Tak naprawdę zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić, żeby ryzyko towarzyszące tej wyprawie zminimalizować. Problem polegał na tym, że tym razem, zupełnie ode mnie i moich wysiłków niezależnych czynników ryzyka było tyle, a możliwości ich kontroli tak ograniczone - że zrywając się w poniedziałek o 3.00 rano ze snu, czułem się jak załoga pancernika Yamato przed ostatnim rejsem...

Przede wszystkim: pasażerka!


Nigdy jeszcze nie jechałem z tak niepewnym koniem. Ba! Nigdy jeszcze nie przewoziłem tak młodego źrebięcia w pojedynkę: nawet Margire, gdy ją wiozłem do Krasnego, była już znacznie starsza - a w zeszłym roku Madeshir jechała do Czech z ojcem, chłopcy zaś do Kurozwęk we dwóch. W kupie zawsze raźniej! A taka podróż to ekstremalny stres dla konia.

Załadowaliśmy ją z M. na przyczepę w miarę sprawnie. Zajęło nam to tylko pół godziny. I nie wydarzyło się przy tym nic dramatycznego, ani godnego szczególnej uwagi. Oczywiście, musieliśmy ją praktycznie włożyć do środka, a nie stawała przy tym dęba głównie dlatego, że M. z wprawą założył jej pętlę z lonży na nos. Sukces tej części wyprawy leży głównie w tym, że nie kopała. Po prawdzie, tego akurat się po niej nie spodziewałem, bo jeszcze nigdy żaden z naszych koni nie kopał ludzi - i doświadczenie z Obe, najdzikszym koniem, jakiego kiedykolwiek znałem utwierdza mnie w przekonaniu, że przy naszym systemie wychowu, jest to po prostu niemożliwe. Dla powodów, które może kiedyś opiszę w felietonie dla "Gallopu". Płatnym!

No więc: załadowaliśmy. Zanim to się jeszcze stało, ubraliśmy jej drugi kantar: kantar jej matki. W którym M. specjalnie, dla lepszego dopasowania, wywiercił dodatkową dziurkę. Matki, a nie ciotki Melesugun (która ma najsolidniejszy - bo w razie ucieczki to ją łapię...), ani żaden z zapasowych (po prawdzie to zapasowego źrebięcego, jak się okazało i tak nie mamy...), bo kalkulowałem, że zapach matki może ciut pomóc uspokoić córunię.

Tak więc, jechała w dwóch kantarach, nałożonych jeden na drugi. I każdy z nich był oddzielnym uwiązem przywiązany do kółka w przyczepie. Każdy do innego - gdyby to kółko miało puścić...

Mimo to, scenariuszy potencjalnej katastrofy mogłem na poczekaniu wymyślić kilkanaście - i, rzecz jasna, wymyśliłem, bo niby co mogłoby mnie przed tym powstrzymać..?

Jakby naprawdę chciała, to i dwa kantary i dwa uwiązy też dałaby radę urwać. To tylko kwestia czasu. Może by się jej to nie udało przy pierwszym szarpnięciu, ale przy dwudziestym..? A nasza przyczepa delikatna... Już nawet nie tylko dlatego, że majstrowie ze Strzałkowa spier...lili przegrodę, którą ewidentnie do kupionego w Holandii kadłuba dorabiali (i ta spier...lona przegroda już mnie ongiś urwany środkowy palec u lewej ręki kosztowała...) - ustrojstwo, źle spasowane, sprężynuje i wypada z obejmów za lada dotknięciem. Nawet przywiązany koń jest w stanie z łatwością zwalić sobie całą przegrodę na bok (czemu staram się zapobiegać misternym systemem sznureczków i regularnym dokręcaniem luzujących się śrubek...). Koń uwolniony z uwiązu jest w stanie przerobić ten kawał metalu i skóry na dowolne narzędzie zniszczenia...

Dlatego poważnie się zastanawiałem, czy jednak nie pojechać BEZ przegrody..?

No tak - tyle, że przez ostatni rok buda ze skleiki tak się już sfatygowała, że przód w ogóle nie jest już połączony z podwoziem i tak się buja swobodnie góra - dół... Bez przegrody, która nie tylko ogranicza ruchy konia, ale też ściąga obie burty do siebie, półtora tysiąca kilometrów - i może się okazać, że nie trzeba zdenerwowanego konia, żeby przyczepę rozebrać... Poza tym - mądrzejsi ode mnie wymyślili przegrody w przyczepach, lepiej zostawić ją tak jak jest!

Nawet, gdyby Obe nie próbowała uporczywie się uwolnić, ze skutkiem katastrofalnym, i tak wiele złych rzeczy mogło się wydarzyć. Zaczynając od tego, że od tak wielkiego stresu, spokojnie mogła zejść na serce...

Kiedy pierwszy raz do niej zajrzałem, stając obok figurki przy zjeździe na Dąbrówki (gdzie wysadziłem M.), była cała mokra od potu, a poprzeczki mocujące przegrodę do burt, właśnie zaczęły się wysuwać ze swoich obejmów.

Poprawiłem co mogłem i świadom, że któryś z najgorszych scenariuszy właśnie się realizuje, pojechałem dalej. W Bożem zajrzałem po raz drugi: źrebię dalej było mokre, ale przegroda się trzymała, kantary i uwiązy też. Doszedłem do wniosku, że bardziej ją stresuje moje zaglądanie do środka, niż sama podróż (i zła i dobra rzecz w przewozie koni to fakt, że konie nie mają rąk: muszą zatem w odpowiedzi na ruchy środka transportu balansować ciałem i nogami - przez to, nie można ich wieźć dowolnie długo, bo wbrew pozorom, choć stoją, a nie chodzą, jest to dla nich bardzo męczące - ale za to, w normalnych warunkach, balansowanie tak je zajmuje, że już na nic innego nie mają czasu: dlatego zwykle, jeśli coś złego dzieje się z koniem w transporcie, to gdy transport stoi, a nie gdy jedzie - niebezpieczne są wszelkie postoje, nawet na czerwonym świetle!) i dałem jej i sobie spokój z zaglądaniem na pewien czas. Jakby zaczęła skakać, poczułbym to i tak...

Jechałem, jak zwykle, bezpiecznie i zgodnie z zasadami sztuki. Czyli tak, jak mnie mistrz Heniu Lasota uczył. Żadnych przeciążeń dla pasażera, których da się uniknąć. Jeśli skręcamy, to nie przyspieszamy. Jeśli przyspieszamy lub zwalniamy, to łagodnie, jak najłagodniej. Czego, rzecz jasna, nikt poza przewoźnikiem na polskiej drodze nie rozumie, a już osobliwie kierowcy TIR-ów i buraki w beemkach, którym tak manewrujący zestaw wydaje się ciotą, która pierwszy raz na drogę wyjechała i z upodobaniem trąbią albo zajeżdżają drogę...

No cóż: na TIR-y nic nie poradzę, ale przed beemkami po prostu nie hamuję... Nawet tocząc się powolutku, mam dość masy, żeby zrobić z takiego buraka mokrą plamę i jak dotąd większość z nich dostrzega ten fakt w porę...

Trudno sobie wyobrazić bardziej nużącą pracę niż przewóz konia. Jedzie się jak za konduktem pogrzebowym, wytężając wszystkie zmysły bez chwili odpoczynku: po pierwsze - żeby przewidzieć, czy aby nie trzeba będzie zwolnić lub zakręcić (a trzeba to przewidzieć zdecydowanie wcześniej niż inni kierowcy, żeby przeprowadzić manewr bezpiecznie dla konia), a po drugie - czy tam na przyczepie wszystko w porządku..?

Zdecydowanie wolałbym jechać wierzchem! Cóż, kiedy to abstrakcyjny pomysł w dzisiejszych czasach (nie to, żeby nie było ludzi, którzy tak właśnie postępują: ale nie zrobi się tego z marszu...): taki dystans, jeszcze ze źrebięciem plączącym się przy boku, trzeba by liczyć minimum miesiąc tam i z powrotem... A w tej chwili, może z wyjątkiem Melesugun, to żadna z naszych kobył w ogóle nie nadaje się do jazdy, nie mówiąc już o jeździe tak dalekiej: za dużo tłuszczu, za mało mięśni...

W dodatku jechałem sam. Bez pilota i zmiennika. Nie miałem sumienia kogokolwiek o pomoc prosić wiedząc, jak duże są szanse na terminalną katastrofę...

W konsekwencji pierwszy raz zmyliłem drogę już w Potworowie: zamiast na Tomaszów, pojechałem na rondzie na Przysuchę. Co zauważyłem na tyle późno, że nie było już sensu zawracać. OK - pomyślałem sobie - dojadę do "dwunastki" i w ten sposób na "gierkówkę" wjadę w Piotrkowie, a nie w Tomaszowie. Może by zatem jechać dalej prosto na Wrocław, a nie na Częstochowę, jak zwykle robiłem..? Skoro Wrocław ma już obwodnicę, a kawał "ósemki" wcześniej jest dwupasmowy..?

Tak też zrobiłem. A krótko za Przysuchą stanąłem na przystanku autobusowym i po raz trzeci w czasie tej podróży zajrzałem do małej... Która najwyraźniej zaczynała już obsychać (znakiem tego stres jej minął...), a w siatce z sianem, którą miała zawieszoną przed nosem, zdążyła już zniknąć połowa zawartości... Tylko dokładnie mnie orżała gdy wszedłem do środka - mocnym, donośnym altem. Uff! I dobrze, że Lepsza Połowa zmusiła mnie załadować dwie taczki siana na zapas!

Wysłałem wiadomość o treści jak w tytule tej opowieści - i, znacznie uspokojony, ruszyłem dalej.

Czekając na przejeździe kolejowym, już hen za Bełchatowem, uzupełniłem zawartość siatki z zapasu leżącego na podłodze przyczepy. Drugi raz zrobiłem to w okolicach Ząbkowic Śląskich, tankując paliwo. W Czechach pobłądziłem jeszcze co najmniej trzy razy. W efekcie dojechałem na miejsce... prawie dwie godziny wcześniej, niż się spodziewałem! Cała droga zajęła mi tylko dwanaście godzin i kwadrans. A nie czternaście jak rok temu.

Dzięki pobłądzeniu jakoś ominąłem część najgorszych podjazdów i zjazdów Wyżyny Czeskiej. O tym, jak bardzo się bałem jazdy w górach, opowiadał nie będę: jeśli ktoś z Państwa przypadkiem pracuje w drogówce, opowiadając o stanie technicznym naszej Wendi, ryzykowałbym utratę dowodu rejestracyjnego... W każdym razie poszło mi lepiej niż się spodziewałem: hamowanie silnikiem, jak zwykle, sprawdziło się w tej sytuacji. Sprzęgło, choć nie byłem go pewien, wytrzymało. A, jak każdy doświadczony patrolowiec, chcąc zapobiec przegrzaniu silnika, puściłem na maksa ogrzewanie i otworzyłem wszystkie okna...

Wjeżdżając do Humpolca od innej strony niż zwykle, obejrzałem sobie - w ostatnim świetle kończącego się dnia - całkiem fajny tor crossowy, który tam mają:


Nawet akurat jakiś zastęp wychodził na ostatnią pewnie tego dnia jazdę w teren...

Na miejscu, w Tuklekach, byłem punkt 17.00. Mała wyszła z przyczepy grzecznie, a do boksu (pierwszy raz w życiu!) dała się zapakować z minimalną pomocą moją i ciotki Jany, podczas gdy Petra prowadziła ją na lonży. Na zakończenie nawet dała mi się pogłaskać po głowie, czego przez pół roku w domu nie mogłem się doprosić...

Petra jest bardzo zadowolona z nabytku i pewnie szybko się małą pochwali. A ja, po raz kolejny, napawam się dumą z konia naszej hodowli! W pewnym sensie zachowanie Obe przypomniało mi naszą nieodżałowaną Dalię wlkp. Dalia też była nieznośna w sytuacjach trywialnych, codziennych i banalnych - przez co ci, którzy jej dobrze nie znali, spotwarzali ją opinią "panikary". Ale gdy kostucha zaglądała nam w oczy (a mieliśmy parę takich przygód razem...) - stawała niewzruszenie jak tarcza fennoskandzka.

Wygląda mi to na cechę dobrego konia bojowego.

Pozostało już tylko wrócić. Petra proponowała nocleg u siebie - i było to, w pewien sposób, kuszące i nawet rozsądne. Konie bym sobie za dnia obejrzał... Ale, z drugiej strony - wróciłbym do domu późnym wieczorem. A raczej w nocy. A dziś przecież trzeba do pracy. No i - prawdę powiedziawszy - bałem się też, że może się powtórzyć przygoda z naszego "pracowego" powrotu z Marsylii: ciężko doświadczony diesel nie zapali rankiem... (zapalił: w końcu pojechałem do Radomia samochodem - nie dałbym rady na piechotę ze stacji chyba...).

W drodze powrotnej wpadłem w rodzaj transu. W efekcie wjechałem na dwupasmową część "ósemki" nie zatankowawszy wcześniej (a tam nigdzie nie ma stacji benzynowej...) - a wkrótce zaczął mi też dziwnie pikać Viatoll, pewnie skończył mi się kredyt na koncie (ale było mi w tym momencie wszystko jedno...). Doczołgałem się, chwilę po północy, do pierwszego "MOP" za Wrocławiem, stanąłem na pierwszym dostatecznie dużym miejscu parkingowym - i rozłożyłem fotel.

Dwie godziny później obudziłem się w dużo lepszym stanie. Tyle, że w międzyczasie podniosła się gęsta mgła:

video

Tymczasem wskaźnik paliwa drgał w okolicach zera - a Viatoll pikał nerwowo na każdej kolejnej bramce...

Co było zrobić..? Jechałem. Jechałem. Aż dojechałem... 28 godzin po rozpoczęciu całej operacji, z czego 24 godziny - siedząc za kółkiem i jadąc.

I wiecie co..? Cieszę się, że żyję! Czego najlepszym dowodem jest to, że od prawie doby, oprócz bolesnych odcisków na stopach po 28 godzinach w najsztywniejszych, roboczych butach (do ładowania konia innych założyć nie mogłem, a na zmiany nie było potem czasu, trzeba było ruszać...), oprócz bolesnych, uporczywie się odnawiających skurczy większości istotniejszych mięśni szkieletowych, prześladuje mnie też bolesna, uporczywie odnawiająca się erekcja...

środa, 5 listopada 2014

Jabłuszka, jabłuszka...

Korzystając z pięknego dnia, Lepsza Połowa cyknęła fotki jabłuszek na zimowych futrach naszych kobył:




niedziela, 2 listopada 2014

Gigant roku

Miałem byłem popełnić dziś kolejny post ogrodniczy. Dziś, a nie wczoraj, bo chciałem nasze ziemiopłody uwiecznić przy pomocy matrycy cyfrowej aparatu fotograficznego, a gdy wczoraj skończyłem je wydobywać z boskowolańskiego piasku, było już na to za ciemno - no i nie chciało mi się, przez wzgląd na ból pleców i kolan, tudzież w sumie przyjemne, ale jednak ciut paraliżujące szczypanie poparzonych pokrzywami dłoni...

Okrzyk Lepszej Połowy "brama wyłamana!" tuż przedtem, nim zacząłem nasypywać do wiaderek owies na kolacje naszym czterokopytnym milusińskim, zmienił moje plany dość radykalnie. Co prawda, Lepsza Połowa zastrzegła przed chwilą, żebym tej przygody nie opisywał, ale:
- po pierwsze, to ja tu rządzę,
- po drugie, nie uważam, żebyśmy mieli się czego wstydzić...

No więc, wracając do rzeczonego ad remu: okrzyk "brama wyłamana!", choć przez chwilę miałem jeszcze nadzieję że tak nie jest, mógł oznaczać tylko jedno - kobyły poszły w las...

Jak stałem, w bezrękawniku, zwanym popularnie "kufaidłem", narzuconym na t-shirt, na szczęście w butach, a nie w klapkach (a nie chciało mi się tych butów zakładać...) wziąłem z chatki telefon, paczkę chusteczek, uwiąz i latarkę - i ruszyłem po śladach.

W świetle latarki tylko najwyraźniejszy trop dawał się jednoznacznie zidentyfikować. Mimo to, 3/4 pogoni poszło mi szybko i sprawnie - kobyły kierowały się dokładnie w to samo miejsce, gdzie Dyabeł je kusił podczas poprzedniej takiej ucieczki - wycieczki. Czyli do najbliższego handlarza końmi. Przesympatycznego człowieka zresztą (bywałem u niego kilka razy z M., z którym się przyjaźnią - no a dziś, z powodów, które wyjaśnią się poniżej, pojadę pewnie z flaszką...).

Kłopot zaczął się na skrzyżowaniu polnych dróg, jakieś 200 metrów od zabudowań owego handlarza - hen, hen za torami kolejowymi zresztą, bo to wcale tak blisko nie jest!

Trop na skrzyżowaniu wskazywał jednoznacznie, że kobyły poszły w lewo. Nie znalazłem żadnych śladów wskazujących na to, że mogły pójść w prawo (a że w prawo prowadziła dróżka bardzo sypkim piaseczkiem pokryta, to informacja ta była pewna), ani też, że mogły się cofnąć (jak wyżej). Nie było też żadnych śladów wskazujących na to, że mogły pójść dalej prosto - ale w tym kierunku droga stawała się dużo lepsza, więc dobrze ubita: nie było to już takie pewne.

Trop w lewo wyraźny był też tylko z samego początku, bo dalej jakość nawierzchni poprawiała się, więc i możliwe do zidentyfikowania w świetle latarki ślady trafiały się coraz rzadziej.

Najpierw poszedłem za daleko - spory kawał. Wróciłem i zacząłem krążyć po rozszerzającej się spirali wokół miejsca, gdzie znalazłem ostatni niewątpliwy odcisk kopytka. Dobrą godzinę zajęło mi odkrycie, że stado odbiło z drogi w stronę najbliższego gospodarstwa po prawicy. Gdyby nie pojedynczy, świeży bobek na trawiastym podjeźdźe... A potem kawałeczek oziminy z wyraźnym, świeżym tropem...

No i w tym miejscu, czyli na rzeczonej oziminie, moje zdolności tropicielskie uległy wyczerpaniu. Bo dalej były łąki. Spory kompleks. Większy od naszego Wielkiego Padoku. No - przynajmniej porównywalny!

Na logikę, powinny były tam zostać i paść się. Toteż, nie mogąc w żaden sposób zidentyfikować, gdzie polazły dalej - zacząłem chodzić po tej łące i gwizdać. Dokłanie tak, jak robiłbym to na Wielkim Padoku, zwołując stado na posiłek. W odpowiedzi usłyszałem rżenie. Żadnej z naszych - choć daleko, w tle, coś jakby Małe Złe tym swoim sopranikiem - ale zbyt niewyraźnie, żebym mógł ją w ten sposób namierzyć.

Niewątpliwie rżały konie handlarza. Które, jak mi potem powiedział, w ogóle były niespokojne i nawet jedna kobyła ze źrebakiem mu wyszła z szopy. Najpewniej czując naszą piątkę w pobliżu...

Co miałem zrobić? Poszedłem do pana Roberta po pomoc. Zostałem natychmiast przyodziany w bluzę roboczą - i cała ekipa ruszyła na poszukiwania. Wzięliśmy nawet jedną z jego kobył na tę łąkę w nadziei, że zwietrzy zbiegłe towarzystwo i albo da nam o tym znać zachowaniem, albo sprowokuje je do zbliżenia się. To akurat się nie udało, ale koniec końców, poszukiwania zespołowe odniosły skutek: część ekipy, wysłana samochodem do przodu znalazłe nasze uciekinierki... na tyłach nowo otwartego "Lewiatana" w Grabowie!

Opuściły łąki najmniej prawdopodobnym wyjściem, które dopiero po starannym zbadaniu wszystkich innych granic (po prawej - pastuch, wprawdzie bez prądu, ale cały, więc tamtędy nie przeszły, po lewej i z tyłu, od stron wsi - zasiewy, bez świeżych śladów...) zacząłem brać pod uwagę: po jednym z dwóch mostków nad rowkiem, oddzielającym łąki od ciągnących się dalej sadów i pól...

Jak by nie pomoc, pewnie też bym je znalazł. Ale zajęłoby mi to jeszcze ze dwie - trzy godziny. A i tak, dotarliśmy do domu o wpół do dwunastej w nocy. Czery godziny po rozpoczęciu pościgu. Towarzystwo bez kolacji zostało natychmiast zamknięte pod prądem na Wielkim Padoku - a ja padłem bez życia i do tej pory ledwo się ruszam.

Jak zejdzie przymrozek bierzemy się za sadzenie żywopłotu z topinamburów, które wczoraj pracowicie wykopałem i które miały, wedle pierwotnych planów, być głównym i jedynym tematem niniejszego wpisu. Za bardzo mnie plecy bolą, żebym właził na strych, zdejmował wiadro (pełne wiadro większych i dorodniejszych bulw zebrałem w celu konsumpcyjnym), czy też wyciągał ze szklarni taczkę (pełną taczkę mniejszych przeznaczyłem na zasadzenie) tylko po to, żeby robić im teraz zdjęcia...

A wszystko przez to, że Piękny i Dzielny Koń Lepszej Połowy, Koń Który Niczego Się Nie Boi (ani torów kolejowych, ani maszyn czy ludzi, ani mostków nad rowkami...) nudzi się i chciało jej się świat pozwiedzać - w poszukiwaniu przyszłej wiosny, jak sądzę:




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...