środa, 29 października 2014

Niespełniona miłość

czarno - białego koćkodana, emeryta


do ryb, krewetek i muli (i zapewne innych owoców morza: jak do tej pory innych jednak nie wypróbowaliśmy, nie było okazji...) nieodmiennie kończy się tak samo: womitacją pożartego "frutti di mare" parę minut po jego łapczywym pożarciu.
 
Tak też było i wczoraj, kiedy to zlitowaliśmy się po pół godzinie wysłuchiwania natrętnego bleczenia - i podzieliliśmy się ostatnimi z muli, które nabyłem w poniedziałek w świeżo otwartym radomskim Auchan (przy okazji wizyty w Praktikerze po różne rzeczy potrzebne do uszczelniania okien i drzwi: okazało się zresztą, że większość z nich taniej jest właśnie w Auchan nabyć...). Mulom właśnie w poniedziałek kończył się termin przydatności do spożycia - "promocja" na nie, faktycznie cenowo bardzo atrakcyjna, miała była trwać do środy, czyli do dzisiaj - założyłem, że skoro dyrekcja "Auchan" jest pewna, iż nawet dwa dni po terminie ważności mule wciąż nie wywołają masowych zatruć, jeśli ktoś je kupi i spożyje, to i my możemy je spokojnie zjeść. Które to założenie okazało się zgodne z prawdą.
 
Minus, naturalnie, reakcja koćkodana. Która jednak jest nieodmiennie taka sama, niezależnie od tego, co rybno - morskiego dostaje do zeżarcia (bodaj jeden olej z puszki po sardynkach przyswaja - no ale to niedokładnie to samo, nieprawdaż?). A wszystko bardzo, ale to bardzo jej smakuje i strasznie walczy, żeby to dostać! No i co zrobić z takim przypadkiem..?
 
Koćkodan wyhodował sobie całkiem przyzwoite i odpowiednio cieplusie oraz mięciusie zimowe futerko, nader błyszczące - osobliwie w świetle słonecznym lub w blasku ognia z "Herculesa", przy którym namiętnie się wyleguje, gdy tylko nasza koza osiągnie stosowną temperaturę. Ale, jak zauważyła nie dalej jak wczoraj Lepsza Połowa, pod tym futerkiem z łatwością można już nie tylko wymacać, ale i nie macając - wszystkie kręgi i żebra policzyć. No cóż - starość! Nie od dziś wiadomo, że czas koćkodana kiedyś wreszcie dobiegnie końca - choć lata mijają i jakoś się ta przepowiednia nie sprawdza i nie sprawdza - a Lepsza Połowa jak wdychała prochy na alergię, tak wciąż musi je wdychać...
 
A propos dziwnych zachowań zwierząt: dorobiliśmy się w chatce wyjątkowo zboczonych kulinarnie myszy. Musi ich być cała, liczna rodzina - bo już dwie padły (jedna od nadmiernego ulegania owemu zboczonemu upodobaniu, o którym za chwilę - jak sądzę: bo Lepsza Połowa znalazła ją rano martwą w wannie... - a drugą Krystyna złapała w niedzielę, kiedyśmy walczyli z ciężarem wtargiwanej do chatki sofy i mogła bezkarnie buszować w środku, na co zazwyczaj jej nie pozwalamy), a proceder jak trwał, tak trwa.
 
O co chodzi? Ano - myszy z upodobaniem zjadają... mydło! A jak mydła nie ma (bo Lepsza Połowa zapakowała je do podróżnej mydelniczki), to przerzucają się na zmywaki kuchenne lub gąbkę. Byleby tylko cokolwiek, co miało do czynienia z używanymi do zmywania i mycia estrami.
 
Nie byłoby w tym może niczego specjalnie dziwnego - a jedynie świadectwo, że cała żywność przechowywana w naszej chatce jest dobrze zabezpieczona i gryzonie nie mają innego wyjścia.
 
Nie byłoby - gdyby nie jeden szkopuł. Tuż za ścianą chatki (a wiemy dobrze, że liczne tunele i nory łączą wnętrze z zewnętrzem...) stoi sobie worek owsa... Worek owsa którego, odkąd Krystyna nocuje na strychu - przez całą noc (i pół dnia: wczoraj dopiero koło dwunastej zdecydowała się zejść na dół...) nikt nie pilnuje!
 
Czyżby również wśród myszy panował terytorializm i myszy "zewnętrzne" nie dopuszczały tych "wewnętrznych" do najlepszego w całej okolicy żerowiska..? Ale przecież tego owsa starczyłoby dla wielu tysięcy myszy - a my jednak nie mamy tu więcej niż kilka. No, może kilkanaście..?
 
Ot - zagadka natury...

wtorek, 28 października 2014

Oficjalny początek zimy

co z tego, że nie kalendarzowy..?
 
W każdym razie dziś rano po raz pierwszy w tym sezonie musiałem odmrażać kran pod wiatą dla koni, bo zamarzł - a czarny kot, nocujący na strychu chatki odmówił zejścia na śniadanie. Jak co roku, te dwa wydarzenia połączone razem oznajmiają Oficjalny i Prawdziwy Początek Zimy, amen.
 
 
Że się powtarzam..? A zima to się niby nie powtarza..? Co roku..? No sorry, ludkowie, taki mamy klimat!
 
Niewiele umiem. Bez fałszywej skromności przyznaję natomiast, że wśród tego "niewiele" z całą pewnością znajduje się umiejętność snucia opowieści. Najlepiej w piśmie - bo refleks mi zbyt często nie dopisuje, żebym miał to robić z przyjemnością i pożytkiem na żywo.
 
Całe nieszczęście polega na tym, że posiadłszy umiejętność snucia opowieści, nigdy nie wyrobiłem w sobie  dostatecznej dyscypliny, aby zostać pisarzem: to nawet nie o kreatywność chodzi, tylko właśnie o dyscyplinę - żeby wracać do jednej i tej samej opowieści wciąż i wciąż, aż będzie wreszcie gotowa. Błeee...
 
W konsekwencji nie jestem zdolny do snucia opowieści zmyślonych (w każdym razie tak od początku do końca...) - tych bowiem, bez owej koniecznie niezbędnej dyscypliny, pisując tu i ówdzie, nawet może całkiem często, ale jednak od przypadku do przypadku i nie trzymając się jednego tematu - w sensownej i sprzedawalnej formie stworzyć się nie da.
 
Co mi zatem pozostaje innego niż trzymanie się faktów..? A skoro trzymam się faktów, to i powtarzam się, bo fakty się powtarzają - jak to w przyrodzie. Q.e.d.

poniedziałek, 27 października 2014

Drobnomieszczaństwo w natarciu

Długośmy w minimalizmie nie wytrwali. Wczoraj do naszej chatki wjechała nowa (choć używana) sofa. Mniej więcej taka, tylko obicie trochę bardziej awangardowe ma:
 
 
Wjechała nie bez przygód. Ciężkie to jak grzech. Żeby w ogóle zmieściła się w drzwiach naszej chatki, musieliśmy ją rozłożyć na części składowe - a i tak Lepsza Połowa kuleje teraz na prawe kolano, a ja na lewe. Dobrze chociaż, że symetrycznie, to jak jesteśmy razem, nie potrzebujemy kul...
 
Ale nie powiem, nie powiem - spało się całkiem wygodnie. A i siedzi się dużo lepiej niż na podłodze. Koćkodan był z początku sceptyczny (trudno powiedzieć dlaczego: czy dlatego, że tam, skąd ją zabrałem też jest kot, który niewątpliwie sygnatury zapachowe zostawił, co się zaborczej Sylwestrze nie może podobać, czy dlatego, że przejść pod spodem nie sposób, a przywykła...), ale gdy w "Herculesie" zgasło nocą ostatnie polanko i w chatce zaczęło się robić chłodniej, chcąc nie chcąc wskoczyła na swoje stałe miejsce u mojego lewego boku.
 
Sofa jest nieco szersza od produktu Ikei, no i ma te rozłożyste poręcze, Bóg wie do czego właściwie potrzebne (poza tym, że dają razem chyba z połowę całkowitej masy mebla, czyniąc go przez to wywrotnym, gdy nie stoi, a jest na ten przykład przenoszony...). W efekcie, w ciasnym wnętrzu naszej malutkiej chatki, żeby w ogóle dało się otwierać choć w pewnym stopniu szafę, musieliśmy ją maksymalnie dosunąć do komina. Na razie to bez znaczenia, ale obawiamy się, że gdy przy większych mrozach palić trzeba będzie intensywniej - to się może zajarać... No cóż: trzeba będzie na noc kubeł z wodą przy piecu stawiać i tyle...
 
W sumie udany łykend, jeśli można to tak określić. I komin skutecznie przetkałem i sofę przywiozłem: niby nic, ale całkiem jestem z tego ostatniego osiągnięcia zadowolony! Obróciłem o 180 stopni zestaw Patrol + przyczepa na działeczce mało co większej od znaczka pocztowego. Fakt: trochę to trwało! Ale nawet jednej ryski ani na zestawie, ani na okolicznych płotach czy zaparkowanych samochodach... Znakiem tego: wciąż jeszcze umiem coś więcej niż tylko opowiadać.
 
Ale dobrze że już poniedziałek. Można usiąść za biurkiem i kapeczkę odpocząć...

sobota, 25 października 2014

Siedzi kominiarz na kominie...

i... prawdę powiedziawszy, dalej nie pamiętam..?

W każdym razie operacja się udała, na co mam mocne dowody w postaci zdjęcia:


oraz oczywistej aprobaty eksperta:


Byłem gotów improwizować, ale na targu w Warce od razu znaleźliśmy potrzebne narzędzie. Co prawda - wymagało drobnej modyfikacji:


albowiem oryginalna szczotka, w którą było zaopatrzone, nie dawała się WYJĄĆ z naszej, niestandardowo wąskiej rury nawet po pozaginaniu ząbków:


W efekcie cały przewód kominowy zyskał wprawdzie na czystości, ale stracił na trwałości. Przedostatnia rura (ostatnią, jak zapewne pamiętacie, wymieniłem...) wyszła bowiem z komina razem ze szczotką, którą doń wepchnąłem - i z izolacją termiczną, której oczywiście już się nie dało odtworzyć. Od tej pory smoła będzie się kondensować o metr niżej niż poprzednio...

No cóż: spróbujemy tam jeszcze jakąś izolację wepchnąć, choć bez burzenia komina nie będzie to łatwe.


Drobnej regulacji wymaga też najniższy element, czyli łączenie kolanka z samym "Herculesem". Że się to wysunęło i zrobiła się mała szczelina zauważyła Lepsza Połowa dopiero po rozpaleniu w piecu. Trzeba się więc będzie tym zająć jutro rano, gdy wszystko ostygnie...

czwartek, 23 października 2014

Ale rura!

Ledwo wszedłem do chatki (Lepsza Połowa właśnie zbierała stado z pastwiska, bo i zmierzch zapadał powoli...), a od razu wiedziałem, że coś poszło nie tak. Ba! Nawet wiedziałem co. Próba rozpalenia w "Herculesie".

Skąd wiedziałem..? No cóż: w chatce było nieco bardziej chłodno, niż bym przypuszczał. I wciąż unosił się zapach spalenizny. Przy "Herculesie" zaś leżało przygotowane do spalenia drewno - ale ogień w nim nie płonął...

Zdjąłem służbowy mundurek, założyłem ciuchy robocze, wziąłem drabinę, wszedłem na dach wiaty na drewno, wciągnąłem drabinę za sobą, przystawiłem ją do dachu chatki - i wspiąłem się na samą górę samej góry, co by zobaczyć, co z kominem.

Ano to:


Co prawda, jak widać - bynajmniej całe światło rury nie zostało jeszcze przesłonięte. Jedno z dwojga zatem: albo i tego wystarczyło, żeby całkowity brak ciągu spowodować (sądząc po opowieści Lepszej Połowy o tym, jak to wszystkimi otworami z "Herculesa" dym do wnętrza chatki poszedł tak, że potem przez dwie godziny wietrzyć musiała...). 

Albo - i ta hipoteza na razie wydaje się bardziej prawdopodobna (ostatecznie, od wiosny nie paliliśmy, ergo: od wiosny cały ten syf nie przyrastał, bo niby z czego - zatem, skoro wiosną udawało się nam palić, to i teraz powinno było się udać, nieprawdaż..?) - coś się musiało oderwać i spaść niżej i blokuje bardziej.

Bo z góry patrząc, to tak obrośnięta jest tylko ostatnia rura naszego przewodu kominowego. Co jest, skądinąd, całkiem logiczne: tylko ona nie jest izolowana od otoczenia specjalną wełną mineralną i bloczkami. Tam więc, schładzanie unoszącego się z dołu dymu zachodzi najintensywniej i stąd osad.

No nic: jeśli coś dalej blokuje komin, to jakoś sobie z tym poradzimy. Jutro. Albo w sobotę.

Z rurą ostatnią poradziliśmy sobie, jak sądzę, nie najgorzej.

Oczywiście: wyłącznie dzięki przytomności umysłu Lepszej Połowy!

Ja tam najpierw próbowałem kawałkiem drutu, potem młoteczkiem - akurat coś mi szło...

Ale najpierw zauważyłem, że przecież te rury są tylko włożone jedna w drugą - i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby tę zapaćkaną zwyczajnie wyjąć.

A Lepsza Połowa, gdy jej ją podałem na dół i przekonała się, jak ten osad jest twardy, natychmiast przypomniała sobie, że mamy na strychu co najmniej dwie w zapasie...

Zdjąłem tedy drabinę z dachu, postawiłem ją z powrotem na ziemi, zlazłem z dachu wiaty na drewno, przeniosłem drabinę pod wejście na strych, wlazłem na strych, zdjąłem nową rurę - a następnie wykonałem wyżej opisane czynności w odwrotnej kolejności.

W wyniku czego mamy teraz na kominie nowiuteńką, błyszczącą rurę:


a stara rura leży sobie na dole i czeka aż wymyślimy, jak ją wyczyścić:


Na razie jedyne, co mi przychodzi do głowy, to puścić strumień wody i czekać, aż się rozpuści.

Tylko szlauch musi w tym celu odmarznąć.

Co powinno nastąpić, o ile prognoza pogody nadal będzie się sprawdzać - w niedzielę.

A na razie, na wszelki wypadek, zdjąłem też ze strychu konwektor...

środa, 22 października 2014

Ostatni ciepły dzień jesieni

Wedle prognozy pogody (która, co prawda, ostatnimi czasy rzadko się sprawdza...) za kilka godzin ma się rozpocząć coś w rodzaju lokalnego potopu (casting do roli patriarchy Noe w remizie Ochotniczej Straży Pożarnej w każdą sobotę od 11.30 do 11.45...), który to potop ze zmiennym natężeniem potrwa około doby. Następnej nocy niebo ma się rozchmurzyć, a temperatura spadnie poniżej zera - i raczej do wiosny już nie powróci do tak komfortowych kilkunastu stopni na plusie, które mieliśmy ostatnimi czasy...

Prognoza, jako się rzekło, sprawdzi się albo się nie sprawdzi - ale, na wszelkie wypadek, zrobiliśmy co było w naszej mocy, żeby się przygotować. Przede wszystkim, w poniedziałek nareszcie zakończyłem tegoroczną kampanię drzewną:


Jesteśmy zatowarowani na ponad 90% dostępnej objętości magazynowej opału. Nie wykluczam, że w jakiś ładny, a swobodny łykend, zetnę jeszcze kilka młodych brzózek - ale to już nie będzie miało większego znaczenia dla naszych przygotowań do akcji "zima".

Lepsza Połowa zebrała i pracowicie zachomikowała w różnych miejscach dyniozbiory:


Tuzin dyń zawiozę jutro koleżankom i kolegom z pracy. Na klombie zostały tylko egzemplarze niedojrzałe lub uszkodzone. W taki lub inny sposób..:



Mamy pełną świadomość, że większość naszych zbiorów rychło i tak zgnije. Ale co zrobić..? Zbiór słoiczków z przetworami na strychu też jest już znacznie okazalszy niż rok temu - i wygląda na to, że nie przejemy...

Chyba, że nam gryzonie "pomogą". Starczyło, że na niespełna pół godziny wyszliśmy z chatki, co by harcujące po Padoku Zimowym stado obfocić - aby po powrocie znaleźć ślady mysich zębów na... kotlecie mielonym, czekającym na patelni na usmażenie!

Dorobiliśmy się mięsożernych myszy..?

I to w czasie, gdy nierób czarno - biały, domowy, drychł snem sprawiedliwego na swojej podusi i nawet pozycji nie zmienił przez czas naszej nieobecności:


Hmm... zamienić domowego nieroba na czarnego łowcę..?

poniedziałek, 20 października 2014

Eksterminatorka

Przed:

W trakcie (uwaga - drastyczne!):

video
I po:


A czarno - biała niedojda może co najwyżej zazdrościć:


To prawda, w trakcie kręcenia tego filmu zginęła mysz. Ale to zła mysz była! Kradła nasz owies...

niedziela, 19 października 2014

Zguby i znalezisko

Zniknął gdzieś nasz sierp. Co Lepsza Połowa zauważyła, gdy próbowała go wziąć i ściąć koniom na lunczyk ostatnie kukurydze z naszego dyniowego klombu. Co prawda, szukając sierpu (który mógł się był zawieruszyć gdy ścinała coś poprzednim razem - ja go z pewnością nie dotykałem od powrotu z Chicago...) znalazła w trawie jeszcze jedną, ostatnią dynię Hokkaido - o których myśleliśmy, że już wszystkie gdzieś sobie poszły (podobno, gdy mi to powiedziała, pysk mi się wykrzywił niewymuszonym uśmiechem czystej szczęśliwości - na myśl o kluseczkach...).

Ale za to - ja zauważyłem (rąbiąc za chatką drewno) - że nie ma mniejszej z naszych siekier. Której, prawdę powiedziawszy nie używałem - ale właśnie zacząłem się za nią rozglądać, bo siekiera zasadnicza właśnie się poluzowała na trzonku, a ciutek rąbania jeszcze mi zostało do końca sezonu...





W sumie jesteśmy do tyłu. Sierp mógł się zgubić - ale jest to mało prawdopodobne: Lepsza Połowa jest aż do przesady porządna i jak do tej pory raczej nie gubiła rzeczy. No a siekiera..?

Obawiam się, że żadnego naturalnego wytłumaczenia dla zniknięcia siekiery nie ma. I, podobnie jak większość dyń Hokkaido, zarówno siekiera jak i sierp - komuś się przydały, gdyśmy nie patrzyli...

Aż dziw, że nie przydał się leżący tuż koło sierpa młot..!

sobota, 18 października 2014

Na drodze do minimalizmu

napotkaliśmy ładnych paręnaście lat temu sofę rozkładaną z Ikei o nazwie "Lycksele". Idealnie pasowała do naszej mikroskopijnej kawalerki w centrum Warszawy. I nadal, tak prawdę powiedziawszy - niewiele się pod tym względem zmieniło. Nasza chatka jest raptem o trzy metry kwadratowe większa...

Cóż - kiedy oprócz kompaktowych rozmiarów, ów produkowany w Rumunii mebel, wykazał w toku użytkowania cały szereg wad.

Kiedy pierwsza się nam roz...yła po bodaj osiemnastu miesiącach - wzięliśmy i kupiliśmy zwyczajnie drugą, taką samą. No bo materac już był i pokrowiec i - nie bardzo była inna, która by pasowała do rozmiarów lokalu (jako rzekłem na początku).

Po przeprowadzce do Boskiej Woli już nie było tak łatwo wywalić nam 750 zeta na samą tylko sofę (chatka kosztowała nas 1500 złotych, więc sofa za 750 zaczyna robić różnicę...). Podjęliśmy tedy heroiczną walkę o utrzymanie jej w stanie używalności, choć projektant i wykonawcy zrobili, co tylko było w ich mocy, aby nam to uniemożliwić.

Rozchodzi się przede wszystkim o to, że metalowy szkielet (z miękkiego żelaza moim zdaniem...) jest spawany. A spawy zostały umieszczone tak, że działająca z góry na dół siła, z jaką nasze ciała przyciągają się wzajemnie z Matką Ziemią rozpycha owe spawy na boki. Nawet, gdyby były zrobione w Niemczech, a nie w Rumunii - i tak musiałyby się po jakimś czasie poddać. Te rumuńskie nawet na moje oczy - a majsterkowiczem w żadnym razie nie jestem - zostały wykonane na tzw. "odpierdol-się". Skutki..?

A proszę bardzo - odkąd wczoraj Lepsza Połowa wyp...yła to cholerstwo z chatki, skutki mojej heroicznej walki (realizowanej Radkiem, Sołtysem, Panem Karolem - kto tylko się nawinął i spawarkę miał...) przez te lata można sobie podziwiać w jedynym w swoim rodzaju muzeum na świeżym, boskowolańskim powietrzu:


widok ogólny


ten był pierwszy, który padł - i to już nie jeden raz: musiałem dodać teownik, bo już nie było do czego złapać...


ten też był spawany już dwa razy - i, jak widać, właśnie znowu puszcza...


To pan Karol: widać dbałość o szczegóły...


Obie nóżki na kółkach z części wysuwanej też już się urwały były...


robi się to już monotonne, nieprawdaż..?


a bynajmniej nie sfotografowałem wszystkich spawów...


tylko te najbardziej typowe...


Przedwczoraj wieczorem urwał się jeszcze jeden. Podwiązałem go taśmą, żeby jakoś doleżeć do rana.

Teoretycznie można by to jeszcze raz pospawać.

Tyle, że to już nie ma krzty sensu! Rama po tych wszystkich katastrofach i naprawach do tego stopnia straciła swoją geometrię, że leżeć na niej było prawdziwą torturą. Ostatnią noc przespaliśmy na materacu po prostu rozłożonym na podłodze: i po raz pierwszy od dłuższego czasu nie bolą nas plecy..!

Wygląda na to, że na drodze minimalizmu postąpiliśmy krok naprzód: możemy się obyć całkiem bez sofy.

Co prawda nasza i tak już niezbyt przyjazna dla gości chatka stała się w efekcie jeszcze mniej gościnna - bo teraz to już nawet nie mamy jak posadzić kogokolwiek, kto by do nas zajrzał (zostały nam dwa rozkładane krzesła - no ale nas już jest dwoje, koćkodanów nie licząc...). Trudno też powiedzieć, jak to będzie zimą, gdy od podłogi zacznie ciągnąć mrozem.

Nie porzucamy tedy całkiem pomysłu zakupu nowej sofy. Natomiast praktycznie to nie wyobrażam sobie, skąd i jaką mielibyśmy znaleźć: przeszukaliśmy już internet dokładnie, a dziś rano, zamiast normalnie do Warki, zabrałem Lepszą Połowę do Radomia, co by uczcić otwarcie tamże Auchan - i przy okazji zajrzeliśmy też do Jysk. Nic z tego, co jest dostępne, się nie nadaje. Kolejna "Lycksele" to by już była, doprawdy, przesada - nie sądzicie..?

Tymczasem, również na drodze minimalizmu, nazbieraliśmy trochę grzybków:


Żebyście nie wyciągali fałszywych wniosków: absolutnie NIE mamy "wysypu" grzybów. Ot, po prostu - przez parę dni nie zaglądaliśmy nawet na Wielki Padok w tym celu, a było mokro, to się troszkę uzbierało...

No i - w naszej szklarni ostatnie papryki czekają na zebranie:


Czysta, dzika kapsaicyna! Prawdziwie minimalistyczna...

czwartek, 16 października 2014

Kluski kładzione z dyni Hokkaido

wyglądają tak:


skład:
- pół dyni Hokkaido (niestety: ostatniej - wszystkie pozostałe dynie tej odmiany czegoś... dostały nóżek i wybyły - nie wiadomo dokąd... i nawet pożegnalnych haiku nie zostawiły po sobie..! pewnie dlatego, że od drogi rosły..?),
- 3 - 4 łyżki mąki,
- szczypta soli,
- szczypta kuminu.

Miąższ dyni (bez skórki i nasion) ugotować w bardzo małej ilości wody, odcedzić, zrobić puree jak z ziemniaków. Zmieszać z mąką, przyprawami - i kłaść.

Mniam, mniam!

Że duża porcja..? I "Warką" (w promocji, z nowego "Lewiatana" w Grabowie, gdzie wczoraj z pociągu po kocie żarcie zajrzałem...) popchnięta..? Dzięki temu, gdy spojrzę w dół - widzę okazały, iście senatorski brzuch. I dobrze! Szef, najlepszy i nawyrozumialszy, w końcu przecież zauważy moją niezdatność i bałaganiarstwo i z roboty pogoni: będzie z czego chudnąć...

A podrywać małolat i tak się nie zbieram. Nie chce mi się...

Już dzisiejsze dowcipy Lepszej Połowy, która widać poczuła się lepiej po tygodniu chorowania, o tym jak to się nudzi sama na gospodarstwie całymi dniami i zrobiłaby sobie dziecko do towarzystwa - były wystarczająco niesmaczne. Abstrahując od kwestii, że po 15 latach przerwy, bladego pojęcia nie mam, jak właściwie miałbym się do tego zabrać?

Jak by jej nie wystarczał koćkodan, który - jak sama twierdzi - robi przecież co może dla rozerwania swojej pani. Na przykład: zesrał się ponownie w chatce - i to w ciągu dnia. O!

poniedziałek, 13 października 2014

Zmęczeni ale zadowoleni

bo może niekoniecznie zaraz "szczęśliwi". Szczęśliwi to byśmy byli, gdyby aż tak bardzo plecy nie bolały po minionym łykendzie - a koćkodan nasz stary, domowy, nie zesrał się w nocy w chatce. Co, prawdę powiedziawszy, do tej pory zdarzyło się jej może ze dwa czy trzy razy odkąd tu mieszkamy i prawie zawsze - gdy przez zapomnienie została zamknięta w środku, gdy myśmy gdzieś sobie poszli.

Tym razem jedno z dwojga: albo byliśmy tak zmęczeni, że żadno z nas nie usłyszało, jak koćkodan domaga się wypuszczenia na zewnątrz - albo też, determinacja koćkodana w tej materii stanowczo nie dorównuje jej determinacji w domaganiu się żarcia... No cóż: posprzątałem, pysk Sylwestry wyraża przy tym wyłącznie skrzywdzoną niewinność, sprawa zamknięta.

No więc: zadowoleni. Dlaczego "zadowoleni"?

Ano bo się zrobiło!

Ta wielka kupa drewna, która tak mnie przerażała tydzień temu zniknęła w całości. Po pocięciu, porąbaniu i ułożeniu, okazało się, że to mniej - więcej tyle, ile bym normalnie z lasu przywiózł za jedną sesją rżnięcia (tyle, że suche, a sądząc po prognozie pogody, na suszenie mokrego to już nie ma czasu...). Nie tylko więc tamta kupa zniknęła, ale dzięki uprzejmości M., na jej miejscu pojawiła się druga, równa jej wielkością. Jak to potnę i potem jeszcze raz do lasu pojadę, ale już tylko po same brzózki (które najszybciej nadają się do palenia - a i mam jeszcze trochę miejsca pod wiatą z boku, skąd nie będę na samym początku brał, więc zdąży to sobie przeschnąć), to będziemy zatowarowani drewnem na maksa: więcej się żadną miarą nie zmieści, chyba że pod gołym niebem. Przy najostrzejszej zimie powinno to już wówczas wystarczyć - przynajmniej do końca marca...

Porozlewaliśmy do butelek różne nalewki oraz wtórnie fermentujące wino - recenzji na stosownym blogu nie dawałem, bo wszystko to były rzeczy już znane wcześniej. Tyle, że Lepsza Połowa zmuszona była przyznać mi rację: wino z kwiatów czarnego bzu stało się o wiele mniej słodkie, ale za to - musujące...

Pozbieraliśmy worek kolb kukurydzy pozostałych po jej skoszeniu sieczkarnią na polu Radka, druha mego serdecznego. Kobyły dostają to na lunczyk - po wiadrze dziennie na stado - i bardzo sobie chwalą.

Odrobaczyliśmy stado. Nie było tak łatwo jak poprzednim razem, ale - mam nadzieję - koniec końców się udało. Co prawda Obe większość dawki wciągnęła nosem, ale dawałem z takim zapasem, że i tego, co zlizała z pyska powinno wystarczyć dla skutecznego uprzykrzenia życia robalom w jej wątpiach.

Lepsza Połowa pozbierała i kończy suszyć w suszarce swoje papryczki chili. Sam zapach udrażnia zatoki nie przerywając snu! Wcześniej wysuszyła tomatillos (te, których nie sialiśmy, a same wyrosły). No i cały czas walczy z dyniami:


Ostatnio były kluski z dyni. Mniam!

A na koniec wczorajszego, jakże pracowitego dnia, mieliśmy jeszcze Miłą Wizytę. No i jak tu nie być zadowolonym - choć plecy bolą, a w oczach koćkodana wciąż jest tylko skrzywdzona niewinność..?

sobota, 11 października 2014

Kleszczowa zagadka

Od ponad tygodnia mamy inwazję kleszczy (mamy też inwazję biedronek, ale to inna historia...).

Samo w sobie nie jest to ani trochę niezwykłe. Niezwykłe za to jest, iż wszystkie te kleszcze Lepsza Połowa, która stadem zajmuje się na co dzień, znajduje na jednym tylko koniu.

Najjaśniejszym:



Przyznaję, że - jak to chłop - nie uwierzyłem babie. Sądziłem, że to tak jak z zachorowaniam na raka po Czarnobylu: wydaje się, że jest ich więcej - bo zaczęto ludzi w tym kierunku intensywniej badać. Innymi słowy, wydawało mi się, że kleszcze znajdowane są na jednym tylko koniu, bo na tym właśnie koniu - najłatwiej je znaleźć.

Ale ze dwa razy przeszukałem futra reszty stada i... nic nie było!

Znakiem tego dokuczliwe te pasożyty faktycznie uwzięły się na naszą małą Mahru.


Pojęcie nie mam, co im sprawia różnicę, że tego konia usiłują atakować, a pozostałych nie..?

niedziela, 5 października 2014

Biały świt

Państwo widzicie tak naprawdę końcówkę tego widowiska. Wcześniej nie było jak zrobić zdjęć: za ciemno było. W każdym razie o 5.04, kiedy przekroczyłem próg chatki. Na bezchmurnym niebie nad Wielkim Padokiem wisiała nisko konstelacja Oriona. Tuż nad ziemią kłębiły się pierwsze tumany mgły. Pod obcasami gumiaków chrzęściła zesztywniała z zimna trawa.

Dwie i pół godziny później, krajobraz wciąż wyglądał tak:


I wciąż był biały: od skraplających się właśnie kryształków szronu:


Gdybym wybierał się dokądś samochodem dziś rano - miałbym dodatkowe zajęcie ze skrobaniem szyby:


Nic dziwnego, że czarny kot zewnętrzny (który noc spędził na strychu chatki - i tylko perspektywa śniadania skłoniła go, aby jej ciepłe wnętrze opuścić), korzystał z każdej okazji by odizolować się od gruntu, a za to złapać rozgrzewający promień słońca:


Lepsza Połowa cieszy się dziś podwójnie, ze swojej uratowanej wczoraj fasoli! Dyniowy klomb padł już ostatecznie:


I nawet odporny zdawałoby się, ozdobny tytoń - dostał w kość:


Nasze mądre kobyły znalazłem na południowym krańcu Wielkiego Padoku, gdzie słońce operuje najsilniej o tej porze:


Powyżej: Piękny i Dzielny Koń Lepszej Połowy, Szefowa Stada, aktualnie na etacie Uniwersalnej Matki Zastępczej, opiekującej się bez dyskryminacji obiema klaczkami, gdy którakolwiek z matek biologicznych z jakiegokolwiek powodu życzy sobie od latorośli odpocząć.


Spłoszony wzrok Margire. Tydzień temu okulała. Lepsza Połowa była świadkiem zdarzenia, stąd nie panikujemy: potknęła się w czasie przepychanek z drugą matką biologiczną (najlepsze psiapsiółki jeszcze dwa lata temu, teraz najchętniej by się w łyżce wody utopiły: kobieta zmienną jest...). Od tej pory utyka raz na lewą, raz na prawą przednią (zależy, jak sobie przypomni). Osobliwie gdy uważa, że mogłaby na ten przykład dłużej zostać pod wiatą, albo dostać dodatkową porcję - dla chorego konia. Taka chytrość...


Obe postanowiła zadokować się do stacji dokującej, która stanowi jedyny istotny element wyposażenia, odróżniający matkę biologiczną od Uniwersalnej Matki Zastępczej (aczkolwiek, obie próbowały się dokować także i do Matki Zastępczej, wprawiając ją tym w panikę!).


Odkąd w poniedziałek przy wydatnej pomocy M. pobraliśmy jej wreszcie krew, jakoś Jej Dzikość złagodniała. Sam fakt, że ktoś może ją złapać i przytrzymać był takim szokiem, że zdołałem poprawić wreszcie (i dopasować, bo głowa przecież rośnie...) trzy miesiące krzywo noszony kantar. Co uważny Czytelnik powinien zresztą zauważyć na powyższym zdjęciu. Kantar nie wyszedł z całej operacji bez szwanku - ale za to: jest nadzieja, że z tego konia coś jeszcze wyrośnie i nie będą jej musieli na kotlety tak od razu oddawać...


Swoją drogą, dokowanie się ze źdźbłem trawy w pysku, to też jakiś tam objaw nonszalancji...


Albo i asekuranctwa: albowiem choć obie klaczki mają zaledwie pięć miesięcy (Mahru pięć miesięcy i tydzień, Obe skończy pięć miesięcy jutro), obie matki biologiczne zgodnie


podchodzą do dokowania z malejącym entuzjazmem. Albo i bez entuzjazmu!


Ostatecznie Obe postawiła na swoim. Jeszcze tym razem. Ale źdźbło musiała najpierw wypluć. Matka biologiczna uczy ją manier...

Prawdę powiedziawszy zdążyłem nieco zmarznąć czekając, aż Mahru:


raczy zająć się czymś ciekawszym od skubania zmarzniętych pędów - i zapozuje.


W międzyczasie uwieczniłem dla Państwa fragment naszego ogrodzenia. Przez miniony tydzień ktoś wypasał krowy na rżysku po prawej stronie. Wiążąc do palików tylko dwie najstarsze. Cielęta biegały luzem. I jakoś tak dziwnym trafem - ciągnęło je na Wielki Padok! A że pastuch jest od wewnątrz, nic ich nie mogło powstrzymać przed demolowaniem słupków. Które też, mając już swoje lata, pod naporem krowich rogów łatwo padały. Najpierw remontowała to Lepsza Połowa, po moim powrocie remontowaliśmy to kilka razy razem. Praktycznie - co wieczór.

Przywiozłem wczoraj tuzin nowych, dębowych słupków od M. Jak trochę się ociepli - zastąpię nimi najsłabsze z naszych.


Nareszcie Mahru przeciągnęła się rozkosznie (oczywiście musiała to zrobić w momencie, gdy byłem względnie daleko - i zdjęcie wyszło takie sobie!).


I poszła za przykładem młodszej siostry, dokując się do własnej stacji dokującej.


Przynajmniej możecie Państwo, dzięki temu, do woli spekulować nad maścią jej futra - w kontraście do matki, która jest "jasno-jelenia" (w rosyjskich papierach: "złoto - bułana").


Mówimy stadu "pa - pa".

Jeszcze tylko rzut oka na moje dzisiejsze (i pewnie jeszcze na jeden czy dwa następne łykendy) zadanie:


I można wracać do chatki, prosto na przygotowane przez Lepszą Połowę śniadanie. Idealne na taki biały świt: karkówka flambirowana w jałowcówce domowej roboty... Po czymś takim dam radę!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...