sobota, 30 sierpnia 2014

Lizawka Equilla - hit!

Tyle razy udzielałem już negatywnych recenzji różnym produktom i firmom, że dla prostej odmiany czasem przydałoby się zrobić coś wprost przeciwnego - nieprawdaż?

Wczoraj był pay day, czyli najradośniejszy dzień miesiąca:


więc dzisiaj, jak już zebrałem siły (po kolejnej męczącej wyprawie do stolycy przede wszystkim - choć tym razem, dla odmiany, nawet spotkania i rozmowy telefoniczne były miłe...) przyszła pora na płacenie rachunków i robienie zakupów.

Zakupy w tym miesiącu będą bardzo ograniczone, bo jeszcze nie spłaciłem do końca sianokosów, a i jakiś rachunek za prąd się trafił - ale o koniowatych zapomnieć nie można.

Tydzień temu WYLIZAŁY do ostatniego okruszka wiaderko swojej lizawki mineralnej Equilla:


(tu: w pozycji "bojowej" w chwili, gdy ją zainstalowałem pod wiatą po raz pierwszy, 1 czerwca...).

Skoro aż tak im smakuje (20 kg w niespełna trzy miesiące wciągnęły...) - to oczywiście należy się nowa jak psu micha. Co też i wykonałem. Kurier pewnie będzie znowu klął naszą drogę i ciężar przesyłki...

Czy to jest czy nie jest zdrowe - za wcześnie oceniać. Ale smaczne być musi, gdy takim cieszy się powodzeniem. A to już coś.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Ługańska Republika Ludowa w Boskiej Woli i inne łajania

Rozumiem, że grzybki na Wielkim Padoku kuszą. Nie to, żeby jakiś wielki wysyp był (a wszędzie dookoła jest: wygląda na to, że w piątym roku od karczunku zapas stanowiących pożywkę dla grzybni korzeni w glebie powoli się kończy...). Ale pogoda taka, że i tam, gdzie normalnie grzybów nie uświadczysz - rosną. To i u nas coś tam jest. Poza tym, czy jest czy nie jest, to się trzeba dopiero przekonać włażąc przez ogrodzenie - prawda..?

Rozumiem, że drut pod napięciem, który rozciągnąłem to poważna przeszkoda, bo w przeciwieństwie do taśmy kozikiem do obierania grzybów już się go nie przetnie - a kopie aż plomby z zębów wylatują i kapcie spadają.

No ale to, że sprytny lud grzybobiarski wymyślił sobie w związku z tym wykopać i położyć słupek ogrodzeniowy żeby mimo wszystko do środka przejść - to już jest sk...syństwo jak stąd do Ługańska!


Zdjęcia dać nie mogę, bo padało, a i ściemniało się już, jak dotarłem do domu, a Lepszej Połowie nie przyszło do głowy uwieczniać szkody, gdy ją pod moją nieobecność naprawiała...

No cóż: Lepsza Połowa będzie grzybiarzy gonić. W przerwach między innymi zajęciami.

Ściemniało się już jak dotarłem do domu (trzeci, k..wa raz w tym tygodniu - aż się boję dzisiaj pociągiem jechać, bo coś się stanie, takie prawo serii...), bo odebrałem z serwisu piłę - o tym, że uległa awarii i że pierwszy serwis do którego ją oddałem będę opisywał złośliwie sygnalizowałem w poprzednich postach.

No więc, radomska firma "Kontakt 2" to komplenty kit! Wyglądało to mniej - więcej tak:


tylko jeszcze bezczelniej: pan piłę (którą zresztą u nich kupiłem niemal trzy lata temu...) do naprawy przyjął, kwitek wypisał, obiecał zadzownić - za czym zapadła cisza...

Był długi łykend, rozumiałem zatem, że do naprawy panowie zabiorą się od wtorku. Ale skoro i w środę nikt nie zadzwonił, to sam to zrobiłem. Tylko po to, żeby usłyszeć, że mam czekać, może jutro. "Może jutro" pojechaliśmy z Lepszą Połową do Radomia i wparowałem do serwisu we własnej osobie.

Serwisant siedział sobie w kąciku i coś pojadał (stąd skojarzenie, sami rozumiecie...). Wszystko, co przez TYDZIEŃ zrobił, to nakleił na obudowę numerek. Nawet do sprzętu nie zajrzał!

Na szczęście Lepsza Połowa, jak zwykle przytomna, znalazła w karcie gwarancyjnej adres jeszcze jednego serwisu w Radomiu. W przeciewieństwie do szpanerskiego "Kontakt 2" to jest typowy warsztat, mieszczący się w garażu - no: sympatyczne miejsce... Z punktu dostałem karteczkę z napisem: "termin odbioru - środa". Tak naprawdę sprzęt był gotowy wcześniej, tylko będąc w pracy uwiązanym pilnymi zajęciami (przez te "pilne zajęcia" i spać nie mogę i dlatego teraz post piszę, obudziwszy się ponad godzinę za wcześnie, bo mi się rozwiązanie problemu przyśniło...) i nie mając we wtorek samochodu - a to po drugiej stronie Radomia, nie to, żeby się piechotą nie przeszło, tylko czasu na to nie było - odebrałem jak mi napisano.

Wszystko, co trzeba było pile zrobić, to czyszczenie i regulacja...

środa, 20 sierpnia 2014

Kongo

W dawnych czasach, gdy świat był dziki, nieznany i kuszący młodzi ludzie chcąc dowieść swojej męskości (i zabić jakoś czas w oczekiwaniu na nieoczekiwany wypadek, który zabierze z tego łez padołu najpierw ojca, a potem starszego brata - to w świecie anglosaskim, gdzie powszechnie, przy dziedziczeniu, obowiązywała zasada majoratu i najstarszy dostawał wszystko, a pozostali - nic...) wybierali się na poszukiwanie "jądra ciemności".

Odkrywali nieznane lądy, rzeki i jeziora. Doktora Livingstone albo pułkownika Kurtza. Okapi.


Prawda, że okapi jest sympatyczne..?

No, ale wracając do naszych baranów, czyli młodszych braci - wyrzutków anglosaskiej "klasy wyższej" - to, rzecz jasna, większość odkrywała głównie moskity i egzotyczne burdele, przez co, jeśli w ogóle wracali do domów (co średnio udawało się dwóm na każdych trzech - nie aż tak źle...), to z malarią i równie jak burdel egzotycznym tryprem - więc nawet, jeśli uśmiechnęło się do nich szczęście i starszy brat poślizgnął się na skórce od kiełbasy (nie mógł poślizgnąć się na skórce od banana, bo pierwszy statek - chłodniowiec towarzyszył dopiero rosyjskiej II Eskadrze Oceanu Spokojnego admirała Rożestwieńskiego w drodze z Kronsztadu pod Cuszimę - a wtedy okapi było już odkryte...), to i tak były spore szanse, że dzieje rodu w ten sposób się zakończą...

Dziś rano znalazłem się w sytuacji takiego wyrzutka - młodszego brata. Wprawdzie plecy bolały po wczorajszej rąbance (21 taczek drewna, nie w kij dmuchał, nawet z nowym, dużo lepszym pieńkiem...) - ale w końcu nie dało się dłużej siedzieć przed końputerem. Trzeba było zrobić miejsce Lepszej Połowie, która ma swoje zajęcia i pilnie się im oddaje.

Tymczasem - piła nie tylko nie naprawiona, ale panowie z serwisu w Radomiu nawet nie wiedzą co jej tak naprawdę jest (oj, ja ich opiszę! Jak ja ich opiszę..! Aż będą opisani... no - nie znoszę być tak lekceważony jako klient...).

Alternatywnie rozważałem opcję kopania dołu pod naszą ziemiankę. Ale w tym celu koniecznie muszę się najpierw rozmówić z naszym Panem Sołtysem - nawet, jeśli nie uda mi się go skaptować, żeby mi zasadniczą część robót wykonał, co bym bardzo chciał (ale nie jest to takie łatwe, Pan Sołtys pierwsze wolne terminy na roboty mają w połowie przyszłego roku...), to w każdym razie muszę się z nim umówić na docinanie moich rurek, które zamierzam użyć na zbrojenie - a które wciąż, w dużej liczbie, leżą u Niego na podwórku.

Tymczasem z Panem Sołtysem skontaktować się nie sposób - telefon nie odbiera, w domu go nie ma...

Cóż mi innego zostało jak nie wyprawa do samego jądra ciemności..?

Lepsza Połowa od dawna kopie mnie w żyć, żebym poprzycinał flance u naszych truskawek.

Problem w tym, że truskawki są w "tylnej" części ogródka - gdzie od wczesnej wiosny nawet nie zaglądałem. Kongo! Normalnie Kongo!

Wywiozłem 16 taczek chwastów, nim dało się w ogóle dojść do tych truskawek. Przy okazji odkrywając cud natury na miarę okapi. Tadam:


To jest, Drodzy Państwo pomidor. Dziki pomidor - który sam sobie wyrósł, gdzie chciał. To jest pomidor hydroponiczny - bo wyrósł nie w gruncie, a w małej kałuży wody, która się zrobiła w dołku czarnej folii, którą wyłożona jest grządka truskawek...

Ma już owocki. Jak się zrobią czerwone, koniecznie zbadam ich Brix - toż to ewenement, żeby sobie owocująca roślinka na samej tylko deszczówce rosła!

Dalej już nie było tak egzotycznie ani ekscytująco. Wyciąłem nożyczkami nowe otworki w folii i wsadziłem coś koło 50 flanc - zobaczymy, czy się przyjmą. Jak nie, będę odcinał od krzaków - matek i wysadzał kolejne, aż do skutku. A na koniec obetnę wszystkie zbędne flance. Howgh!

niedziela, 17 sierpnia 2014

Nieudana sobota

Prawie nic wczoraj nie zrobiłem. Ale jakie miałem wyjście..? Na zewnątrz było najczęściej tak:


a momentami - jeszcze gorzej. Szczególnie popołudniu.

Konie, mimo wszystko wychodziły na pastwisko - ale po dwóch - trzech godzinach musiałem je zbierać, żeby się mogły wysuszyć. No i sam przemokłem przy tym tak, że tylko stale pobierane dawki jałowcówki uchroniły mnie przed przeziębieniem... Aż mi się mała buteleczka, którą w domu trzymałem, skończyła. I trzeba było iść po drugą...

Na dzisiaj żadnych opadów ani jedna, ani druga prognoza, z których korzystamy, nie przewiduje. Zobaczymy. Pochumurno, ale faktycznie - nie pada. Drewno mokre, rąbać chyba nie będę. No może do popołudnia trochę przeschnie? Za to, jak to zwykle przed przyjazdem Lepszej Połowy, trzeba spróbować doprowadzić chatkę do porządku - a potem chyba przyjdzie zająć się ogródkiem..?

No to idę wygonić stado na pastwisko - na początek...

sobota, 16 sierpnia 2014

Dzikie pomidory

Takiego zjawiska jeszcze nigdy wcześniej w naszym ogródku nie było. Owszem - rozsiewały się i mnożyły jak chwasty różne roślinki. Część była tu zanim ogródek założyliśmy - jak chrzan, który miejscami jest prawdziwą plagą, bo co by mu nie zrobić, konsekwentnie odrasta. Tak samo mięta, której mamy trzy rodzaje i która jest ekspansywna jak anglo-sascy purytanie (nie napiszę, że jak Rosja - skoro Rosja zadowala się pretensjami do ledwo Doniecka...).

Z roślin nowo przez nas, po założeniu ogródka posadzonych, na trwale do miejscowej flory wszedł ogórecznik, którego raz tylko starczyło posiać - a i to na spirali ziołowej, a nie w ogródku - i teraz jest wszędzie.

Oraz len - lubo dużo mniej ekspansywnie, bo on zasadniczo rośnie tam, gdzie był sadzony - a mało się rozszerza i bodaj chyba jedna jedyna roślinka już teraz, po licznych zmianach w grządkach, z niego została...

Natomiast w tym roku - mamy takich "nieproszonych, choć miłych gości" całe zatrzęsienie. Spośród nich najbardziej ekspansywny i najpowszechniej obecny okazał się... pomidor!

O - takie właśnie pomidorki koktajlowe:


Tu akurat wersja "kulturalna" - tuż przed obraniem z owocków - rosnąca sobie mniej - więcej w tym samym miejscu co rok temu, a posadzona przez Lepszą Połowę z sadzonki zakupionej na targu w Warce.

Tymczasem zarówno tuż obok:


jak i pół ogródka dalej, bo prawie przy poziomkach i pigwowcach:


na grządce buraka liściastego - i jeszcze w kilku innych miejscach - powyrastały sobie dorodne krzaki, których bynajmniej nie sadziliśmy, aniśmy się ich nie spodziewali!

Ot - zaleta rzadkiego i niedostatecznego pielenia, toż gdybym to robił jak należy, pewnie bym je skasował, gdy były malutkie (bo też i musiałem je nieco przerzedzić, osobliwie gdy rosły na ścieżkach na ten przykład, albo wśród innych roślinek...).

Tymczasem mimo, że jak widać, stosujemy wobec nich "zimny wychów", bo ani własnych kijaszków nie mają do podparcia, ani żadnego ekstra nawozu nie dostały, poza tym, co "z przydziału" danej grządce się należało - nie tylko dorodniejsze i bujniejsze od "kulturalnych" wyrosły, ale i owocki mają:



Wprawdzie ilościowo nie aż tyle, co ów biedaczyna "kulturalny", uginający się pod brzemieniem - ale, śmiem twierdzić, że za to - dorodniejsze...

Wobec takiej klęski urodzaju - nastawiłem wczoraj eksperymentalnie "pomidorówkę". Pierwej doprowadzając do porządku praktycznie cały "przód" ogródka - co mi się jeszcze w tym roku nie udało.

Pewnie będę czynności ogrodnicze i dzisiaj kontynuował. Wprawdzie popołudniu udało mi się zdobyć pieniek do rąbania - ale cóż z tego, kiedy otwieram ci ja dzisiaj o 5.10 (zaspaliśmy, zaspaliśmy...) drzwi, żeby wypuścić koćkodana, a tu... leje!

Kolejna nietrafiona prognoza pogody w tym sezonie. Mam tylko nadzieję, że nie cały dzień będzie lało, a przynajmniej - nie cały z równą intensywnością.

Koćkodan, nota bene, przechodząc na swoje miejsce tak bujnął końputerem, że się niechcący i jego konterfekt z wczoraj załadował:


Ach! Gdybyż dało się ją wykarmić pomidorami... Tymczasem opakowanie parówek drobiowych z "Pierdonki" już się kończy: tak to jest, jak się nadużywa jednej tylko metody zatkania koćkodańskich ust...

czwartek, 14 sierpnia 2014

Miasto grzechu

Anielski instruktor pokazuje świeżo upieczonemu aniołowi piękny globus naturalnej wielkości (zgaduj, zgadula, co to znaczy..?), na którym co jakiś czas zapalają się światełka i objaśnia: jak się zapali takie światełko, to znaczy, że żona zdradziła męża.
- A ta łuna świateł tutaj w samym środku Europy..?
- To Ciechocinek...


Nie pierwszy raz twierdzę, że Warszawa jest prawdziwie grzesznym miastem. Albo i samym "Miastem Grzechu" we własnej, niefilmowej postaci..!


No bo powiedzcie sami: czy jest w Polsce miejsce, gdzie by TAK lało, jak w Warszawie..?

Byłem w Karkonoszach latem 1997 roku, gdy Śląsk nawiedziła "powódź stulecia". Faktycznie - lało strasznie, dosłownie zmyło nas z góry (ażeśmy wylądawali w uroczym miasteczku Wleń, układając - Bóg wie po co - barykadę z worków z piaskiem wzdłuż Bobru: znacznie utrudniła ona potem spływ wezbranej wody, bo zalać to zalało równo po obu jej stronach...).

Ale w porównaniu z ulewą na którą trafiliśmy ostatniej nocy w stolycy, gdy odwoziłem Lepszą Połowę na nocny autobus do Wilna - to była mżawka...

Starczyło wjechać do Raszyna, a z biblijnego potopu ulewa stała się normalną, tylko długą, uporczywą i obfitą sierpniową burzą...

Czegóż to może być innego dowodem, niż Bożego gniewu na rozpustę, która się w naszej stolycy co dzień i co noc dzieje..?

Prognoza pogody zapowiadała w Boskiej Woli burzę o zmierzchu. I faktycznie - takowa przeszła i ustała. Toteż kiedy wyjechaliśmy w stronę Warszawy - dobrze już po zmierzchu, bo ten autobus w środku nocy odjeżdża - wziąłem kurtkę tylko przez wzgląd na Lepszej Połowy kpiny i nawiązania do przygody sprzed niemal dwóch lat.

Jak to zwykle bywa, zabłądziłem na obwodnicy i zamiast na aleje Jerozolimskie wjechałem na Połczyńską - i gdy na tejże Połczyńskiej byliśmy, zaczęło lać: wycieraczki (a nowiutkie mam!) na trzecim biegu ledwo dawały radę, a i tak tylko rozmyte światła widziałem przed sobą. Jakoś, na poły po omacku, trafiłem koniec końców na Zachodni - ale Lepsza Połowa, choć wysadziłem ją tuż pod drzwiami dworca, na stanowisko autobusów dotarła mokra na wylot. Mnie kurtka po tym, jak odstawiłem Wendi na parking nic już nie pomogła - nawet gacie miałem mokre...

W drodze powrotnej włączyłem sobie na ful grzanie (to akurat w Patrolu łatwe, z chłodzeniem byłoby gorzej...) - i z coraz większym przerażeniem patrzyłem na to, co się dzieje za oknami, bośmy konie zostawili na pastwisku, ani się spodziewając takiego kataklizmu. Dotarłem do domu o wpół do pierwszej. W ciągu pół godziny udało mi się wytoczyć belkę siana i sprowadzić kobyły (które grzecznie czekały tuż przy bramie...) pod wiatę.

Zapewne bez istotnego powodu, bo na ile jestem w stanie to stwierdzić (mało już przytomny byłem...), wkrótce potem - deszcz ustał... Walnąłem prewencyjnie kielonek jałowcówki przeciw przeziębieniu, przytuliłem koćkodana (któremu zatkałem przedtem usta jego ulubioną parówką z "Pierdonki"...) - i zapadłem się w objęcia Morfeusza... Tylko po to, aby z dokładnością szwajcarskiego zegarka obudzić się o 5.00: czas był wydać stadu poranny owsik, a że już tylko mżyło i było ciepło, to i wygonić na pastwisko...

Ponieważ podejrzanie mnie przy tych czynnościach bujało, postanowiłem na razie nie wstawać. Łyknąłem tylko drugi kielonek jałowcówki (prewencyjnie ma się rozumieć...) i zapadłem w sen ponownie - na ponad dwie godziny.

O pół do dziesiątej byłem na porębie. Włączyłem w pile ssanie i ciągnę. I ciągnę. I jeszcze raz ciągnę. I nic...

I tak kilka razy - a że skutek był zawsze taki sam, to czym prędzej wróciłem jak niepyszny, przebrałem się w nieco bardziej reprezentacyjne szaty i pojechałem do zaprzyjaźnionego serwisanta Stihla w Warce. Niestety: zaprzyjaźniony serwisant stwierdził jedynie, że nie wie, co naszej pile jest. Mamy Oleo-Maca, od ponad dwóch lat, kupionego w promocji - więc miał prawo nie wiedzieć.

Serwis Oleo-Mac jest w Radomiu. Była prawie 11.00. Zdążę..? Muszą zdążyć! Zdążyłem: równo o 12.57 zajechałem pod chatkę, zdawszy piłę w serwisie i zatankowawszy tanie, radomskie paliwko.

Kobyły się napiły, kukurydzę dałem im już po ponownym wygonieniu na Wielki Padok. Stwierdziłem, że w zaistniałej sytuacji (a nie udało mi się dodzwonić do M., u którego mam obiecany pieniek do rąbania...), bardziej ergonomicznie będzie pobrudzić się później, więc najpierw pojechałem do biblioteki w Stromcu - a dopiero potem wziąłem się za pielenie ogródka. Co nie było tak do końca dobrym pomysłem, biorąc pod uwagę zmęczenie mojego kręgosłupa trzema dniami rżnięcia: dość szybko okazało się, że mam do wyboru tylko dwie pozycje - wyprostowaną albo leżącą. W żadnej innej impulsy nerwowe z mózgu nie docierają do kończyn... Ot - uroki starości..!

Umyłem grzeszne cielsko, ogarnąłem trochę chatkę (za cztery dni Lepsza Połowa i tak załamie ręce widząc ten brud...), odgrzałem sobie wczorajszy obiad - no i mamy: 17.20, gdy to piszę...

Co się stało naszej pile..? A bo ja wiem..? Świeca w porządku, zalane też nie było, wstrzyknięcie paliwa do gaźnika nie daje skutku... No: tajemnicza sprawa..!

Już kiedyś opowiadałem. Zarówno nasz obecny piec "Hercules", jak i wcześniejsza koza nie są wielkie. Polana trzeba bardzo drobno pociąć. W przeciwieństwie do sąsiadów, którzy większość pracy wykonują przy pomocy dużych pił elektrycznych, ja przede wszystkim rżnę spalinówką - krótkie, cienkie, drobne polanka - a potem rąbię (głównie po to, żeby szybciej schły). Toteż mnie to zajmuje wielokrotnie więcej czasu niż im - no i piła, która za wielka nie jest, raptem trochę ponad 2 KM mocy, w d...ę dostaje jak mało który sprzęt...

Tak, czy inaczej, klątwa która powoduje katastrofy za każdym razem, gdy Lepsza Połowa wyjeżdża - zadziałała i tym razem...

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rekordowe rżnięcie

Sam fakt, że liczę polana drewna wycięte w lesie kwalifikuje się do (lekkiej - na szczęście - tak sądzę...) rozpoznania jako rodzaj nerwicy natręctw. Z czego, skądinąd, w myśl mojej własnej teorii wynika, że mam zadatki na człowieka niezmiernie wprost kulturalnego... Szkoda, że jakoś w praktyce tego nie widać!

Natomiast konsekwencją tego mojego liczenia jest przynajmniej to, że mogę sobie porównywać i obliczać.

Żeby zapełnić całą wiatę na drewno potrzeba wyrżnąć ok. 6 - 7 tysięcy polan. Ile będzie w tym roku nie jestem w stanie przewidzieć, bo przez łagodną zimę ostatnio, zostało nam sporo z zeszłego roku... Mam nadzieję, że coś koło połowy..?


W każdym razie: dzisiaj, w skrajnie niekorzystnych warunkach, bo przed burzą (która właśnie nadchodzi - zaraz pewnie nie będziemy mieli prądu...), więc przy wysokiej wilgotności i temperaturze, narżnąłem 626 polan.

Nie jestem aż tak szalony, żebym w jakimś arkuszu Excel gromadził dane z poprzednich lat - ale pamiętam, że wynik powyżej 500 trafiał mi się rzadko, a rzadko...

Inna rzecz, że nigdy wcześniej nie miałem 10 dni na ukończenie dzieła...

Nie ukrywam, że po drodze wiele razy musiałem odpoczywać: a to poleżeć w cieniu przez kwadransik, a to przeleźć pod pastuchem i kobyły pogłaskać, a to - przyjść do chatki i łeb wodą ze szlauchu zmoczyć...

niedziela, 10 sierpnia 2014

Dyniowa obfitość

Przyznaję, że po wczorajszym dniu, kiedy to niemal wyzionęliśmy oboje nasze duchy w najgorszym upale kończąc remont ogodzeń Wielkiego Padoku, dziś kompletnie nie chce się nam pracować.

Tak więc w czasie, gdy koniowate molestowały brzózki, szczęśliwe że wreszcie jest się o co ocierać - ja cyknąłem tylko kilka zdjęć naszego dyniowego klombu, zaraz przy wjeździe do posiadłości:


Żeby oddać skalę zjawiska - fragment z przyłączem elektrycznym:


Kwiaty (wszelakie):



i owoc...


czwartek, 7 sierpnia 2014

Ale za to niedziela...

Coraz trudniej mi nadążyć za upływem czasu. Od pewnego czasu co rano budząc się przed 5.00 i patrząc na cyferki wyświetlacza, pokazujące godzinę, zastanawiam się: ale o co chodzi..? Przecież jeszcze mogę pospać...
 
No: nie mogę. Co prawda Lepsza Połowa od dawna twierdzi, że naszym koniom jest wszystko jedno, czy dostają śniadanie o 5.00, czy o 8.00 - byle je do tego stopniowo przyzwyczaić. Co zapewne jest prawdą. Ale co z tego..? Sam z siebie pewnie i tak budziłbym się o 6.00 - ale wtedy miałbym kłopot, żeby zdążyć na pociąg.
 
Co ja takiego właściwie robiłem przez ostatnie dni..? No tak - w poniedziałek pieliłem, a potem była burza i nie było prądu. We wtorek? We wtorek - teraz sobie przypominam - odrobaczyłem stado. Znaczy się: zegar tyka. W sobotę trzeba je przestawić na Wielki Padok. A tu jeszcze tyle roboty z ogrodzeniem...
 
Wczoraj dotarłem do domu dobrze po 21.00. I żebym się szlajał po barach chociaż! Ale nie: wszystko przez to, że nie sprawdziłem letniego rozkładu jazdy pociągów - i, nieostrożnie, założyłem, że zdążę wrócić z delegacji do stolicy przed 16.00. Co się oczywiście gucio udało - m.in. z powodu pielgrzymki, która zablokowała drogę powrotną (ale nie jedynie...).
 
Specjalnie się tym nie przejmowałem, ostatecznie samochód służbowy odstawiłem do biura ledwo kilka minut po 17.00 - lada moment powinienem mieć kolejny pociąg do domu, starczy przespacerować się na dworzec. Tymczasem okazało się, że na taki pociąg, który się u nas zatrzymuje, trzeba czekać do 20.06.
 
Nic to. Przetrwać dzisiaj. Przetrwać jutro. I... urlop!
 


wtorek, 5 sierpnia 2014

Unplaged

Jak co wieczór naszła nas wczoraj burza. Nie zapowiadana, bo jeszcze rano w żadnej prognozie pogody jej nie było. Ale już w Radomiu, gdy zacząłem narzekać na senność i ból głowy, koleżanka z drugiej strony korytarza pokazała mi tylko ręką na okno: za szybą zbierały się właśnie czarne chmury...
 
Wydawało się, że przejdzie bokiem. Owszem: zrobiło się rześko. Z zapałem tedy zabrałem się do pracy. Naprawiliśmy, wspólnie z Lepszą Połową, rozerwane w kilku miejscach ogrodzenie Pierwszego Padoku. Wziąłem się za pielenie - do siedmiu taczek chwastów wywiezionych w niedzielę dokładając cztery kolejne.
 
Prawie już wypieliłem cebulę i przyległe grządki. Niestety - na całym, rozległym obszarze, na którym posadziłem cebulę, wzeszły może ze cztery, może pięć cebulek... Reszty nawet nie widać! Powschodziły za to różne inne roślinki, które może i pokażę - jak skończę pielić, co by tło było "kulturalne".
 
Nim skończyłem, Lepsza Połowa doniosła z chatki, że nie ma prądu.
 
Grzmiało coś na horyzoncie - ale ani kropla jeszcze nie spadła. Znakiem tego: wyłączyli prewencyjnie! Nawet nie było charakterystycznego "mrugnięcia", gdy po awaryjnym wypadnięciu bezpiecznika, operator próbuje z powrotem załączyć linię. Nic innego: prewencyjne wyłącznie...
 
Zdążyłem jeszcze zasiać rukolę i szpinak na świeżo wypielonej grządce i załadować chwastami ostatnią, czwartą taczkę - gdy błyskawice znacznie się do nas przybliżyły.
 
Dałem stadu kolację kilka minut wcześniej niż zwykle - i schroniliśmy się z Lepszą Połową do chatki. Zaczęło padać, choć wcale niespecjalnie mocno i z przerwami.
 
Brudny byłem jak nieboskie stworzenie - jak to po babraniu się w łonie Matki Ziemi. Wziąłem, z konieczności, zimny prysznic - inaczej bym zabrudził całą chatkę.
 
No i co tu dalej robić bez prądu..?
 
Zaraz usłyszę, że powinienem wytarmosić Lepszą Połowę.
 
Po zimnym prysznicu..?
 
Zresztą, naprawdę nie jestem pewien, czy bym jeszcze umiał...
 
Skończyło się w ten sposób, że Lepsza Połowa zmonopolizowała jedyną pozostałą nam latarkę - bo za ciemno było, przez chmury, żeby bez tego czytać, a i zmierzchało się powoli - a ja po prostu poleżałem z ciepłym koćkiem na kolanach.
 
Jakieś czterdzieści minut później "mrugnęło". Bez trwałego skutku. Znaczy się - najpierw prewencyjnie wyłączyli, a potem i tak im spaliło tę linię, tak..?
 
Dopiero przed 22.00 prąd powrócił. Z komputera i tak się nie dało korzystać, bo co i raz znowu trafiały się krótkie przerwy w zasilaniu - po każdym poważniejszym łupnięciu. Poszliśmy tedy spać co prędzej, żeby znowu nie dać się zaskoczyć ciemnościom i zimnej wodzie w kranie.
 
 
Zastanawiam się - jak przekonać Lepszą Połowę do zakupu lampy naftowej..?

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Dziwny rok

Rok 2014 jest to dziwny rok: nigdy wcześniej nie widziałem, żeby letnim deszczom udało się skompensować brak wiosennych roztopów i żeby nie było suszy mimo braku solidnych opadów śniegu zimą.
 
 
Indie nam się tu robią, czy co..?
 
W każdym razie, rośnie wszystko jak na drożdżach. Wczoraj, oprócz całej masy innych prac i czynności, zmierzyliśmy też wskaźnik Brix naszych pomidorów koktajlowych, których jest wielka obfitość (rozsiały się nawet - zeszłoroczne! - na dziko i powyrastały w różnych częściach ogródka: nie pokażę na zdjęciach, bo ogródek tak jest zarośnięty, że mi wstyd...).
 
Wynik mało rewelacyjny: 6,5. Pewnie, że mogłoby być i gorzej - ale tak się zastanawiam, czy to aby właśnie nie z powodu takiej obfitości wody w tym roku..? W końcu te pomidory dostały i "terra preta" i "gnojówki" z pokrzywy, dodatkowo - także nawozu w płynie ze sklepu.
 
Trawa na Wielkim Padoku prawie już odrosła do wysokości pozwalającej wypuścić tam stado. Jeszcze jedna fala obfitych opadów - zapowiadanych na połowę tego tygodnia - i przenosimy stado. Właśnie umówiłem się na odrobaczenie...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...