sobota, 26 lipca 2014

Zadyszka

Jak to zwykle bywa po sianokosach, nadszedł czas na przegląd i remont ogrodzenia wokół Wielkiego Padoku.

Najpierw przeszedłem te dwa kilometry z prawej na lewą - wkopując głębiej kilkanaście słupków, które już przegniły i przewróciły się. Kilka jest już tak niskich, że przyjdzie je wkróte wymienić. A jeszcze kilka - chwieje się. Chyba też je wkopię głębiej dla świętego spokoju..?

Potem przeszedłem te dwa kilometry z lewej na prawą - podwiązując poprzeczki tam, gdzie sizal zwietrzał i spadły. Wprawdzie mamy pastuch elektryczny, ale gdzieniedzie poprzeczki są konieczne: tam, gdzie słupki są metalowe, wkręciłem izolatorki w poprzeczki właśnie. Gdzie indziej zaś, zostawiłem takowe, o ile były w miarę proste i dobre tak na wszelki wypadek.

Potem... padłem.

Normalnie: zero kondycji!

Pocieszam się, że to przez tę tropikalną aurę. Duszno, parno, nie ma czym oddychać. Po pierwszym machnięciu szpadlem zalewam się potem od czubka łysiny po pięty (obute w gumiaki, bo trawa wciąż mokra i błoto...). Plecy bolą. Nogi się trzęsą. Mroczki latają przed oczami. W głowie się kręci.

Na pewno to przez aurę..?

Ech - starość nie radość...


środa, 23 lipca 2014

Się zebrało - ale co z resztą..?

Się zebrało:


36 takich belek trafiło wczoraj wieczorem do Zaprzyjaźnionej Stodoły (gdzie wciąż jeszcze leży jakieś 5 z tych 31, które zebrałem w zeszłym roku - ale, umówmy się, zima była krótka i łagodna i dlatego zostało...), 4 pod wiatę - najbliższą Szacowne Grono zdołało już z lekka poszarpać po brzegu, choć tłumaczełem im szkodliwość jedzenia tak świeżego siana (ale nie słuchały...).

Razem 40 belek zebranych. Zostało na Wielkim Padoku:


jeszcze 15.

Do południa trzeba to zebrać, prognoza pogody nie pozostawia złudzeń: jak zacznie lać, to przed piątkiem nie skończy.

Tylko co z tym zrobić..?

Mam nadzieję, że gospodarze którzy, po dłuższych i doprawdy nie wartych opowiadania perypetiach zgodzili się wykończyć to dzieło, tj. poprzewracać, zgrabić, sprasować i zwieźć - wezmą sobie te 15 belek. Nawet nie w rozliczeniu. W prezencie.

Mnie tyle siana nie potrzeba. Przy najdłuższej i najostrzejszej zimie tego co mam na trzy konie starczy aż nadto. Magazynować to..? W Zaprzyjaźnionej Stodole owszem, jeszcze by się zmieściło (choć swoją drogą i tak niezły tam został bałagan po zeszłym roku, bo nie tylko moich 5 belek, ale i jeszcze różne takie...). Tylko po co? Przecież nie da się tego magazynować w nieskończoność - a w przyszłym roku też będzie nowe siano...

I tak to już jest na tym świecie. Zamiast cieszyć się z darów Bożych - mamy, k..wa, "klęskę urodzaju"!

Siano nie aż takie najgorsze, ale nawet ja miewałem już lepsze - nawałnica, która je zmoczyła w nocy z niedzieli na poniedziałek, zaiste nie poprawiła jego jakości - nie mówiąc już o tym, że powinno było być zebrane miesiąc wcześniej, żeby było naprawdę dobre.

Dla koni i takie się nada. Ale dla mlecznych krów - nie bardzo. Może dla jałówek. Ale i tak - raczej do ścielenia. Towar jest niesprzedawalny (zresztą, od lat stosunek cen jest taki, że kupić siano jest taniej niż zrobić samemu, jeśli się kupuje usługę - na co się już poprzednio skarżyłem...). A i na prezent gospodarze na razie kręcą nosami. Mam nadzieję, że to tylko taka pozycja negocjacyjna, a w rzeczy samej - znajdą jakiś sposób, żeby to u siebie składować i wezmą.

Nie dopilnuję tego, bo zaraz wsiadam do pociągu i jadę do Warszawy - spowiadać się przed hamerykańskim konsulem, błeee...

A propos hamerykańskiego konsula, nasz ozdobny tytoń raczył zakwitnąć:


ale, prawdę powiedziawszy, to "normalny" tytoń, który mieliśmy dwa lata temu (kiedy to jeszcze było legalne) - o wiele okazalej wyglądał od tego. Jakieś toto karłowate, mizerne, chociaż na świeżym gównie (a tamten był normalnie, w ziemi posadzony - tyle, że obficie gównem nawiezionej!), dynie, choć przecież to roślina płożąca, nieledwie go przerastają...

A jak byście byli ciekawi, jak tam z naszą glebą, o której kolega Wojtek tyle pisał - to nieźle, nieźle. Co prawda to nie jest tak, że z faktu, iż w zeszłym roku było wszystkiego 31 belek, a w tym jest 55 wynika, że nam produktywności o 52% wzrosła. Nie wynika, bo Radek, druh mój serdeczny (który popadł w tym roku w tarapaty nie gorsze niż kiedy się poznaliśmy - zastanawiam się, jak mu teraz pomóc..?) robił większe belki i mocniej je prasował.

Więc, produktywność nie wzrosła aż o 52%. Wzrosła mniej. Ale wzrosła! Tak na oko sądząc - o jakąś 1/5. Oczywiście - nie da się stwierdzić, na ile to wynika z większych niż rok temu opadów, a na ile - z lepszego niż rok temu nawożenia. Grunt, że wynika!

I tak, niewątpliwie macie rację - pora powiększać stado... Ale o tym, jak to zamierzam zrobić, dowiecie się na wiosnę przyszłego roku.

Ozdobny tytoń w zeszłym roku W OGÓLE nie wyrósł - z sadzonek. A w tym roku, proszę - nawet raczy kwitnąć...

niedziela, 20 lipca 2014

Rien

Prawda, że to francuskie "rien" dużo bardziej męsko i zdecydowanie brzmi od mdłego, polskiego "nic"..? Osobliwie w takim wykonaniu na ten przykład:


Cóż ja mogę Państwu opowiedzieć? Rien!

Nad północnym horyzontem wisi wielka, czarna chmura i nam urąga. Grzmią stamtąd odległe grzmoty, a my nie wiemy - przyjdzie do nas, czy nie przyjdzie..?

Tymczasem nasze siano, skoszone nareszcie dopiero wczoraj popołudniu (po licznych awariach Radkowych sprzętów - najpierw traktora, potem kosiarki, teraz znowu traktora, tylko innego...), nawet dobrze nie roztrzęsione i nie przewrócone - leży sobie na Wielkim Padoku i czeka. Przyjdzie chmura i je zmoczy - czy nie przyjdzie..?

Po prawdzie, to jeśli przyjdzie i zmoczy, gotów jestem zamiast kolejnej próby przewracania, zgrabiania i prasowania (co będzie nas w ch...j kosztowało, tak swoją drogą...), od razu umówić się na przyczepę samozbierającą - zebrać to, o ile się da, żeby nie przeszkadzało we wzroście nowej trawy - i wyj..ać na pustynię, niech tam glebę użyźnia..!

Gdybym wcale nie musiał trawy kosić, tylko całe siano kupował, taniej by mnie to wyszło - taki jest teraz stosunek cen (i to od lat...). Ale muszę to PRZYNAJMNIEJ skosić i wywieźć (przynajmniej tam, gdzie gęściej rośnie...) - bo na tak wysoką trawę koni wypuścić się nie da. A nowe pastwisko jest nam koniecznie potrzebne, im szybciej tym lepiej - stare wprawdzie wciąż jeszcze zielone, ale już się dyabelnie wręcz znudziło...

Kark spalony słońcem, szczypie z lekka. Oddając się dzisiaj nużącej i monotonnej działalności antypaństwowej zmęczyłem z niejakim obrzydzeniem Ziemkiewicza "Ciało obce". Nic doprawdy nie mam do opowiedzenia. Nic!

niedziela, 13 lipca 2014

Trauma i kwiaty

Założyłem w końcu kantarek Obe. Ale musiałem użyć tyle przemocy, że do tej pory nie doszedłem po tym do siebie - trauma mi przejdzie chyba dopiero, gdy mi wnusia wybaczy... Zobaczymy: będzie to już przy dzisiejszej kolacji, czy dopiero przy jutrzejszym śniadaniu..?

Bo obie małe ostatnio przywykły jeść swój owsik z wiaderek, które trzymam w ręku - w ten sposób ich nie przewracają, a wciąż mają za krótkie szyje, a za długie nogi, żeby wygodnie jeść z wiaderek stojących na ziemi...

Tymczasem, Lepsza Połowa wojuje z szerszeniami zamieszkującymi strych naszej chatki - i dokumentuje ostatnie ogrodowe (i nie tylko) dziwa.

Powojniki, które od kilku lat rosną sobie co roku w skrzynce ustawionej przed oknem chatki, tym razem zakwitły nietypowo - do okna, a nie na zewnątrz:


En face:


Te zdjęcia to niemal ukiyoe ("obrazy przemijającego świata") - bo powojniki zdążyły od rana do teraz przekwitnąć!

Za to nad oregano, rosnącym na spirali ziołowej, wciąż kłębią się motyle:




Dojrzewa nam kolorowa fasola:


(rosnąca zresztą na "polskiej terra preta" - jak spora część roślinek w ogródku...)

a pod ogromnymi liśćmi:


w ciemnym, tajemniczym gąszczu:


dojrzewa pierwsza dynia olbrzymia:


Wedle prognozy mamy trochę ponad dobę do następnych opadów. Niestety: większość jutrzejszego dnia spędzę w pracy. A tu zaległości, a zaległości... A plecy bolą...

środa, 9 lipca 2014

0 : 2

Znowu nie udało mi się założyć kantarka Obe, choć spędziłem na tym zajęciu jakieś dwie godziny wczoraj wieczorem - to jeden "gol" dla czterokopytnych.
 
Brama jednak w końcu rzeczywiście puściła i w konsekwencji jestem już naprawdę dobrze wybiegany - marszobieg aż do Brzozówki, kawał za torami kolejowymi, zaliczyłem jeszcze przed końskim śniadaniem - to "gol" drugi.
 
Ale - po kolei. Z Obe szło mi wczoraj naprawdę dobrze (tyle, że bez finalnego sukcesu...). Naprawiłem ogrodzenie, pomajstrowałem przy samochodzie i właśnie jak wybrałem się do stada z kantarkiem w ręku, stadu zachciało się odpocząć w cieniu pod wiatą. No i znalazłem dobry sposób, bo trzymałem małą dzikuskę poza wiatą, nie pozwalającej jej wejść i dołączyć do matki. Stopniowo pozwalała mi się głaskać, zarówno ręką, jak i kantarkiem, przychodziła też coraz częściej i bliżej - słowem, wszystko było na dobrej drodze, żebym jej ten kantarek nareszcie założył. Ale po niespełna dwóch godzinach najpierw stado się znudziło i wyszło spod wiaty, a potem Bubiszcze, które - sądząc po zachowaniu Mahru i Margire - co najmniej jedno ssanie mleka w tym czasie ominęło i widać zaczęły jej wymiona ciążyć, stanowczo przerwało narzuconą przeze mnie izolację od źrebięcia.
 
Próbowałem się w ostatniej chwili ratować brutalnością zamiast subtelności i złapać małą na lasso zrobione z lonży. Nawet mi się to udało, ale zaimprowizowana pętla zaciskała się zbyt wolno i ofiara zdążyła się uwolnić. Dalej już nie eskalowałem przemocy i dałem sobie spokój.
 
 
O dziwo, Obe zdaje się nie mieć mi tego wszystkiego za złe - podchodzi nawet chętniej niż przedtem. Oczywiście - pod warunkiem, że nie mam w ręku kantarka...
 
Nie wiem o której zbudził nas dzisiaj tętent kopyt - chyba trochę po 4.00 rano, ale nie zdążyłem rzucić okiem na zegar. W każdym razie, było już całkiem widno. Boczna brama, której rzadko używamy - puściła. Właściwie, to tylko górny drąg puścił, bo sizal, którym jest przywiązany do słupka, zetlał.
 
I - skubane! - wszystkie jakoś przez drąg dolny i krzywo wiszący górny przejść potrafiły. A jak chcemy, żeby np. przez kawaletki albo leżące na ziemi drągi przechodziły - to obraza Boska i gwałt na końskiej godności jest.
 
Potem, w terenie, po śladach sądząc, żadne kolorowe plastikowe śmieci nie robiły na nich wrażenia. A weź spróbuj obok czegoś takiego przejechać, w siodle siedząc...
 
W każdym razie zacerowałem prowizorycznie tę boczną bramę, otworzyłem szeroko główną (zwiało całe stado w komplecie) - i poszliśmy z Lepszą Połową tropem.
 
Tropienie zwierzyny jest jak badanie historii. Brak dowodu nie jest dowodem. Ulegliśmy takiemu złudzeniu, jak się nam wyraźnie w miękkim piasku odciśnięty ślad skończył na polu seradeli koło torów kolejowych, przy przejściu nie "naszym", tylko tym położonym pomiędzy nami a grabowską stacją, prowadzącym do jednej z odnóg wsi Brzozówka.
 
 
Trop wchodził na to pole, a wyraźnego wyjścia widać nie było. Poszliśmy zatem w stronę, w którą wydawało się nam, że mogły potruchtać (one prawie cały czas kłusem szły - to pole to w ogóle był pierwszy przypadek, że jakoś poważniej z drogi zboczyły) - lasem, wzdłuż torów, w stronę domu.
 
Ale, jak po stu metrach żadnego śladu nie było - zaproponowałem, żebyśmy się rozdzielili. Ja wróciłem z powrotem i zacząłem klasycznie krążyć po spirali, zaczynając od punktu, w którym ślad się urywał - a Lepsza Połowa poszła dalej prosto.
 
Prawdę powiedziawszy spodziewałem się, że to raczej ona odniesie sukces - z przeciwka jechał pociąg, liczyłem na to, że gdziekolwiek w lesie są, to je wypłoszy na bardziej otwartą przestrzeń. Sądziłem bowiem, że nie widzimy ich śladów, bo weszły gdzieś między drzewa.
 
Ale nie! Okazało się, że z tego pola seradeli poszły jednak na drugą stronę torów - tyle, że jakoś tak boczkiem, że tylko z bliska ślad dało się wypatrzyć - a wyraźny trop dopiero na szerokiej, piaszczystej drodze za torami się pojawił. Wkrótce zresztą zobaczyłem je na horyzoncie: pasły się na dojrzewającym owsie.
 
Na szczęście ten owies bujnie rósł tylko przy samej drodze - w głębi to były może ze trzy źdźbła na każdy metr kwadratowy, reszta to mech i jakieś chwasty. Wielkiej szkody zatem nie narobiły.
 
Zresztą - one wcale nie były głodne! Jak by były głodne, to byśmy je wcześniej znaleźli, bo różnych zbóż i innych upraw nadających się do szabrowania było po drodze mnóstwo.
 
Sądząc po kierunku w którym szły, naszym koniom potrzebny jest dobry psychoanalityk.
 
 
Albo - większe końskie towarzystwo..?
 
200 metrów dalej ma gospodarstwo największy w okolicy "handlarz". Zmierzały prosto w stronę jego obejścia - a że tuż przed celem na owsik zboczyły, to o tyle nie dziwota, że w międzyczasie po prostu nastała pora śniadania.
 
Jedno z dwojga zatem - albo życie im niemiłe, albo chciały się zapoznać z końmi, które tam przebywają i które pewnie słyszały...
 
Dość łatwo udało mi się złapać Margire - a jak już ją miałem, to Melesugun złapałem jeszcze łatwiej.
 
I poszliśmy do domu.
 
Kolejny pociąg (rano trochę ich jest...) mijał nas, gdy już wróciliśmy na "naszą" stronę torów, ale wciąż byliśmy dość blisko. Nawet uchem żadna nie zastrzygła! Konie na wojnę...
 
Trzymając dwie kobyły za kantary (uwiąz w tym czasie przedzierał się z Lepszą Połową przez gęste zarośla jeżyn i malin - maliny, podobno, już owocują - przynajmniej jakiś informacyjny zysk z tej wycieczki...) nie mogłem się odganiać od owadów. A tych, głównie zresztą much, unosił się nad stadem gęsty, zbity tuman. Ze dwie połknąłem, jedną wciągnąłem nosem. Ogólnie - głowę mam teraz całą w bąblach.
 
Ale wieczorkiem, o ile tylko nie będzie (bardzo) padać - spróbuję znowu z tym kantarkiem! Spróbowałbym od razu, bo po powrocie do domu obie małe wręcz się do mnie kleiły, syte wrażeń - ale czas już było jechać do pracy...

wtorek, 8 lipca 2014

Nocne omamy

Nie wiem, która była godzina, kiedyśmy zerwali się z łóżka. Ale wróciliśmy do chatki jakoś tak około 23.10. Nie wiem też, co to było właściwie - ale oboje nas poderwał trzask, hałas: jakby stado, a przynajmniej część stada łamała ogrodzenie albo biegała już na wolności, niedaleko nas.
 
Zapalając po kolei wszystkie światła pobiegłem tedy co prędzej, ledwo co spodzień naciągnąwszy i chodaki włożywszy na nogi szukać, łapać, zatrzymywać... a Lepsza Połowa za mną - niewiele później!
 
Patrzę, w świetle lampy przydomowej - wszystkie trzy najbliższe bramy całe. Ogrodzenie też całe.
 
Zapalam światła pod wiatą - pusto.
 
Idę dalej. Ogrodzenie całe, dość ciemno, bo choć noc księżycowa, to chmury - nikogo. Czyli co? Czyli dyla dały gdzieś dalej, a tylko przebiegały obok chatki? Wracać, śladów szukać? Może bramę od przepędu wyłamały..? No ale, skoro tak daleko na Pierwszy Padok zabrnąłem, to już sprawdzę do końca, czy ich tu nie ma - albo czy nie ma dziury w płocie, bo dwa razy ten odcinek wieczorem naprawiałem, mogły go i trzeci raz zerwać...
 
Rżenie! Oho! Przynajmniej jedna została - szefowa. To już nadzieja! Zaraz potem cieńszy głosik, to Mahru. Dwie są. Dobra nasza! Podchodzę bliżej, kierując się źródło dźwięku. Duża ciemna sylwetka, Melesugun - tej się spodziewałem. Ale trochę mniejsza, bardzo jasna, to Mahru być nie może - to jej matka. Czyli kto uciekł..? Nikt! Wszyscy są, bo zaraz i Obe i Osman Guli też się pokazały. Były jak raz w przeciwległym kącie Pierwszego Padoku, na tle sosenek za płotem widać ich nie było...
 
Rżały, bo zobaczyły światło.
 
Ale co w takim razie nas obudziło - i to oboje..?
 
Pewnie, że wyinterpretowaliśmy to sobie jako ucieczkę przez to dwukrotne naprawianie płotu wcześniej - jakiś jednak dźwięk realny musiał być tego omamu przyczyną.
 
 
W dodatku śpimy teraz przy otwartym oknie - przy zamkniętym się nie da, za duszno - ale otwarte okno prowokuje czarnego koćkodana, który zwykle do chatki wpuszczany nie jest, do składania nam dowodów swojej bezgranicznej miłości. Tej nocy były to dwie myszki. Niby sympatyczne, ale też jakąś taką atmosferę nerwowości wprowadza (osobliwie, że koćkodan czarno - biały, domowy, dostaje ataków szału z zazdrości, że jej się intruz po chatce pęta...).
 
Stanowczo - Lepsza Połowa ma rację, że trzeba jakąś zasłonę na to okno od zewnątrz przytwierdzić...

niedziela, 6 lipca 2014

1 : 1

Mała Mahru jak na damę przystało ze spokojem i kokieterią założyła swój nowy kantarek. Nie, nie różowy! ŁOSOSIOWY - jak wyjaśnił sprzedawca.

Zdjęcia nie pokażemy. Mała Mahru jest może damą - ale jest też wielką rozrabiaką i wygląda tak, że w żadnym razie nie nadaje się do pokazania. Nawet w łososiowym kantarku...


Natomiast Jej Dzikość Obe i owszem, podziumdziała swój, kurew..ko czerwony (jak na temperamentną brunetkę przystało...) w paszczy, owszem, obwąchała go z każdej strony - ale choć spędziłem półtorej godziny z nią i z jej matką w naszym prowizorycznym boksie, czyli w magazynowej części wiaty: założyć kantarka mi się nie udało...

Obe skorzystała z prowizoryczności ogrodzenia i prysnęła na wolność naga...

Lepsza Połowa została ranna w nogę. Też z powodu prowizoryczności ogrodzenia. Muszę je wymienić!

Ale chyba nie dzisiaj. Dzisiaj jesteśmy zatruci. Na strychu naszej chatki eksplodowała pięciolitrowa bańka ze spirytusem. Nie wiem jak to możliwe, ale taki jestem jakiś teraz senny... Z gorąca chyba..?

sobota, 5 lipca 2014

Ares i Civis, czyli nie wszystko stracone!

Właśnie wróciliśmy z Sielanki, gdzie od piątku rozgrywają się Mistrzostwa Polski w Skokach przez Przeszkody. Wpadliśmy tam dzisiaj po końskim lunczyku głównie po to, aby nabyć drogą kupna sprzedaży na jednym z rozkładających się zwykle przy takiej okazji stoisk kantarki dla dziewczynek (tak jest! Słusznie się Państwo domyślacie! To oznacza, że wkrótce będzie tu - albo na angielskim blogu - opis rodeo przy okazji zakładania owych... Ale jeszcze nie dziś: za duszno, za gorąco, nie chce się nam...).

Akurat rozpoczynał się II półfinał seniorów - tośmy przycupnęli w ostatnim rzędzie i oglądali...

Do przerwy wymyśliłem już tytuł relacji dla Państwa: "Wesele w Atomicach".

Jak każdy wierny czytelnik Mistrza wie, w Atomicach jeden Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie dźgnął nożem. Tak samo w owym II półfinale: jeden Grzegorz Kubiak zachował przyzwoitość i pojechał Mistrzostwa Polski na polskich koniach...

Ale! Ale po przerwie musiałem - na szczęście - zrezygnować z dobrze zapowiadającego się witzu. Co może i dobrze, bo za Grzegorzem Kubiakiem czegoś nie przepadamy... Choć, przyznaję, zapunktował dziś u nas wręcz podwójnie: nie tylko na polskich koniach pojechał, ale też - gdy jego drugi koń, Elear, zrzucił, tracąc szansę na lepszy przejazd niż udało mu się na pierwszym - natychmiast zrezygnował z dalszej jazdy. Niezależnie, czy zrobił to z szacunku dla konia, czy dla własnego brzucha - w obu przypadkach doskonale go rozumiem i kibicuję!

Jakoś tak na początku drugiej połowy (nie nie - wyjaśniam laikom - te "połowy" to tak czysto przypadkowo wyszło: po prostu była krótka przerwa na równanie parkuru w połowie stawki zawodników...) wyjeżdża sobie zawodnik na niepozornym koniku zwanym "Civis". Takie nic. Chude, kanciaste - no: prawie swojskie! Od razu wydał mi się sympatyczny, chociaż Kaszub (a, jak wiadomo, jako prawy Kociewiak, Kaszubów nienawidzę...).

Spiker mówi: "Civis - koń pełnej krwi angielskiej". Aż się unieśliśmy w siedzeniach - i nie tylko my, ale cała trybunka, która w "Sielance" wielka nie jest (pół konkursu jakaś laska siedząca na prawo ode mnie nawijała w smartfona: przez co lepiej jestem teraz wprowadzony w tajniki jej intymnego pożycia z chłopakiem i relacji z jego i własną matką, niż w przebieg zawodów...). Spiker ciągnie dalej: "hodowli SK Stubno".

No rany Boga..! Krewny! Przyjaciel co najmniej! Przecież nasz "smark" - Dar, syn Dalii wlkp, w SK Stubno właśnie się chował. Ba! Miał tam jakiegoś folblucika, też na "C" za przyjaciela - co prawda nie mógł to być żadną miarą ów właśnie "Civis", bo ten jest z 2001 roku, a Dar był z 2005 - ale kto wie: może to był jego brat..?


No i co dalej..? I dalej - "Civis" ma bezbłędny przejazd! Raptem drugi w konkursie. Szał! Burza oklasków! Hurrraaa..! Pokazaliśmy niemieckim i holenderskim "pućkom" gdzie ich miejsce, ha, ha..!

A podobno folbluty nie skaczą, taaa..?

Kropkę nad "i" postawił Ares pod panem Psiukiem - poniekąd też blisko, pozdrawiamy Joanno, pomiziaj w naszym imieniu Saszkę - ogier wielkopolski. Który cały ten "II półfinał" wygrał. W pierwszej trójce - i wśród JEDYNYCH trzech bezbłędnych przejazdów - ulokowały się dwa konie hodowli polskiej.

Doliczając oba konie Kubiaka, na 38 zgłoszonych do konkursu par (wystartowało bodaj 35...) - raptem cztery konie polskie. Reszta niemieckich albo holenderskich. Za to - dwa z tych czterech rządzą!

To jest oczywiście w dalszym ciągu płacz i zgrzytanie zębów - no ale, wynik mówi sam za siebie. Nie wszystko stracone. Nie nazwałbym tego jeszcze nawet "światełkiem w tunelu" - ale "Wesele w Atomicach" to w każdym razie nie było...

wtorek, 1 lipca 2014

Obornik przeciwpowodziowy (oraz hyzop i inne kwiecie!)

Na początek rada praktyczna: gospodarczy sposób na ograniczenie podtapiania piwnic, kopców i innych dołów!

Uwaga: mam na myśli podtapianie spowodowane WYŁĄCZNIE przesiąkaniem wody opadowej. Jak ktoś pomyśli, że można w ten sposób zatrzymać rzekę - sam jest sobie winien...

Po ostatnich deszczach woda na naszej piaszczystej drodze stoi prawie jak po solidnych roztopach:


A tymczasem nasza hydrofornia, na zatapianie której tylekroć się skarżyłem - no, może nie sucha, aż tak dobrze nie ma, a poza tym, oczywiście, bardzo w niej brudno, bałagan jest i klapę trzeba będzie przed zimą naprawić - ale: wody wylewać na razie nie trzeba...

Dlaczego..?

No cóż - stosując zasadę jedynej różnicy: mam wrażenie, że dokonaliśmy tego dzięki wyłożeniu położonego POWYŻEJ hydroforni zagłębienia terenu obornikiem w ciągu minionej zimy:


Obornik jest w tej chwili tak nasiąknięty wodą, że aż strach po nim chodzić: człowiek się ślizga po tej nawierzchni!


Woda, która teraz uwięzła w oborniku - w poprzednich latach swobodnie przesiąkała przez nasz piaszczysty grunt wprost do hydroforni, tam się gromadząc, bo przy jej wykopywaniu naruszony został układ warstw gleby i zrobił się lokalny dołek w słabo przepuszczalnej glinie, która tu zalega na głębokości od pół metra....

Dodatkowo korzyść: dynie nam rosną jak głupie. Aż strach!



I kwiat:


oraz, dla ukazania skali - nasz koćkodan (niemały, niemały...) na tle dyń:


Rano, kiedy było lepsze światło, a ja siedziałem za biurkiem (i tyłem...), Lepsza Połowa uwieczniła swoją nie mniej dziko rosnącą spiralę ziołową:


ze szczególnym uwzględnieniem


bujnego oregano


a także kwitnący po raz pierwszy hyzop


podarunek od Ani i Zoltana


Nota bene: co się z hyzopem robi..? Poza tym, że jest wcale dekoracyjny i ładnie się nazywa..?

Bo co się robi z kwiatami cukinii:


(trochę wstyd pokazywać, bo tej części ogródka nie zdążyłem jeszcze wypielić...).

Kwiaty cukinii się nadziewa..! Na co czekam z niecierpliwością...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...