poniedziałek, 30 czerwca 2014

Bangla - k...wa - desz..?

Dałem się zwieść w czwartek. Prognoza zapowiadała 30 mm deszczu. Nie uwierzyłem. To przecież bzdura, w naszym klimacie tyle dziennie nie pada..! Znakiem tego, meteorologiczny babol - nie ma się co przejmować, tyle że do roboty pojechałem na wszelki wypadek samochodem...

Ale już siana czterokopytnym nie przywiozłem. I w rezultacie nudziły się jak mopsy pod wiatą prawie całą noc i pół dnia - ze środy na czwartek.

Nie wiem czy akurat 30 mm, nie mierzyłem, ale - zlało nas dokumentnie..! Jak rano, opatulony w kufaidło i odziany w gumiaki poszedłem dawać śniadanie, spod wiaty dochodził głośny chrap - a w środku leżał kłąb splątanych i zaspanych ciał, z którego pod przypadkowymi kątami wystawały kopyta i ogony...

Oczywiście na czwartkowej nocy i dniu się nie skończyło. Piątek był przyjemny, a nawet upalny, ale już w sobotę rzutem na taśmę zaledwie zdołałem wypielić pomidory - gdy dopadła nas nawałnica. Taka z piorunami.

O niedzieli lepiej nie wspominać: dobrze, że nas leń ogarnął, bo jak bym się zebrał do tego, co miałem robić wcześniej, to już poranna nawałnica zgasiłaby mi ognisko. Wziąłem się do roboty jak ciutek przeschło - i ledwo zdążyłem przed nawałnicą wieczorno - nocną...

Co to, k...wa jest? Bangladesz..?


Na dziś po południu prognoza zapowiada kolejne 25 mm...

A tak właściwie to właśnie w tej chwili zaczęło padać...

Pocieszam się, że sierpień to też dobry miesiąc na sianokosy..!

wtorek, 24 czerwca 2014

Sezon ucieczkowy

uważam za otwarty. Akurat zdążyłem dokonać porannych ablucji i zasiadłem z kawą przed końputerem - korzystając z tych 20 minut, jakie mi zostały do czasu, gdy muszę już jechać na stację - gdy za ścianą chatki rozległ się tętent kopyt.
 
Na szczęście, było to tylko Małe Złe z latoroślą:
 
(zdjęcie latorośli nieco nieaktualne, ale raz, że nie miałem już kiedy zrobić nowego, a dwa - że wygląda teraz nad wyraz paskudnie: cała w zadrapaniach i bliznach, jak prawdziwa chłopczyca, co to po płotach się szlaja...).
 
Latorośl musiała była przejść przez bramę prowadzącą z Padoku Zimowego na przepęd - a matka pognała oczywiście za nią.
 
Bramę naprawiłem, Małe Złe, nie bez przygód, złapałem w Lasku - i sytuacja wróciła na razie do normy.
 
Mam jednak przeczucie, że nie powiedziały ostatniego słowa bynajmniej...
 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Wycieczka nad kanałek

Korzystając z nadspodziewanie ładnej pogody, wybraliśmy się dzisiaj po pracy z Lepszą Połową nad kanałek. Z czego powstały pewne fotograficzne impresje:







Lepsza Połowa chciała się rozejrzeć w tamtejszej roślinności i sprawdzić, czy aby nie ma czegoś, co by się na przetwory lub nalewki nadawało. Po drodze niejako - wpadliśmy też do Radka, druha mego serdecznego, zaczynając kampanię urabiania go, żeby w jakiejś dającej się przewidzieć przyszłości wpadł do nas na Wielki Padok i skosił. Efekt obu tych naszych zamiarów jest umiarkowany. No ale - od czegoś zacząć trzeba..?

sobota, 21 czerwca 2014

Na dobry początek lata...

wczorajsza, wieczorna tęcza:


może to i ładne, ale jak patrzę na prognozę pogody... to perspektyw na rychłe sianokosy nie dostrzegam..!

czwartek, 19 czerwca 2014

Dzikie kwiaty Lepszej Połowy

Zgodnie z obietnicą sprzed dwóch dni, dalszy ciąg roślin z okolic naszej chatki w obiektywie Lepszej Połowy. Tym razem - wyrosłych dziko.


Dactylis glomerata


Trifolium pratense


Trifolium repens


Oenothera biennis


Urtica dioica


Philadelphus coronarius (no dobra, ten nie jest tak do końca dziki...)


Vicia cracca


Lathyrus vernus


Rumex acetosella


Centaurea cyanus


Felis catus - nie kwitł, nie kwitnie, kwitnąć nie będzie - ale za to, jak zeznaje Lepsza Połowa, pod nogami plątał się nieustannie, stwarzając zagrożenie dla bezpieczeństwa i higieny fotografowania, poprzez ryzyko wywrotki...


Sonchus arvensis


Robus fructicosus


Silene vulgaris


Secale cereale

Tylko żebyście się Państwo za bardzo nie przyzwyczaili do wielkiej aktywności na tym blogu, skoro trzeci dzień pod rząd coś zamieszczam..!

Prawda jest taka, że mi się na ogół nie chce. A też i nie ma powodu. W zeszłym roku "wyrobiłem" rekord, bo prawie się liczba wpisów z liczbą dni w roku zrównała - w tym musi się to zrównoważyć...

środa, 18 czerwca 2014

Rozwiązłość Polek, mądrość Polaków i dzieje rolnictwa w Polsce

Nie powinienem odrywać Lepszej Połowy od doniosłego zagadnienia wpływu molibdenu na absorpcję azotu przez rośliny uprawne - ale nie strzymałem, sprowokowany dyskusją, która rozpętała się wczoraj na moim ulubionym historycznym forum.
 
 
Dzieło pomienionego Al-Idrisiego czytane jest na arabistyce w toku normalnego kursu, spytałem tedy Lepszą Połowę, z czym się jej kojarzy. Otóż, na pierwszy rzut oka kojarzy się jej z opisem rozwiązłości Polek, rzekomo nie tracących podówczas żadnej okazji do grzechu.
 
Co, poniekąd, jako wrażenie arabskiego turysty w Polsce - ma wszelkie szanse na bycie spostrzeżeniem trafnym i o nieprzemijającej wartości..!
 
 
Inna rzecz, że nie wiadomo, czy ów Idrisi faktycznie u nas był, czy tylko mu się kumple zwierzali (jak to kumple, niewątpliwie koloryzując...). Ewentualnie - czy aby nie przepisał tego z jakichś wcześniejszych relacji. O dwa stulecia starszy ibn Jakub o rozwiązłości opowiada mniej - więcej to samo (dodając szczegóły żywcem pasujące do niejakiego d'Alamberta opisów obyczajów Polinezyjek i Polinezyjczyków - z wieku XVIII... Co, poniekąd dowodzi, że wyobraźnia wyposzczonych podróżników podobnymi chadza ścieżkami!). O mędrcach za to i o oliwkach milczy.
 
Być może dlatego, że ibn Jakub jednakowoż w Polsce, wcale tak wówczas jeszcze nie nazywanej, w rzeczy samej był, z Mieszkiem I (który ani przypuszczał w tym momencie, że mu taki numerek przy imieniu dostawią...) jakoś - przez tłumacza zapewne - rozmawiał, myto mu zapłacił, na co bardzo narzeka, drużynników jego, których wielce chwali, widział (pytanie tylko, czy dano mu okazję ich tak detalicznie policzyć, jak to podaje - ja bym mu takiej okazji nie dał, starając się raczej, żeby mu się w oczach mnożyli - a nie wydaje mi się, aby Mieszko I był ode mnie głupszy pod jakimkolwiek bądź względem...).
 
Zbieżność dwóch źródeł, które zdają się siebie wzajemnie potwierdzać dowodzi jednakowoż, że coś z tą rozwiązłością musiało być na rzeczy. Co prawda, o obyczajności w epoce tak odległej możemy jedynie snuć domniemania. Z pewnością nie było tak, że Polki ówczesne przeciw lokalnej obyczajności jakoś szczególnie grzeszyły. Gdyby bowiem zachowywały się rzeczywiście swobodnie ponad miarę, to by źródeł o tym świadczących było więcej - tymczasem taki Thietmar na przykład, który ani Polaków, ani ich władcy zdecydowanie nie kocha, jakoś nie korzysta z tak oczywistej okazji, żeby wroga moralnie pognębić...
 
Znakiem tego, nie chodziło o jakąś rozwiązłość, by tak rzec, absolutną - a jedynie o różnicę kulturową. Która dla Araba (lub zarabizowanego Żyda) musiała być uderzająca, ale już dla Niemca - niekoniecznie.
 
 
O co chodziło naprawdę i co się kryje pod iście marynarskimi fantazjami obu panów, tego pewnie się nigdy nie dowiemy. Sądząc po obyczajach sąsiadów o których coś tam wiemy, więc Germanów głównie - możliwe, że kwestie małżeństwa, konkubinatu, wolnego związku, były w praktyce pogańskich i ledwo-co-chrystianizowanych Polan inaczej uregulowane, niż to w przywykłym już do purytanizmu i patriarchalizmu świecie śródziemnomorskim przyjmowano za normę. Jasnym jest, że ówczesne Polki burek na głowach nie nosiły - a niewykluczone, że strój ich bywał i bardziej swobodny lub żaden zgoła (do czego i fakt istnienia wspólnych łaźni musiał się przyczyniać - a co też niczym szczególnym na tle sąsiadów bezpośrednich nie było, Araba zaś i wtedy i dziś wciąż - szokować musiało). Spódniczki mini wcale nie wynaleziono w XX wieku: tak się ubierały Kozaczki nad Donem na przykład - w jakże purytańskim wieku XIX...
 
Niestety, nie znalazłem lepszego zdjęcia...
 
Wreszcie, prof. Labuda wspomina - w formie hipotezy - o możliwości istnienia bardziej nawet szokujących rytuałów, jak obyczaj dokonywania przez obecnych na pogrzebie znaczniejszej persony żałobników zbiorowego gwałtu na tej spośród małżonek zmarłego, która miała razem z nim spłonąć na pogrzebowym stosie (jasne, że nie wybierano do tej roli staruszki - wdowy, tylko którąś z młodszych konkubin, niewolnicę bodaj - i dlatego Thietmar o tym milczy...). Z tym, że na poparcie tej hipotezy ma bodaj dwa niejasne wersy u Gala Anonima - i jakieś odległe analogie...
 
To tyle, co mi przychodzi do głowy w kwestii rozwiązłości. Co do charakterystyki XII-wiecznej Polski jako "kraju mędrców", rzecz jest oczywista i trzeba być idiotą, żeby brać te słowa na poważnie. Tak, jak napisałem już w przywołanym wątku forum: skoro to miałaby być "cecha charakterystyczna" kraju, odróżniająca go od innych - to dlaczego, na Boga, nic nam o owej mądrości polskich mnichów nie wiadomo skądinąd..?
 
Wiadomo powszechnie o mądrości mnichów irlandzkich. Wiadomo o osiągnięciach klasztorów Italii. O pierwszym europejskim uniwersytecie w Bolonii, datowanym na rok 1088. O Sorbonie, założonej w roku 1150. Jakoś o Polsce w tym kontekście głucho. Pierwszą spisaną kronikę (po łacinie, wierszem) ułożył nam pewien anonimowy Gal. Który zresztą (wedle jednej z hipotez) był tak naprawdę Madziarem. Pierwszy polski uczony o którym coś wiemy to Wincenty Kadłubek - ale ten żył stulecie później i też niczego zgoła oryginalnego nie wypracował.
 
Ogólnie rzecz biorąc trafiały się w Polsce pojedyncze odkrycia, pojedyncze osobowości, szkoły nawet (najważniejsza, tak naprawdę, to chyba w logice...) - ale i w XII wieku i w wieku XVI i w wieku XIX i dziś byliśmy i jesteśmy prowincją życia umysłowego cywilizacji zachodniej. Ileż można się onanizować jednym Kopernikiem..? Tym bardziej, że jak wszyscy dobrze wiemy, Kopernik i tak była kobietą..!
 
 
Podstawowy powód dla którego zmobilizowałem się do napisania tego eseju, to oczywiście wynikła w toku dyskusji kwestią rozwoju rolnictwa w Polsce.
 
Temat ten poruszałem nie raz. I nie raz wskazywałem na fundamentalne zupełnie luki w naszej wiedzy! Kwestia tego, czy w XII-wiecznej Polsce dominowała już dwupolówka, czy jeszcze gospodarka żarowa - bynajmniej, moim zdaniem, nie jest rozstrzygnięta.
 
Jeśli mogę snuć domniemania na podstawie tego, czego moi dyskutancie nie napisali, to odnoszę wrażenie, że nawet dla uczonych - historyków pojęcie "gospodarki wypaleniskowej" pozostaje co najmniej mętne. A rzecz przecież wcale nie jest trudna do zbadania, boż taka gospodarka jak najbardziej przetrwała do czasów dobrze udokumentowanych - i u nas (choćby na obrzeżach Puszczy Białowieskiej, gdzie dopiero podskarbi Tyzenhaus za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego ów stan rzeczy zmieniać się podjął) i np. w Ameryce (o czym pewnie kolega Wojciech będzie miał więcej do opowiedzenia - w swoim czasie).
 
Przede wszystkim nieprawdą jest mniemanie, jakoby las wypalało się raz. A po wypaleniu ów już nie odrastał i ludność była w związku z tym niejako "zmuszona" przejść do innej formy gospodarowania.
 
Nie jest też prawdą mniemanie, jakoby gospodarka wypaleniskowa koniecznie wymagała koczowniczego, czy półkoczowniczego trybu życia. Zaś szacunki, wedle których w ten sposób można utrzymać nie więcej niż 1 - 2 osoby na kilometr kwadratowy mam za absurdalne. Dlaczego niby nie 5 czy 6..? Jak to się udowadnia..?
 
Opisów nie mamy. W zasadzie wszystko co mamy, to świadectwa archeologiczne. Z konieczności fragmentaryczne i gospodarki rolnej tyczące w najmniejszym stopniu. Raz dlatego, że wykopaliska koncentrują się na głównych ośrodkach - grodach. A tam przecież roli nie uprawiano! Znaczy się - w grodzie jej nie uprawiano, bo wokół oczywiście tak (i stąd większość informacji, jakie w ogóle mamy: w postaci odnalezionych szczątków roślin i zwierząt i narzędzi rolniczych). Dwa dlatego, że nie ma jakiejś łatwo uchwytnej różnicy między "gospodarką wypaleniskową", a "dwupolówką".
 
Przejście od jednego do drugiego systemu w rzeczy samej dokonywać się mogło płynnie - i przez długi czas zapewne oba te sposoby gospodarowania współwystępowały, nie tylko w ramach jednej struktury politycznej, ale być może nawet i w ramach pojedynczego gospodarstwa.
 
Nigdy nie było czegoś takiego jak "pierwotna puszcza", w której pracowita ręka piastowskiego kmiecia ogniem i siekierą wyrąbywała zręby nowego, cywilizowanego życia. To, co bierzemy za resztki takowej "pierwotnej puszczy", jak wspomniana już Puszcza Białowieska, to albo rezerwaty myśliwskie dawnych władców, które z rozmysłem utrzymywano przez wieki w stanie "dzikim" - albo obszary które względnie niedawno uległy depopulacji na skutek wojen lub zawirowań politycznych (największym spośród takich obszarów jest obecnie bodaj "ziemia niczyja" na linii demarkacyjnej pomiędzy obiema Koreami - ale część z Państwa może pamięta film "Królik po berlińsku"..?).
 
 
 
Całość dostępnego habitatu, najdzikszych ostępów leśnych, bagiennych i górskich nie wyłączając, została bez reszty podzielona między ludzi już w paleolicie. Tyle, że formy w jakich ten habitat był eksploatowany ulegały zmianie. Zrazu było to tylko zbieractwo i łowiectwo (w łowiectwie przecież od tysiącleci wykorzystywano ogień - dla naganiania zwierzyny we wcześniej przygotowane pułapki i zasadzki! Przy okazji odnawiając las...).
 
 
Kiedy pojawiło się u nas rolnictwo, wykorzystanie pod uprawę zboża świeżego pogorzeliska było rozwiązaniem naturalnym. Po wyczerpaniu się żyzności ziemi - pole zarastało i po upływie odpowiednio długiego czasu (jakiego, to już zależało od "naturalnej" żyzności ziemi - determinowanej m.in. składem podglebia, stosunkami wodnymi, obecnością zwierzyny nawożącej pole własnymi odchodami, itd.), wypalane było powtórnie. I tak w koło Macieju.
 
Na działkach o najwyższej żyzności, w dodatku wykorzystywanych w okresie ugorowania jako pastwiska - taka rotacja mogła przebiegać na tyle szybko, że młodnik, które je porastał (o ile wypasana zwierzyna na to w ogóle pozwoliła...), nie zdążył stać się dojrzałym lasem. Albo i wcale młodnika nie było. Co czyniło taki rodzaj "gospodarki wypaleniskowej" nieodróżnialnym od tzw. "dwupolówki" (czyli systemu w którym mniej - więcej połowa dostępnego areału ziemi ornej jest ugorowana - z zasady dłużej niż jeden rok...).
 
W zasadzie "postęp" od "czystej gospodarki żarowej" do "czystej trójpolówki" to głownie dzieje rozwoju hodowli bydła. Przy "ortodoksyjnej gospodarce wypaleniskowej" ludzie nie potrzebują trzymać żadnych zwierząt hodowlanych. Radło lub sochę potrzebną do tego, aby wyryć bruzdę pod zasiew ziarna da się zaprząc w babę - albo w tego małego, przypominającego tarpana konika, którego potem, aż do trzeciej ćwiartki XIX wieku używano co najwyżej do bronowania lub włóczenia, bo pługa uciągnąć nie był w stanie. Sierpem można ścinać zboże nawet na "polu" usianym niedopalonymi karpami. A takie właśnie oprzyrządowanie znajduje się w warstwach datowanych na XII wiek w Polsce!
 
 
Stopniowy rozwój hodowli bydła sprawia, że dysponując większą ilością nawozu można skracać czas ugorowania. Z lat kilkudziesięciu (w skrajnym przypadku) do, ostatecznie, jednego roku na każde dwa lata uprawy (stąd "trójpolówka" - bo jedna trzecia ziemi jest ugorowana...). Jednocześnie - w XIII wieku jednakowoż dopiero - upowszechnia się u nas pług, orka sprzężajna (w woły!), koniec końców - kosy, którymi już miedzy niedopalonymi karpami operować nie sposób. Potrzebne jest równe, gładkie pole - efekt wielu pokoleń starannej uprawy.
 
Oczywiście cały ten "postęp" zakłócany był periodycznie katastrofami naturalnymi i wojennymi, które za każdym razem - nawet i w wieku XVII, a i w wieku XX też - powodowały powrót do gospodarki najprymitywniejszej: gdy nowi osadnicy przybywali na "pustkę" opróżnioną z ludzi i zwierząt gospodarskich, zacząć trzeba było od wypalenia lasu...
 
Zarazem ta gospodarka "najprymitywniejsza" jest też, z punku widzenia indywidualnego kmiecia, najwygodniejszą. Po co troszczyć się o odnowienie żyzności ziemi, skoro może to zrobić - bez wysiłku ze strony człowieka - sama natura? Po co obarczać się inwentarzem, który produkuje nawóz i da się wykorzystać jako (powolna i niezgrabna...) siła pociągowa - ale żadnych więcej oczywistych korzyści nie oferuje (bo na mięso przeznacza się głównie stare i słabe sztuki - niezbyt, zapewne, smakowite - a co do mleka i jego przetworów, to aż do pojawienia się chłodnictwa w końcu XIX wieku, możliwości zbytu były dość ograniczone...)?
 
Stąd różnica interesów między kmieciem a panem ziemi - feudałem świeckim lub duchownym. W interesie tego ostatniego oczywiście że leży jak najgęstsze zaludnienie posiadanych dóbr: nawet, jeśli "produktywność krańcowa" każdego następnego chłopa i każdej następnej morgi zaoranej ziemi jest coraz mniejsza, to globalna nadwyżka do rozdysponowania rośnie. W praktyce - jak tego dowodzą nowsze badania - granicy tego wzrostu (za którą miałaby pojawiać się maltuzjańska bariera głodu) w średniowieczu nie osiągnięto. Plonów zawsze (pomijając okresy wojen) starczało. Tyle, że chłop, w miarę wzrostu gęstości zaludnienia, musiał się więcej napracować - i więcej trzymać bydła. Nazywanego też, adekwatnie: "złem koniecznym".
 
Uwaga na marginesie 1: zasada, iż w miarę wzrostu liczby ludności ilość pracy koniecznej do wykonania, aby tę ludność utrzymać rośnie - wydaje się być zasadą dość uniwersalną. Im więcej ludzi, tym więcej "etatów w gospodarce". I więcej potu po dupie ścieka... Za to - niekoniecznie żyje się milej i wygodniej...
 
Uwaga na marginesie 2: sam, poniekąd, zasady "malejących korzyści" właśnie doświadczam. Przez pierwsze dwa lata po zaoraniu moich nieużytków, plon trawy miałem najobfitszy. Jeszcze w trzecim roku nie dostrzegałem kryzysu. A teraz nad niczym się tak nie głowię jak nad tym właśnie, jak tu raptownie malejącą żyzność ubogiej, boskowolańskiej gleby reanimować..? A mam tylko pastwiska, zboża nawet nie próbowałem uprawiać...
 
Ostateczne wnioski co do tego, jak to naprawdę było  - wymagają badań terenowych, a nie teoretycznych dywagacji. Takich badań nad dziejami polskiej wsi - i w wieku XII i w wieku XVII i w wieku XIX - brak. Nie bardzo też widzę - kto niby miałby coś tak żmudnego i nie rokującego na szybki a spektakularny sukces finansować..?


wtorek, 17 czerwca 2014

Kulturalne kwiaty Lepszej Połowy

Lepsza Połowa, pozostawiona sama na gospodarstwie w czasie, gdy ja za biurkiem gromadziłem przez cały dzień frustrację, którą nieodmiennie wieczorem na nią właśnie wylewam, korzystając z krótkiej chwili słońca przed deszczem (i przyjazdem kurierki - z opisu sądząc, nader podobnej do czarownicy - ze środkiem odpiaszczającym dla  naszego stadka), wykonała serię zdjęć kulturalnych kwiatów w naszym ogródku:


Bakłażan (w szklarni)


Papryka (tamże)


Kolendra (sama się rozsiała z zeszłego roku i bardzo jest ekspansywna...)


Ruta


Bób


Goji


Lucerna


Fasola


Ogórecznik (podobno ostatni - a była ich plaga w poprzednich latach! Muszę je zatem rzadziej wyrywać z chwastami...)


Goździki brodate (podobno miały były kwitnąć co dwa lata, a tu taka siurpryza..?)


Poziomki


Groszek

Lepsza Połowa obiecała w drugim rzucie sfotografować, jak się kawałek dobrego światła trafi, także kwiaty dzikie...

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Bambi

Jak się zostawi ekranik malutki i ostrość w związku z tym nie spadnie, to przez krótką chwilę widać jak Bambi skacze:
 
video
 
Przeszedłem się wczoraj w okolice Dzikiego Zachodu sprawdzić, czy aby przypadkiem w Lewej Kieszeni - gdzie mamy kawałek najżyźniejszej, ale też i najniżej położonej łąki - nie stoi po ostatnich deszczach woda.
 
Nie stoi.
 
Za to życie rodzinne bydełka (jak zwykła czule nazywać Lepsza Połowa tę kategorię naszych sublokatorów...) kwitnie. Jak widać. Większe sztuki w ilości dwóch nawiały sekundę wcześniej.
 
Ogólnie to tak dużo trawy mieliśmy ostatni raz bodaj w drugim roku po zaoraniu. Czyli gdzieś tak w 2010.
 
Trawa już przekłoszona i z każdym dniem więcej w niej celulozy niż białka. Trudno. Pogoda niezbyt sprzyja. Poza tym - wolę mieć jakieś szanse na to, że uda się to zebrać, niż ryzykować, że znowu (jak trzy lata temu na przykład) zgnije na polu. Młodych cieląt nie tuczę, kobyłom - której tej zimy źrebne nie będą - starczy i gorszej jakości siano, byle w ogóle było. Tak więc z sianokosami nadal czekamy.
 
Udało mi się przez łykend wypielić większość krzaczorów w ogródku. Okazało się, że kiwi żyją - a tylko z rusztowania pospadały. Mamy też, oprócz owocujących jagód kamczackich (bardzo smacznych!), także owocujące porzeczki. Oraz mnóstwo kwiatów. Wszystko to chętnie bym pokazał, ale na razie nie było światła do robienia zdjęć.


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Leniwy łykend

Niewiele zdziałałem przez ostatni łykend. Prawie nic. No, może nasze wnusie zdołały opanować nieco technikę korzystania z wiaderek - widoczny jest, w porównaniu do ich pierwszego, "dorosłego" posiłku z soboty, który właśnie pokazałem na angielskim blogu, niejaki postęp, bo dzisiejsze śniadanie wyglądało już bardziej profesjonalnie:
 
video
 
I to wszystko. Ani kuchni węglowej nie przywiozłem, choć ledwo rzut kamieniem od nas takowa się znalazła, ani beczek dodatkowych nie kupiłem na wyposażenie planowanej letniej kuchni, a i w ogródku wypieliłem ledwo co. Nie mówiąc już o dalej idących planach.
 
Ale za to w niedzielę, gdy zrobiło się upalnie, około 11.00 położyłem się w cieniu brzozy na Pierwszym Padoku z piwem marcowym i książką i przez dwie godziny gapiłem się na stado. I było mi dobrze...


poniedziałek, 2 czerwca 2014

Pani Prezes i sikorzęta

W sobotę po powrocie z targu w sobotę zastaliśmy Krystynę w takiej oto pozycji:
 
video
 
Rozchodzi się o to, że w naszym domku dla ptaków po pięciu latach od jego powieszenia w tym miejscu nareszcie zagnieździły się sikorki.
 
A Krysyna jest prezesem Koła Ornitologicznego w naszym gospodarstwie - i z wielkim poświęceniem całe dnie spędza na uważnym obserwowaniu życia sikorzej rodziny. Sikorzęta najbardziej ją fascynują.
 


niedziela, 1 czerwca 2014

Optymalizacja

Od ponad pół roku szukamy optymalnego sposobu na uzupełnienie diety naszych koni o pierwiastki niedostępne lub niedostatecznie dostępne w ubogiej, boskowolańskiej glebie. Nie zaniedbując, rzecz jasna, prób wzbogacenia składu samej tejże gleby - tutaj trwają już pewne mocno zaawansowane rozmowy, rzecz się rozstrzygnie na dniach (acz, zgodnie z tym co konsekwentnie pisze kolega Spermakulturnik, każda pomoc się przyda - i pomagającemu opłaci...), do tygodnia czasu. Z tym, że to oczywiście nie da natychmiastowego efektu - choćby dlatego, że w tej chwili to już i tak o jakimkolwiek poważniejszym nawożeniu może być mowa dopiero po sianokosach (a z tymi się nie spieszymy: pogoda była już po temu sprzyjająca w połowie maja - ale nawet nie próbowałem szukać usługodawcy, z doświadczenia wiedząc, że w takich sprawach każdy najpierw dba o siebie, a komu innemu kosi na końcu - i byłby to próżny wysiłek zupełnie...). 

Co ipso facto oznacza, że z jakąś suplementancją diety i tak będziemy musieli żyć co najmniej do przyszłej wiosny (a tak naprawdę to pewnie już zawsze - tylko formy mogą się zmieniać...) - spodziewam się co prawda, że tegoroczne siano MOŻE być lepsze od ubiegłorocznego, ale nie ma co kryć: dawkę Wap-Magu z mikroelementami dałem w granicach 10% tego, co Wojtek wyliczył jako niezbędne. Pomijając koszty (ten nawóz nie jest drogi), pozostaje kwestia czysto techniczna, z którą zresztą i tak przyjdzie mi się wkrótce zmierzyć, o ile jakiś transport mączki skalnej załatwię: jak to - to w takiej ilości w miarę równo po glebie rozrzucić..? "Kos" jest OK, ale:
  • mieści jednorazowo nie więcej niż ok. 300 kg ładunku - a to się przekłada na ilość "kursów", co z kolei oznacza, że nawet po rozrzuceniu łącznie ok. 3 ton nawozów po Wielkim Padoku, przynajmniej wjazd nań już przypominał klepisko (chwalić Boga tam konie najwięcej własnego nawozu zostawiły, więc trawa, choć mocno przyduszona, jednakowoż odbiła...) - trochę mi wyobraźni nie starcza, żeby ujrzeć oczyma duszy, jak to będzie wyglądało po kilkunastu tonach... No cóż: pożyjemy - zobaczymy, nieprawdaż..?
  • jest maszyną dość delikatną: najbardziej się zawsze boję o ten pojemnik z papier mache, ale maszynie M. jak raz właśnie nawalił mechanizm napędowy - jedna z zębatek wzięła i się połamała. Że "Kosy" są tylko albo stare, albo bardzo stare - to mam wrażenie, że ze dwa albo i trzy przyjdzie zużyć nim całą wywrotkę po terenie rozrzucę...
Wracając do ad remu, czyli do naszych przygód z suplementacją diety. Wypróbowaliśmy przez rzeczone ponad pół roku całą masę różnych mniej lub bardziej profesjonalnych dodatków dietetycznych. Efekt, by tak rzec, medyczny, nie mnie oceniać. Nasz zaprzyjaźniony położnik, z którym rozmawiałem w miniony czwartek wygłosił na cześć naszych kobył mocno podnoszącą na duchu laudację - ale on jest, jak sam się przyznaje, to żadna zresztą tajemnica - najbardziej przyzwyczajony do urody folbluciej. A w tej konwencji Trzem Gracjom nie sposób nic zarzucić.

Wygląda na to, że - jak zwykle - nie żaden "obiektywizm", tylko przyzwyczajenie rządzi. Znawcom tzw. "półkrewek", czyli "koni sportowych", podobnie jak miłośnikom arabów, nasze i tak nie będą się podobać - co bym z ich dietą nie zrobił (bo przecież nie utuczę ich do rozmiarów naszej padłej Dalii wlkp). I jak bym ich nie trenował (o ile bym je trenował, rzecz jasna - na razie nie mam takich planów...).

Generalnie, z mojego punktu widzenia, dodatki dietetyczne dla koni dzielą się na dwie kategorie. Na takie, których Trzy Gracje, jakkolwiek nie przymuszane, konsumować nie chcą - i na takie, które konsumują z ochotą.

Jest rzeczą oczywistą, że interesują mnie raczej te drugie, a nie te pierwsze.

W konsekwencji - NIE ZAMIERZAM więcej kupować teoretycznie bardzo fajnych, ale niemal niemożliwych do skutecznego skarmienia chelatów. Po jaką cholerę w ogóle karma, którą - być może - da się podać tylko, jak się karmi konie "na mokro"..? Ja rozumiem, że taki jest "trynd". No ale dajcie spokój: koń nie świnia żeby z koryta jakieś zupki chłeptał. Kiedy trzeba, to trzeba - ale my tu ani sportów wyczynowych nie uprawiamy, ani solidnego, stałego pokarmu nam nie brakuje.

Dodatki ziołowe od czasu do czasu będą także i w przyszłości potrzebne. W szczególności jak tylko obie smarkule zaczną na serio stały pokarm same jeść (na razie to bardziej - jak to dziewczynki - za matkami małpują, ale to już kwestia tygodni tylko...), chciałbym całe stado po raz kolejny odpiaszczyć. Albowiem obie wnusie pasjami, właśnie swoje matki małpując, wykopują korzonki. I choć razczej ich jeszcze nie są w stanie zjadać, to co się piachu nałykają, to ich.

Niestety - Trzy Gracje cechuje wyrafinowany gust i różne ostropesty, czarnuszki i inne - z reguły lądują poza wiaderkiem. Starannie od owsa oddzielone. Ziarenko po ziarenku...

Doceniane za to bywają sieczki. Podawałem co prawda raczej w aptekarskich dawkach, bo dostałem próbkę gratis przy którymś zakupie - ale jest to niewątpliwie trop, którym w razie potrzeby można podążyć. Aromatyczne nasiona nie - sieczka tak.

Kobyły są zdecydowanie na tak, jak chodzi o musli. Najczęściej kupujemy im na targu w Warce musli marki "Klacz" - wychodzą średnio trzy worki na miesiąc, więc niespełna 150 złotych, a to jest do przeżycia. Ale tuż po wyźrebieniach, na fali entuzjazmu, kupiłem też w sklepie specjalistycznym, markowy pokarm dla matek karmiących.

Musli ma, niestety, jedną podstawową wadę. To jest produkt przeznaczony zasadniczo dla koni nie wychodzących na trawę - i w konsekwencji, nawet przy relatywnie niewielkich dawkach, które stosowałem (łatwo policzyć, skoro wychodzą trzy worki na trzy konie na miesiąc, to każda zjadała niespełna kilogram dziennie - oprócz owsa i innych dodatków, o których za chwilę), zacząłem się obawiać przebiałkowania.

Poza tym - tak w życiu, jak i w diecie potrzebne są czasem odmiany, nieprawdaż?

Kupiłem tedy - zasadniczo dla matek karmiących, choć Melesugun też ciutek dajemy - otręby owsiane. Ciekawostka: kupiłem je w internetowym sklepie dla stosujących "dietę Dukana" (cokolwiek to oznacza...), albowiem jako produkt dla koni sprzedawane są wyłącznie otręby pszenne. Dlaczego..? Nie mam pojęcia...

Owe otręby od piątku, kiedy to przyszła do nas paczka, podajemy jako dodatek do owsa. Cieszą się wzięciem!

Na razie wszystkie trzy dzienne posiłki są takie same, tj. jest po półtorej miarki owsa (dla Melesugun: jedna miarka) plus "na oko" otrąb. Zapewne jednak za tydzień dokupimy znowu siemienia lnianego (które bardzo lubią): część skarmimy, urozmaicając w ten sposób posiłek południowy, a resztę wysiejemy w ogródku, o ile znajdę wolne miejsce i o ile zdążę je wypielić.

Wypielenia wymaga też kąt ogródka, gdzie rośnie nasza lucerna. Zwykle od czerwca w południe konie dostawały po garści świeżej lucerny z ogródka właśnie. Chwilowo to tam nie ma nawet jak dojść, no ale - miejmy nadzieję, że to się zmieni...

Jak się lucerna skończy, przejdziemy na zielone pędy topinambura, a potem - na naszą, zieloną kukurydzę, którą podajemy w całości (już wzeszła i nie najgorzej się prezentuje...). A potem lucerna zdąży odrosnąć...

Oczywiście - rośliny wyrosłe na naszej glebie, nawet w ogródku, który jest najlepiej nawiezioną częścią gospodarstwa, też może cechować niedobór potrzebnych pierwiastków. I właśnie dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy znalazłem... to:


jest to lizawka mineralna, z całą listą rzadkich pierwiastków w składzie. Zdjęcie z wczoraj rana, tuż po ustawieniu - a już było widać ślady zębów. Dziś tych śladów jest znacznie więcej, znakiem tego - została zaakceptowana (będę chyba tylko musiał zrobić jakiś karmnik, toż do dna z wiaderka nie wyjedzą... - ale na razie może to sobie tak stać, jak stoi, dają radę...). Ponieważ mam nieodparte wrażenie, że kobyły są mądrzejsze ode mnie jak chodzi o to, czego im do żarcia potrzeba - to powodzenie, jakim się ta lizawka cieszy dowodzi, iż był to zakup celowy.

I to tyle jak chodzi o meritum sprawy. No bo, skoro już wyszedłem wczoraj rano sfotografować nowo ustawioną lizawkę, to i za stadem polazłem tam, gdzie było. I udało mi się pochwycić niektórych na drzemce:



w pozie, jak widać, nader swobodnej.

Innych - na psotach:




Od czego i koleżanka zmuszona była powstać:



Za czym niektórzy zgłodnieli:


a ciągiem dalszym był szereg hopków - tyle, że właśnie skończyła mi się bateria w aparacie...

I to jest powód, dla którego piszę to wszystko dopiero dziś, a nie wczoraj, jak sobie planowałem - bo nim się bateria podładowała, zajęty już byłem innymi pracami i nie starczyło mi czasu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...