wtorek, 27 maja 2014

Świetlówki w kiblu

Pracowity dzień dzisiaj miałem: ogarnąłem dwie skomplikowane umowy, zaprojektowałem brakujący mebel do obiektu, przetrwałem godzinną telekonferencję, kupiłem 40 kg otrębów owsianych dla karmiących kobył (w internetowym sklepie dla zwolenników "Diety Dukana" - cokolwiek to znaczy..!) oraz... wymieniłem dwie świetlówki w firmowym kiblu. Co było, z tego wszystkiego, zadaniem najbardziej twórczym, bo pierwszy raz rozbierałem typowego "armstronga" i do tego, że trzeba te druciki do siebie i w dół - tak od razu nie doszedłem...

Pocieszam się, że są na tym świecie, nawet bardzo blisko, byty o wiele, naprawdę o wiele ode mnie pracowitsze:


Po powrocie do domu trochę jeszcze popieliłem, ale nie dużo - jak to przed deszczem, owady na zewnątrz żyć nie dają.

Pozostaje wydać kobyłom kolację (kończy się musli marki "Klacz" - stąd te otręby...). I będzie można złożyć grzeszne cielsko w pozycji horyzontalnej..

niedziela, 25 maja 2014

Pracowity łykend

Kiedy w czwartek po pracy nareszcie wziąłem się do tego zadania, Lepsza Połowa nie wierzyła, że skończę szybciej niż za miesiąc - oczyściłem z chwastów może jeden, może dwa metry kwadratowe przez cały wieczór.

No ale tak to jest na początku: ziemia była najbardziej zbita, a chwasty najtrudniejsze do wyrwania na samym początku (abstrahując od kwestii, że łeb mi  napierdzielał i ledwo się na nogach trzymałem...). Już w piątek poszło dużo lepiej. A dziś do końskiego lunczyku skończyłem:


Tak: to jest ta część ogródka, gdzie dwa lata temu rósł tytoń (wtedy jeszcze legalny), a w zeszłym roku "trzy siostry", z których najbardziej udana była dynia. Aż do dzisiaj porastał ją gąszcz wysoki do pasa, a gęsty jak tropikalna dżungla. Wszystko to wyrwałem z korzeniami - wyszło ponad 40 taczek masy zielonej, którą zapchałem nieodległe dziury, licząc na to, że z czasem, będzie można powiększyć w ich stronę ogródek...

W tej chwili są tam już zasiane słoneczniki i bób. Co z tego wyniknie.? Zobaczymy!

Mieliśmy jeszcze sprawdzać wynik pewnego eksperymentu, podjętego na koszt i wniosek kolegi Wojtka (którego, przez wzgląd na rozrzut zainteresowń, zwykliśmy potocznie nazywać "spermakulturnikiem"...). Niestety - nie udało się nam tym zestawem narzędzi, którym dysponujemy, uzyskać  nadającego się do zbadania soku z trawy. Sądzę, że w ciągu tygodnia jakoś temu problemowi zaradzimy...

środa, 21 maja 2014

Majowy barszcz

Wyszliśmy wczoraj wieczorem z Lepszą Połową na Pierwszy Padok poszukać frędzli przeciwowadowych (czyli tzw. "indianki"), które Margire zgubiła jakiś czas temu. Frędzli nie znaleźliśmy, za to w parę minut po rozpoczęciu spaceru usłyszałem, jak Lepsza Połowa mnie woła do siebie. Oto co znalazła pod krzaczkiem:



A, żeby nie było - mamy połowę maja. Niech będzie nawet że drugą połowę - ale połowę.

To pewnie przez te ostatnie deszcze i niezbyt wysoką temperaturę (która właśnie płynnie przeszła w parny upał...).

Poza tym, Lepszą Połowę zaniepokoiło zachowanie naszego koćkodana zewnętrznego, łownego - któren śniadania nie dokończył, a potem cały dzień leżał w cieniu pod chatką, ledwo dysząc.

Na szczęście wieczorkiem kota najpierw napiła się chłodnej wody, którą po dłuższym czasie udało się nam wydobyć z instalacji (bo tak to ciepława leci...) - a potem cudownym sposobem odzyskała siły i nawet poszła na polowanko:


Lepsza Połowa obawiała się, że kotka brzuszek boli po wypiciu większości oleju z puszki z hiszpańskim tuńczykiem, którą wszamałem przedwczoraj. Ale wygląda na to, że to jednak upał był. Bo i co w tym dziwnego, jak się ma taką czarną czarną szubę..?

Za to młodzież zachowuje humorek:




Usiłowałem je sfotografować jak się ganiały po padoku - ale nie udało mi się. Lepszy obiektyw byłby potrzebny.

Obiekty nieruchome mniejszą sprawiają trudność. Nasz, wciąż ledwo w dwóch trzecich wypielony i zagospodarowany ogródek (część nie wypieloną w większości pominąłem...):


W okolicy bardzo bujnie w tym roku rozkwitł żarnowiec. Nie to, żebyśmy lubili te bezużyteczne chwasty - ale teraz przynajmniej, wyjątkowo, jakoś wyglądają:


Kwiat poziomki:

Irysy:

Bratek (zeszłoroczny, w tym roku Lepsza Połowa nie siała):

Jak zwykle, najbujniej prezentuje się trzyletni już szczypior:

Za to zeszłoroczne topinambury wykazują się agresywną ekspansywnością. No cóż - zielone koniom skarmimy, wiemy już, że lubią:

Pomysł z folią wziął się stąd, że nie miałem sił ani czasu na pielenie tego gąszcza. Więc tylko przekopałem - i przykryłem folią, w dziurach sadząc truskawki. Trochę mi nie wyszło, bo dziury były za małe i na początku sadzonki z lekka się przydusiły - ale już odbijają:

I pojawił się pierwszy owocek:
Truskawek, prawdę powiedziawszy, musimy jeszcze dokupić - 50 sadzonek zajęło ledwo jedną trzecią folii...

Kiwi, rzekomo mrozoodporne, bardzo marnie w tym roku odbijają. Jeden pęd się puścił na razie - i chyba jeszcze jeden począk na drugim zauważyłem. Reszta wciąż wygląda na martwą:


Za to pojęczak przycupnięty na kwiatach borówki amerykańskiej jest jak najbardziej żywy - mimo maskującego kombinezonu, dzięki któremu zlewa się z tłem:



Na kwiecie chrzanu, naszego, pospolitego, dzikiego - przycupnął bardziej konwencjonalny owad:


Pigwowiec chiński już tu pokazywałem. Reszta koleżeństwa też już zakwitła - pierwszy raz od posadzenia w zeszłym roku:


Przyszło rozliczenie KRUS za I kwartał - kiedy to, ku mojemu wielkiemu smutkowi, zostałem z mocy prawa przeniesiony do ZUS (ech...). Zostało mi do dopłacenia... 9 złotych!

I komu by przeszkadzało, żeby tak ze wszystkim..?

wtorek, 20 maja 2014

Odrobaczone

Nie miałem pojęcia, czy uda mi się złapać i przytrzymać Obe na tyle długo, by jednocześnie podać jej dopaszczowo środek na robale. Postanowiłem zatem... nie próbować!
 
Napełniłem strzykawkę z lekkim zapasem (w stosunku do jej szacunkowej wagi...), kucnąłem sobie i czekałem. Jak każde dziecko w jej wieku, w końcu podeszła i zaczęła najpierw obwąchiwać, a potem dziamdziać paszczą - strzykawkę. W tym momencie wystarczyło nacisnąć tłok. Troszeczkę wypluła, owszem - ale sądzę, że połknęła dość, aby skutek nastąpił. I nie było żadnego przykrego przeżycia, żadnego szoku, koń się nie nauczył bać strzykawki, nie powziął podejrzeń, że kiedy się do niej zbliżam, to mam coś złego na myśli - same plusy.
 
video
 
Jak widać, trawę też już dziamdziamy. I kota byśmy podziamdziały, ale skubany - za szybko nawiewa!
 
Za dwa miesiące powtórka.

sobota, 17 maja 2014

Owies z Cichą

Wybrałem się wczoraj po pracy po owies. Daleko - niedaleko, bo raptem kawałek za Iłżę. Tyle, że droga nużąca była, na południe od Radomia lało jak z cebra (teraz tak leje u nas...). Okolica tam - klaustrofobiczna. Wprawdzie niby horyzont daleko, żaden las go nie przesłania, co najwyżej jakieś wzgórki (i wiatraki na nich...). Ale te poletka wciśnięte jedno w drugie jak kochankowie w nieogrzewanym akademiku - brrr..!

Cóż z tego, że ziemia tam lepsza niż u nas, jak splunąć nie można, żeby w sąsiada nie trafić..? I to niekoniecznie w najbliższego, bo przy dobrym wietrze splunięcie może i ze trzy takie paseczki przelecieć, nim spadnie...

Jakiś dobry duch kazał mi włączyć radio. Czego zwykle nie robię. Radio, jak i samochód, ma te swoje 23 lata i o żadnej technologii cyfrowej nawet nie słyszało. Że Wendi sama w sobie jest dość hałaśliwa, jak to (potężny było nie było...) diesel, słuchanie radia wymaga odrobiny samozaparcia. Akurat wczoraj byłem widać w odpowiednim po temu nastroju, dzięki czemu doznałem iluminacji. Szła bowiem (chyba retransmisja..?) koncertu finałowego festiwalu "Nowa Tradycja", a w nim taka oto perełeczka:


Przez kumoterstwo z Lepszą Połową próbowałem znaleźć tę litewską piosenkę w całości - ale mi się nie udało, a odtwarzania z kanału "Dwójki" włączyć po prostu nie potrafię, za każdym razem wyskakuje mi Kalisz z Palikotem tylko, co jest zdecydowanie nadmierną karą za tak zbożne usiłowania!

W każdym razie jestem zachwycony. I, jak to zwykle bywa, ogarnęły mnie refleksje. Refleksja pierwsza, o której być może już opowiadałem... A nie - nie opowiadałem! Sprawdziłem, bo udało mi się przez Google znaleźć w potężnym chaosie tego bloga właściwy wpis. Refleksja jest bowiem nie tylko na marginesie "Nowej Tradycji", ale i spotkań z naszą lokalną poetką ludową, panią Alfredą: wygląda na to, Mili Państwo, że dawnymi czasy znacznie większy procent populacji niż obecnie wykazywał się jakimiś talentami twórczymi.

Wszak i borynowa Jagna pięknie z papieru wycinała!

A teraz co..? Rozumiem - nastąpiła specjalizacja. Specjalizacja, jak uczył Dawid Ricardo, pozwala taniej udostępnić ludności dobra wyższej jakości, bo każdy to robi, na czym zna się najlepiej i wszyscy mają z tego korzyść.

No tak - ale czy to aby na pewno o to chodziło, żeby z twórców czy choćby odtwórców, zamienić ogromną, przytłaczającą większość ludzkości w biernych konsumentów kultury, nic z siebie do niej nie dokładających..?

Przez chwilę kontemplowałem myśl, że być może na skutek postępu technicznego obniżyła się średnia inteligencja - i teraz przeciętny "młody, wykształcony z wielkiego miasta" to już zwyczajnie nie jest w stanie niczego do rymu czy do rytmu złożyć.

No ale to ma sens tylko na Zgniłym Zachodzie (do którego i my - z dobrodziejstwem inwentarza - należymy...). Gdzie liczba ludności nie wzrosła w sposób istotny przez ostatnie 100 lat - więc za ewentualne obniżenie poziomu musiałaby odpowiadać jakaś selekcja negatywna. Jaka? To chyba nie temat i nie blog na takie rozważania. Tym bardziej, że nic mi konkretnego nie przychodzi do głowy...

Istotny wzrost liczebny (z którym może się wiązać zmniejszenie "presji selekcyjnej", a więc i - spadek inteligencji, rozumianej przede wszystkim jako zdolność do przetrwania...) nastąpił w ciągu ostatnich 100 lat raczej w Trzecim Świecie. A tam wciąż trzeba chyba nielicho kombinować, żeby się utrzymać na powierzchni..? I z argumentu wióry...

Refleksja druga ma bardziej praktyczny charakter. Sobie wysłuchałem tego:


Fajne. Ale obce. Może i przez to fajne, bo egzotyczne. Tylko - niech mi jeszcze raz ktoś powie, że Białorusini to prawie Polacy... Gdzie "prawie", jakie "prawie", co "prawie"..? "Prawie" czyni wielką różnicę..!

Tak leje, że z wyjazdu na targ zrezygnowaliśmy (choć Lepsza Połowa już przygotowała pokrzywową "gnojówkę" do wsadzenia kolejnej porcji pomidorów, ogórków, czy co tam byśmy ciekawego znaleźli). Ale i tak wkrótce trzeba się będzie zbierać do Warki. Pióra wycieraczek muszę wymienić, bo oczywiście podczas wczorajszej wycieczki się zdarły. Tudzież zwykłe spożywcze zakupy zrobić.

Kobyłom tak się nie chce, że śniadanie wydałem im pod wiatą. Przy czym Melesugun nawet nie wstała, tylko zjadła na leżąco. A za to po raz pierwszy dała mi się wydrapać i wygłaskać nasza płochliwa Obe (Mahru w tym czasie usiłowała mi się wdrapać na plecy - ona się powoli robi nadmiernie namolna...). Zainspirowany przykładem stada, po końskim i kocim śniadaniu, sam też wróciłem jeszcze na ponad dwie godziny do łóżka...

czwartek, 8 maja 2014

Dziki

Leżeliśmy już w łóżku, gdy około 22.00 rozległ się hałas niedaleko chatki. Kobyły zwiały..? Nieprawdopodobne - ale sprawdzić trzeba.
 
Ruszyłem tedy grzeszne cielsko z wyra i poszedłem. Pod wiatą pusto - nawet Osman Guli z córeczką (córeczka już ma imię, ale pozwolicie, że ogłoszę je, gdy okoliczności i chęci pozwolą na zrobienie jej konterfektów stosownej do rangi zdarzenia jakości...), choć prawie dobę głównie tam bytowały - nie ma.
 
Z Lasku Centralnego dobiega parskanie, trzask łamanych gałęzi, tupot. Mimo wszystko - nie uwierzyłem. Wszystkie bramy całe - niby jak miałyby się ulotnić..?
 
Zamiast przedzierać się przez gąszcz (nieprzyjemnie wilgotny...) w kierunku źródła tych hałasów - poszedłem najpierw na pastwisko. I faktycznie: wszystkie pięć sztuk grzecznie się tam pasło (względnie - bytowało w pobliżu maminych cycuszków).
 
Ponieważ za płotem dostrzegłem światła samochodu naszego sąsiada, pilnującego swojego pola świeżo zasianej kukurydzy przed dzikami, wyjaśnienie tajemniczych hałasów pod chatką nasuwało się samo przez się: to znowu były świnie...
 
 
Po prawdzie, ponieważ prawie wszędzie w okolicy jest już kukurydza zasiana, panuje powszechna antyświńska mobilizacja. Większość pól została ogrodzona drutem - inna rzecz, że nie widziałem, żeby ktoś już zdążył  ten drut do pastucha podłączyć (no i wcale nie daje to gwarancji bezpieczeństwa: dziki mają twardą skórę i grubą szczecinę...).
 
Sąsiedzi posunęli się nawet do tego, że kołatając w miejscowo właściwym kole łowieckim, ściągnęli myśliwego. Zdążyłem go poznać parę dni, a raczej - parę nocy temu. Typowy myśliwy, to znaczy gadane ma: aż się Lepsza Połowa zdążyła zaniepokoić, że długo nie wracam, tyle miał do opowiadania o swoich przewagach w borach i lasach.
 
Zgodnie jednak wyraziliśmy potem między sobą głęboki wobec tych opowieści sceptycyzm. Wczoraj podobno nawet jakieś dwa dziki zostały na tym sąsiada polu zastrzelone. Tyle, że myśmy żadnych zgoła strzałów nie słyszeli, sąsiad śladów po zastrzeleniu nie znalazł, za to butelek po wódce całą kupę - a jedną trzecią pola i tak mu zbuchtowały i już trzeci raz od nowa ziarna sadził...

środa, 7 maja 2014

Depresja poporodowa

Lepsza Połowa zauważyła to wczoraj przy śniadaniu: wszystko się udało, powinniśmy się cieszyć, a siedzimy jak na pogrzebie...

 
No ale tak to jest. Nie ma co udawać, że poród Buby nami nie wstrząsnął. Wyjaśniam laikom, że klacze na ogół rodzą bardzo szybko. Od pierwszych bóli (które często zresztą można i przegapić, tak to szybko idzie...) do ostatecznego finału - jaki by on nie był, bo nieszczęśliwych zakończeń porodu jest ogromna ilość, a szczęśliwe tylko jedno - może minąć czasem ledwo kilka minut. Typowo to jest minut 20. No, może 40!
 
Na tym zresztą polega jedna z trudności, jak chodzi o tzw. "upilnowanie" klaczy. Ponieważ dzieje się to bardzo szybko, oglądanie jej co 20 minut czy co pół godziny - niczego w tej materii bynajmniej nie gwarantuje. Bywa, że człowiek wychodzi ze stajni na papierosa, albo na siusiu - wraca, a tam już źrebię (co daj Boże) - albo jakiś kłębek nieszczęść pt. zdychająca kobyła ze zdychającym źrebięciem (co nie daj Boże...).
 
Dwie godziny to by już było bardzo długo. A dziewięć..?
 
W dodatku Buba jest teraz na mnie śmiertelnie obrażona. I ma rację! Wszystko przez naszego, pożal się Panie Boże, felczera (lekarzem go nie nazwę...) klasy powiatowej. Dziadunio odmówił zbliżenia się do klaczy, póki się jej dutki nie założy. A musiał (drugi raz już zresztą - rok temu było tak samo) odkleić jej łożysko.
 
Nie było jak protestować. I nie było wyboru. Ale dla konia o tak rozwiniętym poczuciu sprawiedliwości, sprawienie jej dotkliwego bólu (a temu równa się założenie dudki) BEZ powodu (bo przecież nic złego nie zrobiła: wręcz przeciwnie, ona zawsze przy wszelkich badaniach stoi bardzo grzecznie - nawet, jeśli są to badania rektalne na ten przykład - nigdyśmy jej nie musieli dutki zakładać, czy pętać! W tym przypadku starczyło unieruchomić źrebię tak, żeby było przy niej, a spokojnie by całą procedurę bez dutki wystała - tak się nam udało zrobić rok temu z Ostovarem - inna rzecz, że mieliśmy wtedy do pomocy jeszcze M.) - to nie jest rzecz, która może być łatwo wybaczona czy zapomniana.
 
Nie jestem przekonany, czy będę chciał jeszcze kiedykolwiek narażać Bubcię na takie przejścia.

Szczególnie, że jak na razie wszystkie pomysły, jakie mieliśmy na tegoroczne krycie i tak się rozwiewają we mgle. Może i dobrze - nie będzie pokusy!

wtorek, 6 maja 2014

Bóle porodowe

Wczoraj około 10.00 rano dostałem od Lepszej Połowy sms-a z wieścią, że u Buby pojawiły się świeczki.


Urwałem się z pracy najszybciej jak tylko mogłem - co w praktyce oznacza, że byłem w Boskiej Woli tuż przed 16.00. Ale nic się jeszcze wtedy nie działo. Popieliłem ogródek, zjadłem pyszny chłodnik ze wspaniałym plackiem ziemniaczanym - luzik...

Lepsza Połowa zdążyła się położyć, ja z góry założyłem, że kładł się nie będę. Po kolacji konie zostały na Padoku Zimowym, a Buba - pod wiatą. O 21.40 dokładnie zaczęła pokazywać, że ją boli. Dobrze wiecie co mam na myśli: oglądanie się na własny brzuch i zad, uszy podane do tyłu, niepokój, kręcenie się w miejscu, kładzenie się i wstawanie. Jednocześnie dość intensywnie pracowały jej mięśnie brzucha, co zinterpretowałem jako oznakę skurczów.

W ciągu pół godziny nic się z niej jednak nie wydobyło, poza pewną ilością gazów (zresztą - cieplarnianych skądinąd...).

Zacząłem dzwonić po weterynarzach.

Rozchodzi się o to, że ja już coś takiego widziałem! Przy narodzinach, a właściciwie - PRZED narodzinami naszego wielkopolskiego Dara. Wtedy jego matka, Dalia, też miała coś na kształt akcji porodowej, z dość podobnymi objawami - tyle, że dużo to było intensywniejsze, aż się spociła tak, że była mokra jak po kąpieli. No i trwało to wówczas góra dwadzieścia minut. Potem wszystko ustało, kobyła się wytarzała, wstała i przestała pokazywać, że ma zamiar cokolwiek rodzić. Kilka dni później pan doktor Witkowski dosłownie wyciągnął z niej Dara - i była to już naprawdę kwestia godzin, że udało się go wyciągnąć żywym.

A Buba (czyli Osman Guli) w zeszłym roku też się specjalnie swoim porodem nie popisała. Udało się jej wypchnąć na zewnątrz zaledwie kopytka Ostovara. Żeby cały wyszedł - musiałem ciągnąć.

Rozumiecie zatem, że kiedy teraz (a brzuch ma sporo większy niż w zeszłym roku - i jest o rok starsza było nie było...) po owej pół godzinie skurcze ustały, a kobyła wzięła się za skubanie siana, byłem już pewien, że wiem z czym mam do czynienia..?

No ale - kto by tam się przejmował intuicjami jakiegoś profana, nieprawdaż..?

Jak do tej pory, a mamy godzinę 5.40 gdy to to piszę, więc równo 8 godzin od rozpoczęcia całej akcji - NIC się nie zmieniło. Osman Guli dość regularnie, co mniej więcej 10 - 20 minut (czasem częściej, czasem rzadziej - ale żadna przerwa nie była dłuższa niż trzy kwadranse jak do tej pory) pokazuje objawy bólu i skurcze. W momentach relaksacji a i owszem - sianka sobie skubnie, nawet na pastwisko wyjdzie i trawy poje. Lekkie śniadanko, które jej dałem (jedna trzecia normalnej porcji) też zjadła, bo akurat w przerwę wcelowałem. Ogólnie jednak, nie można powiedzieć, żeby wyglądała w tej chwili kwitnąco...

Do pracy raczej dzisiaj nie pojadę. Czekamy co będzie dalej. Albo w końcu urodzi - albo doprosimy się przyjazdu jakiegoś weta.

poniedziałek, 5 maja 2014

Śniadanie

czyli Boska Wola, 5.00 rano. Panie czterokopytne śniadają:
 
 
a panie czterołape czekają na swoją kolej. Z koćkodanem czarno-białym, domowym, to zresztą mam porachunki: histeryczny atak zazdrości tylko dlatego, że państwo ośmielili się do siebie przytulić (przecież wiadomo, że przytulać wolno tylko koćkodana!) to doprawdy przesada.
 
Hmm... Oddam ją małej Mahru jako zabawkę..?


niedziela, 4 maja 2014

Mahru

Najmłodsza z naszych dziewczynek otrzymała dzisiaj imię


Będziemy ją nazywać Mahru.


Co się przekłada z perskiego: Oblicze (tak piękne jak oblicze) Półksiężyca

Nawet ta jej gwiazdka na czole od biedy może uchodzić za półksiężyc (albo za... Tarczę Sobieskiego, lubo odwróconą względem widza:


więc, w każdym razie - astronomicznie: dobrze to Lepsza Połowa wykoncypowała, cały prawie tydzień w słownikach siedząc!).

Mahru ma niebieskie oczy:


Ostatnie dwie doby były trudne. Najpierw dostała rozwolnienia (wygląda na to, że jej matka już by chciała do ogiera...). A potem, w nocy z piątku na sobotę, przyszło załamanie pogody. Spędziliśmy półtorej doby na przemian zamykając małą Mahru (która jeszcze wtedy nie nosiła tego imienia) z matką w magazynowej części wiaty i wypuszczając ją do stada, gdy pogoda choć trochę się poprawiała - Margire gotowa była połamać belki, gdybyśmy tego nie robili.

Opłaciło się - Mahru jest zdrowa jak rydz. Bardzo ją kochamy. Wyłącznie dla czytelników polskiego bloga, w ramach bonusa, jedno małe prywatne zdjęcie:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...