środa, 30 kwietnia 2014

Komunikat weterynaryjny

Płód Bubiszcza żywy, rusza się (to i sami wiedzieliśmy po prawdzie...), ułożony prawidłowo. Wiązadła grzbietowe już rozluźnione, ale wymię nie nabrane i szyjka macicy nie rozwarta. Brak przesłanek do wywoływania porodu. Powinna urodzić sama - a osowiała, bo już jej ciężko...

Jak chodzi o Melesugun, to jest całkiem zdrowa, nie ma żadnych przeciwskazań jak chodzi o ewentualne krycie.

To tyle. Jesteśmy oboje bardzo zmęczeni. A jak mam czytać, żebym kobyły karmił - to zdjęć robić mi się nie chce.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Komunikat położniczy

Od rana w naszym Lasku Centralnym upierdliwie kuka bardzo głośny kukuł. No i na zdrowie! Może podrzuci coś do gniazda nie mniej upierdliwym grzywaczom..?


Matka z córką trzymają się bajora, które po ostatniej burzy powstało w przejściu między Padokiem Zimowym, a Pierwszym Padokiem. Z tym, że koczują po obu jego stronach. Większość nocy spędziły po stronie wiaty - ale rano znalazłem je już na pastwisku.

Maleńka leżąc w trawie, że tylko uszy jej wystawały przypominała króliczka...

Stosunki między nimi a resztą stada są napięte, ale bez otwartych starć. Dla bezpieczeństwa pozostawiliśmy przejście otwarte - zawszeć to lepiej, jak mają więcej przestrzeni dla manewrów wymijających.

Brzucho szybko się wciąga i podnosi - tak, że i zad już nie jest tak zapadnięty, jak był wczoraj rano, a i żeber nie widać. Jeszcze przy kolacji Margire trochę grymasiła, nie chciała jeść gdy mała ją ssała - ale śniadanie zjadła do ostatniego ziarenka, bezproblemowo służąc jednocześnie za mleczarnię.

Lepsza Połowa w ciągu dnia spróbuje zrobić im jakieś miłe zdjątka. O ile, oczywiście, nie przytrafi się nam drugi króliczek w międzyczasie...

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Wnusia!

Ukochana Córa Szatana, Małe Złe, nasza Margire OCZYWIŚCIE musiała odczekać z rozpakowywaniem zawartości swojego brzuszydła aż sobie pojadę do pracy. Zdaniem Lepszej Połowy - wyźrebiła się około 8.00 rano. Tyle dobrze, że bez widocznych problemów (jak na razie - tfu, tfu, tfu...). Jakoś sobie we dwie (Lepsza Połowa z kobyłą...) poradziły z dostawieniem niesfornego źrebięcia do cycka. Smółka została oddana. Łożysko, na ile jestem w stanie to ocenić - całe i prawidłowe.

A źrebię..? A - sami zobaczcie... wnusię naszą kochaną..!






Cała akcja przebiegała pod wysokim nadzorem:


Nowe wcielenie doktora House'a?

Lepsza Połowa ledwo trzyma się na nogach po tak emocjonującym dniu. Idę sobie, posiedzę chwilkę z dziewczynkami na padoku. Ogródkiem się zajmę. A głównie - spróbuję przypilnować, czy aby Bubiszcze nie zbiera się brać przykładu z młodszej koleżanki...

Perfekcyjna niedoskonałość

Światło było nie najlepsze (bo niemal w południe), a i sprzęt nie dał rady oddać urody przemijającego świata. Ale cóż? Cieszyć się wypada z tego, co jest:

Powojniki. Wschodzą błyskawicznie. Pod cienką warstwą żwiru jest tam nasza "terra preta", a pod nią - dla ciepła - świeży obornik spod wiaty. Tak samo urządziliśmy szklarnię i tam też wszystko już wykiełkowało..!

Jakieś kwiatki. Same sobie rosną. Nie wiemy, co to jest.

Widok na spiralę ziołową - w tej chwili już... czteroletnią..?

Na szczycie niezapominajka w doniczce (w miejsce rozmarynu, który jednakowoż zimy nie przetrwał - za to w ogródku rozsiała się nam z nasion i wyrosła... kolendra!). Wypełnionej takoż głównie "terra pretą". Przez dwa tygodnie zdążyła urosnąć dwa razy, łodygi jej zczerwieniały, a kwiaty nabrały dużo intensywniejszej barwy.

Kwitnie szczypior. Trzeci sezon ten sam. Tylko co roku ściółki mu dorzucam między rządki.

Po raz pierwszy za to zakwitł pigwowiec chiński (po chińsku obficie!)

I, subtelniejszy - japoński. W tle niewypielona dzikość...

Bujnie zielenią się i kwitną wszystkie porzeczki. Nawet ta, którą w zeszłym roku niechcący wyrwałem przy pieleniu.


W dwa lata po wsadzeniu rozkwitła wreszcie nasza wiśnia stepowa (która początkowo chorowała i wydawało się, że nic z niej nie będzie).

Kwitną też - chyba wszystkie co do jednego, ale to się okaże ostatecznie dopiero po wypieleniu - jagody kamczackie.

Z innych kwiatków to wygląda na to, że jak nie zbieramy - mleczy ci u nas dostatek. No i koćkodan się przypętał...

Kobyły dalej nic. Ale w środę może nas odwiedzi Pan Doktor...

niedziela, 27 kwietnia 2014

Dalej nic

się nie urodziło.

Monotonia jest jednym z powodów, dla których pisuję ostatnio tak rzadko. Dużo ważniejszym powodem jest po prostu zmęczenie. Niby miałem wczoraj czas - cały dzień padało, chwilami nader intensywnie, co nas zresztą bardzo cieszy - ale pół dnia przespałem, nadrabiając zaległości z minionego tygodnia. A jak nie spałem, to szczytem moich możliwości intelektualnych była rozgrywka we "Freeciv".

Dziś ma padać dopiero pod wieczór, więc zaraz biorę się za sprzątanie pod wiatą (kobyły jednak na noc na razie wciąż zamykamy na Padoku Zimowym - mimo, że były przyzwyczajane do świeżej zieleniny, i tak dostały sraczki po otwarciu bram - trzeba im jeszcze przez kilka dni tę przyjemność dawkować zatem...), a potem za ogródek. Tak więc - jeśli nie monotonia, nie zmęczenie, to - brak czasu.

Ale przynajmniej jest bardzo pięknie. Czeremcha pachnie oszałamiająco! Ptaszęta śpiewają. Rogasie i inne Bambi co i raz wyświadczają komplementy naszym pastwiskom, przedkładając je nawet nad oziminy, sięgające już gdzieniegdzie kolan. Zajączki kicają wokół domu. Piękny, Dzielny i Szalony Koń Lepszej Połowy zdołał raz w ciągu minionego tygodnia, w czwartek wieczór (akurat nie było mnie w domu...) wyprowadzić ciężarówki na gigant - ale Lepsza Połowa dość szybko je zlokalizowała i złapała. Na oziminie sąsiada oczywiście.


To tyle - w skrócie...

środa, 23 kwietnia 2014

No dobra, jednak coś mnie dręczy...

konkretnie - Bubiszcze mnie dręczy. A raczej jej brzuszydło. Ogromne. Ciężkie. Nieforemne - bo już opadło ku dołowi, ile tylko mogło!
 
 
zdjęcie Łukasza Prażaka z przedostatniego postu Olgi
 
Jak byłem u kobył około 21.00 wczoraj, to wydawało mi się, że to już! Ale nie - miały tylko atak dotkliwego świądu, który częściowo ukoiłem drapiąc je we wskazanych miejscach, a częściowo - powstrzymały same, o mały włos nie rozbierając ogrodzenia.
 
Przez resztę nocy nic się nie działo.
 
Rano, przed 5.00, jak wyszedłem dawać śniadanie - Bubiszcze zostało pod wiatą, nie pokazało mi się od razu. Serce mi prawie stanęło! Nie upilnowałem!
 
Ale też nie. Po prostu defekowała...
 
Ach - kiedyż to wreszcie, ach kiedyż..?

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

A mnie nic nie dręczy...

Wydawałoby się, że narzekam prawie za każdym razem, jak tylko siądę do końputra, nieprawdaż..? Widły złamane, samochód nie pali, kobyły nie chcą się rozsypać, mleczy nie ma, rowerem jechać boli - a to tylko przykłady z ostatniego tygodnia...

No cóż: taka jest już ludzka natura. Co mam pisać..? Że mimo wstawania w nocy do kobył - wyspałem się i jest fajnie..? Że deszczyk popadał, trawa w oczach rośnie, a gołąb grzywacz grucha za oknem - znakiem tego: jajka będą..? A co to za news, koniec końców?

Otóż, Mili Państwo - okazuje się, że ja PRAWIE WCALE nie narzekam! W każdym razie - w porównaniu z tym panem.

Na którego trafiłem, przyznaję, przez Onet. No - trochę wstyd, że tam w ogóle zaglądam, ale co tu kryć: zaglądam. Raz, że dają dwutygodniową prognozę pogody, która co prawda nigdy się nie sprawdza, ale zawszeć to jakaś radocha popatrzeć, że już za tydzień będzie cieplej/mokrzej/suszej (niepotrzebne skreślić - zależnie od pory roku i aktualnego stanu ducha...). 

Dwa, że dziś akurat miałem dobry powód: na fejsie mi mignęło zdjęcie z pożaru stajni WNIIK w Riazaniu i chciałem sprawdzić, czy aby gdzieś o tym nie piszą. Nie piszą oczywiście na Onecie, ale to i dobrze - zaraz potem znalazłem na rosyjskich stronach, że nikt nie zginął, a straty wśród koni podobno niewielkie, choć główna stajnia hodowlana spaliła się do fundamentów... Uff - a właśnie myślałem o pani Abramowej, do której wypadnie napisać z prośbą o przepisanie paszportu Ostovara na nowego właściciela...

Wracając zatem do owego pana, którego dręczy "elektroniczne wykluczenie", rzekomo spowodowane "słabością państwa"...

Co ja tu będę Państwu w lany poniedziałek wodę lał? Mało to już się nad niemiłościwie nam panującym gosudarstwem pastwiłem..? 

(właściwie to chodziło mi o tę scenę, gdzie pada kultowa fraza "dwadzieścia filmów było mi ciężko" - ale mimo długich poszukiwań, nie udało mi się jej na tubie znaleźć...)

Nie no, owszem - muszę się jeszcze dostosować do aktualnej sytuacji. Nieobecność na gospodarstwie przez większość dnia prowadzi do poszukiwania kompromisów. Krowy sobie raczej nie kupimy w tym roku. Ale ogródek i tak planowałem głównie krzaczorami na wino obsadzić - trzeba to będzie tylko przyspieszyć i tyle...

W ogóle - fajnie jest! Nawet samochód mi dzisiaj od razu odpalił, choć wcale nie podłączałem prostownika. A jak chwilkę pogazowałem, tak ponad 2 tysiące obrotów - to nawet zgasła choinka światełek na tablicy rozdzielczej, alternator zaczął dawać napięcie powyżej 12 V, a akumulator się naładował... Co prawda nic z tego nie rozumiem - ale co to za problem, skoro działa..?

niedziela, 20 kwietnia 2014

Rower..? Nie, dziękuję...

jestem białym człowiekiem - wolę jeździć konno..! Niezależnie od wszelkich korzyści jakie daje rower (który jeść nie woła, a i przed sklepem daje się postawić bez protestów...).


Jakiś czas temu, dokładnie - przed wyjazdem do Marsylii - kupiłem Lepszej Połowie rower, co by mogła sobie na przykład do sklepu pojechać. Nawet całkiem podobny do tego, na którym Audrey siedzi powyżej - tyle, że z koszyczkiem jeszcze. Było z tym pociech sto, bo rower przyjechał do nas częściowo rozłożony, a złożenie go z powrotem do kupy, bynajmniej nie było takie proste. No ale - co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, złożyłem, sprawa załatwiona.

A dziś, jak głupi jaki, dałem się Lepszej Połowie wysłać tymże rowerem nad kanałek sprawdzić, czy już mlecze kwitną (bo wino wartałoby zrobić i miodek z mleczy...).

Mlecze owszem, kwitną - ale jest ich bardzo mało. Za to prawie wyplułem płuca, nogi do tej pory się pode mną trzęsą i nici z pielenia ogródka (nie tylko dlatego, że święto i że już zaczyna padać deszcz...). Nie - to nie jest sport dla mężczyzny z autorytetem! Znaczy się: z brzuszkiem - wicie, rozumicie...

Jak mnie następnym razem Lepsza Połowa będzie gdzieś wysyłać, to niech mi da swojego konia. W końcu kobyła poroniła, jest już w formie, powinna biegać. O - taki będę. Stanowczy. Zero litości!

Jedyna pociecha, że choć mleczy nie znalazałem, to wino i tak mamy. Ktoś nad kanałkiem flaszkę całkiem dobrego wina zgubił - jeszcze nawet nie odpakowanego z akcyzy...

Ciężarówki oraz Piękny, Dzielny i Szalony Koń Lepszej Połowy wytoczyły się dzisiaj po raz pierwszy na trawę Pierwszego Padoku - zgodnie z odwiecznym, litewskim przesądem, przekraczając zakopane pod bramą skorupki z porannych jajeczek. Mam nadzieję, że to im poród przyspieszy, bo już żal na nie patrzeć. Wytoczyły się, nażarły, wróciły pod wiatę - lunczyku prawie nie tknęły, nie dały rady - a teraz stoją, machają ogonami i wzdychają głęboko. Nikomu nic się nie chce. A najmniej - rodzić.

sobota, 19 kwietnia 2014

Od A do Z...

Nasza biedna Wendi


(tu akurat na kompromitującym zdjęciu sprzed trzech lat, kiedy to udało mi się ją utopić w błocie tuż koło wiaty dla koni...)

znowu chora.

Prawdę powiedziawszy nawet "w stanie normalnym" lista odłożonych na później, bo nie-aż-tak-niezbędnych remontów w tym samochodzie wciąż jest dłuższa niż mój rachunek sumienia (a sumienie mam czarne jak noc listopadowa...). No ale tak to bywa, jak się przez siedem kolejnych lat tak naprawdę kanibalizuje sprzęt, naprawiając to i tylko to, co się tak zepsuło, że dalej już nie pojedzie!

Tym razem wysiadło coś z elektryką. Co..? A bo ja wiem..? Od a - do z: akumulator, alternator... zwarcie w instalacji..?

W każdym razie w czwartek, kiedy to pojechałem do Radomia ze względu na złamane widły (oczywiście nowych nie udało mi się kupić - w Agromie nie mieli wcale, w Agro-bazarze jakąś dziecięcą zabawkę udającą widły, a Praktiker olałem, sam nie wiem czemu - choć skądinąd jakiś plastikowy pastisz wideł w rzeczy samej powinien tam był być - na razie rozwiązaliśmy problem w ten sposób, że osadziłem stare widły na nowym, ale zdecydowanie za krótkim, bo od łopaty, trzonku - zobaczymy dziś, może jednak na targu w Warce coś będzie..?) w drodze powrotnej co przystanek, to gorzej odpalało. A na koniec zdechło i już nie chciało ruszyć.

Przyniosłem sobie od M. prostownik. Po godzinie ładowania - brzdęk i pali. Ale wskaźnik na tablicy rozdzielczej za cholerę nie chce wyjść ponad 12 V - a przez noc, zostawiony bez niczego włączonego, zszedł poniżej 8 V, więc ładuję teraz znowu, co byśmy dali radę na targ pojechać (główną część zakupów, przezornie, zrobiliśmy już wczoraj - tłok w "Pierdonce" będzie dziś pewnie zabójczy...) i wrócić.

Kobyłom należy się "Klacz", czyli musli z mikroelementami - nasza ulubiona marchewka już się skończyła, a do trawy brak kilku ciepłych nocy (być może już dziś popołudniu wypuścimy je na trochę na Pierwszy Padok, ale to wciąż nie ten stan, żeby mogły się tam paść do woli). Lepsza Połowa potrzebuje jeszcze kilku ingrediencji do swoich przedsięwzięć kulinarnych (pasztetu nie będzie..! Nie było dostaw już wczoraj - nie udało się nam kupić tego, co potrzeba...), a ja bym sobie chętnie sprawił jeszcze jedną czy dwie pianki montażowe - co by dokończyć remont szklarni, wykonany zasadniczo przed tygodniem (odnowioną szklarnią pochwalę się, jak tylko uda się ją sfotografować).

W taki to oto sposób proza dnia codziennego nie pozostawia już miejsca na refleksje o życiu, śmierci i odrodzeniu. Co nie zmienia faktu, że Wesołych Świąt Państwu życzę, ma się rozumieć..!

Jedyne, co mnie w tej sytuacji pociesza, to pielenie ogródka. A wkrótce zaczniemy też sadzić i siać...

czwartek, 17 kwietnia 2014

Widły złamane

Strzyki Osman Guli gwałtownie nabrzmiały i stwardniały wczoraj. Oba. Symetrycznie. Ponieważ wymię jest już od pewnego czasu rozbudowane - czekamy już tylko na pojawienie się świeczek. Czyżby czekał nas wielkanocny zajączek..? Zobaczymy...


W każdym razie, podjąłem minimalny wysiłek w celu upilnowania kobyły. To znaczy, NA RAZIE, bo alarm nie jest jeszcze zbyt wielki, skoro i tak w nocy budzi mnie zgłodniały koćkodan, to wychodzę sprawdzić, co tam pod wiatą słychać.

Czy upilnowałbym w ten sposób kobyłę, dziś się nie przekonaliśmy, bo (czego się zresztą przesadnie nie spodziewałem...) nic się nie urodziło - ale belki siana nie upilnowałem. Trzy Gracje zdołały ją przewrócić pod moją nieobecność. Rano, przy śniadaniu, podniosłem to, co pozostało zwartym kawałem sprasowanego siana z samego środka (lubo nader niepewnie już ten kloc stoi i pewnie zaraz go znowu przewrócą...) - a potem, gdy spróbowałem ogarnąć leżące dookoła siano luzem złamałem widły.

Na szczęście..? Jak myślicie..?

Obstawiam, że Bubiszcze zechce pozbyć się zawartości swojego ogromnego brzuszydła jak tylko zrobi się trochę cieplej. Jak rok temu. Żeby jeszcze była tak samo uprzejma i zrobiła to w naszej przytomności, za dnia...

Nie daję zdjęć naszych kobył, bo całkiem ładne i wcale jeszcze aktualne możecie sobie u Olgi obejrzeć. Ale, oczywiście - jak będzie powód, to coś tam popstrykamy...

wtorek, 15 kwietnia 2014

Grad

spadł






przed chwilą. Z hukiem!

A Lepszej Połowie złamał się ostatni kuchenny nóż.

Taki dzień...

piątek, 11 kwietnia 2014

Przerwa techniczna

No, trochę mnie nie było. W sensie, że na blogu - i w ogóle w necie. To nawet zdrowe. Można obserwować rozkwit mirabelki:




upadek naszego płotu na tyłach Wielkiego Padoku:



sjestę czarnego kota:


To, oczywiście tutaj, w Boskiej Woli. Gdzie kobyłom rosną brzuchy, ogródek zarasta nie pielony (ale mam zamiar zmienić to wkrótce), a ptaki śpiewają tak, że ogłuchnąć można. Oprócz tego, widziałem też od ostatniego wpisu i inne świata strony. Co jednak jest raczej tematem na innego bloga. Ewentualnie: tematem dla prasy kobiecej w której, jeśli Państwo jeszcze tego nie zauważyli - zadebiutowałem dwa tygodnie temu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...