poniedziałek, 31 marca 2014

Choć jeden powód...

dla tego idiotyzmu pt. "zmiana czasu" - poza naturalnie tym, który nieodmiennie co roku wskazuje kolega Iulius - potrafi ktoś z Państwa wskazać..?
 
 
Mnie nic nie przychodzi do głowy...

niedziela, 30 marca 2014

Buchta do potęgi

Strasznie przeryły świnie poszycie naszego Lasku Centralnego..? Toście jeszcze strasznego rycia nie widzieli. Ale zobaczycie! Tadam:


Nieużytek na granicy z tzw. "lewą kieszenią" naszego Wielkiego Padoku: najniżej położonym i najżyźniejszym kawałkiem ziemi, jaki posiadamy.

Jak by kto glebogryzarką przewrócił, nieprawdaż..?

Oczywiście, granica ich nie powstrzymała:


Jak co roku, przewróciłem wywróconą do góry nogami darń, a w powstałych lukach dosypałem ziarenek lucerny, żeby na powrót ją związała. Ponieważ jak do tej pory nigdy jeszcze tej lucerny wschodzącej nad gruntem nie widzieliśmy - tym razem, za radą kolegi Wojciecha, rozrzuciłem też do oporu zwykłego, budowlanego wapna (oprócz normalnego nawożenia, ma się rozumieć) - i całą taczkę pozostałego nam z poprzednich lat superfosfatu:


Wapno budowlane, niestety, bryli się - ale niech tam: a w czym to w końcu przeszkadza..?

środa, 26 marca 2014

Brix polskiej marchewki

Wszystko zaczęło się od telefonu od kuriera. Tym razem kurier był uprzejmy - nie to co mój ulubieniec z "Siódemki" - ale stanowczo twierdził, że naszą drogą nie przejedzie. Ponieważ byłem i tak daleko od domu - kazałem mu zostawić przesyłkę (ani podejrzewając, o co chodzi...) u Pana Sołtysa.
 
U Pana Sołtysa pojawiłem się wieczorem - zapłacić mu za pomoc przy przewiezieniu onegdaj siana przy okazji. Podał mi niewielki, podłużny pakiecik. Dopiero w domu okazało się, że to... refraktometr.
 
Od razu się domyśliliśmy, że może to być li i jedynie prezent od naszego przyjaciela, Wojciecha Majdy, który chwilkę wcześniej o możliwościach takiego właśnie sprzętu u siebie opowiadał.
 
Co okazało się prawdą. Serdecznie dziękujemy!
 
W ramach ćwiczeń, zbadaliśmy, na prośbę Wojtka, Brix marchewki, którą rutynowo skarmiamy w sezonie jesienno - zimowym naszym koniom. Udokumentowałem cały proces zakładając, że Wojtek sam będzie chciał o tym eksperymencie opowiedzieć. Ponieważ ma jednak inne plany - śpieszę podzielić się z Państwem Dobrą Nowiną.
 
Drodzy moi! Jeśli należycie do tych 83% Polaków, którzy planują wyemigrować gdzieś na Zachód - to przemyślcie tę decyzję raz jeszcze! Naprawdę, są rzeczy ważniejsze niż kawalerka na Tarchominie i 2-letni Volkswagen. Tu chodzi o życie!
 
Otóż taka oto marchewka:

sprzedawana na targu w Warce przez naszego ulubionego sprzedawcę jako "odpad", w cenie 0,50 PLN za kg (w 20-kilowych workach).

Po obraniu prezentująca się w sposób następujący:

Zaś po przetarciu na sok wyglądająca tak:

Wykazała się, w wyniku przeprowadzonego pomiaru:
 
wskaźnikiem o wartości - uwaga, uwaga: 11,5
 
To oczywiście niewiele w porównaniu do Brix 17 - 18, które kolega Wojciech, w wyniku intensywnej uprawy ekologicznej uzyskał ostatnio.
 
Porównajmy jednak ten wynik z wynikami takiego samego badania innych dostępnych marchewek.
 
Na zdjęciu, od lewej:
  1. Nasza ulubiona "odpadowa" marchewka
  2. Marchewka także zakupiona na targu, u sprzedawcy, o którym wiemy, że ma na imię Jan i gospodaruje w pobliżu Warki.
  3. Umyta "fabrycznie" marchewka ze sklepu sieci "Spartan" (dawniej "Spar")

 
"Nasza" marchewka ma Brix, przypominam, 11,5. Marchewka pana Jana - 5,7. Marchewka ze sklepu - 5,5.
 
Tak więc Brix ok. 5 - 6 należy uznać za typowy dla "zwykłej", "normalnej" marchewki.
 
Jak to się stało, że nasz ulubiony dostawca osiągnął wynik dwukrotnie lepszy?
 
Marchewka urosła sobie na polach wsi Zagroby. Podaję tu link do Google Maps - mam nadzieję, że będzie działał (pokazałbym Wam obrazek, ale jestem w pracy, nie mam Acrobat Professional i nie jestem w stanie przerobić pdf na obrazek...).
 
Jak widać (albo i nie..), są to widły Pilicy i Wisły. Niezła ziemia. Choć nasz ulubiony dostawca (Dalibóg, zapomniałem zapytać go o imię...) zarzeka się, że on akurat glebę ma piaszczystą.
 
Jako obornika użył podłoża spod pieczarek. Poza tym, tuż przed siewem, rozrzucił trochę Polifoski - nie zapytałem, czy była to Polifoska-3, czy Polifoska-5 (tego nawozu sam używałem przed pierwszym obsianiem naszych pastwisk - nigdy potem nie było mnie na niego stać, bo jest drogi...) - "symboliczną ilość", jak to określił.
 
I... nic więcej z tą marchewką nie robił! Urosła - została zebrana i posortowana. Ta równa, prosta, wymiarowa, trafiła do mniejszych, 5- i 10-kilowych woreczków i była sprzedawana po 1 PLN za kg (u pana Jana jest to 1,50 PLN za kg, zaś w sklepie - 1,99 PLN za kg: JEDNA marchewka ze sklepu, kosztowała więc tyle, co 0,5 kg marchewki u naszego ulubionego dostawcy: nie pierwszy raz okazuje się, że najlepsze wcale niekoniecznie musi być najdroższe...), reszta zaś - do naszych ulubionych 20-kilowych worków (dla trzech kobył takiego worka starcza nam dokładnie na tydzień - i jeszcze sami podżeramy...).
 
Takie rzeczy, moi drodzy, to tylko między Karpatami a Bałtykiem i między Odrą a Bugiem. Oczywiście - głównie w Zagrobach, nie ma co przeczyć. Ale takich wsi jest tu więcej... I czego Wy szukacie gdzieś tam, daleko, w świecie..? Gdzie niby może być lepiej, zdrowiej, milej - niż na polskiej wsi, a..?
 
Niech na całym świecie wojna,
byle polska wieś zaciszna,
byle polska wieś spokojna
 
Brix 11 to minimum dla moszczu na wino. Z przetartej marchewki naszego ulubionego dostawcy można by, bez dalszych dodatków poza drożdżami tylko - wina napędzić.
 
Sok był pyszny. Słodziusieńki! Pan twierdzi, że wielu mieszkańców Warki właśnie na sok jego marchewkę kupuje.
 
Sok z dwóch pozostałych marchewek smakował jak woda - wylaliśmy, ledwo co skosztowawszy.
 
Nasze kobyły także swoim autorytetem zaświadczają: to ich ulubiona marchewka, inną jedzą niechętnie.
 
Niestety - wszystko co dobre kiedyś się kończy. A naszemu ulubionemu panu zapas marchewki skończył się właśnie w minioną sobotę. Kupiliśmy od niego ostatnie cztery worki, jakie mu zostały. Następna dostawa - po kolejnych zbiorach...
 
P.S.
Gdyby ktoś jeszcze chciał nam robić niespodziewane i niezapowiedziane prezenty, to i owszem - czemu nie! Aktualnie najbardziej by się nam przydały stare, przeznaczone do wyrzucenia, ale całe okna. W granicach 100 km od Boskiej Woli mogę je odebrać własnym transportem.


sobota, 22 marca 2014

Żeńska strona mocy

Ziemia zaczyna pachnieć ciężką, ciepłą wilgocią. W samą porę skończyłem właśnie rozsypywać nawóz: ostatnie 800 kg - jeszcze przed śniadaniem (tylko kobyły wcześniej nakarmiłem: koćkodany były takim traktowaniem wielce oburzone...), dziś rano.


Dzięki temu nie tylko na pewno zdążę przed deszczem (zapowiadanym dopiero na jutro w nocy - ale chmury które, wedle tej prognozy powinny co najwyżej stwarzać ciekawą scenerię dla wschodu naszej dziennej gwiazdy JUŻ zasnuły niebo grubą powłoką - tak, że nie mam jak zrobić dla Was nowych zdjęć, choć chciałem...). Ponieważ jesteśmy nieco ahead of schedule, zapewne będę w stanie przejrzeć i naprawić ogrodzenia - co wydaje się naturalnym żądaniem Lepszej Połowy po ostatniej przygodzie - jako też, prawdopodobnie, choć trochę napocznę nasz ogródek. Który, tak po sprawiedliwości, wymaga wypielenia, rozrzucenia kompostu, który dojrzewał od jesieni i przekopania. Najprawdopodobniej pielenie, z braku czasu, pominę...

Pilnej naprawy wymaga szklarnia (schowałem w niej nawozy na czas rozrzucania: Lepsza Połowa bała się, że szklarnia będzie w efekcie nie do użytku - ale nic się nie stało, żaden worek się nie rozsypał w środku - co innego na zewnątrz - tyle, że sama budowla jest po tych wszystkich wichurach w strzępach, a i ziemi do środka trzeba podrzucić...). Co z braku zarówno czasu, jak i środków - będzie się jednak ślimaczyć. Szybciej jak za jakieś 10 dni tego nie skończę.

No i bardzo dobrze! Podrzucanie 50-kilowych worków na wysokość własnej głowy (opracowałem całą metodę, bo "na hurraa..." to więcej jak 3 - 4 nie dawałem rady...), tudzież dalsze prace, które mnie tak, czy inaczej czekają, to w sumie miłe wytchnienie nie tylko po biurowej rozlazłości, od której zdążyłem przez ostatnie lata odwyknąć - ale i jakiś sposób na opanowanie żeńskiej strony mocy.

Nie dość, że w ciągu ostatnich trzech tygodni napisałem aż dwa debiutanckie teksty dla prasy kobiecej (z rozpędu comiesięczny tekst dla "KT" wyszedł... a, sami zobaczycie..!). Nie dość, że sama ziemia pachnie teraz jak wielkie, czekające na nasienie łono. Nie dość, że stężenie hormonów pod wiatą jest już tak wielkie, że aż w powietrzu je czuć - to jeszcze, całkiem przypadkowo, przeczytałem właśnie, jeżdżąc pociągami, całkiem sympatyczną, kobiecą powieść o akuszerkach. Średniowiecznych akuszerkach. Całkiem sympatyczną, bo liczba nieprawdziwych stereotypów na temat epoki, które się tam pojawiły, była względnie niewielka (aczkolwiek, żeby tak całkiem ich nie było, tego to nie można powiedzieć...).

Jak się zapewne domyślacie, jako typowy facet, mam - jak to kiedyś pewna nasza przyjaciółka określała - "blokadę" na poród. Innymi słowy, jest to zdarzenie, które samo w sobie wywołuje u mnie atak przerażenia (aczkolwiek, pochlebiam sobie, że rok temu z porodem Osman Guli poradziłem sobie na tyle przytomnie, że aż sam siebie zaskoczyłem...). W tym roku, siłą rzeczy, nie jestem w stanie być przy naszych położnicach non stop. Co gorsza - czekają mnie  w ciągu najbliższych dwóch tygodni aż dwa parodniowe wyjazdy. Co prawda, wymiona wciąż wiotkie - ale...

No i właśnie dlatego, dobrze jest się zmęczyć!

piątek, 21 marca 2014

Dzień wagarowicza

Dobrze jest mieć sąsiadów. Lojalnych i odważnych.

Ledwo zdążyły się nasze wagarowiczki pokazać we wsi - a już, za biurkiem w Radomiu siedząc, miałem dwa telefony na ich temat: od Radka, druha mego serdecznego i od naszego Pana Sołtysa. Radek przy tym na telefonie nie poprzestał, ale poinstruowany, którą ma łapać, szczęśliwie wprowadził je na jakąś ogrodzoną działkę i tam zamknął - a sam pojechał po Lepszą Połowę która, będąc zmęczoną po sprzątaniu, na chwilę przysnęła...
 


Tak się skończyły obchody wiosennej równonocy w wykonaniu wyżej ukazanych (na starych, przyznaję, zdjęciach - ale nie miałem kiedy zrobić nowych) trzech dam, w tym dwóch - w zaawansowanej ciąży...
 
Wyłamały bramę prowadzącą z Padoku Zimowego do Lasku (gdzie wkrótce wygrodzimy im tymczasowy, leśny padoczek) - i poszły na gigant.
 
Jak dojechałem do domu (urwawszy się z pracy całe pół godziny...) - wszyscy już tam byli i śladu po wycieczce (poza odciskami kopyt, ma się rozumieć) nie było.
 
Przyłączyłem się tedy do świętowania i nie tylko rozrzuciłem Wap Mag po Pierwszym Padoku, ale i - porwany entuzjazmem - zużyłem cały, pozostały saletrzak na Wielki Padok. Prawdę powiedziawszy, nic by się nie stało, gdybym tam tego saletrzaku rozrzucił więcej. W przyszłym roku..?

czwartek, 20 marca 2014

Uff...

Jeszcze wczoraj rano humor miałem zważony jak przemarznięty pomidor. Bez powodu. Co z tego, że jakaś mafia ściga mnie z powodu długów..? A niech sobie ściga! Teraz, to najwyżej mi wejdą na pensję: niewielka tragedia - gdyby usiłowali wejść na ziemię, czy konie, byłoby przecież o wiele gorzej. A skoro przez 7 lat dawałem sobie radę bez pensji, to nie ma się czego bać. Jedyne, że nie mam powodu, aby to zdarzenie przyspieszać - należy zatem robić to samo, co do tej pory. Czyli: nic...
 
 
Pojeździłem sobie wieczorkiem po Pierwszym Padoku z "Kosem" za Wendi, rozrzuciłem saletrzak, nabawiłem się zakwasów od dźwigania worków (jak to szybko człowiek dziadzieje siedząc za biurkiem...) - i zaraz mi się zrobiło lekko na duszy!
 
Lepsza Połowa tego co prawda nie dostrzegła. Ale to tylko dlatego, ze zdążyłem się przy okazji zmęczyć - a narzekań na nasz nowy podgrzewacz przepływowy "Siemensa", cztery razy droższy od "Dafika" po prostu nie przyjmuję do wiadomości. Przebudowa instalacji na podgrzewacz trójfazowy to absurd. Taki podgrzewacz sam jeden zużywałby więcej prądu niż całe nasze gospodarstwo - a dopiero co się ucieszyłem, że rachunki za prąd zaczęły maleć! No i jest to zwyczajnie zbyt skomplikowane. To już dużo łatwiej byłoby zamontować termę...
 
Tym niemniej, dobrego humoru starczyło mi jeszcze na napisanie tekstu dla "KT", który skończyłem przed chwilą. Po drodze finalizując zarazem pewien projekt, nad którym pracowałem od listopada zeszłego roku. Ufff...

wtorek, 18 marca 2014

Zdaktyloskopowany

Nie no - nie było źle. Przynajmniej żadna z pań nie potraktowała mnie jak dokuczliwego petenta (na co zapewne zasługiwałem - sam pobyt w urzędzie wywołuje u mnie objawy alergicznego zjeżenia...). I wszystko, co miałem byłem wykonać - wykonałem. Ponosząc niższe koszty niż to sobie wcześniej wyliczyłem.
 
 
A że przy okazji musiałem połknąć żabę i dać sobie zdjąć odciski palców? No, to nie było miłe. Wręcz - było to całkiem upokarzające.
 
Brak ochoty na znoszenie upokorzeń jest zasadniczym powodem dla którego nawet kiedy mogłem - nigdy nie przyszło mi do głowy próbować podróży za Wielką Wodę. Teraz to kompletna abstrakcja, zresztą - po jaką cholerę miałbym się tam wybierać..?
 
No ale, niemiłościwie nam panujące gosudarstwo zdecydowało za mnie - i po to, aby się przypodobać Wielkiemu Bratu zza Wielkiej Wody (a także po to, aby móc skasować "prowizję" za dostawę stosownego sprzętu, jak sądzę...) zmusza mnie do przechodzenia tak niemiłej procedury...
 
Jak zawsze następnego dnia po przejeździe przez rondo w Górze Kalwarii czuję się wyczerpany i wyjałowiony intelektualnie. Dziś zatem, żadnych więcej wpisów nie będzie.

poniedziałek, 17 marca 2014

Co by tu spieprzyć?

Tydzień jeździłem bez lewego światła mijania. Nie, nie! To prawda, że mam dwie lewe ręce - ale nie jest aż tak źle, żebym nie umiał w Patrolu żarówki czy bezpiecznika wymienić. Nie chcem, ale muszem - przez tych parę lat, siłą rzeczy nauczyłem się jedno i drugie robić. Ale co z tego, gdy dopiero wizyty u pana Karola po sąsiedzku wczoraj było trzeba, żeby przekonać się, że nowa żarówka H4, prosto z opakowania... też jest przepalona! Noż k..wa mać...
 
Pogoda za oknem barowa - pozostaje tylko pluć sobie w brodę, że nawozy przyjechały dopiero w sobotę, bo gdyby były chociaż w piątek, to przynajmniej na Pierwszym Padoku trawa już by rosła.
 
No ale co zrobić? W tej chwili nie da się "Kosa" nawet użyć, bo od razu się zatka...
 
Wicher, który duł w sobotę poczynił nam przy tym kolejnych szkód: jeszcze jedna szybka w szklarni wyleciała (będę musiał dokupić u szklarza na wymiar, bo to z dachu i wyjąć ramy raczej się nie uda...). Urwał się też płocik w ogródku. No i najgorsze - zdjęło pokrywę górnego świetlika w przyczepie.
 
Ale prądu nie mieliśmy tylko przez kilkanaście minut.
 

 
Dzisiaj kolejny dzień objazdowy. Muszę zdążyć do stacji chemiczno - rolniczej w Wesołej i do urzędu dzielnicy, po nowy dowód. Czy mi się uda? Co się spieprzy po drodze? Jak bardzo podkurwiony wrócę ze stolycy? Odpowiedzi na wszystkie te pytania - w następnym odcinku. Zostańcie Państwo z nami!

niedziela, 16 marca 2014

Polityka rolna raz jeszcze

Dyskusja o Ukrainie na forum historycy.org zdryfowała na CAP-a (niestety, Państwo nie zalogowani tej dyskusji nie zobaczą...). Ponieważ, o ile mi wiadomo, na forum nie ma oddzielnego wątku temu tylko zagadnieniu poświęceonego - a przy tym, temat jest zarówno związany z gospodarstwem, więc pasuje do tego bloga, a nie do "ciemnego kąta internetu", jak i może być też interesujący dla Państwa - to postanowiłem trochę o polityce rolnej pofilozofować. A co mi tam..!

Wielu ludzi dostrzega już, że dopłaty tzw. "bezpośrednie", do powierzchni użytków rolnych, prowadzą do patologii. Choćby takich jak w Rytomoczydłach, gdzie właścicielowi (racjonalnie) bardziej opłaca się doprowadzić majątek do ruiny niż cokolwiek w nim robić. Co jest, skądinąd, przypadkiem łagodnym i na małą skalę. Słyszałem bowiem o dużo absurdalniejszych "przekrętach"...


Radą na to ma być wprowadzenie zamiast "dopłat bezpośrednich" - "dopłat do produkcji".

Moim zdaniem doprowadzi to do skutku zgoła przeciwnego niż to sobie wyobrażają zwolennicy tego rozwiązania. Mianowicie: drastycznie wzrosną koszty produkcji rolnej.

Te koszty już wzrosły. Po prostu wzrosły ceny artykułów niezbędnych do produkcji rolnej - a ponadto, bardzo wielu rolników ponosi dodatkowy koszt utrzymania maszyn czy budynków, które nie były może pilnie niezbędne, ale skoro była dotacja, to zostały zakupione lub zbudowane - a teraz stoją i domagają się paliwa, olejów, części zamiennych, prądu, spłaty kredytów... O tym już zresztą pisałem.


Jeśli zostaną wprowadzone "dopłaty do produkcji", to 99,97% rolników potraktuje je jako dodatkowy przychód, zachęcający ich do zwiększania produkcji niezależnie od jej opłacalności. Pojawią się  gospodarstwa produkujące tak drogo, że bez dopłat w ogóle by nie zaistniały, a pozostałe zwiększą produkcję ponad dotychczasowy "poziom równowagi". Oznacza to permanentną "świńską górkę", "mleczną górkę" i w ogóle - pod górkę, bo kto to sprzeda i gdzie..? Zapewniam Was, że ceny dla finalnego konsumenta NA PEWNO nie spadną! A nawet jeśli - to ile świńskich kotletów więcej jesteście w stanie zjeść..?

Oczywiście że najlepszym rozwiązaniem byłoby zniesienie wszelkich dopłat. Abstrahując od kwestii PO CO nam w ogóle jakakolwiek "polityka rolna" (jakie niby są racje - ekonomiczne czy polityczne - żeby istniała raczej "polityka rolna", a nie np. "polityka wydawnicza" - przecież rynek prasy papierowej zdycha, a liczba bezrobotnych dziennikarzy będzie wkrótce równa liczbie "nadmiarowych" zdaniem Jewrosojuza i niemiłościwie nam panującego gosudarstwa rolników..?) - to dopłaty są zwyczajnie najgłupszym możliwym narzędziem takiej polityki, jakie tylko można sobie wyobrazić.

Historycznie gosudarstwa ingerowały w rolnictwo na trzy sposoby.

1. Poprzez ustanowienie stałych cen skupu.

Tak na przykład, od czasów cesarzowej Anny, "uregulowany" był rynek koni wojskowych w Imperium Rosyjskim. Państwo określało znane z góry, na wiele lat naprzód ceny, po których zamierza kupować "konie kirasjerskie", "konie ułańskie", itd. - a hodowcy, wiedząc to, zapewniali podaż aż nadto wystarczającą. Ceny te były początkowo nieznacznie wyższe niż koszt zakupu podobnych koni zagranicą - ale z czasem, choć bardzo powoli, spadały. "Wartością dodaną", której poszukiwał rząd nie była tu zresztą oszczędność, lecz pewność dostaw - na wypadek wojny, odcinającej Rosję od rynków zagranicznych.


Zdaje się, że pierwotnym motywem ustanowienia niektórych przynajmniej elementów CAP-a TAKŻE była obawa o tzw. "bezpieczeństwo żywnościowe" - na wypadek kolejnej wojny w Europie - nieprawdaż..?

Pytanie, czy ten motyw ma jeszcze obecnie jakiś sens? Czy Europie grozić może głód? Bo mam wrażenie, że zgoła wprost przeciwnie - sama Holandia pewnie by pół świata wykarmiła - a to taki maleńki kraik...

2. Poprzez indukowanie inwestycji.

Skomplikowana nazwa, chciałem się popisać że trudne słowa znam - ale rzeczywistość była bardzo prosta. W (prawie) każdej guberni Imperium Rosyjskiego w II połowie XIX wieku odbywały się - najczęściej raz do roku - jakieś "wystawy rolnicze". Na te wystawy był przeznaczony pewien budżet w postaci złotych imperiałów. I tak, właściciel najwyżej ocenionego buhaja dostawł na przykład 100 rubli w złocie. I piękny, złoty medal na dokładkę. To był majątek, równowartość kilku, jak nie kilkunastu takich buhajów.


Nic dziwnego, że chętnych było wielu. W praktyce ich inwestycje w poprawę jakości (bydła, koni, owiec, itp., itd.) były WIELE RZĘDÓW WIELKOŚCI wyższe od budżetów przeznaczanych na nagrody i organizację wystaw.

Tak samo zresztą działają po dziś dzień wyścigi konne (z wyjątkiem Singapuru, Hongkongu i bodajże Japonii - ale to specyficzne miejsca, gdzie wiele koni się ściga, a niewiele - trenuje...). Suma nagród wypłacanych właścicielom i dżokejom jest wielokrotnie niższa od kosztów hodowli i treningu koni. Innymi słowy, branża jako całość jest permanentnie deficytowa brutto - i istnieje tylko dzięki temu, że stale przyciąga nowe kapitały zachęcone nadzieją wygranej.

Carskie "wystawy rolnicze" sprawiały zaś, że włościanie zamiast chować zarobione w taki czy w inny sposób rubelki za świętym obrazem lub zakopywać w ogródku - inwestowali je w swoje gospodarstwa.

U schyłku PRL polskim rolnikom powodziło się relatywnie nieźle: choćby dlatego, że posiadali dobra powszechnie pożądane w miastach. Blondynki!


Co stało na przeszkodzie "uruchomieniu" tego kapitału (który w praktyce został zmarnowany na budowę za dużych, do niczego niepotrzebnych, murowanych piętrowych domów oraz skonsumowany) po transformacji ustrojowej w taki właśnie sposób, jak to za cara robiono..?

No a teraz - teraz jest za późno. Wieś, mimo dopłat (a właśnie - NA SKUTEK dopłat!) wydrenowana jest z kapitału i pozostaje jej tylko wyprzedawanie ziemi lub sprzedaż poniżej kosztów, gdy trzeba pokryć niezbędne wydatki...

3. Poprzez upowszechnianie wiedzy rolniczej

To było kiedyś dużo łatwiejsze niż dzisiaj. Starczyło wydać broszurę o hodowli pszczół, czy o niezbędnych zabiegach pielęgnacyjnych owiec, albo "kalendarz rolniczy" - a ludzie jakoś, nie wiedzieć czemu, garnęli się do takiej nauki. Teraz upowszechnia się wiedzę o sposobach zabiegania o dotacje.


Co to ma, w ogóle wspólnego z rolnictwem..?

Jaką niby cnotą i "postępem" jest uczenie ludzi żebrania..? Uczenie ich bezradności i polegania na władzy..? Jakby nie mieli tych cech sami z siebie?

W każdym razie - kolega Wojciech skuteczniejszą i ważniejszą tu prowadzi "politykę rolną" niż Ministerstwo - pożal się Panie Boże - Rolnictwa!

sobota, 15 marca 2014

Zdążyć przed deszczem

Nie, żeby mi deszcz przeszkadzał. Wprost przeciwnie! Wszystko wskazuje na to, że będziemy mieli w tym roku fatalną suszę (śnieg nie utrzymał się do "prawdziwej" wiosny - a to już katastrofa, więcej nie potrzeba...). Każda kropla z Niebios jest zatem cenna.


Jednakowoż - nie przepadam za pracą w przemokniętych ciuchach, a niektórych rzeczy w czasie, gdy pada, po prostu zrobić się nie da. Na przykład - pobierać próbek gleby do badania.

Zrobiłem to zatem jak tylko się rozwidniło. I bardzo się cieszę, że "zmiana czasu" dopiero za tydzień - w tym przypadku akurat ta godzina ma znaczenie.

Idąc za ciosem, złapałem taczkę i posprzątałem koniowatym na Zimowym Padoku i pod wiatą. Co prawda - pewnie trzeba będzie wieczorem jeszcze z taczkę czy dwie spod wiaty wywieźć, co by w nocy na gównie nie stały - ale gros roboty już wykonane "na sucho".

Potem jeszcze wymieszałem czyste gówno z węglem w naszej eksperymentalnej pryzmie - i rozrzuciłem wapno po powierzchni naszego nowego klombu, gdzie od jesieni składujemy obornik spod wiaty. Wiem, wiem: to zwiększa straty azotu. Nie sądzę jednak, aby przy półmetrowej warstwie obornika jakieś powierzchniowe straty miały znaczenie. Natomiast żrące wapno budowlane jednak ciut zmniejsza populację meszek i innych dokuczliwych owadów, które się na tym lęgną...

Jak tylko uporam się z nawozami (które powinny do nas przyjechać dziś popołudniu - mam nadzieję, że do tego czasu największy opad zdąży przejść...) zacznę to zresztą przykrywać ziemią. Nie jest to konieczne. Nasze wieloletnie doświadczenia jasno wykazują, że rośliny rosną równie dobrze na czystym oborniku, co na oborniku zmieszanym z ziemią. Albo i lepiej!

No ale - klomb to klomb. Przykryty ziemią będzie po prostu lepiej wyglądał...

No i teraz z pełnym spokojem i rozluźnieniem wyglądam początku opadów. Jedziemy co prawda jeszcze do Warki - że jednak marchewkę przywiozłem wcześniej, to nasz pobyt na targu da się ograniczyć do minimum. A w "Pierdonce" nawet jak pada i tak jest sucho - czyż nie..?

Oho! Słychać właśnie pierwsze krople na dachu naszej chatki...

piątek, 14 marca 2014

Zmiany, zmiany, zmiany...

Pani Ewa przyznaje się Wam dzisiaj, Drodzy Czytelnicy, do kryzysu twórczego i oczekiwania zmiany.
 
Dziwnym zbiegiem paralelizmów i u nas zmiany, zmiany, zmiany...
 
 
Tyle, że jest to raczej zmiana zewnętrzna, a nie wewnętrzna. Ot - kolejny piękny dzień za oknem, a ja zamiast w obejściu się krzątać i Was tonami zdjęć naszych brudnych, grubych, paskudnych kobył zarzucać - siedzę w biurze.
 
Lepsza Połowa sama musiała sobie poradzić dziś nie tylko z codziennym obrządkiem, ale i z wywozem zawartości naszej oczyszczalni ścieków - jak raz Radek, druh mój serdeczny, z beczkowozem przejeżdżał, więc zajechał i zabrał to, co w zbiorniku było.
 
Dobrze, że robiliśmy to już bodaj po raz trzeci odkąd używamy tej oczyszczalni (czyli od lata 2009 roku), a drugi raz przy pomocy Radka - więc on już wiedział, które śrubki należy odkręcić i że trzeba pamiętać o wyciągnięciu filtra.
 
Jak wrócę do domu (teraz to już widno nawet...) - tylko przykręcę to z powrotem.
 
Tak, czy inaczej jednak - zmiany.
 
Zdążyłem przez te sześć tygodni przytyć. A Lepsza Połowa proporcjonalnie schudła. Niby równowaga w przyrodzie została zachowana, ale - jak ja się teraz na konia wdrapię..? Aż żal byłoby Bubie taki ciężar na grzbiet wkładać...
 
Że zmiany dosięgły także bloga, to już pewnie sami zauważyliście. Ten, kto pytał to wie, gdzie teraz można przeczytać moje teoretyczne wynurzenia. Tutaj już pozostanie tylko końska i gospodarska tematyka.
 
Od jutra ma padać deszcz. Normalnie rozrzuciłbym nawozy najpóźniej dzisiaj - ale na razie, nawet jeszcze nie przyjechały. Wieczorem powinienem datę ich przywozu ustalić. A potem - zobaczymy? Z każdym dniem dnia przybywa - może porozrzucam to wieczorami, łykendu nie czekając..?


czwartek, 13 marca 2014

Jestem wredny

 
 
Natomiast a propos wczorajszej (głownie) dyskusji na re-volcie w wątku skaryszewskim: w dalszym ciągu nie potrafię zrozumieć DLACZEGO tym wrednym "ekologom" (których - powtarzam, co gdzie indziej obszerniej uzasadniłem, kto chce, ten sobie znajdzie - właściwie należałoby zabijać, bo innej metody na to, aby ich skutecznie powstrzymać nie widzę...) tak bardzo zależy na ZMNIEJSZANIU POPULACJI zwierząt hodowlanych?
 
Konkretnie w tym przypadku akurat koni - ale to może najmniej istotne.
 
Nie rozumiem tego - i chyba już nie zrozumię. No ale cóż? Wredny jestem - i tyle...

środa, 12 marca 2014

Same dobre rzeczy

Korzystając na nowo z wolności, jaką daje posiadanie mocnego samochodu, w pierwszej kolejności przyciągnąłem z zaprzyjaźnionej stodoły Pana Jana kolejną belkę siana dla naszych bab. Takich bel zostało w zaprzyjaźnionej stodole jeszcze jedenaście. Oprócz tej wczoraj przywiezionej.
 
Wygląda na to, że po raz pierwszy starczy nam własnego siana do końca sezonu, a może nawet trochę zostanie! Bo, przy najbardziej rozrzutnym gospodarowaniu, tych jedenastu bel w rezerwie nie powinno zabraknąć przed końcem maja. A wtedy chyba już będzie nowa trawa..?
 
Wniosek z tego taki, że chyba po raz pierwszy "trafiłem" z liczebnością stada w możliwości naszych padoków i jakość nawożenia. Nawożenie w tym roku poprawimy - zobaczymy, czy aby nie będę w efekcie sprzedawał siana przyszłej wiosny, jak nam zostanie nie belka czy dwie, a dziesięć?
 
Inna rzecz, że aura jak do tej pory - wyjątkowo sprzyjająca. Gdyby nie możliwość korzystania z pastwiska do połowy stycznia i łagodne temperatury od połowy lutego, to kobyły zjadłyby znacznie więcej. Powodów do nadmiernej radości też więc nie ma. Taka zima raczej się szybko nie powtórzy. A i o urodzaju tegorocznym - nic jeszcze powiedzieć nie można, poza tym, że już jest sucho, a wciąż nagminne nocne przymrozki znacząco opóźniają rozpoczęcie wegetacji - która wcale, a wcale nie dotrzymuje kroku mylącemu ciepłu ostatnich słonecznych dni.
 
 
Przyciągnąwszy belę siana, nie spocząłem na laurach, tylko wybrałem się do naszego ulubionego dostawcy marchewki - do tej pory zawsze kupowaliśmy ją na targu, ale nie mając teraz takiej możliwości, wziąłem od pana numer telefonu. I jak tylko mogłem - skorzystałem. To jest bardzo specjalna marchewka, a nawet very special carrot - ale o tym poczytacie sobie u kolegi Wojciecha (pewnie po łykendzie, jak mu doślę resztę brakujących danych...).
 
Wziąłem dwa worki - i jeszcze worek owsa w promocyjnej cenie. Same dobre rzeczy, mniam - mniam!
 
Apetyty w stadzie dopisują. Wszystkie wymiona na razie wiotkie, choć brzuchy - wielkie i okrągłe. Miejmy nadzieję (przecież, że precyzyjnych terminów krycia nie znamy...), że dociągniemy w tym stanie, nie rozsypując się, przynajmniej do drugiej połowy kwietnia...

wtorek, 11 marca 2014

Przygody komunikacyjne

Już od Środy Popielcowej, kiedy to odprowadziłem Wendi do Mistrza na ul. Górczewską dręczyła mnie zagadka: otóż wedle nowego rozkładu PKP, wywieszonego już wówczas na Dworcu Zachodnim, "mój" pociąg powinien PRZYJEŻDŻAĆ 10 minut wcześniej niż poprzednio.
 
Oczywiście, już wcześniej przyjeżdżał różnie - czasem 3 czy 4 minuty wcześniej, czasem 45 minut później, a czasem w ogóle. Jeśli przyjechał wcześniej, to musiał stać i czekać na pociąg jadący z przeciwnej strony.
 
Ale 10 minut? Czy to oznacza, że będę w pracy nie za piętnaście ósma, a o wpół do..?
 
Natomiast w sobotę, kiedy to nowy rozkład mogliśmy sobie obejrzeć na peronie - okazało się, że ów pociąg odjeżdżać będzie... o dwie minuty później!
 
Ki Dyabeł..?
 
Rozwiązanie zagadki okazało się nad wyraz proste. W tej chwili pociąg faktycznie przyjeżdża 10 minut wcześniej niż dawniej (w praktyce ok. 6.25), a odjeżdża - dwie minuty później niż za rządów poprzedniego rozkładu, czyli o 6.42. A pomiędzy? Pomiędzy - stoi na stacji lokomotywa...
 
Można sobie wysiąść. Paczkę petów wypalić. Flachę rozpić. Współpasażerkę w krzaki zabrać i wyru... Tfu! Widoki popodziwiać. O ile byłoby z kim. Bo piękne kobiety o tak wczesnej porze to jeszcze śpią. Nie dotyczy to, oczywiście miłośniczek koni, bo te są już po porannym obrządku, a przed poranną jazdą. No dobra: sam widzę, że brnę!
 
 
Skumulowany skutek niewyspania. Koniec końców odebrałem wczoraj Wendi od Mistrza i nawet nie wróciłem do domu aż tak późno - wiadomo, do domu zawsze jedzie się szybciej, jak na skrzydłach! Ale zawsze.
 
Mistrz był poprzednio pewien, że awarię sprzęgła spowodowali wareccy mechanicy, naprawiający miesiąc wcześniej jego hydraulikę. Finalnie, nie jest już tego taki pewien - nawet zostawił pompę, którą założyli, tylko inaczej ją podpiął.
 
Nie jest to oczywiście koniec remontów. Teraz sprawą najpilniejszą jest tylne zawieszenie - zruinowane na tyle, że jeździć trudno.
 
No ale, to już po jakimś kolejnym przypływie gotówki. Na razie grunt, że samochód ciągnie, da się siano wozić czy nawozy rozrzucić...

poniedziałek, 10 marca 2014

Kopytka

zostały oskrobane. Jak na trzy miesiące, ogólny przyrost rogu kopytowego był mniejszy, niż się spodziewałem. Być może to efekt aury. Nie było zbyt wiele śniegu, ale za to dużo przymrozków - i pościerały sobie kopyta na twardej grudzie.
 
Ale nie można też wykluczyć związku między tym faktem, a poronieniem Melesugun. Rzeczona Melesugun przyrost kopyta miała najmniejszy - i róg był miększy niż zwykle, co zresztą nie powiem, żeby mnie zmartwiło: przynajmniej udało mi się skrócić wszystkie cztery (no, prawie - jedno tylne zrobiłem trochę na odpieprz się..) zanim zaczęła się nudzić i wyrywać, jak ma w zwyczaju.
 
Najbardziej kopyta urosły Osman Guli. U niej też były najtwardsze. Zdecydowanie twardsze niż zwykle. Dobrze, że moje kochane Bubiszcze jest pod tym względem... kochane właśnie - i stoi jak przymurowana, mogę jej kopytka skrobać sam, starczy uwiąz rzucić na koniowiąz luźno, a nigdzie nie pójdzie. Bo trochę mi to zajęło i nie powiem - łapska bolały...
 
 
Margire sytuuje się pośrodku.
 
Reasumując: twardsze niż zwykle o tej porze roku podłoże plus trwająca już ponad trzy miesiące dość intensywna suplementacja, plus wyczerpanie poprzednim porodem i karmieniem źrebiąt - i co nam wychodzi? Wychodzi, że Melesugun gorzej od koleżanek przyswaja substancje odżywcze...
 
Takie, pośrednie rozumowanie, to wszystko co nam zostało. Bo oczywiście ani badania krwi, ani badania włosów nie zdołałem im po wypadku Melesugun zrobić. Nie dlatego że nie chciałem czy że brakowało mi pieniędzy. Po prostu - nikomu się nie chce. I co ja mogę zrobić w tej sytuacji..?
 
Po oskrobaniu kopytek przespacerowałem się jeszcze do wsi i wróciłem, na piersiach niosąc wiktuały w plecaku, a na plecach - 20 kg owsa w worku.
 
Acha! Podgrzewacz Siemensa nawet działa - i nawet działa (na razie) lepiej niż Dafik. Choć już się nam go udało z lekka podsmażyć - gdy nagle włączyła się pompa.
 
Taki to był łykend.

niedziela, 9 marca 2014

Melancholia

Tej nocy mieliśmy przymrozek:


a rano przyszła mgła:


W efekcie cała przyroda zdaje się dzielić dziś mój poranny spleen (wynikły chyba głównie z faktu, że łeb mi napierdala - nie wiem zgoła dlaczego, ale napierdala - i to już od wczoraj, sen nie pomógł, dopiero wziąłem procha, mam nadzieję, że pomoże...). W tak melancholijnych okolicznościach nawet ptasiory, które już od pewnego czasu koncertują ogłuszająco - nieco przycichły. Tylko rano, przy śniadaniu, jakiś kocur wyśpiewywał (daremne, daremne...) arie do naszych (byłych...) kotek.

Niektórzy wyciągnęli prawidłowe wnioski z aury - i podkurczyli kopyta, co by się wygodnie ułożyć:




Taki już wilczy przywilej władzy!

Inni - snują się smętnie jak zjawy we mgle, czochrając się o brzózki:




Ogólnie - mało co widać:


nie chce się wychodzić z chaty:


i tylko woda z dachów kapie:


znakiem czego - mgła się powinna wkrótce podnieść i będzie można brać się do roboty...

sobota, 8 marca 2014

Atak spamu

Od kilku dni za każdym razem gdy otworzę skrzynkę pocztową, znajduję po kilkanaście powiadomień o nowych komentarzach na moich blogach (póki co tylko na tym - i na angielskim, "ciemny zakątek internetu" pozostaje chwilowo wolny od tej plagi...). Których Państwo nie oglądacie rzecz jasna, bo to spam. Filtr antyspamowy radzi sobie z problemem. 

Jedyny widoczny "na zewnątrz" efekt, to przyspieszenie obrotów licznika odwiedzin. Przyznam się, że te nieskromne, acz przyjemne dla oka panie we wczorajszym poście zamieściłem celowo, dla eksperymentu. I w rzeczy samej: po raz pierwszy od pewnego czasu post "bieżący" ma więcej wejść niż te, pod którymi usiłują zamieścić komentarze amerykańskie booty (skąd wiem, że amerykańskie..? No dajcie spokój, niby skądinąd miałoby się wziąć ponad 100 wejść zza Oceanu w ciągu ostatniej doby..?).

Stare sprawdzone sposoby jednak działają, a na młodzież gimnazjalną można liczyć...

Dziś czeka nas ciężki dzień. Nie mamy samochodu, a koniecznie trzeba dokonać kilku zakupów. Lepszej Połowie kończą się zapasy spożywcze, naszym kobyłom marchewka i owies (na brak marchewki nic nie poradzę, o ile nikt nas nie podwiezie na targ - ale worek owsa spróbuję wydzwonić...), a co najważniejsze: potrzebuję paru części aby zamontować nasz nowy podgrzewacz przepływowy Siemensa. Który jakoś tak w połowie tygodnia dotarł do nas pocztą - kupiłem go w końcu na Allegro, skoro inaczej się nie dało.

Tak więc, albo uda się nam z kimś znajomym zabrać do Warki - albo za dwie godziny mamy pociąg.


Biorąc pod uwagę, że zacząłem dzień od rozlania kociej karmy po podłodze i kocu, robiącym za dywanik przy drzwiach (nie zauważyłem, że wierzchnia warstwa galaretki pozostaje płynna i wykonałem szeeeeroki gest ręką, w której trzymałem otwartą puszkę...) - to wprost niewiarygodnie cieszę się na ten montaż..!

piątek, 7 marca 2014

Dlaczego chodzę na stację pieszo?

Choć, teoretycznie, mógłbym jeździć konno, a konia zostawiać na podwórzu u Pana Jana (w którego stodole i tak trzymamy nasze siano - a jest to tuż koło stacji...)?
 
Takie pytanie zadały mi aż dwie osoby ostatnio - widać rzecz budzi zainteresowanie. Odpowiedź jest dość oczywista:
  1. Gdybym miał czyścić, a potem ubierać konia w ogłowie i siodło, to chociaż robię to bardzo sprawnie, zajęłoby mi to łącznie co najmniej tyle samo czasu, co dojście do stacji na piechotę - czyli 25 minut.
  2. Oczywiście mógłbym jechać na oklep. Jak raz na Melesugun (a tylko ona wchodzi w grę, bo jedyna nie źrebna...) większość tego dystansu już kiedyś pokonałem nie tylko na oklep, ale i bez ogłowia. Tym bardziej jednak pojawiłby się drugi kłopot. Albo bowiem musiałbym ze sobą zabierać ubranie na zmianę - albo byłbym cały w kłakach (właśnie zmieniają futro...) i przesiąknięty zapachem końskiego potu. Który sam bardzo lubię - ale obawia się, że należę do mniejszości pod tym względem.
  3. No i, last but not least - zostawiać kobyłę samą na tyle godzin nawet, jeśli ma do oporu żarcia, to trochę, a nawet bardzo - nieładnie.
 
Zupełnie teoretycznie to bym mógł nawet i do samego Radomia konno dojeżdżać. Wedle biletu kolejowego to są 32 kilometry. Nawet nie trenowany koń bez łaski powinien to przejść w trzy, może trzy i pół godziny.
 
Tyle tylko, że iść prosto, wzdłuż torów kolejowych, praktycznie się nie da (chyba że po samych torach - ale to nawet dla człowieka nie jest łatwe, a koń pewnie by sobie nogi połamał na podkładach i kruszywie...). Jak już pisałem, wybudowanie nasypu spowodowało zabagnienie jego najbliższej okolicy. Tylko na pewnych odcinkach wzdłuż toru biegnie dróżka. Trzeba by kluczyć. I w efekcie z 32 km zrobi się pewnie dwa razy tyle, jak nie lepiej - a z trzech godzin: siedem albo osiem. Nierealne.
 
No i w Radomiu to już nie mam pojęcia, co bym z tym koniem zrobił...
 
Niewątpliwie jednak, brak samochodu, który powtarza się już po raz drugi w ciągu miesiąca, jest argumentem za zakupem roweru! O co Lepsza Połowa od dawna zabiega. Do tej pory jej odpowiadałem, że skoro mamy konie, to po co nam rowery? A jednak - przydałyby się.
 
Ogólnie to wkurzony i podłamany trochę jestem. Z mechanikiem samochodowym jest jak z dzieckiem. Jak z kobietą. Jak ze źrebna kobyłą. Kaprysi - i za cholerę nie sposób się z nim dogadać!
 
Pytałem się nim oddałem Wendi do warsztatu - ile będzie kosztowała wymiana sprzęgła i ile to potrwa?
 
Przecież nie pytałem się o to, żeby Mistrzowi dokuczyć! Nie pytałem się ze złośliwości czy z próżnej ciekawości. Pytałem się, bo mając i pracę i gospodarstwo na głowie - ja po prostu MUSZĘ takie rzeczy zaplanować. Nie mówiąc już o tym, że nie sram pieniędzmi - i jeśli Mistrz znacznie przekroczy budżet, który mi podał na początku, to mu zwyczajnie nie zapłacę. Bo nie mam z czego. Sprawne sprzęgło jest mi potrzebne, żeby móc rozrzucić nawozy. Ale jeśli zapłacę za nie jakby było ze szczerego złota, to nie kupię nawozów - po jaką zatem cholerę w ogóle oddawałem wóz do naprawy..? I to jeszcze tak daleko, gdy za tę samą cenę, jak się okazuje, mogłem to zrobić po sąsiedzku, w Warce? Ech...


czwartek, 6 marca 2014

Pimp my ride!

Długie spacery na świeżym powietrzu o poranku inspirują. Mistrz, zakochany w Patrolach, jak zwykle męczył mnie wczoraj, gdy mu odstawiłem do warsztatu Wendi, że zbytnio biedną eksploatuję. Wiadomość, że wyciągam 400-kilowe belki siana ze stodoły samochodem wręcz go załamała. Zaproponował tedy, żebym sobie zamontował wciągarkę.
 
I to jest bardzo dobry pomysł! Wciągarkę niewątpliwie zamontuję - przyda się w wielu sytuacjach, nie tylko do wyciągania siana z sąsieka.
 
Ale, jak tak sobie szedłem dziś rano do stacji (miałem dylemat, czy pić kawę czy nie pić bo - prawdę powiedziawszy - mało co śpiąc trzecią już dobę, czuję się zatruty kofeiną: wypiłem - i do tej pory mnie nosi...), to dopadła mnie galopada myśli.
 
Oprócz wciągarki na pewno przyda się delikatne przerobienie tyłu. Zaczep trzeba poprawić tak, żeby się dało swobodnie "Kosa" podczepiać, a nie było trzeba przywiązywać go drutem.
 
 
A gdyby tak przerobić Patrola na ciągnik..? Jasne - konstrukcja nie ta. Co z tego, że byłby to raptem może trzeci czy czwarty ponad 100-konny ciągnik w okolicy, gdy i rama delikatniejsza i przełożenie zupełnie inne.
 
Ale przecież - czy ja wykonuję jakieś ciężki prace polowe..? Najcięższe, co może ciągnik u nas w gospodarstwie spotkać, to koszenie trawy. Skoro z tym radzi sobie i "30-tka" i nawet "Władymirec"..?
 
 
 
 
Niestety - choć szukałem, to MNIEJSZYCH I LŻEJSZYCH talerzówek nie znalazłem. Bywają, ewentualnie - większe (ale jasne, że mnie większa niepotrzebna: przecież nie planuję kosić "na zarobek" - a czy koszę u siebie 12 godzin, czy 24 godziny - co to za różnica?). Są oczywiście także kosiarki konne, w tym (w większości) - przerobione na ciągnikowy zaczep. Upierdliwe to, bo ostrzenie tych wszystkich zębisk zapewne nie należy do rzeczy prostych, a ja - jak już dobrze wiemy - nie jestem McGyverem i nie przepadam za techniką:
 
 
No ale - jak mus to mus?
 
Pewniejszy zaczep jest koniecznością - tak, czy inaczej. Bo tego już drutem nie przywiążę..!
 
O - tu znalazłem ładniejszą:
 
 
A gdyby tak JEDNAK zamontować na Patrolu podnośnik hydrauliczny i wałek napędowy z tyłu..?
 
Sądzę, że należałoby włożyć z przodu drugą prądnicę. Jest miejsce, bo fabrycznie przewidziano takowe dla klimy, której Wendi nigdy nie miała (abstrahując od kwestii, że chwilowo nie ma też wspomagania kierownicy - i MA TAK ZOSTAĆ, dopóki mnie nie stać na wymianę całego układu: po 5 latach nieustannego użerania się, mam serdecznie dość tegoż, bo cieknie zewsząd - i alergicznie reaguję na pomysły różnych majstrów, co by chociaż pompę zregenerować i uruchomić..). Do prądnicy, trzeba by z tyłu podłączyć silniczek elektryczny obracający wałek napędowy i napędzający pompę hydrauliczną.
 
Pompa hydrauliczna do "60-tki" kosztuje  w granicach 200 złotych. Prądnica - różnie (trzeba by dobrać parametry: ja się na tym nie znam...). Nie mam pojęcia, czy da się gdzieś kupić wałek napędowy z elektrycznym napędem: skądinąd jednak - takie przecież stosują w niektórych nowoczesnych przodkach konnych, czyż nie..? No i do tego dwa czy trzy siłowniczki - i dużo wyobraźni przestrzennej, żeby to jakoś schować w bryle samochodu...
 
 
Nawet taki roztrzęsiony Władymirec jak na zdjęciu powyżej, raczej nie będzie kosztował mniej niż 10.000 - chyba, że to sama skorupa (obowiązkowo z pękniętym blokiem silnika...), którą dopiero trzeba samemu sobie wyremontować. A potem przed każdym wyjazdem na pole rozkładać na części i składać z powrotem!
 
Gdyby za część tej kwoty dało się przerobić Wendi na ciągniczek - nawet o bardzo ograniczonych możliwościach i niewielkiej praktycznie dającej się wykorzystać mocy - to i tak byłoby to opłacalne. Jeszcze by mi zostało na maszyny...
 
Zasadniczo, to powód, aby myśleć o czymś więcej niż wciągarka z przodu i "ciągnikowy" zaczep z tyłu jest jeden: to maleństwo.
 
 
Oczywiście: używane, a nie nowe... Lub jakieś podobne: ale bardzo się ucieszyłem widząc, że przynajmniej w tej materii panuje większy pluralizm rozmiarów! Idealna byłaby dla nas prasa dająca beleczki około 100-kilowe:z takimi Lepsza Połowa, nawet sama w domu będąc, doskonale by sobie poradziła, a i ładowanie ich do przyczepy nie wymagałoby wciągarki czy siódmych potów - wciąż zaś miałyby te same przewagi nad kostkami, co te wielkie bele, których teraz używamy, to znaczy - wystarczałyby naszemu stadu przynajmniej na całą noc...
 
So? Who will pimp my ride..?!
 
Yo...



środa, 5 marca 2014

Zły dzień na post, czyli - do czego służą badania techniczne samochodów?

Badania techniczne samochodów służą do tego, żeby mnie wykończyć. Przez co zły dzisiaj dzień na post. I mam na myśli zarówno ścisły post (trzecia kawa od 6.00 rano nie wróży najlepiej...), jak i post do zamieszczenia na blogu. Ale po kolei!
 
Zdołałem wczoraj dowieźć z Zaprzyjaźnionej Stodoły Pana Jana kolejną belkę siana dla naszych czterokopytnych ulubienic. W sumie mogłem to zrobić i dzisiaj, bo siana jeszcze jest - ale dziś jestem umówiony w warsztacie na remont sprzęgła. Nie było zatem innego wyjścia. Nielicho się przy tym umordowałem, bo nie chcąc ryzykować ostatecznej katastrofy - wytargałem tę belkę z sąsieku sobą, a nie samochodem (na szczęście już jakiś czas temu urwałem sąsiecznicę - więc przynajmniej nie trzeba belki przez półmetrową ściankę przetaczać...).
 
Dobra - bolało, ale się dało. Nic nadzwyczajnego. Najlepsze zaczęło się potem. Pojechałem mianowicie do stacji diagnostycznej, przeprowadzić obowiązkowe badania. Raz, że sprzęgło mam wymieniać w Warszawie, a do stolycy bez ważnych papierków jakoś strach jechać. A dwa - że najpewniej w poniedziałek spróbuję też wymienić dowód rejestracyjny. Więc mogłem albo zrobić to wczoraj - albo miałem wszelkie szanse nie zdążyć i, w konsekwencji - dowodu po raz kolejny nie wymienić.
 
Żeby nie było - zdarzało mi się w przeszłości przez wiele miesięcy jeździć bez przeglądów i ubezpieczeń. I nie zaobserwowałem, żeby miało to jakiś wpływ na pracę silnika! Co najwyżej - jeździłem JESZCZE ostrożniej (bo ostrożnie jeżdżę zawsze...).
 
Samo badanie to rodzaj komedii. Panowie z pełną powagą testowali Wendi na przeróżne sposoby - przez co w drogę powrotną do domu wyruszyłem około godziny 21.30. Testowali i testowali - no ale, umówmy się: jak bym miał jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy mi pieczątkę przybiją, to bym do nich nie pojechał, nieprawdaż..?
 
 
Po jaką cholerę ten cały cyrk?
 
Będąc w domu po 22.00 położyłem się spać prawie dwie godziny później niż zwykle. Za to - godzinę wcześniej wstałem. Bo nasz koćkodan, nakarmiony tak późno, zgłodniał dopiero około 4.00 rano, a nie około północy, jak zwykle. O 4.00 to mi się już nie opłacało jej karmić i iść potem spać, skoro i tak przed 5.00 powinienem wstać i dać kobyłom, a potem obu kotkom normalne, regularne śniadanie.
 
Po dłuższej walce - wyrzuciłem ją zwyczajnie za drzwi chatki. Ale zasnąć już mi się nie udało.
 
I teraz jestem niewyspany - ot co...

wtorek, 4 marca 2014

Szansa na biznes?

Wbrew pozorom, nie samą Ukrainą żyje człowiek. Lepsza Połowa w niedzielę, gdy ja się szamotałem z kranem, imadłem i całym tym bałaganem znalazła na jednym z zagranicznych portali informacyjnych news jakoby w Polsce, w Bielsku-Białej konkretnie, otwarty został pierwszy skup kotów na eksport mięsny do Chin.
 
Nie chce mi się w to wierzyć, bo ceny są iście z Kosmosu! Za starszego, tj. ponad półtorarocznego kota mają płacić - wedle ostatniego kursu (bo info podawało to w walucie obcej), jaki widziałem (ale to się bardzo szybko zmienia w tej chwili właśnie...), podobno aż 9 złotych i prawie 70 groszy za kilogram. Za młodego, do 1,5 roku życia - prawie 14 złotych za kilo!
 
Dla porównania cielęta mięsne "chodzą" po 7 złotych kilo. Sprawdziłem!
 
 
Więc - gdyby to miała być prawda, to drżyjcie mruczki! Nawet za naszego wysłużonego i wychudzonego, 20-letniego koćkodana - emeryta na flaszkę gołdy by się uzbierało. A bywają kociska i po 7 i po 10 kilo żywej wagi - osobliwie u emerytek. Nic tylko chodzić i łapać.
 
Co i dawniej się zdarzało - w naszym kociewskim miasteczku co jakiś czas przytrafiały się seryjne zaginięcia kotów: tłumaczyliśmy to sobie pojawieniem się ekipy odławiającej je na futerka. Niewątpliwie możliwość utylizacji także tego co pod futerkiem - byłaby dla fachowców tej klasy (nikt nigdy nikogo za rękę nie złapał...) prawdziwą manną z niebios. A nawet z Niebios - pamiętając, że dla Chińczyków Niebo jest siłą nadnaturalną (a w każdym razie "wyższą", bo u nich z tym podziałem na "sacrum" i "profanum" to jest trochę inaczej niż u nas...).
 
Kiedy zasób kociny możliwej do pozyskania "z natury" (to znaczy: odłowionej po podwórkach i ulicach) ulegnie naturalnemu wyczerpaniu (pocieszmy się myślą, że szczury Chińczycy też jedzą - a tych już raczej się tak łatwo nie wytępi - więc "łowcy" nie stracą swoich tak dobrze płatnych posad...) nie będzie wyjścia - trzeba będzie przejść do racjonalnej hodowli. O ile dobrze pamiętam, to chyba już Ellan Adgar Poe przepowiedział taką przyszłość (choć w jego czasach bodaj zarząd miejski Nowego Jorku płacił za każdy dostarczony koci ogon - nie utylizując ani zmarnowanego w ten sposób mięsa, ani futer...). Co dowodzi, że w każdym razie: nie należy lekceważyć literatury! Nawet romantycznej...
 
 
Żeby nie było: podobnie jak koleżanka Kira, która jak raz wstrzeliła się dzisiaj z wpisem o podobnej tematyce uważam, że wszystko jest do zjedzenia, byle było smaczne. Tradycyjna potrawa z południa Chin, "smok, feniks i tygrys" nie budzi mojego obrzydzenia tylko dlatego, że składa się na nią kot, kura i jakiś najpospolitszy zaskroniec.
 
 
Nie jestem też bynajmniej fanatycznym zwolennikiem regulacji rynku żywności - i fakt, że będzie to potrawa bez "świadectwa pochodzenia" i "certyfikatu jakości", bynajmniej jej z góry nie dyskwalifikuje. Ba! Wątpliwe, by miało to jakikolwiek wpływ na jej smak i właściwości odżywcze.
 
Tak więc: natychmiast po tym odkryciu zapowiedzieliśmy naszemu koćkodanowi, że jeśli jeszcze raz zachowa się jak zwykle - to odbędziemy z nią wycieczkę do Bielska - Białej. Ostatnią!
 
Koćkodan się nie przejął. Wymusiła natychmiast głośnym miauczeniem dodatkową porcję mleka, a potem demonstracyjnie narzygała na środku pokoju - tym sposobem dobitnie pokazując, co o naszej determinacji w tej sprawie myśli...
 
Ona też nie wierzy w te prawie 10 zeta za kilo...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...