czwartek, 27 lutego 2014

Buchta


Bezczelność dzikich świń nie zna granic! Że nam na pastwiskach ryją - to ich dzikoświńska rzecz. Że watahami po kilkanaście, a nawet po kilkadziesiąt sztuk łażą i burdy wszczynają po lesie - ich dzikoświńska rzecz. Tydzień temu taka wataha zablokowała mi wąską drogę, którą zwykle wracam ze stacji do domu - między skarpą wykopu kolejowego, a gęstym, świerkowo- malinowym gąszczem - i musiałem się przez nie przepychać napierając zderzakiem Wendi na świńskie zadki. I dobrze, że to solidny samochód, bo wcale chętnie nie ustępowały - Punto bym się nie przebił...
 
No ale - to wszystko zwykła, dzikoświńska rzecz.
 
Ale to, co odkryła kilka dni temu Lepsza Połowa tuż obok naszej chatki, dosłownie parę metrów od okna - to już jest przesada, nawet jak na maniery dzikich świń!
 
Normalnie - zrobiły sobie z naszego Lasku Centralnego buchtowisko:
 





Może nie do końca widać na zdjęciach, ale przeryte jest jak by kto broną po lesie jeździł.

środa, 26 lutego 2014

Regionalne smaki

Radomianie są dumni ze swoich wypieków. Oraz wędlin. No cóż. Bez obrazy, ale: chleb - nie ma jak litewski, wędliny - suszone z Litwy, wędzone tylko z Kościerzyny, gotowane z Kociewia. No i - jak bledną te wszystkie mazowieckie "drożdżówki" przy rasowym, kociewskim szneku:
 
 
czy też - wznieśmy się na chwilę ponad wąską, kociewską stronniczość - przy poznańskim rogalu marcińskim:
 

 
 
 
Uwaga! Powyższa refleksja nic nie ma wspólnego z wczorajszą miłą niespodzianką. Dużo natomiast z faktem, że właśnie przygotowuję menu na targi branżowe - i muszę wybrać coś "radomskiego". Co nie jest takie proste, jak się okazuje...


niedziela, 23 lutego 2014

Plany wiosenne

Samego wschodu naszej dziennej gwiazdy nie udało mi się uchwycić, bo raz, że byłem zajęty pisaniem dla "KT", a dwa - było zbyt mgliście i to taką nieładną, nie dającą ciekawych efektów mgłą, której nawet nie próbowałem fotografować. No ale przed ósmą się rozpogodziło:



Dziś jeszcze się pobyczę - chorobowo i wypoczynkowo zarazem. Ale powoli trzeba się już brać do roboty. Prognoza pogody, sięgająca już w tej chwili końca pierwszej dekady marca, nie wskazuje na możliwość nawrotu zimy.

Na trwałość obecnej aury jednoznacznie wskazuje też zachowanie naszych futrzaków, gubiących futro całymi garściami (i czochrających się, w związku z tym, o co tylko popadnie):


Są zresztą tak potwornie brudne, że podjęliśmy wczoraj ostateczną decyzję: tych już nie czyścimy - poczekamy aż będą nowe...

Ptaszęta w naszym Lasku pieją ogłuszająco. Jak wyszedłem cyknąć tych parę zdjęć, to szeleścił w krzakach również jakiś większy zwierz - ale nie udało mi się dojrzeć, co zacz.

Wszystko razem wskazuje na nadejście wiosny. Planuję w związku z tym na jeden z najbliższych łykendów umówić się z naszym stałym dostawcą nawozu. Wcześniej powinienem tylko jeszcze raz sprawdzić sprzęgło Wendi - jeśli mam sam ten nawóz przy pomocy "Kosa" rozsypać - bo odkąd odebrałem ją z remontu, zrobiła się mułowata, a w ubiegłą środę rozkraczyła mi się na środku kałuży bez widocznego powodu. To znaczy - na moście w żadnym razie nie wisiałem, przyczepność opon była dobra, a samochód nie miał siły ruszyć zestawu ani do przodu, ani do tyłu. Tak, jakby się sprzęgło ślizgało..?

Byłem nawet umówiony na piątek wieczór z panem Karolem, ale wróciłem z pracy zbyt późno, żeby miało to sens - wczoraj zaś rozłożył mnie nagły atak wirusa...

Poza standardem, trzeba też będzie co prędzej naprawić szkody, jakie w naszej szklarni wywołał Ksawery:


Nowo zakładany klomb przy wjeździe na naszą farmę bliski jest już zapełnienia - za dwa - trzy tygodnie będzie można przywieźć ziemię na wierzch:


Ogródek czeka już na wiosenne pielenie, rozrzucenie nawozu i skopanie:


No i wygląda na to, że nie ma co czekać z rozpoczęciem budowy naszej "letniej kuchni" na tyłach chatki:


sobota, 22 lutego 2014

Jak tubylcy z Amazonii

Po raz kolejny potwierdza się, że jesteśmy jak tubylcze plemiona z Amazonii, żyjące bez kontaktu z cywilizacją. Już, już było nieźle - a jak mnie ścięło dziś po południu, tak dopiero zaczynam powoli odzyskiwać przytomność. Po wypiciu litra gorącej herbaty i paru kielonkach czegoś rozgrzewającego. Lepsza Połowa bynajmniej nie czuje się lepiej - a jeszcze pierze i gotuje...


O co chodzi? Ano chodzi o to, że dopadły nas wirusy. Miejskie wirusy. Tym razem z Radomia, nie z Warszawy. Bo, co tu dłużej ukrywać - trzy tygodnie temu wróciłem, po niemal 7-letniej przerwie, za biurko. Właśnie w Radomiu. No i teraz nadrabiamy zaległości epidemiologiczne.


Przy okazji - może mi ktoś wyjaśni, o co kaman z tym zastępowaniem zdjęć profilowych na fejsie flagą Ukrainy..? Czego to niby ma być manifestacją..? Lojalności względem Imperium Europejskiego które, jak mu Janukowycz pokazał środkowy palec, okazało się na tyle jednak (ku zaskoczeniu ogólnemu, tego nie przeczę...) sprawne, by wysadzić go z siodła - zresztą, zauważmy, że już po raz drugi..? Ale w takim razie - lepiej by chyba pasowało dwanaście gwiazdek, nieprawdaż..? Kompletnie tego nie rozumiem. No ale - mam jakieś 38 stopni gorączki, nie muszę rozumieć...

piątek, 21 lutego 2014

Kamyczek do ogródka mizantropa

Dyabli mnie podkusili i zajrzałem do statystyk Bloggera. Po raz kolejny NAJCZĘSTSZYM "słowem kluczowym", które zwracało w wyszukiwarce Google adres do naszego bloga okazało się wyrażenie, uwaga, uwaga: "turkmeski kot pustynny".

Dawno miałem o tym Państwu opowiedzieć, ale powstrzymywałem się przez wzgląd na Waszą miłość własną.

Oczywiście - chodzi tu o skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju (należę do generacji prawdziwych dinozaurów, bo widziałem występ tego kabaretu w Klubie Karuzela kiedy był jeszcze prawdziwie amatorskim kabaretem studenckim, a nie przedsięwzięciem profesjonalnym...).


W dodatku - o skecz ŹLE zrozumiany.

Najpierw dosłownie źle, bo chodzi głównie o widzów niedosłyszących, którym się głoska "ń" gdzieś w ferworze walki zagubiła i stąd nieszczęsny "turkmeski", a nie, jak prawidłowo winno być w języku polskim, "turkmeński".

W dodatku, są to widzowie nie tylko niedosłyszący, ale też tacy, którzy jak żyrafa, śmieją się ostatni - bo nie łapią dowcipu (dlaczego "jak żyrafa", to pozwolicie, nie będę wyjaśniał...).

No i sami powiedzcie - jak, żyjąc ze świadomością tego faktu - nie być mizantropem..?


środa, 19 lutego 2014

Oznaki wiosny

Już tydzień temu Lepsza Połowa zameldowała, że miała przyjemność wysłuchać pierwszego w tym roku koncertu skowronka.


Co do mnie, to najważniejszą z oznak zbliżającej się wiosny jest fakt, iż od tygodnia jeżdżę prawie wyłącznie z załączonym napędem na przód.

Wprawdzie nie mamy wielkich roztopów (bo i niby z czego?), a "nasza" polna droga jest całkiem, całkiem - ale ostatnio często jeżdżę dróżką wzdłuż nieodległych torów kolei radomskiej (choćby dlatego, że tamtędy wiedzie najkrótsza dostępna dla samochodów droga do stodoły Pana Jana, gdzie leży nasze siano...).

Niby nasyp oryginalny, z połowy XIX wieku, niby inżynierowie byli wówczas solidniejsi niż dziś - a jakoś tak się dzieje, że teren po obu stronach drogi żelaznej podmaka. Naturalne cieki zostały przerwane i wilgoć gromadzi się u podstawy nasypu. W efekcie nasza dzielna Wendi żłobi wąwozy kołami, szorując mostem o błocko. Z załadowaną przyczepą trzeba jeździć dookoła, a kiedy ostatnio wyładowywałem belkę pod wiatą, okazało się, że podłoże jest tak lepkie, że nie sposób się cofnąć...

I tak dobrze: nabrałem przez te lata doświadczenia. Nie to co kiedyś, kiedy utopiłem samochód tuż koło wiaty...

poniedziałek, 17 lutego 2014

O farcie i nie-farcie, czyli moja prywatna metafizyka życia

Fart, Drodzy Państwo, to w języku polskim, być może nie najwyższych lotów, ale też nie znajdujemy się teraz w szacownym gmachu Biblioteki Narodowej, tylko w internecie, gdzie nie takie pospolitowanie uchodzi, to tyle co "szczęście", "dobry los", "fortuna". Jeśli ktoś z Was tak już zangliczał, że mu się to słowo z piardem kojarzy - to proszę przyjąć wyrazy współczucia. Zarazem proszę też przyjąć do wiadomości, że to Wasz problem, jesli daliście się już tak wynarodowić, a nie mój - i nie mam najmniejszego zamiaru dostosowywać słownictwa, którego tu używam, do Waszych manier i przyzwyczajeń!

Po tym wstępnym wyjaśnieniu, które wydaje mi się konieczne w świetle komentarzy, z jakimi się spotkałem po tym, gdy użyłem tego słowa w tytule postu po raz pierwszy - przechodzimy do meritum.

Ci spośród Was, którzy bywają tu od dawna, być może pamiętają, że generalnie uważam, iż suma fartu i nie-fartu w życiu jest - w dłuższym okresie - stała i zmierza do zera. Jeśli zatem przydarzyło się coś dobrego, jakiś uśmiech losu - to należy mieć się na baczności, bo być może tuż za rogiem leży przysłowiowa skórka od banana, na której zaraz się poślizgniemy i rozbijemy sobie oba kolana. I odwrotnie - po ciężkim ataku pecha, być może warto pójść do kolektury Lotto.

Oczywiście pamiętając o tym, że zarówno farty, jak i nie-farty ZWYKLE przychodzą seriami! Ewentualnie - w jakimś okresie dominuje nie-fart, by potem było odwrotnie i dominował fart.

Przypadki i całe serie przypadków szczęśliwych i nieszczęśliwych znoszą się wzajemnie, a im dłużej żyję, tym silniejsze żywię przekonanie, że ogólny bilans wychodzi na zero.

Jest to przekonanie metafizyczne, ponieważ nie mam na nie śladu dowodu, poza własnym, czysto subiektywnym przekonaniem. Ba! Uważam wręcz, że próby prowadzenia tu jakichś statystycznych zestawień (jak np. w ostatniej powieści Marka Krajewskiego o komisarzu Popielskim...) do niczego nie prowadzą i są wręcz absurdalne.

Ostatecznie - już samo zdefiniowanie, że coś jest "wypadkiem szczęśliwym", albo "wypadkiem nieszczęśliwym" jest z gruntu subiektywne i nie ma dwóch takich ludzi którzy, przeżywając (gdyby to było możliwe...) serię takich samych zdarzeń, jednakowo by je pod tym kątem oceniali!


Metafizyczność, a nawet irracjonalność tego mojego przekonania (na które przecież, jako rzekłem, nie mam śladu dowodu...) nie umniejsza jego mocy. W konsekwencji podejrzliwie zwykłem patrzeć na ewentualne powodzenie, sukces, czy dowody uznania, spodziewając się, że lada moment jakaś spadająca z dachu cegła skutecznie te chwile sztachnięcia się endorfinami zrównoważy.

Z drugiej strony - jakoś mnie przesadnie nie stresują telefony od windykatorów, czy nawet takie nieszczęścia, jak to, co ostatnio spotkało Melesugun. Jesli tylko będę miał dość czasu - na pewno jakoś się z tych kłopotów wygrzebię! Jak mawiał Dobry Wojak Szwejk: jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było...

Czy jestem w związku z powyższym fatalistą..? Być może do pewnego stopnia tak. W każdym razie: jakoś nie chce mi się wierzyć, aby starczyło sobie zwizualizować pożądny "cel życiowy" i powtarzać takie ćwiczenie regularnie, a tajemnicze siły motywacji już mnie do tego celu nieuchronnie zaprowadzą... Jeśli mam coś zrobić - dzielę sobie zwykle zadanie na tak drobne kroczki, jak to tylko możliwe - i każdy kroczek ujmuję w bilansie sukcesów i strat oddzielnie.
Nie umiem ocenić, na ile takie podejście jest wynikiem naszego życia na wsi? Zapewne w dużym stopniu. W naszych warunkach o jakości życia decydują drobiazgi. To, czy załączył się podgrzewacz wody, czy niekoniecznie? Czy trzeba było ostro palić w Herculesie, czy nie? Ile Trzy Gracje raczyły nasrać pod wiatą i jak rozmiękły był grunt (lub jak sypki śnieg...), przez który pchało się taczkę?

W dalszym ciągu tak, jak to zawsze miałem w szkołach, czy w pracy - pasjami wręcz lubię tworzyć skomplikowane, wymagające skoordynowania wielkiej liczby niezależnych elementów plany i projekty. Nauczyłem się już chyba jednak, żeby nie wkładać wszystkich jajeczek do jednego koszyka - i nie liczyć nadmiernie na to, że najbardziej nawet błyskotliwy plan rozwiąże WSZYSTKIE kłopoty naraz...

niedziela, 16 lutego 2014

Żeby nie było...

że tylko malkontencę i opluwam, to owszem, owszem - parę rzeczy się nam ostatnio udało.

Na przykład - udało się nam wymienić butlę z gazem (w piątek wieczorem wróciłem do domu mocno spóźniony i jeszcze mocniej zakatarzony - a tu: żeby w ogóle jakakolwiek woda z kranu pociekła, trzeba do hydroforni biegać i drabiną szturchać, plus - stary czajnik się zepsuł, plus - gaz się skończył: dobrze chociaż, że mamy jeszcze - rzadko używaną - mikrofalówkę... Inaczej to by już była Apokalipsa w pełnym wymiarze!).


Sukces, nie..?

Poza tym, czuję się już dziś rano lepiej niż wczoraj, a to dlatego, że zaopatrzyliśmy się w aptece w "tabcin trend", - no a poza tym, to już łącznie prawie czwarta doba, jak mnie rinowirus pokopał, więc chyba pora powoli na zmianę objawu: pytanie tylko, czy teraz będę kaszlał, czy jednak gardło mi spuchnie..?

Zaś pisząc serio: odbyłem długą i chyba owocną telekonferencję z Panem Doktorem. Czy uda się ustalić przyczyny naszego ostatniego wypadku, to rzecz wątpliwa: nawet w idealnych, laboratoryjnych warunkach, 40% poronień pozostaje zwykle niewyjaśnionych. My mamy mniej niż fifty : fifty szans na to, że się czegoś dowiemy. Nawet, gdyby to jednak był herpeswirus (co pozostaje NADER nieprawdopodobnym, biorąc pod uwagę stopień izolacji naszego stada...), to szczepienie niewiele tu zmienia - zdaniem Pana Doktora, jak przechorują, to będzie z tym spokój na dłużej, a jeśli teraz zaczniemy je szczepić, to już będziemy musieli to robić zawsze i bynajmniej - bez gwarancji, że to cośkolwiek pomoże.

Istnieje za to cień szansy na to, aby dowiedzieć się czegoś o kondycji naszych kobył. W tym celu podjąłem próbę nawiązania kontaktu z prof. Nicponiem z Wrocławia, którego wykładów zresztą ongiś słuchałem.

A teraz zabieramy dupska i jedziemy na giełdę. Musimy wymienić część sprzętu gospodarskiego, typu grabie, podbieraki. A może się i jakiś sensowny "łącznik ciśnieniowy" trafi..?

sobota, 15 lutego 2014

"Hydro-Vacuum" z Grudziądza to kit!

Niniejszym ogłaszam wszem i wobec, wszystkim razem i każdemu z osobna, że pan Wojciech Grabowski, prezes zarządu "Hydro-Vacuum" S.A. z Grudziądza, może sobie swój "łącznik ciśnieniowy typu LCA" na członka nakręcać..!


Jaki idiota skończony robi gwint, który ma wchodzić na metal - z PLASTIKU..?

Już jak kupowałem to dziś rano w hurtowni hydraulicznej w Warce, miałem jak najgorsze przeczucia.

Ale - co niby miałem zrobić..? Nasz stary "łącznik ciśnieniowy", tejże samej firmy zresztą (tyle tylko, że model z roku 2009 - METALOWY! I kosztował wtedy MNIEJ, niż obecnie to plastikowe łajno...) zdechł w ciągu minionego tygodnia ostatecznie i nieodwołalnie. Jedynym sposobem, żeby załączyć pompę, było szturchnąć ów łącznik nogą drabiny, włożonej do naszej hydroforni. No to kupiłem NAJBARDZIEJ PODOBNY - i zarazem JEDYNY, jaki w ogóle mieli na składzie.

Wszystko jest takie same, poza jednym: korpusik i gwincik w króćcu już nie są ze stali, tylko z plastiku...

Postępowałem ŚCIŚLE wedle instrukcji, cytuję (łącznie ze stylem czcionki, bo to i w oryginale jest pogrubione...):

UWAGA! Podczas montażu łącznika LCA nie należy stosować żadnych dodatkowych (np. pakuły) uszczelnień gwintu - połączenie jest uszczelnione podkładką gumową zainstalowaną w króćcu łącznika.
UWAGA! Niedopuszczalne jest dokręcanie łącznika za pokrywę. Łącznik należy nakręcić kluczem maszynowym 30 mm do wyczuwalnego oporu.

Jakiego, KURWA MAĆ, oporu..? To gówno weszło na gwint rurki jak, za przeproszeniem, murzyńska dziwka na klienta - a gdy doszło do końca wolnego gwintu, to się po prostu zaczęło obracać w kółko... Żeby nie było: OCZYWIŚCIE, że zarówno moja rurka, jak i pana P.T. prezesa "łącznik" są teoretycznie tego samego rozmiaru, czyli 1/2"!

No i co..? No i pstro..! Woda oczywiście cieknie. No jak ma nie cieknąć, jak..? Przecież to się NIE MA PRAWA trzymać w kupie:


Nie ma prawa i się nie trzyma.

130 zeta wyrzucone w błoto.

Będę bardzo zdziwiony, jeśli do rana hydrofornia nie będzie pływać w wodzie... Chwalić Pana Boga, mamy ten obwód na osobnym zabezpieczeniu - zjebie się, to trudno, jeden "korek" w skrzynce wyskoczy, a my po prostu nie będziemy mieli wody w chatce - dopóki nie kupię czegoś, co jest zrobione z tworzywa NIE przeznaczonego do dziecinnych zabawek...

Nie mniej serdeczne życzenia załączam także dla właścicieli firmy SMILE Sp. z o.o. ze Szczytna (bliższych informacji o nich zasięgnąć mi się nie udało, gdyż wprawdzie podają adres swojej strony, ale jest to "strona w budowie"), producentów czajnika SCZ - 30. Który był łaskaw WCALE się nie włączyć - po tym, jakeśmy go dzisiaj zakupili w Warce. Dwa lata gwarancji! To się dopiero  nazywa pewność siebie..! Przynajmniej - w tym przypadku nazwa jest adekwatna do jakości produktów.

Choć, jak się tak zastanowić - to "wodna próżnia"..? Hmm...

P.S.

Zapomniałem doprecyzować! OCZYWIŚCIE nie jest też tak, że "gwintu było za mało". Wedle instrukcji powinno wystarczyć 15 mm. Mam około 40 mm na tej rurce. Z czego ponad połowa pozostaje nie zagospodarowana...

czwartek, 13 lutego 2014

Paszporty chłopaków 2

Doczekaliśmy się: dzisiaj nareszcie nasz niezawodny pan Henio przywiózł nam z dawna wyglądane, ROSYJSKIE paszporty chłopaków. Wyglądają tak:





Wyciąłem tylko nagłówki z drugich stron, gdzie są adresy nowych właścicieli.

Zabawną rzeczą jest porównać opisy - zarówno słowne, jak i graficzne - pokazane powyżej i te, które wcześniej Państwu pokazywałem z paszportów polskich. Proszę sobie to samemu porównać - boki można zrywać..!


W przeciwieństwie do mnie. Rano jeszcze się zmobilizowałem, nie bez związku z wizytą pewnej przystojnej Węgierki i jej ekipy - ale w tej chwili formalnie i merytoryczie zdycham, zasmarkany, widzący podwójnie i z nader ograniczonym zestawem sprawnych zmysłów. Powonienie w każdym razie z całą pewnością mi wysiadło - nawet likier jałowcowy Lepszej Połowy ledwo co czuję...

W związku z powyższym, nie gwarantuję, że jutro uda mi się zmobilizować na tyle, żeby napisać cokolwiek.

środa, 12 lutego 2014

Melesugun poroniła

Po badaniu przeprowadzonym przez naszego zaufanego weterynarza, doświadczonego położnika, pana dr Macieja Witkowskiego nic na razie nie można powiedzieć na temat przyczyn tego zdarzenia.

Płód - ogierek - był prawidłowo wykształcony, bez żadnych widocznych wad. Kobyła też ma się dobrze: ma apetyty, nie wykazuje objawów stresu czy bólu. Doktor stwierdził niewielki krwiak wewnątrz pochwy. Dostała zatem antybiotyk, a także oksytocynę dla wspomożenia oczyszczenia macicy. Łożysko wyszło w całości.

Doktor, kiedy w piątek będzie wracał z Michałowa do Warszawy, pobierze krew (na wszelki wypadek chyba całej trójce...). Zostanie przeprowadzony komplet badań, zarówno na okoliczność ewentualnych infekcji (będę człowiekiem niezmiernie zdziwionym, jeśli to się okaże herpes: no bo skąd..? Od 2012 roku nie było u nas żadnego obcego konia, nawet drogą żaden nie przechodził...), jak i - co już bardziej prawdopodobne, choć wciąż dziwne, biorąc pod uwagę iloma suplementami je nafaszerowałem w ciągu ostatnich dwóch miesięcy - braków żywieniowych.

Według moich obliczeń to był ósmy miesiąc. Biorąc pod uwagę datę urodzin Miyanka, oczywiście, mógł to być także miesiąc dziesiąty - ale rozmiary płodu wskazują, że się raczej nie mylę i że skuteczne było dopiero to krycie, które widziałem w połowie czerwca.


Teraz, po fakcie, stwierdzamy, że były oznaki przedwczesnego porodu. Lepsza Połowa twierdzi, że przez większość wczorajszego dnia, Melesugun pokładała się pod wiatą. Kiedy ostatni raz odwiedziłem kobyły, około 21.00 - tak też było: leżała na swoim ulubionym miejscu, tuż obok siana, i wyglądała na bardzo zaspaną.

Skądinąd jednak, Melesugun w ogóle dość często, korzystając ze swoich przywilejów jako szefowej, zwykła się pod wiatą pokładać - a że nie towarzyszyły temu jakieś oczywiste oznaki bólu, tośmy na to nie zwrócili uwagi.

Poza tym - nie leżała tam przecież przez cały czas! Apetyt miała za to niczym nie zakłócony. Akurat wczoraj wieczorem podałem im ostatnią porcję Hippovitu (tego paskudnego, którego jeść na ogół nie chciały - Melesugun była tu prymuską, zawsze zajadała wszystko, co tylko do wiaderka wsypałem, a i koleżankom zdarzało się jej pomóc...). A rano - pierwszą dawkę kurację oczyszczająco - odpiaszczającej od p. Podkowy.

Płód znalazłem dopiero po podaniu śniadania, kiedy wszedłem pod wiatę nalać wody i podrzucić siano.

Za wcześnie na gdybanie o przyczynach tego nieszczęścia. Nie zdziwię się zresztą, jeśli ich nie odkryjemy...

Za to już widać, że nie będzie tak słodko w tym roku! Za dobrze nam szło - mógłbym napisać, gdybym był przesądny (a w gruncie rzeczy... trochę jestem...).

Teraz podstawowe pytanie brzmi - czy możemy jakoś pomóc pozostałym dwóm kobyłom? Również w tym aspekcie, że szefowa ich stada, sama źrebięcia w tym roku przy cycku nie posiadając, może być dla koleżanek przykrą i niebezpieczyną...

wtorek, 11 lutego 2014

Apetyt rośnie...

jak wiadomo - w miarę jedzenia!

Ale naszym czworonogom w ciągu ostatniego tygodnia - jak raz od chwili, gdy zaczęło się ocieplenie - apetytu przybyło aż nadto. Belka siana, która jeszcze w styczniu starczała na 8 - 10 dni (głównie w zależności od tego, jak szybko udało im się ją rozerwać i rozwłóczyć po całej wiacie), teraz wystarcza na zaledwie 6 - 7 dni. I jest zżerana nader skrupulatnie, mało co ląduje pod kopytami (stąd w sobotę przywiozłem nową belkę słomy do ścielenia).

Wydaje się, że najpóźniej jutro znowu będę musiał jechać do stodoły Pana Jana.

No cóż - wygląda na to, że ciężarówki jedzą już (i srają...) za dwoje (a może za dwie - jednak..?).

Aktualne zdjątka - z daleka, żeby nie było za bardzo widać błotnej panierki:





Młodej, jak się ją czasem doczyści, wychodzą jabłuszka na futrze - które zresztą miała przecież i jesienią.

Co do osobników czterołapych, to tu akurat żadnej zagadki rosnącego apetytu nie ma. Wszystko jest jasne. W "Pierdonce" zabrakło firmowej suchej karmy - chcąc nie chcąc, szarpnąłem się więc na chrupki Kite Kate'a. A poza tym, wracając w piątek ze stolycy, oprócz przecenionych muli dla nas, przywiozłem też bardzo przez nasze koćkodany lubiane puszki z Auchan "z dziczyzną".

Wiem, wiem - "prawdziwy" wielbiciel kotów takim szajsem ich nie karmi.

Skądinąd jednak, jak patrzę na etykiety - i porównuję je z tym, co sami jemy - to jakoś przestaje mi być czterołapych żal...

poniedziałek, 10 lutego 2014

Wiosennie

Myślałby kto, że po wyczerpującym piątku i pracowitej sobocie niedzielę spędzę czyszcząc i głaszcząc konie i przytulając naszego starego koćkodana - tym bardziej, że jak wiadomo, nie wiadomo ile czasu mu jeszcze zostało..? Nic z tego! 

Przejechałem ponad 100 km, m.in. przywożąc i odwożąc właścicielkę pewnego nieodległego gospodarstwa na sprzedaż (dowiedziałem się przy okazji wielu ważnych rzeczy - np, tego, jakie kobiety są "zdatne", a jakie "niezdatne" do życia na wsi i jaki powinien być podział obowiązków  między płcie tudzież - dlaczego kobieta paląca papierosy to obraza Boska...), czy też - przywożąc dla Trzech Gracji owies. Zrobiłem też i przerobiłem tony zdjęć, a na dokładkę - naprawiłem drabinę (z której kilka dni temu zleciałem na mordę, gdy się szczebelek złamał...), a gdy ta była już naprawiona - poprawiłem też uszkodzony ostatnimi wiatrami daszek nad drzwiami.

No i tu wkroczył na scenę, a właściwie - na drabinę - nasz stary koćkodan:

Tu akurat na świeżutkim zdjęciu, z wczoraj, a nie sprzed lat!

Widać, swoją drogą, jak bardzo schudła - nieprawdaż..?

Otóż koćkodan wyżej ukazany, w wieku matuzalemowym lat 18 - 20, wspiął się na drabinę, gdy się na chwilę odwróciłem i - nie wiedzieć jakim sposobem - zdołał rozmontować lampkę, którą mamy nad drzwiami...

Zastanawiamy się, czy to nie jest jakiś koćkodański odpowiednik Alzheimera?

A może po prostu - wiosna..?

I tej, optymistycznej wersji, zamierzamy się trzymać!

Tym bardziej, że choć chwilowo za oknem pada śnieg (wielkimi, mokrymi płatami...) - i po sierści naszych czworonogów i po prognozie pogody sądzimy, że długo się nie utrzyma.

Wczoraj, w każdym razie, nasz ogródek wyglądał tak:

Nie wiem czy widać, czy nie widać, ale - zupełnie niezależnie od eksperymentu, który prowadzimy teraz z Wojtkiem Majdą - już od dwóch lat sami z siebie dążymy do wytworzenia "terra preta" w naszym ogródku, konsekwentnie wyrzucając tam popiół z Herculesa (zawierający zwkle trochę węgla drzewnego) i końskie gówno.

Inna rzecz, że tym sposobem jakichś widoczniejszych rezultatów dorobimy się po latach...

Zrobiłem też trochę zdjęć Gracjom (które Lepsza Połowa wyszczotkowała i wylonżowała). Ponieważ jednak mają teraz nieskrępowany dostęp do błota - nie odważę się Państwu tych zdjęć pokazać. Ja wiem, że one są szczęśliwe. Część z Państwa też to wie. Ale nie wszyscy! A po co mi jakieś kontrole i naloty..?

niedziela, 9 lutego 2014

Sukcesy

Nie ma to jak pochodzić z taczką i pozbierać końskie gówna. Lepszej psychoterapii nie potrzeba..! Polecam: pogoda się poprawia, coraz cieplej, więc jak by ktoś z Państwa reflektował, to możemy za niewielką opłatą i we w miarę komfortowych warunkach zaoferować tego rodzaju sesje terapii ruchowej na świeżym powietrzu...

Mnie w każdym razie wczoraj pomogło. Dzięki czemu mogłem się cieszyć z serii sukcesów. To tak dla odmiany po stołecznych porażkach - ma się rozumieć.

Na targu udało się nam zdobyć z dawna wyglądany miał i to z dostawą do domu. Po czym - umówieni byliśmy na środę - kiedy już kończyłem wspomniane wyżej sprzątanie (ponieważ odmarza teraz to, co wcześniej zaginęło w śniegu - wyszło mi 9 taczek, bezprecedensowa ilość przy zaledwie trójce kobył...), pan zadzwonił z informacją, że trochę mu zostało i może przywieźć już teraz. Nawet trafił bez większych trudności.


Po co nam miał, tego nie powiem. Na pewno nie do palenia w Herculesie (jak widać zresztą, "żelazna rezerwa" drewna nawet nie ruszona jeszcze, a i z tego, co mamy za domem, spaliliśmy na razie ledwie połowę - co dobrze prognozuje na przyszłość...). O przeznaczenie tego miału musicie się dowiadywać u Wojtka Majdy - tam też będzie zamieszczana relacja z eksperymentu.

Zaraz po targu wstąpiliśmy do zaprzyjaźnionego sklepu ogrodniczego, kupić podpałkę do Herculesa. No i tam się okazało, że panie mają w ofercie mieszanki roślin kwiatowych i wonnych, które na wiosnę będziemy mogli zastosować na części naszego nowo budowanego klombu przy wjeździe na farmę:




Pamiętacie jak ten kawałek ziemi wyglądał jesienią..? To jest właśnie czynność, którą nazywam kształtowaniem krajobrazu.

Kwiatki i wonie będą zapewne w dole, bliżej okazałej brzozy, w cieniu której mamy "imprezownię". Wyżej, a bliżej naszej piaszczystej drogi, posadzimy jakieś krzaczory, co by zarazem owoce do przefermentowania dawały i barierę anty-ucieczkową w pobliżu przepędu łączącego Padok Zimowy z Wielkim Padokiem tworzyły.

Jak widać - klomb jest już gotowy niemalże w połowie. Jak już cały dół będzie zapełniony obornikiem, na wierzch wrzuci się jeszcze przyczepę lub dwie ziemi - tak dla dekoracji raczej, w końcu to reprezentacyjne miejsce przy samym wjeździe na farmę, niż z rzeczywistej potrzeby.

Na tym się lista sukcesów nie kończy. Niechętnie, ale że człowiek, któremu jestem co nieco winien prosił, odmówić nie mogłem - pożyczyłem w piątek naszą przyczepę. Wróciła - naturalnie! - w czasie, gdy sprzątałem pod wiatą. Nawet wysprzątana, nic się jej nie stało. Poza tym, że gdy jej chwilowy użytkownik zatrzymał zestaw hamulec przyczepy - o ten, tu w pozycji prawidłowej, czyli zwolniony:


sterczał do góry jak lingam w hinduskiej świątyni. Gościu przejechał 60 km wlokąc za sobą przyczepę z zablokowanymi kołami..!

I to jest sukces i szczęście. Sukces i szczęście, że zima - mimo wszystko - i że dystans nie taki znowu wielki. Bo by się koła zapaliły... Przynajmniej te po lewej stronie, bo z prawej linka hamulca jest urwana, czego nie zdążyłem jeszcze naprawić.

Skoro już miałem przyczepę, to przywiozłem Trzem Gracjom słomy - a przy okazji podrzuciłem do zaprzyjaźnionego mechanika szkielet naszego wyrka (stanowiącego szczytowe osiągnięcie rumuńskiej kultury technicznej w służbie szwedzkiego kapitału...) w którym urwał się kolejny gówniany spaw. Nie! Wybijcie sobie z głowy zbereźne myśli! Spaw się urwał, bo gówniany był - wcześniej podobny los spotkał już prawie wszystkie spawy w tej częście wyrkowego szkieletu (znaczy się - tam, gdzie spoczywają nasze tułowia zwykle...). A to dlatego, że Rumuni, produkujący ten mebel dla Ikei, konsekwentnie punktowali spawami łączenia ZAWSZE w taki sposób, że działająca od góry siła rozpycha miejsca łączeń na boki. To się po prostu nie ma prawa trzymać - i też, konsekwentnie, kolejne spawy puszczają haniebnie i wcale nie trzeba w tym celu oddawać się jakimś dzikim harcom (powiedziałbym wręcz, że strach byłoby coś takiego robić - od dawna już staramy się na nasze wyrko kłaść ostrożnie i łagodnie - starczy że koćkodan wskoczy, a już dźwięki, które się zeń dobywają mogą przyprawić o zawał...).

Usiłowałem podstępnie namówić Lepszą Połowę na zakup nowego wyrka (no wiecie...). Twierdzi jednak, że w ofercie z dostępnej dla nas półki cenowej i tak nic lepszego nie ma - w każdym razie nic, co by się nam zmieściło między Herculesem a szafą...

No ale - zaprzyjaźniony mechanik pospawał to co się urwało. I dzięki temu przynajmniej wyspałem się wygodnie i smacznie.

Ba! Nie wiem na czym to polega, ale odkąd zdcydowanie pocieplało - to i Dafik cieplejszą wodę daje i już nie trzeba spod prysznica uciekać, trzęsąc się z zimna..?

Jak to dobrze, że zima jest jednakowoż fenomenem przemijającym...


No i dowiedziałem się, co prawda dopiero dziś rano, na czym polega różnica między "podgrzewaczem sterowanym hydraulicznie", a "podgrzewaczem sterowanym elektronicznie" - bardzo dziękuję! Wygląda na to, że zamontujemy sobie ten drugi...

Wracając w piątek z Warszawy, kupiłem w piaseczyńskim Auchan mule z przeceny. Troszkę się baliśmy je spożyć - te, które były otwarte przed gotowaniem i te, które się nie otworzyły po ugotowaniu, skrupulatnie wyrzucając. Ale zjedliśmy, Lepsza Połowa bardzo smacznie je przyrządziła - i żyjemy. Tylko koćkodan czarno - biały napędził nam stracha, bo choć nie zjadła nawet kawałka mula,  a tylko polizała sosik, to zaczęła rzygać nim spożyłem połowę swojej porcji.


No cóż - być może nasz stary, czarno - biały koćkodan ma po prostu alergię na owoce morza..? Po rybie też ZAWSZE womituje. Co sobie tłumaczyliśmy do tej pory reakcją na połykanie z łapczywości ości. Ale przecież sosik z muli ości z całą pewnością nie zawiera..? Zdaje się, że tylko krewetki (ale kiedy to było..?) nie wywołują u niej tak gwałtownej reakcji żołądkowej.

Jak patrzę na to zdjęcie powyżej, z lata 2009 roku, a już wtedy były stara jak koci Matuzalem i każdego dnia oczekiwaliśmy, że jeśli nawet lisek jej nie zje (liska, mieszkającego poprzednio w naszym Lasku Centralnym przeżyła: tej jesieni widziałem jego truchło leżące na asfalcie we wsi...), to padnie ze starości lada dzień - nie mogę nie przyznać że fakt, iż nasz czarno - biały koćkodan wciąż żyje - to już nawet nie sukces. To cud! Normalne wiejskie koty tak długo nie żyją...

sobota, 8 lutego 2014

Porażki

Enigmatyczny wczoraj byłem, ale już mi się po prostu gadać nie chciało na wieczór.

W każdym razie: co przywiozłem poprzednio z Wyszkowa, to w Agencji złożyłem - czy to wreszcie zakończy moje męki z rozliczaniem "Młodego Rolnika", pojęcia nie mam i nawet myśleć o tym nie chcę.

Z pozostałych celów wizyty stołecznej, nie udało mi się zrealizować tak naprawdę żadnego. W szczególności spektakularną klęską okazał się wypad do fabrycznego serwisu Siemensa.

Po co się tam w ogóle wybrałem, skoro żadnego urządzenia tej firmy, jako żywo, nie posiadamy aktualnie..? Ano właśnie po to się wybrałem, żeby zawczasu wywiedzieć się, jaki przepływowy podgrzewacz wody byłby dla nas najlepszy.

A chodzi nam głównie o to, żeby zamontować sobie urządzenie, które będzie jak najmniej podatne na zmiany ciśnienia wody. No i Siemens takowymi właśnie się chwali. Tyle tylko, że nie rozumiem, na czym polega różnica między podgrzewaczami "sterowanymi hydralicznie", a "sterowanymi elektronicznie" - i czy w naszym wypadku da się zastosować jedynie ten pierwszy, czy może także ten drugi..? Nie rozumiem i się tego w serwisie nie dowiedziałem.


Owszem - oprócz panienek na "front desku", które od razu przyznały, że nie wiedzą, czy ich przypadkiem nie obrażam, pojawił się też jakiś starszy facet sprawiający wrażenie technika. Ale zamiast odpowiedzieć na zadane pytanie wdał się w filozoficzne rozważania nad wyższością podgrzewacza trójfazowego nad jednofazowym i NIC konkretnego nie powiedział.

Otóż: w dupie mam podgrzewacze trójfazowe! Jak się Państwo zapewne domyślacie, skoro przejechałem się do stolycy i nie tylko do Agencji, to znaczy, że właśnie dostaliśmy dopłaty. Przeżywamy tedy tydzień (no, może dwa tygodnie...) obfitości i dostatku. Ale - tej obfitości i dostatku, jako żywo, NA PEWNO nie wystarczy do tego, aby przebudowywać gruntowanie całą instalację elektryczną w naszej chatce.


Tak więc - nie zamontuję podgrzewacza trójfazowego. Nie zamontuję takowego i nawet mówić o tym nie ma po co!

Tak samo - nie zamontuję termy, junkersa czy czegokolwiek innego, co może jest z teoretyczno - filozoficznego punktu widzenia świetnym rozwiązaniem ale - wymaga prac bardziej skomplikowanych niż to, co sam mogę zrobić przy pomocy śrubokrętu i klucza francuskiego. I żadne światłe porady, dowodzące wyższości tego lub owego - nie są mi do niczego potrzebne.


Realnie to mogę wymienić Dafika na jakiś gatunkowo lepszy sprzęt. I WSZYSTKO, czego chciałem się dowiedzieć, to tego i tylko tego właśnie - który sprzęt można uznać za "lepszy"..?

Tymczasem, odkąd pocieplało, nasz przełącznik ciśnieniowy w hydroforni działa bez przerw i awarii. Tak więc - wygląda na to, że on jednak rzeczywiście zamarzał, a nie blokował się z innego powodu. Niestety, to TAKŻE jest w sensie poznawczym porażka. No bo gdyby TERAZ się zepsuł, to przynajmniej miałbym jasność: przełącznik jest zepsuty, trzeba go wymienić. I - zapewne - przynajmniej część winy za nasze kłopoty z uzyskaniem ciepłej wody spada na wadliwą pracę przełącznika (dopuszczającego do zbyt dużych spadków ciśnienia w hydroforze..?).

A tak, skoro działa - no to dalej nie wiem: narastanie kłopotów z Dafikami wynikło z pogarszających się parametrów wody (coraz większych różnic ciśnienia?) - czy z winy samych Dafików..? Ostatecznie, przez pierwszy rok - Dafik działał naprawdę dobrze, byliśmy umyci, szczęśliwi i uśmiechnięci.

Poprzedniczka Dafika, Bianca  - też działała nieźle, zwłaszcza pod koniec - tyle, że się spaliła zaraz po upływie terminu gwarancji...

Zaczęła się olimpiada - i wygląda na to, że na dwa tygodnie mogę się pożegnać z dr Housem, bo program telewizyjny wedle własnego wyboru będę mógł sobie przełączać dopiero, gdy Lepsza Połowa zaśnie. Jak się zapewne Państwo domyślacie - olimpiada KOMPLETNIE mnie nie interesuje. Wręcz: brzydzi!

No trudno - dwa tygodnie jakoś przeżyję. Byle nie dłużej. Swoją drogą, przeczytałem właśnie młodzieńcze opowiadania Tyrmanda, z tomiku "Gorzki smak czekolady Lukullus" - i ostatnie trzy, właśnie różnym sportom poświęcone, wprawiły mnie w niejakie zdumienie. Bardziej nad sobą niż nad Tyrmandem. No bo właściwie - dlaczego sport mnie aż tak brzydzi..? Czyżby dlatego, że poszedł konsekwentnie w tę stronę - efekciarstwa, oszustwa i profesjonalizacji - którą Tyrmand tak krytykuje?


Ale czy w takim razie jest w ogóle możliwy jakiś "inny" sport - poza (prawda czasu, prawda ekranu...) socrealistyczną agitką, której Tyrmand - oko do czytelnika nieustannie puszczając - dopuścić się był musiał w morale..?

piątek, 7 lutego 2014

czwartek, 6 lutego 2014

Cicha noc, ciepła moc...

Pierwszy raz od trzech tygodni nie musiałem rano rozmrażać kranu pod wiatą!

Czy zima się skończyła? Czyżby jednak aura miała okazać się tym razem, po serii zim ostrych, okrutnych, pierwotnych, podstępnych nieraz - łaskawa dla nas i dla naszych podopiecznych..? Na razie wszystko na to wskazuje:


Ale, oczywiście, wciąż nie sposób wykluczyć powrotu mrozów w drugiej połowie lutego, w marcu, czy nawet w kwietniu. Już i tak bywało.  Nie ma tedy co chwalić zimy przed końcem.
 
Szykują się (ba! są już w trakcie, jak najbardziej!) zmiany. W naszym życiu i w życiu naszych koni. Ponieważ jednak i w tym wypadku nic jeszcze nie jest przesądzone, nie ma się co chwalić na wyrost. Tyle powiem, że właśnie pojawił się całkiem przystojny kawaler gotów ubiegać się o względy Trzech Gracji. Czy mu na to pozwolimy, czy ma po temu warunki i czy miałoby to sens - to się okaże zapewne w ciągu najbliższych paru tygodni - i wtedy już się pochwalimy na pewno...
 
A tymczasem tyle dobrego, że wreszcie odzyskałem Wendi (preliminarny budżet na jej remont przekraczając zaledwie dwukrotnie...). Pora zatem toczyć się (wciąż przez śnieg jednakowoż...) po nową belkę siana!

środa, 5 lutego 2014

Glazura

Widoczki za oknem:



Widoczki za chatką:





a skoro glazura, to i tera kota:


i woda spływająca z wiaty:


i w glazurze odciśnięty ślad opony sołtysowego ciągnika, który nam siano w zeszłym tygodniu przywiózł:


i ślad po wciąż nieobecnej Wendi:


w czasie, gdy nierozważnie wzięty przed laty "Młody Rolnik" goni mnie ponownie (komunikacją publiczną!) do Wyszkowa...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...