piątek, 31 stycznia 2014

72 godziny

Od 72 godzin piździ. Nawet nie specjalnie mocno. Żaden tam "Ksawery", czy inny przybłęda. Ale za to piździ konsekwentnie, prawie bez przerwy i z nietypowego, a dla nas nader niekomfortowego kierunku: ze wschodu z odchyleniem ku południowi.

Prosto w drzwi naszej chatki.

Pojedyncze i mało szczelne. A tak właściwie, to całkiem nieszczelne, bo zostaje szpara nawet, jak je najstaranniej zamknąć...

Grzejemy ile się tylko da. A i tak daleko do komfortu cieplnego! Czuję się brudny, niewyspany i wyczerpany (nie przestaliśmy się myć - ale jakoś tak w tych warunkach, jeszcze otulając się "roboczym" swetrem, skutek porannego prysznica i golenia mordy przestaje być odczuwany bardzo szybko...). Odmrożenia na stopach i dłoniach coraz większe.

Jak to niewiele potrzeba, żeby zamienić człowieka we wrak, nieprawdaż..?

W każdym razie Wendi udało mi się wczoraj odprowadzić do warsztatu. Przyjemność jej wyremontowania będzie nas kosztowała okrągłego tauzena: padła pompa wspomagania i wysprzęglik, a do koniecznej wymiany są też elementy zawieszenia i układu kierowniczego, w tym przede wszystkim amortyzator skrętu.

Zadaniem na dzisiaj jest przywiezienie kobyłom siana: zostało im jeszcze trochę tego, czego nie dojadały z poprzednich belek, a co składowaliśmy na paśniku i w kupie, obok balota. Z głodu nie umierają, ale zachwycone nie są, bo oczywiście - zostawiały nie dojedzone to przecież, co im najmniej smakowało...

Na szczęście nasz niezawodny Sołtys obiecał nam pomoc: Radkowi na ten przykład, wszystkie ciągniki i samochody zamarzły. Również M. (oprócz tego że jest poważnie chory), nie jest w stanie odpalić swojego "Ursusa". 

Podobno już dziś po południu ma się to wszystko skończyć. Ma pociepleć i przestać piździć. A przynajmniej - ta piździawka ma zmienić kierunek. Jutro to w ogóle ma być już prawie na plusie.

Wierzyć się nie chce...

środa, 29 stycznia 2014

Deficyt endorfin

To, co się działo z naszym wysłużonym wozem wczoraj, gdy spróbowałem pojechać do sklepu, podłamało mnie na resztę dnia. Normalnie - biegi to już jak w starym Starze, oburącz trzeba zmieniać..!

No i przez to, że się tak podłamałem, spędziłem cały dzień na użalaniu się nad sobą, zamiast coś zrobić. Na przykład - spróbować odstawić Wendi do warsztatu. Którą to próbę podejmę dziś po południu.

Niestety - w tym przypadku nie ma mowy o naprawie u pana Karola w garażu. Raz, że za zimno na takie eksperymenty. A dwa - że wyjęcie silnika z Patrola to dość... jakby to określić..? Cieżka! O tak, to właściwe słowo: ciężka sprawa..!

Tak więc czeka mnie przygoda. Dojadę do Warki - czy nie dojadę..?

wtorek, 28 stycznia 2014

Siła złego...

Niezdrów się czuję. A poza tym, miałem po prostu co innego do roboty. Noooo.... powiedzmy: miewałem! W każdym razie ciężko o zdjęcia, gdy światło na zewnątrz kiepskie, ciężko o pomysły, gdy w głowie obracają się z hukiem młyńskie żarna, a w ogóle to nie ruszałby się człek spod kozy...

Nie ruszałby się, ale nie jest mu to dane. Co prawda teoretycznie (i praktycznie też...) pocieplało. Jak przed chwilą odpaliłem Wendi w celu rozgrzania silnika (i układu paliwowego) zaskoczyła elegancko i pracuje równo. Cóż z tego - gdy wczoraj rano okazało się, że sprzęgło nie odpuszcza jak należy..?

Ono ma własne wspomaganie. Więc jedno z dwojga. Albo coś się stało z tym wspomaganiem (pojęcia nie mam co - ale równie dobrze mogło coś przymarznąć, jak też - na skutek wstrząsów powodowanych wciąż wadliwym działaniem zużytego amortyzatora skrętu - obluzować się). Albo w ten subtelny sposób nasze oryginalne, japońskie sprzęgło daje mi do zrozumienia, że niespełna czteroletnia współpraca właśnie dobiega końca...

Zaś wczoraj znowu zaciął się przekaźnik ciśnieniowy w hydroforni. Wieczorem, nie rano - po całym dniu pracy, kiedy to pompa załączała się co najmniej kilkukrotnie, tłocząc do hydroforu wodę o temperaturze bez wątpienia dodatniej, a nie po nocnym przestoju, gdy ta woda miałaby szansę się wychłodzić. W dodatku do łącznie bodaj dziesięciu taczek przemarzniętego (przyznaję, mój błąd - i w sumie jedyna różnica w stosunku do lat poprzednich, gdy przecież i większe miewaliśmy mrozy...) obornika, hydrofornia była do wczoraj wieczór pokryta także kilkunastocentymetrową warstwą nawianego, puszystego śniegu. O dobrych właściwościach termoizolacyjnych.

Przekaźnik zacina się mniej więcej regularnie co dwie doby. Czyżby on także dawał do zrozumienia, że pora mu na złom..? Siła złego...

Jedyne pocieszenie, że kobyły mają się bardzo dobrze.

sobota, 25 stycznia 2014

Poranek pełen wrażeń...

Byłem przygotowany. Przed ułożeniem grzesznego cielska na wyrku, obok Lepszej Połowy i koćkodana, zaopatrzyłem się w solidny zapas drewna. W tej intencji, że popalę co najmniej do północy - i może żar do samiuśkiego rana przetrwa, osobliwe, gdybym znowu wstał wcześniej, jak wczoraj..?

Nic z tego! Zacząłem przysypiać przed pudłem, więc ostatkiem sił wyciągnąłem koćwektor spod stołu i włączyłem - i padłem ok. 22.30. Przed 1.00 w nocy koćkodan chciał żryć, to wrzuciłem jeszcze kilka szczapek do Herculesa i nawet zdążyłem zarejestrować, że się zapaliły - ale podrzucić więcej nie dałem rady...

W każdym razie, rano Hercules był jeszcze ciepły więc, choć wstałem normalnie, o 6.00, rozpalić udało mi się szybko. A dzięki włączonemu koćwektorowi, chatka się nie wyziębiła, to i wiele nie trzeba było pracować nad jej rozgrzaniem.

Tak więc wszystko szło mniej - więcej zgodnie z planem. Aż do godziny 7.30, kiedy to rozległ się łoskot na tyłach chatki... Oczywiście - było to Małe Złe, które wyłamało kolejny narożnik ogrodzenia i próbowało dobrać się do owsa.


Złapałem Małe Złe, zaprowadziłem z powrotem na Padok Zimowy, naprawiłem narożnik, sprawdziłem że kran wciąż zamarznięty - i wróciłem do chatki.

Jazda bez trzymanki zaczęła się pół godziny później. Co prawda kran rozmarzł posłusznie - ale okazało się, że... ktoś i nie będę wskazywał paluchem kto, ale podejrzane są tylko trzy, przykopał w plastikowe korytko na wodę. Które ma wielgachną dziurę w jednym z boków...

No cóż: nalałem, ile się dało (dziura na szczęście nie do samego dna). A wracając do chatki wpadłem na genialny pomysł, że może bym tak samochód rozgrzał przed wyjazdem na targ..?

Nasza dzielna Wendi odpaliła grzecznie, ale parę minut później, jak już byłem w chatce i sam się grzałem, usłyszałem, że kaszle... Oho! Paliwka nie było dość i woda w przewodach pozamarzała...

Męczyłem się dobre pół godziny, co i raz ją odpalając (już nie tak grzecznie jak za pierwszym razem) i piłując z pedałem gazu wciśniętym w podłogę, co by chociaż marne 1000 obrotów na minutę z niej wycisnąć (jak spadało niżej 400 - gasła...). W końcu dałem sobie spokój, bo akumulator robił się już słaby. Na szczęście - silnik zdołał do tego czasu osiągnąć temperaturę prawie-że-roboczą. Więc, kiedy kolejne pół godziny później wsiedliśmy wreszcie - ruszyła jak gdyby nigdy nic. Lód się roztopił. Trzeba mu tylko było dać trochę czasu.

Kolejne pół godziny dlatego, że jak wróciłem do chatki to się okazało, że... wody nie ma! Przekaźnik ciśnieniowy, mimo obornika na dachu hydroforni, którym tak się chwaliłem parę dni temu - znowu zamarzł.

Moja wina: za późno ten obornik tam położyłem. Jest zimno i sucho i żyjątka, które powinny w nim wytwarzać temperaturę dodatnią, nie kwapią się do pracy. Poza tym - po prostu się nie zbił w jakąś spójną masę. I kiedy odwalałem go widłami, żeby dostać się do środka - okazało się, że przemarzł do samego dna...

Ale w hydroforni, nie powiem, dość komfortowo: podłoże miękkie, żadnego lodu. Tylko ten przekaźnik się blokuje. W sumie - nie trzeba nawet wchodzić do środka, żeby go uruchomić (nie jest to takie proste, bo drabinka, którą ongiś tam założyłem, już dawno przegniła, trzeba ją wyjmować i wkładać - bardzo w tej roli nieporęczną - drabinę, po której normalnie wchodzimy na strych...). Starczy go wspomnianą drabinką, albo i jakim kijem trącić, a już zaskakuje.

Uruchomiłem przekaźnik, załączyła się pompa, nabiła wodę w hydroforze, zawaliłem wszystko z powrotem - i ruszyliśmy na targ. Najpierw, przezornie, dolewając trochę ropy na najbliższej stacji. Udało się nam po drodze NIE przejechać pary zajęcy (one teraz mają okres godowy i zachowują się, mimo tak nieromantycznych temperatur, w sposób skandaliczny i bezprzytomny - jak się okazuje, nie tylko kaczorowi w zimnej staje..!).

Pan na stacji twierdził, że jego znajomy, zamieszkały na uboczu, tak jak my, odnotował dziś rano -21 stopni.

Targu właściwie nie było. Nie wiem czy to dlatego, że byliśmy trochę spóźnieni, czy temperatura wystraszyła sprzedawców - ale plac był prawie pusty. Marchewki dla kobył kupić się nie udało, przez najbliższy tydzień będą miały na lunczyk owies - tak samo jak na śniadanie i na kolację.

Miałem kupić w celach naukowych miał węglowy (nie ja będę o tym opowiadał, więc nie pytajcie o co chodzi). I okazało się, że nic z tego, bo miał... zamarzł i panowie nie potrafią/nie chce im się go odkuwać z bryły..!

To już szczery absurd, bo przecież - kiedy jest potrzebny węgiel jak nie wtedy, kiedy zimno, nieprawdaż..?

Kupiliśmy w każdym razie nowe korytko plastikowe do pojenia kobył. 

Sprzątając spod wiaty, dołożyłem kolejne cztery taczki do warstwy izolującej hydrofornię. Pomoże - nie pomoże, więcej już nie ma sensu, bo ile ja to potem będę odwalał..?

Wybaczcie, nowych zdjęć nie ma. Było co prawda ślicznie, jeszcze całkiem niedawno - ale kobyły brudne, żadnych wstrząsających zjawisk przyrodniczych czy meteorologicznych też nie było (no może poza dorodnym, drapieżnym ptakiem, który przez pewien czas nad nami krążył - ale weź takiego fotografuj bez teleobiektywu, aha...), jak się to wszystko działo, to nie miałem głowy do dokumentowania, a potem - nie chciało mi się. Teraz już się nie da, bo niebo zasnuło się chmurami - na które zresztą patrzymy z utęsknieniem, bo ma z nich padać śnieg, a z nim razem - przyjść ocieplenie...

Więc tylko filmik z naszym zewnętrznym koćkodanem, sprzed paru dni:


Chyba odmroziłem podeszwy stóp. Nic groźnego, ale póki się nie rozchodzę - poruszam się dość groteskowo...

piątek, 24 stycznia 2014

Dajemy radę!

Wedle naszej, lokalnej prognozy pogody, najgorsze już za nami:



Koćkodan wyrzucił mnie z wyra przed 5.00 i choć było stanowczo za wcześnie na wydawanie śniadania kobyłom - wstałem. Rozpaliłem w Herculesie, włączyłem rozmrażanie kranu, spuściłem trochę wody i, gdy - szczęśliwie (a więc - już wiedziałem, że w hydroforni nic nie zamarzło tym razem...) poleciał mocniejszy strumień taki, od którego włącza się już nasz Dafik, obmyłem grzeszne ciało, tudzież ogoliłem zakazaną mordę.

Zająłem się potem pisaniem tekstu dla "KT". O 6.00 dałem kobyłom owsa z Hippovitem. Kran był wciąż zamarznięty na kamień. Rozmarzł godzinę później.

A teraz - gdy już skończyłem pisać i posłałem do redakcji tekst, cały czas paląc w Herculesie - powoli zaczyna się w naszej chatce nawet robić znośna temperatura. Już tylko stopy mi marzną.

Znakiem tego - dajemy radę. Tyle, że nie ma nawet 8.00, dzień się dopiero zaczyna, a ja już jestem... zmęczony..?

czwartek, 23 stycznia 2014

Codzienny obrządek: rozmrażanie kranu, sprzątanie, przywóz siana

Ponieważ jest piękna pogoda, która w dodatku - jeśli wierzyć prognozom - nie utrzyma się zbyt długo, skorzystałem z tej okazji, by pokazać Państwu jak wygląda nasz codzienny - i cotygodniowy (jak chodzi o przywóz siana) obrządek. Jakość komórkowa - może kiedyś szarpniemy się na lepszą kamerę - ale chyba widać i słychać, a dodatkowy komentarz nie wydaje się konieczny..?









Uff! W ten sposób, biorąc pod uwagę posiadane środki techniczne, zbliżyłem się jak tylko mogłem najbardziej do formy videobloga. Formy idealnej, bo nie wymaga już od odbiorców nawet i tego, żeby chociaż czytać potrafili...

środa, 22 stycznia 2014

Jak ocieplić hydrofornię? Obornik jako izolacja cieplna.

W poniedziałek przed południem przeżyliśmy chwilę grozy. Oto Lepsza Połowa pragnie wziąć prysznic - a nasz felerny Dafik się nie załącza. Znaczy się - ciśnienie wody za małe, trzeba spuścić, żeby pompa "nabiła" hydrofor, wtedy będzie większe i podgrzewacz się załączy (inna sprawa, że i tak daje tylko co najwyżej letnią wodę...). Spuszczamy zatem - najpierw podlałem kobyłom pod wiatą, ile tylko się dało, potem po prostu odkręciliśmy kurek z zimną nad wanną i czekamy. Tymczasem - strumień wody coraz mniejszy i mniejszy aż... przestało lecieć wcale..!

Pompa spalona..? Hydrofor pękł? Zamarzł?

Biegiem do hydroforni. Zdejmuję pokrywę z przekaźnika ciśnieniowego, który załącza pompę, gdy ciśnienie wody w hydroforze spada. Pstryk! Pompa chodzi. Czekam. Nabiło prawie 2 atmosfery.  Przynajmniej - tyle wskazywał manometr na hydroforze. Pompa się wyłączyła.

Znakiem tego - wszystko działa. Przekaźnik musiał być wilgotny i... zamarzł!

Hydrofornia jest wkopana w ziemię na dwa metry. Od dołu aż do góry jest od wewnątrz ocieplona styropianem. Drewniany dach także od wewnątrz ocieplony jest styropianem.

Tylko z klapą, przez którą można wejść do środka mamy problem. Styropian, którym była wyłożona ukruszył się. Podbiłem go od środka różnymi starymi szmatami - ale to oczywiście nie rozwiązuje całości problemu.

Poza tym nawet, gdy styropian nie był jeszcze ukruszony, to i tak - były szczeliny. No - musiały być. Inaczej by się nie zamykało.

Wymyśliłem zatem jakieś dwa lata temu prosty sposób na dodatkowe ocieplenie hydroforni.

Położyłem na wierzch klapy folię. A na folię - wsypałem taczkę czy dwie wybranej spod wiaty ściółki.

Teraz też tak było zrobione - ale widać mróz przy bardzo skąpej okrywie śnieżnej okazał się za duży.

Dołożyłem jeszcze cztery taczki - dla pewności:


Od tamtej pory wszystko działa poprawnie - choć jeszcze się oziębiło (ale też i śniegu trochę spadło, co widać na zdjęciu - śnieg izoluje, więc to lepiej...).

Folia jest po to, żeby dach (co prawda - papą kryty, ale zawsze...) nie gnił.

Natomiast obornik, o ile jest go wystarczająca ilość, dobrze się sprawdza w roli izolacji cieplnej.

Można to obejrzeć na przykładzie. Oto kawałek gruntu przed wiatą, gdzie przez noc konie naniosły cienką warstwę ściółki z obornikiem (wykopując spod siebie to, co im pościeliłem):


Wystarczy odgarnąć kawałek, by zauważyć, że pod spodem - nawet pod tak cienką warstwą - jest miękka, nie zamarznięta ziemia:


Będzie to jeszcze lepiej widać jak posprzątam - bo wtedy to, co konie wyniosły w nocy spod wiaty zawsze zbieram i albo wywożę (jak jest zmieszane z obornikiem), albo wrzucam z powrotem do środka (jak jest suche).

Ale sprzątał będę dopiero około południa, jak będzie najcieplej. Tymczasem - i tak długo czekałem z opisaniem tej przygody. No ale cóż - dopiero dzisiaj jest światło umożliwiające robienie jako - takich zdjęć na zewnątrz...


W hydroforni, na wypadek lutych mrozów, zamontowana jest tradycyjna, 200-watowa żarówka, która może to szczelnie zamknięte pomieszczenie naprawdę mocno ogrzać. Jak do tej pory, przez 4 lata, użyliśmy jej raz. Ale to było przy -35 stopniach - a do tego na razie sporo nam jeszcze brakuje!

wtorek, 21 stycznia 2014

Kto żre jak świnka i dlaczego Hippovit nie jest ekstra..?

Oczywiście, że pierwotnie planowałem robić to całkiem inaczej. W ścianę wiaty miały być wbite haki, do których przywiązywane byłyby konie na czas karmienia - oraz uchwyty na przenośne żłoby.

Problem polegał na tym, że kiedy się tu wprowadziliśmy z piątką (wówczas) koni - wiata jeszcze nie miała ścian, w które dałoby się cokolwiek wbijać. Był sam dach na słupach, a i to - nie pokryty nawet papą.


Więc, nie mając innego wyjścia - podałem im pierwsze porcje (zresztą nawet nie owsa, bo też nie zdążyłem go kupić, tylko musli, którego worek kupiłem od Petry, zabierając od niej Melesugun i Osman Guli) w wiaderkach budowlanych, których kilka miałem w zapasie. Dokładnie miałem ich trzy - więc starsi państwo, czyli Dalia i Gluś, jeść musieli ze wspólnego korytka, też budowlanego:


Ponieważ rozwiązanie to okazało się całkowicie wystarczające, dałem sobie spokój z wszelkimi ulepszeniami.

Udawało mi się w ten sposób skutecznie karmić paszą treściwą jedenaście koni - i każdy z tych jedenastu koni zjadł swoje (wcale nie miały jednakowych porcji, bo pensjonatowe dostawały więcej...) nie niepokojąc pozostałych.

Trzy tekinki - to w ogóle prawie jak urlop w porównaniu do tamtych doświadczeń!

Trzeba tylko przestrzegać prostych zasad. Każdy koń dostaje swoje wiaderko w takiej kolejności, jakie miejsce zajmuje w hierarchii stada - od szefowej do ostatniego w szyku. Każdy musi dostać to samo i w tej samej ilości (to nie jest absolutnie konieczne, ale bardzo ułatwia sprawę). Potem trzeba tylko być w pobliżu, gdy pierwszy skończy (zwykle jest to Bubiszcze...) - i nie pozwolić mu przeszkadzać pozostałym. Jeśli dochodzi do burdy (co w tej chwili już się nie zdarza - nigdy) - po prostu zabieram wiaderka wszystkim, czy skończyli czy nie. Okazuje się, że mała porcja odpowiedzialności zbiorowej skutecznie hamuje najgorszego nawet warchoła...

W ten sposób każdy zje swoją porcję. NIE MA tu żadnej "rywalizacja", "braku kontroli", "eliminacji najsłabszych", czy temu podobnych cech, które niektórzy z Państwa, kierując się swoją teoretyczną wszechwiedzą, raczyli byli ongiś mi imputować.

No tyle, że niektórzy żrą jak świnki, rozsypując na boki bez pomiarkowania, za jedno - owies, marchewkę czy musli:


a inni - jedzą grzecznie i pożądnie, nie brudząc ani wiaderka, ani otoczenia.

Zdecydowanie przedkładam praktyczne doświadczenie nad teorię. Jeśli coś działa w praktyce - a teoria jest z tym sprzeczna - no cóż: tym gorzej dla teorii...

No i właśnie praktyczne doświadczenie dowodzi, że suplement witaminowy Hippovit Extra, na który zresztą skarżyłem się już wczoraj na angielskim blogu - zdecydowanie nie jest ekstra!

Być może ma dobroczynny wpływ na zdrowie i kondycję koni - tego nie sposób ocenić w tak krótkim czasie. Przede wszystkim jednak, aby mógł swój dobroczynny wpływ ujawnić, konie musiałyby go zjadać. A nie chcą.

Jedna tylko Melesugun dojada swoją porcję do końca, gdy jest ona wymieszana z Hippovitem. Marchewki co prawda Hippovitem nie posypuję - ale w wiaderkach zostały resztki nie dojedzonego owsa ze śniadania. I musiałem to wszystko oddać Melesugun do wylizania, żeby się nie zmarnowało. Bo dwie pozostałe po prostu sobie poszły, tracąc jakiekolwiek zainteresowanie tym, co zostało na dnie:


Prawdopodobnie skutek byłby lepszy, gdybym mieszał ów Hippovit z paszą mokrą i lepką.

Tyle, że są tu dwa problemy:
- po pierwsze i najważniejsze - skoro Osman Guli i Margire zostawiają te kawałki marchewki, które się obtoczyły w Hippovicie, to nader wątpliwym jest, by chciały jeść cokolwiek, co pachnie tym suplementem,
- po drugie - byłoby mi bardzo trudno przygotowywać lepką i wilgotną paszę zimą, kiedy nawet kran pod wiatą dla koni działa tylko 4 - 5 razy na dobę, gdy go rozmrożę, kranu przy chatce nie rozmrażamy wcale - zatem, taką lepką i wilgotną paszę musiałbym przygotowywać w domu, tak..? Nie bardzo nam się taka propozycja podoba...

Wniosek jest taki, jaki zapodałem już wczoraj w języku obcym: kończymy ten Hippovit najszybciej jak się da - i przechodzimy na coś innego.

Spróbuję im na ostatni trymestr ciąży zapewnić jakiś chelat. Plus, być może suszoną lucernę (własną lucernę mamy tylko w sezonie - i mamy jej za mało, żeby suszyć). O ile uda mi się takową kupić w rozsądnej cenie (co nie jest takie proste, wstępne rozeznanie w necie wykazało, że owszem, można - ale od 24 ton w górę: 24 tony to nasza trójka jadłaby przez jakieś dwa lata - załatwiając sobie zresztą na amen nerki od nadmiaru białka, bo już nic innego jeść by nie mogły...).

Zawsze natomiast możemy wrócić do musli o wdzięcznej nazwie "Klacz", które nabywa się po prostu na targu w Warce, za 47 zeta worek 25-kilowy (starczał nam na 9 - 10 dni). Musli wszystkie trzy kobyły żarły z upodobaniem. Przeszliśmy na Hippovit ze względów oszczędnościowych (kilogramowy worek kosztuje tylko 9,90 i starcza na dwa tygodnie) - i okazało się to błędem.

Na razie - zwiększyłem po prostu porcję owsa: do czasu, aż wyjdzie cały ten Hippovit (toż wyrzucał nie będę - Melesugun to zje, a pozostałe przynajmniej troszeczkę, siłą rzeczy, też podziumdziają zawsze, nim zostawią resztę...).

Acha! Koleżanka Melesugun bez kantara bo raczyła była się obetrzeć. Prawdopodobnie w ten sposób, że intensywnie czochrała się łbem o ogrodzenie lub o lizawkę. Obtarła sobie futro do gołej skóry dokładnie na lewym ganaszu - tam, gdzie kantar go często dotyka. No i musiałem zdjąć.

Nie znalazłem żadnych zmian skórnych, czy pasożytów - pewnie po prostu było jej za gorąco w zimowym futrze (mrozek chwycił w końcu ledwo parę dni temu...).

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zimowo

Coś na nas pada z Niebios, Proszę Państwa. Jakiś opad. Bliżej nie zidentyfikowany. Ani to śnieg - bo w niczym nie przypomina miękkich, puszystych płatków, łagodnie opadających na ziemię. Ani deszcz - bo nie jest mokry. Tak, jakby z góry sypała się drobno przemielona kaszka. Szeleszcząc nieprzyjemnie na daszku nad wejściem do naszej chatki...

Pada to coś prawie drugą dobę, pokrywając śnieżek, który spadł nam wczoraj nad ranem dość już grubą warstwą lodu. W konsekwencji, już wczoraj musieliśmy kobyły, zamiast normalnie wylonżować na lonżowniku - przespacerować po najwyżej położonej, najbardziej piaszczystej części Padoku Zimowego, gdzie było względnie miękko. Natychmiast potem się wytarzały:


Poza tym, jak nie piździ, to jest w miarę OK. Nawet niezbyt zimno. Kran pod wiatą rozmraża się w jakieś 40 - 50 minut jak na razie. Całkiem nieźle.

Problem polega na tym, że na ogół jednak piździ. A że nasza chatka szczególnie szczelna nie jest...

Brrr..!

Nie planuję dzisiaj odrywać się od Herculesa bez potrzeby...

niedziela, 19 stycznia 2014

Pilaw z kaczki - sprytny sposób na tani, smaczny i pożywny posiłek

"Kaczka świeża" w Pierdonce aktualnie kosztuje 9,95 zł/kg - za naszej pamięci kosztowała różnie, od 8 do 10 zł. Co ważne - zwykle jest i bardzo często jest "w promocji". Czyli - lekko poniżej 10 zeta.


Ostatnio, wygląda na to, że Pierdonka kupiła tych kaczek zbyt wiele, bo pojawił się nowy produkt "mięso kaczki na rosół" - pocięte i w jeszcze niższej cenie, które jednakowoż ominęliśmy wczoraj podczas zakupów. Cała kaczka (bez podrobów - Lepsza Połowa zastanawia się w związku z tym, co się dzieje z kaczymi podrobami..?), którą nabyliśmy wczoraj drogą kupna - sprzedaży też do najświeższych ze świeżych nie należy. No ale cóż zrobić..? Zepsuta też w żadnym razie jeszcze nie jest!

Oprócz kaczki, potrzebny jest:
- ryż,
- marchewka,
- orzechy (w zasadzie dowolne, akurat wczoraj Lepsza Połowa użyła ziemnych, niesolonych, takoż z Pierdonki): zamiast orzechów mogą też beć pestki słonecznika, pestki dyni - w każdym razie coś chrupiącego,
- rodzynki,
- cebula,
- czosnek,
- wonne przyprawy: goździki, ziele angielskie, kolendra, gorczyca, kminek (do wyboru),
- sól, pieprzy, papryka (do smaku).

Procedura przygotowania pilawu wygląda tak, że Lepsza Połowa najpierw odkraja z kaczki najtłustsze części - z kupra. Ten tłuszcz ląduje w garnku i podgrzewa się aż do całkowitego rozpuszczenia.

Następnie, w garnku ląduje cebula i czosnek, potem marchewka w plasterkach, potem reszta mięsa kaczki (oprócz piersi), możliwie rozdrobniona - Lepsza Połowa, ponieważ nóż ma tępy (ostrzyłem go kiedyś szlifierką, ale niewiele to dało - trzeba będzie kupić kiedyś bardziej profesjonalny , a do tego jakiś tasaczek..?), dzieli ją po prostu na części składowe, wedle kości.

Potem do garnka wsypuje się dokładnie utłuczone w moździerzu przyprawy wonne. Całość zalewa się wodą tak, żeby jej poziom był wyżej niż poziom mięsa. Gotuje się przez pół godziny - tak, żeby do wywaru uwolniły się z kaczych kości substancje kleiste.

Wówczas dodaje się ryż - w takiej ilości, żeby płyn mógł się wchłonąć. Nie mieszając gotuje się to tak długo, aż ryż wyda się prawie gotowy. Wtedy należy zamieszać, dodać sól, pieprz, paprykę (co kto lubi), orzechy lub pestki i rodzynki. Zdjąć z ognia lub wyłączyć gaz i pod przykryciem odstawić na co najmniej pół godziny. Najlepszy pilaw jest zresztą na drugi dzień, odgrzany - choć, przyznam szczerze, że rzadko tak się nam udaje zrobić, bo zwykle pożeram całość (lubo nawet ja nie daję rady zrobić tego od jednego razu...).

Możliwe są tu najróżniejsze modyfikacje, wedle aktualnych możliwości i gustu. Oryginalnie, w Azji Środkowej, używano mięsa i łoju baraniego (nie jagnięciny!), a nie kaczki. Jak chodzi o wonne przyprawy, to oczywiście - co kto lubi. Zamiast wody można użyć rosołu, soku pomarańczowego, soku pomidorowego, przecieru pomidorowego z wodą. Można też dodać krojone pomarańcze i jabłka (w tym suszone - nie tylko jabłka zresztą, ale i inne owoce). Można też podlać czerwonym winem.

Oryginalnie, w Turkmenii, pilaw jest tym samym, czym we Francji sery - przedostatnią potrawą w czasie uczty, po której podaje się już tylko deser. Dlatego element słodki (rodzynki, orzechy, owoce).

Zdjęcie z netu (bo Lepsza Połowa nie wiedzieć czemu uznała, że potrawa wizualnie mało atrakcyjnie się prezentuje) - polski pilaw paprykowo  - mięsno:


I wersja chyba bliższa oryginałowi, bo szukałem w Googlach po rosyjsku (плов):


No - paciaćka. Bardzo lubię paciaćki wszelkiego rodzaju. A ta jest tłusta, esencjonalna, bogata w smak i bardzo odżywcza. Depardieu podobno usiłował się odchudzać jedząc tylko kacze mięso i tłuszcz. Czy mu się to udało, Dalibóg, nie wiem. Ale, na pogodę która w tej chwili panuje za oknem - trudno sobie wyobrazić lepsze żarcie.

W sumie - to jest powód, dla którego zakup "kaczki świeżej" w Pierdonce wydaje się nam sporo korzystniejszą finansowo transakcją od zakupu kurczaka.

Akurat ostatniej starczyło na dwa dni (a są jeszcze, zamarynowane w winie i przyprawach piersi...) - ale to głównie dlatego, że wciąż mnie męczy rinowirus i nie dałem rady wczoraj pożreć całości...

sobota, 18 stycznia 2014

Wieczór pieśni rosyjskich

Cała odpowiedzialność za dzisiejszy wpis spada na kolegę Tomasza Eryka Gbura oraz nowy produkt leczniczy Lepszej Połowy (o którym jednak nie będę na razie niczego bliższego opowiadał, w każdym razie nie dziś i nie w tym miejscu - dlaczego, to zostanie wyjaśnione na samym końcu...).

Kolega Tomasz wieczorkiem udostępnił na fejsie tę pieśń:


Puściłem sobie, włączywszy oczywiście dźwięk w końputerze (zwykle jest wyłączony). Ponieważ Lepsza Połowa się zainteresowała, poszliśmy (przenośnie, przenośnie...) w tan. Najpierw, wiedziony ideowym pokrewieństwem i starą sympatią, sięgnąłem po to:


ale Lepsza Połowa uznała, że utwór jest wtórny i mało ciekawy muzycznie. No to zmieniliśmy tonację i nastrój:


a potem jeszcze to:


(na Tubie furrorę robi, zdaje się, chińska wersja tego walca - lubo Lepsza Połowa nie dosłuchała jej do końca twierdząc, że Kitajce za bardzo przyspieszają...).

Pomijając jeszcze kilka meandrów tych poszukiwań, bo nie chcę Państwa zanudzać, zresztą każdy łatwo może sobie sam znaleźć, co mu tylko w duszy gra - clou wieczoru był oczywiście występ chóru Kozaków kubańskich (od rzeki Kubań, nie od wyspy Kuby - wyjaśniam, jak by się tu jakiś małolat przyplątał, bo teraz, zdaje się, geografii już nie uczą w szkołach..?):


Jak to się załadowało i zaczęło grać - Lepsza Połowa aż odsłoniła zasłonę z okna sprawdzając, czy przypadkiem co najmniej dwie pary wydatnych uszów nie przykleiły się do szyby z drugiej strony - w końcu dla naszych starszych tekinek to родина - co zresztą, choć tyle lat już minęło, wciąż widać po futrach: Margire, która jest już nasza, polska, rodzona - okrywa się gęstym, zimowym włosiem o dobry miesiąc wcześniej od starszych koleżanek i ma to futro o połowę grubsze.


Powyższe zdanie nie dotyczy (NA RAZIE! Jeszcze wspomnicie moje słowa, jak w kwietniu metr śniegu spadnie, a cały marzec będziemy się trząść przy -30 stopniach...) aury aktualnie miłościwie nam panującej. Oby panowała jak najdłużej, bo ani do kopnych śniegów, ani do lutych mrozów - nie tęsknimy tu ani trochę...

Na koniec przyjęliśmy postawę zasadniczą i odsłuchaliśmy hymnu:


Co oczywiście sprowokowało Lepszą Połowę do pytania o historię polskich hymnów. I tu się nie popisałem, bo naprawdę nie pamiętam - czy między "Gaude Mater Polonia", a "Święta Miłości Kochanej Ojczyzny" (pomijając oczywiście "Bogurodzicę" bo ta jest starsza od "Gaude Mater...") było coś jeszcze, czy nie było..? Teraz, jak już wytrzeźwiałem, mam wrażenie, że nie. Ale wczoraj wieczór, pod niewątpliwym wpływem leczniczego specyfiku Lepszej Połowy - dobrą godzinę spędziłem szukając prawdopodobnie nieistniejącej pieśni renesansowej... Nie mówiąc o tym, że o hymnie Krasińskiego też zapomniałem...

Specyfik był nam potrzebny i w samą porę go Lepsza Połowa (wczoraj właśnie...) zmieszała w słoju, udostępniając też do wstępnej degustacji (wątpię, by postał w tej postaci jeszcze przepisowe dwa miesiące, prawdę powiedziawszy...) bo od początku tego tygodnia męczy nas jakiś rinowirus - którym się chyba zaraziliśmy, podwożąc tydzień temu M. na targ do Warki. Dziwny, bo nawet kataru za bardzo nie mamy, kaszlemy też niewiele więcej niż zwykle - tyle, że żyć się nie da na skutek ogólnego osłabienia, zawrotów głowy i bólu zatok. Osobliwie wieczorami właśnie.

Bliżej o specyfiku opowiem kiedy indziej - potrzebne jest dobre światło, aby jego szlachetny kolor wydobyć - i gdzie indziej. Postanowiłem bowiem, idąc zresztą za Państwa radami, wyrzucić stąd wszystko, co nie jest związane z końmi i życiem codziennym na wsi. Tak więc - NIE BĘDZIE tu więcej publicystyki czy historii (chyba, że będzie to publicystyka lub historia "końska") - i NIE BĘDZIE recenzji naszych win, nalewek czy innych trunków. W tym roku zamierzam znacząco powiększyć ten dział naszej działalności, stąd takie wyróżnienie. Zastanawiałem się jeszcze nad wyrzuceniem ogródka, ale to by już była chyba przesada...

Gdzie przeniesie się "pamiętnik bimbrownika" - o tym powiadomię w stosownym czasie. Na razie pracuję nad archiwum, które przede wszystkim mnie powinno ułatwić zorientowanie się w tych prawie 1200 już wpisach, które tu uczyniłem - a to jest praca na bardzo, bardzo, bardzo dużo dłuuugich zimowych wieczorów (bez rinowirusa i bez nadmiaru leczniczego specyfiku as well...)

piątek, 17 stycznia 2014

Paszporty chłopaków

odebrałem wczoraj w Radomiu. Rzutem na taśmę. Bo państwa wychodzących z siedziby Związku spotkałem już na schodach...

Pokazuję nie po to, żeby się chwalić, bo i nie ma czym - ale dlatego, że ta sprawa wywołuje wśród koniarzy wiele nieporozumień, a dla nie-koniarzy, może być egzotyczną ciekawostką.


Jak chodzi o koniarzy, to lata mijają, a na moim ulubionym końskim forum i tak za każdym razem, gdy mowa jest o hodowli - wciąż padają te same pytania: a jakie te konie będą miały paszporty..? Będą z pochodzenia "NN" i wpisane jako tzw. "sp" (czyli "nieznanego pochodzenia" i w dodatku - wpisane do księgi "koń szlachetnej półkrwi"...)?

Jest to oczywiście głupota, bo w ogóle taka kombinacja - NN i "sp" jest z definicji niemożliwa. Poza tym - co ja mam tłumaczyć..? Sami zobaczcie, jak taki paszport wygląda:


Pierwsze zdjęcie, to była strona z opisem graficznym i słownym, drugie, powyżej - ze świadectwem pochodzenia, a teraz będzie rodowód:

Jak widać, rasa konia wpisana jest "achałtekińska" - zgodnie z prawdą. Podany jest pełen rodowód - zgodnie z prawdą. Żadnych "NN", ani też - jak te stereotypy w ludziach jednak tkwią - "sp".

WSZYSTKIE nasze tekińce mają takie właśnie paszporty.

Znaczy się - nie do końca "takie" - bo akurat te dwa, które wczoraj odebrałem, to pierwsze jakie mamy wedle "nowego wzoru". Więc, z obowiązkowym numerem transpondera (czyli tzw. "czipa" - są ludzie, którym obowiązek czipowania koni bardzo się nie podoba, są tacy, którzy są jego gorliwymi zwolennikami - mnie to wisi: naszych "chudzielców" i tak NIKT nie ukradnie, o to się nie boję - a jak ukradnie, co się latem zeszłego roku w Czechach przydarzyło - to i tak odda, no bo co właściwie z nimi zrobi bez papierów..?) i - uwaga, uwaga - wygląda na to, że udało się dokonać rzeczy, która przez lata wydawała się nie do pomyślenia, bo w tym "paszporcie nowego wzoru" jest już także paszport sportowy, PZJ (czyli "Polskiego Związku Jeździeckiego" - wyjaśniam nie-koniarzom, że to takie koniarskie PZPN, czyli komunistyczna jaczejka trzymająca łapę na różnych dotacjach i funduszach...).

Aż sprawdzę u któregoś z sąsiadów, czy wszystkim koniom teraz takie dają, zimnokrwistym też..?

W ogóle, jest to dość gruba książeczka. Całej skanował Wam nie będę, bo i po co..?

To następny, dla utrwalenia:



Podstawowym powodem dla którego w ogóle starałem się o polskie paszporty jest fakt, iż paszporty rosyjskie (których, prawdę powiedziawszy, spodziewałem się zaraz po świętach, bo już przed świętami pani Abramova pisała mi, że gotowe - no ale widać trzeba przeczekać, aż się noworoczno - prawosławny długi łykend w Rosji skończy...) nie są grubymi książeczkami, zawierającymi m.in. rubryki umożliwiające wpisanie szczepień, przebiegu leczenia, itp., itd.

Nie są, innymi słowy "dokumentem zharmonizowanym" z przepisami Jewrosojuza.


Bo gdyby rosyjski paszport był "zharmonizowany", to bym się w ogóle o polski nie starał. Tak, jak to robią właściciele i hodowcy fryzów którzy - niezależnie od tego, że konie rodzą im się w Polsce - wszyscy mają tylko holenderskie paszporty. Czy właściciele i hodowcy wielu innych koni ras zachodnioeuropejskich.

Trzeba, Mili Państwo, odróżnić dwie rzeczy - "wpis do księgi stadnej" oraz "identyfikację konia".

"Księgi stadne" w takiej lub innej formie, to instytucja prastara, bo od bardzo dawna hodowcy notowali sobie, jakie klacze kryli jakimi ogierami - a czasem starali się też odnotowywać indywidualne przewagi i osiągnięcia każdego konia. Formę nowoczesną instytucja ta przybrała w końcu XVIII wieku.

Natomiast "identyfikacja konia" w postaci paszportu, "niepowtarzalnego numeru przeżyciowego", czy wreszcie, jak ostatnio - czipa - to jest element regulacji rynku rolnego. Z hodowlą koni w ścisłym sensie tego słowa nic nie ma wspólnego. Za to bardzo wiele - ze Wspólną Polityką Rolną, o której fiasku nie tak dawno pisałem.


Księgi stadne są generalnie dwóch rodzajów. Albo są to księgi "zamknięte" (takimi są księgi: koni pełnej krwi angielskiej, czystej krwi arabskiej, koni fryzyjskich, koników polskich, i wielu innych ras), albo "otwarte" (księgami "otwartymi" jest np. księga koni szlachetnej półkrwi, koni śląskich, koni małopolskich - wymieniać można by długo, bo większość ksiąg na świecie, jest "otwarta").

Do księgi "zamkniętej" można wpisać (i najczęściej dzieje się to automatycznie) tylko takie konie, których oboje rodzice są już w danej księdze wpisani. Natomiast do księgi "otwartej" można wpisywać konie spełniające pewne kryteria, wśród których tylko jednym z wielu jest pochodzenie - i niekoniecznie musi to być pochodzenie " czyste" (stąd dla koni tzw. "półkrwi" prowadzi się niemal bez wyjątku księgi "otwarte").

Księga koni czystej krwi achałtekińskiej, do której właśnie w zeszłym roku wpisane zostały nasze trzy matki stadne jest zasadniczo księgą "zamkniętą". Niestety - w przeciwieństwie do koni pełnej krwi angielskiej, wpis do niej nie jest automatyczny. Trzeba się o to postarać - a koń, oprócz czystego, obustronnego pochodzenia, musi też spełniać pewne kryteria dodatkowe.

Po części jest to uzasadnione niewielką liczebnością rasy i zagrożeniem depresją inbredową, jakie stąd wynika. Po części... a, co będę sobie bez potrzeby wrogów robił..?

W każdym razie, władze księgi stadnej, mieszczące się przy Wszechrosyjskim Naukowo - Badawczym Instytucie Hodowli Koni (rosyjski skrót to VNIIK) w Riazaniu gromadzą informacje o wszystkich żyjących koniach achałtekińskich na całym świecie i wystawiają im paszporty, które są dokumentami hodowlanymi. Paszport z pieczęcią VNIIK poświadcza czystość pochodzenia konia - bo tylko VNIIK posiada pełną bazę rodowodową i jest w stanie takie poświadczenie wydać.

Fakt, że RÓWNIEŻ w polskim paszporcie, jak widać na załączonych obrazkach, zgodnie z prawdą wpisana jest rasa "achałtekińska" i wpisane jest pełne pochodzenie naszych koni - o niczym zgoła nie zaświadcza i ma znaczenie głównie estetyczne. Jakiekolwiek wątpliwości i tak mogą rozstrzygnąć tylko Rosjanie. To tak dla jasności sprawy.

Do tej pory, czyli po urodzeniu Margire w 2007 roku zrobiłem tak, że najpierw załatwiłem sobie paszport rosyjski (który zresztą jest po angielsku...) - a dopiero potem starałem się o polski. PZHK po prostu przepisał rodowód.

Teraz udało mi się załatwić obie te sprawy równolegle. W sumie - przypadkiem. Mianowicie, Rosjanie zażyczyli sobie "świadectw krycia", podpisanych przez Petrę. Bóg raczy wiedzieć, po co im to było - VNIIK ma totalną kontrolę nad rozrodem koni achałtekińskich o tyle, że każdy właściciel licencjonowanego ogiera nim w ogóle rozpocznie się sezon rozpłodowy, musi zgłosić plan wykorzystania swojego ogiera do Riazania - i ten plan albo jest zatwierdzany, albo zatwierdzany nie jest. Jak nie zostanie zatwierdzony, a hodowca i tak zrobi co chciał, to spłodzone w ten sposób źrebięta "wylatują" z rasy (a to oznacza, że ich cena spada... dziesięciokrotnie..?). Tylko idiota zatem kryłby inaczej, niż mu to VNIIK zatwierdził.

A potem, przy rejestracji źrebiąt wymagane jest badanie DNA - które stanowi jednoznaczny dowód na to, że plan został wykonany.

W każdym razie, Rosjanie zażyczyli sobie, Bóg wie po co, "świadectw krycia". Poważnie to opóźniło cały proces rejestracji - wziąłem te  świadectwa od Petry dopiero, gdy odwiozłem jej Madeshir. I dopiero wtedy, choć badania DNA miałem zrobione sporo wcześniej, a opisy i zdjęcia już były przesłane do Riazania - zaczęła się rosyjska część "paszportyzacji" - a to już było bardzo późno, boż chłopaków miałem odsadzać i wywozić do Kurozwęk zaraz potem!

Teoretycznie, źrebię opisuje się na potrzeby paszportyzacji przy matce. O tyle mnie to mało obeszło, że przecież z góry zakładałem, że będę "przepisywał" paszport rosyjski, więc kwestia pochodzenia jest mało istotna. Ale - z drugiej strony - załatwianie opisu i czipowania na odległość, jak młodzi panowie będą w Kurozwękach (więc na terenie zupełnie innego OZHK niż nasz - a w Kielcach, doprawdy, NIKOGO nie znam, w przeciwieństwie do Radomia...), też nie byłoby takie proste. Choćby komunikacyjnie!

Pan kierownik z którym, nie ukrywam, znamy się ze Skaryszewa, był tak uprzejmy, że przyjechał do nas prawie że na zawołanie. Z początku sami nie wiedzieliśmy, co z tego wyniknie. Okazało się jednak, że mam te "świadectwa krycia" z autografem Petry (do Riazania przecież posłałem skany, a nie oryginały...) - jeden telefon i okazało się, że to zupełnie wystarczy do wystawienia także i polskich paszportów. No i są - jak widać...

Jedyne, co tu się nie zgadza, to maść. Chłopaki nie są maści gniadej, tylko jeleniej (Ostovar: ciemno-jeleniej). No ale o tym już pisałem.

czwartek, 16 stycznia 2014

Ciężarówki toną w błocie

Ziemia, wcześniej przez dwie doby zmarznięta w żywy kamień - odmarzła i z punktu rozmiękła. Tym bardziej że przez całą, długą, styczniową noc i większość krótkiego, styczniowego dnia - moczył ją deszcz.

No i co tu zrobić z ciężarówkami..? Kiedy już wiadomo, że nie dostarczenie im codziennej porcji ruchu, do której zdążyły przywyknąć, niezależnie od motywów tegoż niedostarczenia - skutkuje atrakcjami nadprogramowymi, typu gigant i pościg po polach i lasach..?

Właściwie rozwiązanie podpowiedziała mi wczoraj jak zwykle genialna Lepsza Połowa. Oczywiście - nie ma mowy o kawaletkach, których normalnie teraz używamy, bo grunt jest zbyt ciężki, żeby mogły się bezpiecznie wybijać. W ogóle - to nie będzie trening. Tylko "spuszczenie pary". A skoro "spuszczenie pary" - to kto powiedział, że nie można jej spuszczać zbiorowo..?


Zachowałem, w każdym razie, podział na "starsze" tekinki i "młodszą" - choć owszem, bywało i tak, że lonżowały się wszystkie trzy. Tym razem jest to o tyle niemożliwe, że najmłodsza jest sporo do tyłu względem starszych koleżanek w swoim programie szkoleniowym: dopiero niedawno przeszła jej kulawizna i od niedawna tylko kłusuje. Jak się ją grzeczni poprosi to kłusuje:


Melesugun - co może widać, a może nie na pierwszym z powyższych filmików, postanowiła też wystartować w ogólnoświatowym konkursie na najbrudniejszego konia miesiąca.

Ale tej panierki po prostu nie dałoby się doczyścić - co bym nie zrobił. Nawet więc nie próbowałem...

środa, 15 stycznia 2014

Ciężarówki na gigancie

Około 18.20 ze stanu letargu przed pudłem (akurat "House" leciał - ale odcinek, który na pewno już wcześniej widziałem, więc mała strata...) wyrwał nas najpierw głośny trzask, a potem szybko oddalający się tętent kopyt.

Wdziałem na grzbiet kufajkę, założyłem walonki, porwałem podany mi przez Lepszą Połowę uwiąz i ściskając w ręku telefon, w którym szczęśliwie jest całkiem dorzeczna latarenka - pobiegłem najpierw kierując się słuchem, a potem - gdy doszedłem do piaszczystej drogi oddzielającej nas od nieużytków z "labiryntem dołów" - śladami. Na szczęście były bardzo wyraźne. Wkrótce mogłem nawet zgasić latarenkę. Na kurzą ślepotę nie cierpię i choć niebo było pochmurne, a wkrótce zaczęły spadać pierwsze krople deszczu (pada do tej pory równomiernie - i całkiem jest już teraz błotniście...), tak wyraźnego tropu i po ciemku nie mogłem przeoczyć.

Zbiegów znalazłem szybko. Dwa pola za sosenkami, które ktoś nasadził przy naszej północno - wschodniej granicy pasły się na jakimś rżysku.


Z łatwością przypiąłem na uwiąz Szefową. Postanowiłem jednak dla pewności schwytać jeszcze Bubiszcze. To już nie było takie łatwe: Bubiszcze nie miało najmniejszej ochoty współpracować. Ale - pomalutku, pomalutku, boczkiem, boczkiem - złapałem ją za kantar.

No i poszliśmy do domu. Melesugun na uwiązie, Osman Guli prowadzona za kantar i Małe Złe, czyli Margire jako ten wolny elektron biegający sobie (a jakże! Z barankami i podskokami...) wokół. Małe Złe po drodze wlazło na coś metalowego. Aż się nieprzyjemny trzask w tej nocnej ciszy, przerywanej tylko coraz gęstszym odgłosem padających kropli rozniósł.

No fajnie! - pomyślałem sobie - jak nic rozwaliła sobie nogę i będę jeszcze po nocy szył...

Ale nie - jak doszliśmy do światła, okazało się, że nic jej nie jest. Znakiem tego - złego Dyabli nie biorą..!

Co się stało..? Nie tak dawno mieliśmy kilka pod rząd ucieczek indywidulanych - Małego Złego oczywiście. Jeszcze wcześniej, z Wielkiego Padoku pod pastuchem uciekało... także Małe Złe, ewentualnie - w towarzystwie córki, czyli Najmniejszego Złego.

Coś tam sobie niejasno przypominam, że przy okazji zganiania chłopaków z Pierwszego Padoku puścił kiedyś drut i Bubiszcze przez chwilę pętało się poza wyznaczoną strefą zamkniętą - jeszcze latem.

Ale ucieczka zbiorowa..? To chyba ostatni raz jak się spóźniłem o całą godzinę ze śniadaniem, wracając na piechotę z Grójca - dobrze ponad rok temu!

Tym razem, wygląda na to, że puściły - zapewne poddane naciskowi podczas czochrania futra przez jedną z ciężarówek - sizale trzymające na miejscu belki tworzące jedną z dwóch frontowych bram Padoku Zimowego. Zrobiła się dziura, a skoro była dziura w ogrodzeniu, no to znudzone damy nie mogły przecież z takiej okazji nie skorzystać, nieprawdaż..?

To był bardzo krótki gigant. Dokładnie o 18.48 z powrotem pogrążyłem się w letargu...

wtorek, 14 stycznia 2014

Nalewka cytrusowa, front nad Boską Wolą i sprytny sposób na przechowywanie śmieci

Zrobiło się wczoraj jasno i słonecznie (choć mroźno!). Na tyle jasno i słonecznie, że spróbowałem oddać urodę słoja w którym Lepsza Połowa nastawiła nalewkę na pomarańczach, cytrynach i kardamonie (o której wspominałem parę dni temu):


szkoda, że przez internet nie da się przekazać wrażeń zapachowych...

To musi tak stać przynajmniej do końca stycznia. Więc nie jest to "szybki" sposób na smaczny i aromatyczny trunek. O takowy dopytuje się właśnie ktoś na moim ulubionym końskim forum - może Państwo biednej duszy pomożecie..? Bo my tu raczej "slow food" uprawiamy...

Ładna (choć mroźna - wylonżować koni się nie dało, podłoże było zbyt twarde...) pogoda trwała gdzieś tak do południa. W okolicach końskiego lunczyku, złożonego tradycyjnie z marchewki - nad Boską Wolą zawisł front. Atmosferyczny ma się rozumieć:


No i teraz jest cieplej, ale za to pochmurniej. Przynajmniej nie piździ już jak w Kieleckiem - a od wieczora ma padać deszcz. Wedle prognozy płynnie przechodzący w śnieg - lubo takie zapowiedzi już widzieliśmy w tym roku i jakoś nic z tego nie wyszło. Więc i tym razem nie dajemy się zastraszyć!

Jak już wylazłem z aparatem front atmosferyczny uwieczniać, to nie powstrzymałem się i strzeliłem konterfekt naszemu nowemu pojemnikowi na śmieci:


To jest proszę Państwa beczka. O pojemności 225 litrów. Beczka po jakimś sztucznym aromacie (chyba właśnie... cytrusowym! Ale to było błeee, w porównaniu do wytworu Lepszej Połowy...). Importowanym przez warecki browar z Dojczlandii. Tak przynajmniej wynikało z napisów, którymi jeszcze w sobotę była opatrzona. Kiedyśmy ją zakupili na składzie złomu (tzw. "u Bobra"...) w Warce.

Potem tylko trzeba było urżnąć wieczko (bo beczka była jednolita, miała tylko dwa małe zakręcane otworki) - co, jak chyba widać, zrobiłem trochę nierówno piłą spalinową (równiej dałoby się to zrobić np. szlifierką - ale skończyły mi się tarczki jak raz...) - i voila..!

Wcześniej widziałem taką beczkę u Radka, druha mego serdecznego. I powiedziałem o tym Lepszej Połowie z tą myślą, że na wiosnę sprawimy sobie kilka takich - no, wicie rozumicie: do kapusty... do kapusty... i do sałaty..!

A Lepsza Połowa, jak zwykle genialna, wymyśliła, że przecież możemy takiej użyć już teraz. Do zabezpieczenia naszych śmieci.

Śmieci bardzo długo składowaliśmy po prostu w worku. Pół biedy, jak mieliśmy mocne worki po nawozach - ale gdy te się skończyły (a jak raz w zeszłym roku użyliśmy głównie pylistego wapna w malutkich 25-kilowych woreczkach, które do niczego się nie nadają po recyklingu...), zwierzyna zarówno domowa (Krystynę podejrzewamy...), jak i dzika, poczęła nam te śmieci rozwłóczyć.

Jakiś czas temu zbudowałem misterny pojemnik z desek i gałęzi. Na chwilę to wystarczyło - ale w ciągu ostatnich kilku dni zwierzynie udało się go częściowo zdekonstruować. Nie jest rzeczą przyjemną zbierać co rano śmieci z całego podwórka...

Od dawna myśleliśmy o zakupie pojemnika. Ale cena takowego, jak na nasze możliwości, jest zaporowa - od 200 złotych w górę bodajże (i to za niezbyt wielki...). Teoretycznie można takowy wynająć od firmy wywożącej tutaj śmieci - ale i to jest wcale nie taka tania impreza. Szczególnie, że staram się unikać regularnych opłat, bo skąd mam niby widdzieć, czy w przyszłym miesiącu będę miał choćby te kilka złotych na koncie..?

Tymczasem wyżej ukazana beczka kosztowała nas... 15 złotych. Słownie: piętnaście złotych.

W sobotę kupimy drugą. Na owies. Nie będą nam już myszy worków przegryzały..!

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Naturalny rytm życia

Niestety, wciąż jeszcze nie przystosowałem się w pełni do życia na wsi jak chodzi o rytm dnia.

Zawsze byłem najwydajniejszy rano - a po południu, no powiedzmy tak po 16.00, gdy zwykle kończy się praca w biurze "dawnego typu" (a w takim parę lat przepracowałem) traciłem rozpęd.

I wciąż tak jest!

Fakt, że bloguję wynika w dużej mierze z tego, iż wstaję nakarmić rano konie i potem mnie roznosi. A tymczasem jest jeszcze albo ciemno (jak o tej porze roku), albo mokro (jak najczęściej latem) i w gospodarstwie za wiele zrobić się nie da. Często zresztą, nie ma po co - bo właściwie z jakiego powodu miałbym na przykład teraz marznąć na zewnątrz, zamiast palić w Herculesie, skoro konie już nakarmione i napojone, ziemia zbyt zmarznięta, żeby cokolwiek w niej dłubać, czy to w ogródku, czy to przy budowie, którą sobie zaplanowałem, a zapas drewna, prawdę powiedziawszy, wciąż spory i jakoś specjalnie mnie do rżnięcia nie gna? Siadam więc do końputera - bo cóż mi innego pozostaje..? Trochę się ociepli, to posprzątam pod wiatą - będzie pewnie pięć taczek, wczoraj zamknęliśmy wreszcie wejście na Pierwszy Padok kończąc tym samym sezon pastwiskowy. Narąbię drewienek na rozpałkę. Przebiorę dynie na strychu, bo znowu część się zepsuła. Umocuję kilim nad łóżkiem, bo ciągle spada. I tyle mam roboty na dziś...

Oczywiście - pomijając koński lunczyk o 13.00 i kolację o 20.00. Czy da się dzisiaj konie wylonżować, to jeszcze zobaczymy - na razie ziemia jest jak beton, ale może koło południa trochę odpuści..?

Jeśli jest coś do zrobienia wieczorem, to przyznaję, że ciężko mnie wyciągnąć z chatki. A i przed końputerem ciężko mi się skupić.

Tymczasem tutaj nie tak się pracuje. Zwierzętami trzeba się zajmować praktycznie przez całą dobę. Przy tym, większość zwierząt gospodarskich wymaga jednak znacznie więcej pracy niż konie. Krowy trzeba nie tylko karmić i gnój spod nich wybierać, ale i doić. Niby doi dojarka - ale tak, czy inaczej, jest to o wiele więcej pracy.


Świniom parzy się kartofle. To też zajmuje czas. I tak dalej, i temu podobne. Ogólnie - praca rolnika rozłożona jest dość równomiernie w ciągu całego dnia, bez tak wyraźnego "piku" przed południem, jak to kiedyś było przy pracy "na pierwszą zmianę" w mieście.


Kiedyś, bo zdaje się że w tych nowocześniejszych biurach, to się pracuje raczej od 10.00 do 18.00 - albo, całkiem "po hamerykańsku", od 8.00 do 18.00 z przerwą na luncz w środku, czyż nie tak..?

No ale mnie jakoś taki system pracy ominął. A tych kilka lat w systemie 8.00 - 16.00 tak trwale się odcisnęło na moim rytmie biologicznym, że wciąż tak samo funkcjonuję - nawet, co ze wstydem przyznaję, latem, gdy dzień jest długi i całkiem spokojnie można by pracować dużo dłużej...

Do powyższych rozważań zainspirowały mnie posty koleżanki bobek w wątku końskiego forum, o którym parę dni temu opowiadałem: ten i ten. Właśnie kwestii "naturalnego rytmu życia" poświęcone.

Sądząc po sobie, odnoszę wrażenie, że przyzwyczajenie jest tu najważniejsze. Tym szczególniej, że ja się chyba po prostu przyzwyczaiłem do takiego rytmu, który i z życiem ludzi paleolitycznych ma relatywnie najwięcej wspólnego - tyle tylko, że oni pracowali te kilka godzin dziennie nie codziennie, a raz na parę dni - ja jestem jednak nieco pracowitszy :-)

Ale tylko nieco...

niedziela, 12 stycznia 2014

Hańba wam!

jak by powiedział król Julian oczywiście.

Proszę bardzo, dowód na to, że można lonżować konia, rzekomo umierającego z głodu ("dawka przeżyciowa" - ech...) i bez żadnych krzyżacko - faszystowskich wynalazków w rodzaju wypinaczy, wodzy pomocniczych czy temu podobnych narzędzi tortur - a on i tak, szukając naturalnej równowagi, będzie schodził z głową w dół, angażował mięśnie grzbietu i szedł "okrągło":


Ten sam koń, czyli nasza Osman Guli, miesiąc temu:


Kto się przekonać dać nie chce, tego oczywiście nie przekonam, ale ja tam postęp widzę...

sobota, 11 stycznia 2014

Skarb w starej oborze

Takie rzeczy można czasem znaleźć w oborze (nawet nie takiej aż starej zresztą, bo raptem z początku lat 80-tych):


Nie znam się na technice, technika mnie nie fascynuje - ale muszę przyznać, że nawet na mnie robi wrażenie. Tym bardziej, że jakiś czas temu nawiedził nas, zresztą przypadkiem, bo wziął wjazd do naszej posesji za drogę śródpolną i źle skręcił, pewien pan z sąsiedniej wsi, inżynier bodaj, na emeryturze - takim właśnie pojazdem, który sobie odrestaurował i w swoim wiejskim domku trzyma, a gdy pogoda dogodna, przejażdżki odbywa...

W zeszłym roku odwiedził nas ponownie, już celowo - konie obejrzeć.

piątek, 10 stycznia 2014

Przy drugiej kawie...


To, że raz lub dwa razy każdej niemal nocy trzeba wstać i najpierw podsypać koćkodanowi chrupków,  a potem zagonić go z powrotem do łóżka, bo przecież sam nie wlezie, tylko będzie łaził po chatce, bleczał i klekotał sprzętami, to norma. Tak już się przyzwyczaiłem, że w gruncie rzeczy mi to nie przeszkadza.

Jest nawet taka teoria, przypisywana nie komu innemu jak Leonardo da Vinci, jakoby człowiek najefektywniej odpoczywał przez pierwsze 15 minut snu, a reszta już nie ma znaczenia - i dlatego miał był rzekomo ówże Leonardo (o którym teraz chyba bodaj aż dwa seriale - fabularny i dokumentalny - w pudle lecą? Tak mi coś mignęło w przelocie...) towarzyszącemu mu na kwaterze chłopcu - pedałkowi kazać się budzić co pół godziny i dzięki temu obywał się raptem trzy czy czterogodzinnym snem, resztę doby poświęcając na niezmordowaną twórczość.

Skądinąd: kolega Janek, który mi jakieś 15 lat temu tę teorię referował, jako że właśnie podówczas pracował na pełen etat i kończył studia jednocześnie, jakoś własnym doświadczeniem owej teorii potwierdzić nie zdołał a nawet - pamiętam to dobrze - domagał się kofeiny w czopkach, bo więcej kawy wypić już nie był w stanie, a padał z nóg z niewyspania...

Tak źle ze mną jeszcze nie jest - tym niemniej, całkiem spokojnie piję drugą kawę i, jak Państwo widzicie, i tak plotę bzdury. Ale co zrobić, skoro mruczek - koćkodan już nie raz czy dwa, a trzy czy cztery razy każdej nocy domaga się posiłku i raban w chatce robi..?


Uległem szantażowi, mam za swoje... Na zdjęciu powyżej - koćkodan na moment przed tym, nim dostała okrawki wątróbki drobiowej, pozostałe po przygotowaniu przedwczorajszego obiadu.

Dość żywa - nieprawdaż..?

Koniowate też niczego sobie. Niestety - pogoda na zewnątrz zdecydowanie barowa, więc nie będę za nimi teraz biegał z aparatem. Tym bardziej, że na ogół niczego podniecającego doprawdy nie robią. Wczoraj dostały nową belkę siana (poprzednia wystarczyła na rekordowo długi czas dziesięciu dni - a fajna była, zieloniutka...), teraz mimo wichrowatego wichru i okazjonalnego skraplania się czegoś wilgotnego, wylazły na pastwisko (prawdopodobnie pozbawimy je tej możliwości w sobotę popołudniu - wedle prognozy, średnie dobowe temperatury mają już teraz spaść poniżej zera, więc nie ma sensu niszczyć murawy...).

Bubuś moja kochana tak pięknie już się ganaszuje w kłusie, że chyba nie wytrzymam i przy najbliższej odrobinę lepszej pogodzie nagram ją komórkiem i wstawię na tubę, ku pohańbieniu tych wszystkich mędrków co coś tam bredzili o "dawce przeżyciowej" i "wypięciach przy lonżowaniu".

A jak byście Państwo nie zauważyli (Lepsza Połowa zaglądając mi przez ramię zauważyła i skomentowała) tych trzech dorodnych butli za koćkodanem - to są opakowania po spirytusie użytym do sporządzenia nalewki cytrusowej. Nalewka w 5-litrowym słoju bardzo pięknie się prezentuje, ale potrzeba ładnego światła, żeby to piękno wydobyć. Więc również - pokażę ją innym razem. Będzie na to jeszcze czas, bo musi "naciągać" co najmniej dwa miesiące.

Za jakieś półtorej godziny oderwę się od końputera i posprzątam pod wiatą. Uzupełniłem ostatnio zapas paliwa do piły i naostrzyłem łańcuch, więc teoretycznie mógłbym oderwać się wcześniej i pojechać rżnąć drewno (wszędzie dookoła słychać teraz piły...) - ale jest zdecydowanie zbyt wietrznie i zbyt mokro, żeby to miało jakiś sens. Więc cała praca gospodarska na dzisiaj, to tylko posprzątanie pod wiatą. Potem jestem umówiony na oglądania pewnego gospodarstwa w sąsiedniej wsi - za czym nadejdzie pora na koński lunczyk, a potem na nasze ćwiczenia na okręgu. I tak dotrwamy do zmierzchu. Wieczorem spodziewamy się jeszcze gości...

A teraz - chyba pora na Freeciv..?

Acha! Zapomniałbym: jeśli ktoś z Państwa myśli o naszym Ostowarze - radziłbym jednak myśleć szybciej. Bo z półsłówek i niedomówień wnioskuję, że coś tu się kroi...

czwartek, 9 stycznia 2014

Anglofobia i gender, czyli - co słychać na forach..?

Znowu tak, jak przedwczoraj - nie chce mi się przepisywać własnych tekstów z forów, choć uważam, że mogą być dla Państwa ciekawe.

Jeśli ktoś z Państwa interesował się dalszym ciągiem tej dyskusji na moim ulubionym historycznym forum, do której uprzednio odsyłałem, to mógł sam zauważyć, że wątek "rolny" zanikł. Za to rozwinęła się dyskusja o polityce brytyjskiej, a kilku userów dało upust zoologicznej wprost anglofobii.

Już sama ta dyskusja jest off topem w tamtym wątku - a gdybym chciał tam dyskutować o fobiach, byłby to off top w off topie. Przy tym, anglofobia jest postawą promowaną przez jednego z najprominentniejszych historyków polskiej blogosfery - i, jaka taka, znajduje masę naśladowców.

Czy naprawdę muszę Państwu tłumaczyć, dlaczego uważam to za postawę irracjonalną..?

Wielka Brytania wprawdzie nie ma konstytucji w takiej formie, w jakiej występuje to w większości państw kontynentu europejskiego, ale ma, bez wątpienia prawo konstytucyjne - na które składają się zarówno ustawy, jak i precedensy nagromadzone w ciągu wieków. Nieco to utrudnia rozeznanie w sytuacji - ale bez sprawdzania całej tej biblioteki w ciemno twierdzę, że ŻADNE prawo nie zobowiązuje brytyjskiego rządu do tego, aby szczerze, z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem realizował interesy polskie.

Możecie się zdziwić - ale takiego prawa nie zawiera też konstytucja amerykańska, francuska, niemiecka, czy rosyjska...

JEDYNYM na całym świecie rządem prawnie zobligowanym do tego, aby szczerze, z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem realizować interesy polskie jest rząd... polski!

Jest typowym przejawem moralnego i mentalnego wygodnictwa twierdzić, że skoro rządowi polskiemu się to nie udaje - to winny jest ktoś obcy.

Ot - głupie Polaczki wszczęły miatież w 1830. Wszczęły i przegrały - co nie było trudne do przewidzenia, ZANIM w ogóle do ruchawki doszło.

Być może - rozstrzygających dowodów na to nie ma, ale poszlaki są - ktoś głupich Polaczków do tego miatieża podburzał. Może to byli Francuzi, może Prusacy, może Brytyjczycy. A może - każdy po trochu..? Nie wiadomo. Mogli to nawet zrobić Rosjanie - tacy, którym konstytucyjne Królestwo Polskie było solą w oku... Wszystko możliwe - wszak, na co już kiedyś w polemice zwróciłem uwagę samemu JKM, nieprawdą jest, jakoby polskie powstanie "uratowało Belgię" - albowiem kluczowe porozumienie, przesądzające o podziale Zjednoczonych Niderlandów, podpisano PRZED wybuchem powstania, a w każdym razie - na pewno zanim do Londynu, gdzie się odbywała poświęcona tej sprawie konferencja, wieść o zamieszkach w Warszawie miała szansę dotrzeć.

Oczywiście byłoby rzeczą bardzo ciekawą dowiedzieć się, jak to było naprawdę - i nie traćmy nadziei, że może kiedyś się to uda. Jak wiadomo rękopisy nie płoną - a jeśli ktoś Zaliwskiego podjudzał i pieniądze mu dawał, to przecież rękopiśmienne brał pokwitowania - i może jeszcze je ktoś kiedyś znajdzie..?

Nie rozumiem jednak zupełnie, dlaczego mamy mieć pretensje do jakiegoś ówczesnego Bonda, Jamesa Bonda, który ewentualnie wykonał swój job (i może jeszcze przy okazji wzbogacił genową mieszankę ludu nadwiślańskiego - przy braku antykoncepcji podówczas...) - a pretensji do głupków, którzy dali mu się wykorzystać i wszczęli bezsensowny miatież to już nie mamy..?


Albo - albo. Albo powstanie było "uzasadnionym patriotycznym zrywem umacniającym świadomość narodową" - i wtedy nawet, jeśli jakiś Bond, James Bond, coś miał z tym wspólnego, to Bóg z nim - nie można przecież mieć o to pretensji. Albo powstanie było głupotą, a w takim razie - winni są ci, co je wszczęli i ci, którzy mu przewodzili. Jeśli wszczęli i przewodzili na skutek podjudzania - to dlaczego ma ich to zwalniać z odpowiedzialności? Ktoś ich zahipnotyzował, własnej woli i zdrowego rozsądku pozbawił, nie wiem - psychotropy podał i tak podjudził..? No chyba nie..!

Mocarstwa w Teheranie oddały polskie Kresy Stalinowi. I znowu - pretensje mamy o to do mocarstw. A konkretnie do "anglosasów".

Znaczy się - naprawdę uważacie Państwo, że USA i Wielka Brytania miały, jeszcze prowadząc ciężką i wyczerpującą wojnę z Hitlerem, już szykować się do nowej, jeszcze cięższej i jeszcze bardziej wyczerpującej wojny ze Stalinem? Ryzykując że ci dwaj - jak to już wcześniej przecież było - dogadają się w tej sytuacji między sobą i będzie w ogóle paskudnie..?

Oczywiście - Wielka Brytania i Stany Zjednoczone MOGŁY poświęcić jeszcze kilkaset miliardów przedinflacyjnych dolarów i jeszcze kilka czy kilkanaście milionów zabitych (biorąc pod uwagę postępy Projektu Manhattan - niekoniecznie równo po obu stronach konfliktu rozłożonych...) i pójść na wojnę ze Stalinem, a nawet ze Stalinem, Hitlerem i Tojo jednocześnie - i wygrać.


Miały taką materialną możliwość. Nie skorzystały z niej.

Tak samo Francja i Wielka Brytania MOGŁY zaatakować Rosję i Prusy (a nawet Rosję, Prusy i Austrię jednocześnie...) w 1831 roku. Albo w 1863. Jak dowodzą wypadki, które miały miejsce dwadzieścia kilka lat później (lub kilka lat wcześniej) - taka wojna zapewne, za cenę jakiegoś miliarda czy dwóch miliardów funtów w złocie i może z pół miliona do miliona trupów - RACZEJ zakończyłaby się zwycięstwem Zachodu i restytucją Polski w granicach z 1772 roku lub lepszych.

Francja i Wielka Brytania miały materialną możliwość stoczenia i wygrania takiej wojny. Nie skorzystały z niej.

Ale na Boga! Mieć pretensje do obcych mocarstw o to, że nie chcą broczyć krwią i złotem w interesie Polski..? Ale na jakiej podstawie..? Prawnej..? A gdzie w konstytucji brytyjskiej czy francuskiej jest obowiązek pomagania Polakom..? Moralnej..? Znaczy się - uważacie, że Polaków rząd brytyjski, amerykański czy francuski powinien bardziej cenić niż własnych poddanych..?

Lepiej się zastanówcie nad sobą, jeśli istotnie takie macie poglądy, jak to wyżej opisałem...


Teraz sprawa "gender". Sądzę, że w przywołanej dyskusji z mojego ulubionego końskiego forum wyraziłem się jasno i niewiele trzeba dodawać.

Jedyna rzecz, którą chciałbym podkreślić dodatkowo - to zarzut, bardzo często zwłaszcza przez koleżankę blogerkę Kirę dawnymi czasy podnoszony, jakoby kultura powinna bronić się sama.

W kolejnych postach przywołanego wątku rozróżniłem dwie przyczyny obecnego kryzysu. Pierwsza jest niejako "naturalna" - albowiem rzeczywiście jest tak, że na skutek zmian od nikogo bodaj osobiście niezależnych, obiektywnych, kultury ludzkie poddawane są presji wyzwań wcześniej nie znanych.

Do tej pory, tj. gdzieś tak do połowy XVIII wieku - zmiany w układzie sił pomiędzy człowiekiem a naturą były na tyle powolne, iż kultura, odpowiadająca za ograniczenie ludzkich aspiracji i potrzeb do poziomu możliwego do zaspokojenia przez środowisko - nadążała, a nawet wyprzedzała rozwój techniki.

Od połowy XVIII wieku nasz stopień opanowania środowiska naturalnego rośnie w coraz szybszym tempie. I nie ma takiej kultury, która byłaby w stanie przetrwać to zjawisko nienaruszona!

Ludzie są bezbronni wobec dobrobytu i pomyślności. Kultury, które stworzyli, przez tysiące lat funkcjonowały w warunkach niedostatku i ciągłego zagrożenia. Niedostatek i zagrożenie były materialnym spoiwem wszystkich do tej pory istniejących kultur. Mało która z ludzkich kultur zawierała jakieś restrykcje chroniące jej nosicieli przed zadławieniem z nadmiaru zbyt łatwo pozyskanego bogactwa - bo takiego zagrożenia po prostu nie było.

To tak samo jak z obżeraniem się czekoladą. W dziejach naszego gatunku głód, niedojadanie, niedostatek pożywienia - zwłaszcza pożywienia słodkiego, które bardzo rzadko występuje w przyrodzie - to norma. Jeśli więc ludzie widzą jedzenie, to je zjadają. Opychając się, ile wlezie - bo przecież za chwilę tego jedzenia zabraknie i będą głodni. Tymczasem od ok. 100 lat  - jedzenia nie brakuje. I nie brakuje. I nie brakuje. A my się ciągle opychamy po dziurki w nosie czekoladą - tak, jakby to zrobili nasi paleolityczni przodkowie...


Problem ten być może rozwiąże dobór naturalny. Albowiem ludzie niezdolni do powstrzymania się od ciągłego obżartwa już za 2 - 3 pokolenia od teraz powinni po prostu wymrzeć (inna rzecz, że postępy chirurgii plastycznej znakomicie ten pożądany z punktu widzenia zdrowia gatunku proces opóźniają...).

Niestety - WSZYSTKICH kłopotów wynikłych z nadmiaru nazbyt łatwo pozyskanego bogactwa sama natura za nas nie rozwiąże. Choć - takie, skrajnie restrykcyjne kultury jak Amisze czy wahabici mają przed sobą niewątpliwie wielką przyszłość: zabraniając ludziom korzystania z większości dostępnych obecnie uroków życia - znakomicie ich bronią przed porażeniem nadmiarem.

Oprócz tego naturalnego, wynikłego z przyczyn obiektywnych i od naszej indywidualnej woli niezależnego kryzysu - jest jednak i drugi. Jest to kryzys powodowany zapoznaniem (fałszywym wyobrażeniem) prawdziwych przyczyn cierpienia trawiącego bardzo wielu ludzi.

Tak, jak pisałem na forum - ludziom wydaje się, że powodem ich cierpienia jest kultura, narzucająca im takie lub inne restrykcje: własność prywatną (oczywiście - cudzą własność prywatną: bo widział ktoś kiedyś, żeby kogoś o cierpienie przyprawiała własna własność..?), monogamię, określone role społeczne, itd, itp.

Tymczasem w rzeczywistości powodem tego cierpienia jest niedostatek restrykcji - ludzie cierpią, ponieważ ich kultura nie mówi im, co mają robić. A nie mówi im tego, bo sytuacja jest nowa i nie zdążyły się jeszcze wykształcić żadne kulturowe normy, który by zachowanie ludzi w tej nowej sytuacji regulowały.

Jest zresztą rzeczą niezmiernie wręcz charakterystyczną, że gdy przychodzi do praktycznej implementacji takiej lub innej utopii stworzonej pod hasłem "znoszenia kulturowych restrykcji" - to w rzeczwistości powstaje system bardziej restrykcyjny. Tak było z "realnym socjalizmem" - nieprawdaż..?

Ale tak było też i w hipisowskich komunach organizowanych w Ameryce pod hasłem wolnej miłości. Oglądałem kiedyś program telewizyjny, w którym byli członkowie takich komun wspominali swoje doświadczenia. Okazało się, że praktyczna realizacja "małżeństwa zbiorowego" wymaga tak drobiazgowych reguł i tak wiele rodzi napięć i kłopotów, że rozpad komuny i powrót do "mieszczańskiego społeczeństwa" dla większości z nich był doświadczeniem wyzwalającym...


Europejczycy i Europejki przechodzące na islam i wstępujące w szeregi najskrajniejszych, najbardziej restrykcyjnych sekt muzułmańskich szukają tam tego samego, czego szuka wierzchowiec u dobrego jeźdźca: pewnej ręki, braku wahania, bezpieczeństwa i zwolnienia z konieczności samodzielnego podejmowania decyzji...

Tak, czy inaczej - kultura się nam wali. Nie rozumiem i nie akceptuję postawy, wedle której - a niech się wali, zobaczymy, co z tego wyniknie! Gdy wali się zabytkowy budynek podpieramy go stemplami, wstrzykujemy beton pod fundamenty, ściany wzmacniamy najlepszą stalą.

Możemy postać i popatrzeć co wyniknie ze zderzenia tradycyjnych kultur z nowoczesną techniką. Ale dokładać do i tak już istniejących problemów jeszcze dodatkowe - podkopując i tak zachwiane kulturowe normy, znosząc i tak zbyt słabe i zbyt nieliczne restrykcje i ograniczenia - i to wszysto w imię ścigania utopii, poszukiwania niemożliwego, w imię działania o którym z góry wiemy, że jest błędne, bo oparte na fałszywych przesłankach..?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...