środa, 24 grudnia 2014

Święto Immanencji albo komitet kolejkowy i co z tą konserwacją żywności..?

Święto Immanencji do najłatwiejszych nie należy. Właśnie dlatego, że immanencja, jaka jest, każdy na ogół widzi (immanencja, wyjaśniam nie zorientowanym, to wszystko, czego możemy doświadczyć jako rzeczy WEWNĘTRZNEJ: przeżycia, wrażenia, idei, wspomnienia, doświadczenia, itd.) - i, doprawdy, mało kto ma w tej materii same tylko pozytywy na koncie! A tu, skoro byt transcendenty stał się bytem immenentnym (co samo w sobie jest, jak się temu bliżej przyjrzeć, zjawiskiem zgoła skandalicznym! Na szczęście upływ ponad 2000 lat od tego wydarzenia - niezależnie od błędów w jego datowaniu - pozwala otoczyć ten skandal całkiem nieprzejrzystą mgłą mistycznej nierzeczywistości, odrobinę przywracając właściwe, z punktu widzenia zdrowego rozsądku, granice między rzeczami ziemskimi, a rzeczami niebieskimi...) - wypadałoby poczuć się wznioślej. Wypadałoby, w obrębie sobie właściwej immanencji, w tym przypadku, na ogół - trawienno - prezentowo - rozrodczej, coś z owej transcendencji poczuć.

Rozrodczej, bo to przecież Dzień Powrotu Słońca, od tej pory dni będą się wydłużały i cała masa zwierząt po polach i lasach, wolę Bożą czując z tego powodu - oddaje się rui. A Litwini na ten przykład, śpiewają o dziewięciorogim, słonecznym jeleniu:


My co prawda o takich seksualnych symbolach zapomnieliśmy, ale to wcale nie znaczy, że lepsi z nas chrześcijanie. Choćby to przecież, że najbardziej uroczystym posiłkiem całego cyklu świątecznego jest przedświąteczna (technicznie rzecz biorąc...) kolacja, a nie świąteczne śniadanie (jak u lepiej schrystianizowanych Europejczyków z Zachodu - o czym mogą Państwa poinformować chociażby liczni teraz emigranci na Wyspach Mglistych...) - to przecież jawne nawiązanie do dawnego święta zmarłych, w najdłuższą noc roku obchodzonego przez naszych w skóry odzianych i po lasach biegających przodków...

Rzeczona kolacja wymaga karpia. Ryby smacznej, mało ościstej - i, z przyczyn dla nas przynajmniej niepojętych - kompletnie niemal niedostępnej w normalnej ofercie handlowej poza trzecią dekadą grudnia.

Pierwszego karpia w tym roku nabyłem w radomskim Auchan już ponad tydzień temu, kiedy to przyjechałem do pracy samochodem (pozwalam sobie na taki luksus na ogół nie częściej niż raz w tygodniu - za drogo to wychodzi w porównaniu z pociągiem - na ogół wtedy, gdy z góry jestem w stanie przewidzieć, że na powrotny pociąg nie zdążę bo, na ten przykład, jadę w delegację do stolycy: tak właśnie było w ubiegłotygodniowy wtorek bodaj...) i po pracy zrobiłem drobne sprawunki.

Którego to karpia oczywiście zjedliśmy z należną smacznej rybie atencją natychmiast, następnego dnia.

Na Wigilię wypadałoby kupić drugiego. Specjalnie w tym celu pojechaliśmy wczoraj wieczorem do Warki. I w Pierdonce i w Lewiatanie - po karpiach już tylko wątłe ślady. W Pierdonce została cena, w Lewiatanie - pusty zbiornik.

Co było zrobić? Ryzykując, że nie wrócę, albo i nie dojadę (coś skrzypi coraz potworniej pod maską...) - pojechałem do Radomia samochodem. W tej intencji, że po pracy (a, zgodnie ze zwyczajem, puszczono nas dzisiaj kilka godzin wcześniej - co tym bardziej wymagało własnego transportu, bo Koleje Mazowieckie około południa na tej trasie po prostu nie jeżdżą...), gdzie jak gdzie, ale w Radomiu karpia nabyć zdołam na pewno.

Nie zdołałem. Pan z działu rybnego w Auchan wręcz roześmiał mi się w twarz, gdy go o karpia nagabnąłem (czy nagabłem..? nieważne...).

Była za to wciąż bardzo przeceniona cielęcina - przyda się na jutro...

Cielęcina i puszka dla koćkodanów i żadnego karpia.

Co robić? Miałem do wyboru dwie możliwości. Możliwość pierwsza: postąpić jak typowy facet, czyli jak zwykle bym postąpił, czyli podejść do rzeczy zadaniowo i po prostu jeździć od supermarketu do supermarketu aż się wszystkie pozamykają, albo - aż w którymś jakiegoś zapomnianego, ostatniego karpia znajdę.

Możliwość druga: skoro mam cielęcinę i puszkę dla koćkodanów - pojechać do domu. Niech tam! Po świętach może będą karpie w przecenie..?

Posłuchałem kobiecej strony mojej natury (która, jak Państwo widzicie, coraz częściej dochodzi do głosu w ostatnim czasie - a niektórzy twierdzą, że jestem niedojrzałym, nieodpowiedzialnym samcem..?) i pojechałem do domu. Tuż za Radomiem (zakorkowanym jak nie Radom zgoła! Tym gorzej, gdybym jednak wybrał szamotanie się po sklepach...) przypominając sobie, że po drodze jest wieś ozdobiona aż dwoma sporymi transparentami z napisem "żywe ryby".

Bingo! Wprawdzie zostały tylko ostatnie sztuki, najmniejsze (za to najbardziej żywotne...) - no i pan sprzedawca nie chciał mi tych dwóch maleństw utłuc na miejscu mówiąc, cytuję: swojej ryby żal, karmi się to i jak tak utłuc..? - ale już przy ich rozpakowywaniu Lepsza Połowa stwierdziła, że lepszych karpi nigdy nie widziała. Pachniały przyjemnie, nie żadnym tam szlamem, tylko po prostu - zdrową, wiejską rybą. E-ko-lo-gi-czną. Jak by się kto pytał.


Rzeczywiście: przyznaję, że trudno wręcz porównywać te karpie z tamtym sprzed tygodnia. Kruchutkie wyszły. Mięciutkie. Delikatniutkie. Świeżutkie. No - palce lizać! Obżarliśmy się jak tubylcy złapanym hipopotamem. Po dziurki w nosach. Zgodnie z tradycją i wymogami Święta Immanencji.

Lepsza Połowa odgraża się, że następnym razem pójdzie na całość i zrobi karpia w szarym sosie. Który to szary sos jest, tak na marginesie, powodem dla którego karpie kupuje się, wedle tradycji, żywe. Przez wzgląd na Państwa wydelikacenie wielkomiejskie, nie będę pisał dlaczego...

I tu przychodzimy do tak niezwykle niektórych z Państwa fascynującego zagadnienia konserwacji żywności. Otóż - konserwacja żywności jest zadaniem trudnym i niewdzięcznym. Dlatego właśnie były kiedyś przy dworach i co zamożniejszych chałupach własne stawy, żeby żywności NIE konserwować. Żeby można było po prostu wziąć sieć, czy zgoła wędkę - i świeżą, smaczną rybkę złowić, a potem zjeść niemieszkając. Ot co!

Natomiast i fakt, że poza trzecią dekadą grudnia karpi się w Polsce nie dostanie w normalnym sklepie, jak i wszystkie moje (i chyba nie tylko moje: te korki w Radomiu to skąd się wzięły - jak nie z rozpaczliwego miotania się paru pewnie setek facetów, próbujących wykonać to samo dokładnie zadanie - zdobyć karpia!) wczorajsze i dzisiejsze przygody, to jeszcze jeden kamyczek do ogródka fanatycznych wielbicieli mitycznego "wolnego rynku". Popyt jest, a podaż..? Fiuuuu.... i tyle by było na temat podaży. Tylko komitet kolejkowy zakładać..!

2 komentarze:

  1. Zgadzam się - dziwi, że karp tylko na Święta dostępny jest.

    Może coś być na rzeczy, że za komuny karp był dostęp w obfitości na Święta (a z przyczyn obiektywnych nie dało rady, żeby było go dużo też poza sezonem) i tak się świecka tradycja stworzyła... W innym wypadkuby Lud Pracujący Miast i Wsi nie doceniłby starań rządu ludowego w (skutecznej!) walce o zaopatrzenie potrzeb żywnościowych ludzi pracy. Albo jeszcze gorzej, by może uważał karpia za coś normalnego i jeszcze by chciał dużo wieprzowiny, kurczaka czy (nie daj Boże) burżuazyjnej wołowiny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli masz rację, to najwyraźniej zarówno realny socjalizm, jak i realny kapitalizm okazały się w Polsce mniej wydajne od realnego feudalizmu. Ostatecznie - problem całorocznego zaopatrzenia ludności w ryby (niezbędne z uwagi na liczne posty) był doskonale rozwiązany już w połowie wieku XIII...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...